Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kupa śmiechu, mroźne powietrze i gorące usta. To są ostatnie rzeczy, które zapamiętała z wczorajszego wieczoru. Gdzieś po drodze było morze piwa, jakieś tańce. Ktoś chyba nawet dostał w twarz. Nieważne. Nikt i tak tego nie będzie pamiętał dłużej niż tydzień.
A teraz budzi się rano, z lekkim kacem, nie mordercą. Spokojnie, szklanka wody zabije parszywe skutki cudownych nocnych uciech. No, może dwie, a na poranną kawę nawet nie spojrzy. A potem on i ubrania, które leżą dosłownie wszędzie: w korytarzu, na butach, na podłodze, koło łóżka. Nawet z łazience. Krajobraz jak po bitwie, ale pasuje do jej codzienności, do jej sposobu walki z życiem Lekki chaos nikogo jeszcze nie zabił. Czujmy się jak studenci i żyjmy beztrosko jak oni!
Jak to się stało? Pomysł godny szaleńca. A on chyba też już nie śpi.
- Tylko po co się na niego tak gapię? – brzęczy jej w głowie. – Trzeba wstać, iść do pracy i szybko zapomnieć.
To normalne. Takie rzeczy się zdarzają. A może właściwie nigdy nie mają miejsca?
No i ten wzrok. Po co się obudził? Teraz znowu się zacznie. Będą temat przerabiać od początku: silne ramiona, napięte ciała, gorące pocałunki, pełne nieziemskiego pożądania. Cała cudowna magia, o której istnieniu już zdążyła zapomnieć. I to, co dzieje się niepotrzebnie:
- Nikt mnie nigdy tak nie całował. – Ciekawe, czy było to szczere. Przecież ma żonę, prawie byłą. Może to był jeden z powodów? Głupia.
- Jak?
- No tak, nie mam za bardzo porównania..
- Uwielbiam jak mnie dotykasz. – wyszeptane w uniesieniu (prawdziwe na pewno)..
Totalna katastrofa. To wszystko jest jak ze złego snu, niebezpieczne, ze złymi czarami unoszącymi się nad gorącymi ciałami nowo narodzonych kochanków. A na koniec najgorsze:
- Dobrze mi. – powiedział i położył swoją ciepłą głowę na jej mokrej piersi.
Nie robi się takich rzeczy, kiedy koniec jest oczywisty… Zapomnieć… Nie można nawet zaczynać czegoś co nie ma przyszłości i z góry skazane jest na niepowodzenie. On jest żonaty, ciągle, ona szczęśliwa z innym, pozornie. Zupełne nieporozumienie. Które pierwsze z nich postanowi to przerwać?
Dzień w pracy mija im prawie normalnie. Nikt nic nie wie, o nic nie pyta. Zupełny luz. Bo kogo to obchodzi? Wszyscy mają swoje sprawy. Zaganiani przez cały dzień, zaabsorbowani pracą. Wszystkie trybiki muszą działać idealnie.
- Miałem ochotę zadać Ci pytanie, czy mogę Cię odwiedzić?
- Nie mogę Ci niczego zabronić.
- Przyjechać?
- Przyjedź.
Gorąca herbata, jakieś bzdurne opowiastki. W pokoju nic się nie zmieniło: ksiązki na podłodze, zestaw filmów różnej kategorii leżący obok, mnóstwo płyt. I materac – przedmiot na pewno nie z jego świata. Sceneria ta sama, tylko, że tym razem oni zachowują się inaczej, jak nastolatki: wyczekują z bijącymi, jak oszalałe, sercami na cud, który w końcu nadchodzi.
Najpiękniejsza, najbardziej niewinna i najczystsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć (z tych, co to do niewinnych nie należą). Jak pierwszy raz z młodzieńczych lat, taki nieśmiały. Nieudolnie rozpięta koszula, drżąca ręka szukająca zapięcia stanika i rumieniec wstydu na dorosłych twarzach. Nie zdarzają się takie emocje. Nie powinny były zaistnieć. Nie tyle razy. To w takim razie, co się tak naprawdę stało? Dlaczego oni? Czy byli aż tak stęsknieni, głodni i spragnieni, żeby zapomnieć o świecie na parę chwil? Zdecydowanie zbyt długich i zbyt namiętnych? Oszaleli i szaleli. Tak czysto i pierwotnie.
- Dobrej nocy. Za chwilę wstajemy do pracy.
- Zostań. Obiecuję, że Cię nie zjem.
- Ale ja tego obiecać nie mogę.
Kolejny dzień, nudny, bez wzruszeń, w stosie papierów. Dochodzi jeszcze tylko egzamin na prawo jazdy – w końcu jakieś emocje. Było cudownie: plac – super, wyjazd na miasto, skrzyżowania, parkowanie, rondo itd. Wszystko szło dobrze. Egzamin zdany, aż do pewnego momentu.
- O czym myślałaś? – pyta zaskoczony.
- Taka retrospekcja, dziwna. Następnym razem się nie zamyślę.
- Jak można myśleć o seksie na egzaminie?
- No można, jak widać. Zwłaszcza o takim. Ale mniejsza o to.
- Skup się następnym razem. – odzywa się racjonalny głos.
- Zobaczymy, do trzech razy sztuka.
Znowu wieczór. O mały włos, a nie usłyszałaby dzwonka telefonu, tak głośno słucha muzyki. Sąsiadom chyba jeszcze to nie przeszkadza, bo nikt nie ośmielił się walnąć w ścianę.
- Może tym razem spotkamy się u mnie?
- Z przyjemnością.
- Przyjdziesz, czy mam przyjechać?
- Jak możesz, to przyjedź po mnie.
- Ok. Będę za 5 minut.
Pogoda cudowna: strasznie zimno i pada śnieg. Ale dom całkiem-całkiem. Tylko smutny bardzo. Widać, że wybudowany dla kogoś.
A wewnątrz? Chociaż przez chwilę pozorne szczęście smuga ich ciała, zmęczone, w błogostanie śpiące, marzące. Aż dziwne, że potrzebują tego samego, że tęsknią za podobnym stanem świadomości.
Czasem brakuje dłoni, która pogłaszcze ze zrozumieniem. Tej, która powoli spadnie na głowę i zabierze niepokój, kryjący się wewnątrz. I tej drugiej, która pogłaszcze rany, zasklepi blizny i ukołysze rozdarte marzenia. Ogrzeje zmarznięte oddechy, utuli zmierzwione myśli. Potrzebne są obie, jak woda i powietrze.
„Milcz do mnie” – nie trzeba tłumaczyć, naciskać, wymuszać. Spokój. Cisza. Miłość.
Niech trwa, razem z oczami, które nigdy się nie zestarzeją. Niech nie mija, niech zostanie.
„Otulaj mnie sobą powoli. Wypełniaj, jak ciepło z kominka w pokoju. Zatrzymaj. Nie pozwól zniknąć w kącie własnego smutku.” – snuje się po domu jak zjawa, mamrocząc.
Gorąca herbata na ławie, mruczący kot w kącie, zaspa pod domem i szum wiatru za oknem. Tym była. Tym jest. Tym będzie.
Łagodny wzrok cierpliwie muska włosy i zatapia się w pięknie bezruchu. „Dobra noc” – wyszeptane, jak najczulsze słowa kochanka.
Za tym się tęskni najbardziej. Za tym, co się zgubiło samo, zatarło między dniem a dniem. Za tym, co nie reanimowane umarło. Za wspólnym smutkiem i śmiechem. I grzechem, bezdechem.
- Odwieziesz mnie do domu?
- Tak. Daj buziaka.
- Albo sto.

Jest noc, ciągle zimna, po niej nadchodzi dzień, równie nieciekawy. Nocny kochanek się budzi. Otwiera oczy, siada na brzegu łóżka i patrzy. Prosto przed sobą nie ma nic o czym mógłby myśleć, ale on uparcie patrzy. Nie zauważa nawet pożółkłej bieli ściany. Oczy tkwią nieruchomo w punkcie, o którym nic nie wie. Żadna myśl nie przemyka po głowie. Nie zastanawia się nawet dlaczego tak patrzy, tylko to robi. Odwraca później wzrok, kładzie się z powrotem do łóżka i zasypia.
- Ona nie wróci, już nigdy – słyszy natrętny głos w głowie. Jak to się stało, że zapomnieli o sobie? Przez tyle lat. „Jesteś dla mnie obcym człowiekiem”. Tego zdania nie zapomni do końca życia.
I wyszła z jego życia jak z szaletu, trzaskając drzwiami. I nie ma już życia. Już nie ma nic.
I jeszcze ten mały wyrzyg. Cholera, trzeba było uważać. A co potem właściwie usłyszał?
- Zachowanie typowe dla mężczyzny, zero odwagi, ziemska powłoka podszyta strachem. – I jeszcze – Jesteś zwyczajną świnią.
- Jestem tchórzem? – patrzą na niego oczy w lustrze. – Nie chcę tych wspomnień, ale żeby od razu tak z grubej rury? To jest niesprawiedliwe. A może się jednak tego boję? Nie jest to łatwe do zrozumienia, kiedy świata nie ma, nie ma nic.
I bach, kolejna butelka spada na podłogę i, brzęcząc, toczy się w stronę pozostałych, już upadłych. Ziarnko do ziarnka i można iść do skupu.

Po upojnych nocach i tamtym, jedynym, szalonym poranku ślad zaginął. Nastał przepowiadany koniec. Mimo tego, że znali się dość długo, nigdy za sobą nie przepadali, nie mieli o czym ze sobą rozmawiać. Inne towarzystwo, inne zainteresowania. Ewentualnie zwykłe „cześć”, „co słychać”. Zupełnie normalne zachowanie. Ludzie z dwóch diametralnie różniących się światów, ze swoimi własnymi problemami, codziennymi sprawami, małymi tajemnicami.
Nie rozmawiali ze sobą zbyt często. Ten aspekt komunikacji w ich przypadku nie był do zrealizowania. Dialog? Tylko ich ciała wiedziały co to jest. A konwersacja odbywała się na szczeblu, o którym już dawno ludzie zapomnieli, a powinni pamiętać..
Już nigdy nie było im dane obudzić się koło siebie. On co wieczór wracał do pustego, smutnego domu. Ona do siebie, do swojej wielkiej miłości, do ojca swoich nienarodzonych bliźniaków. Wracali pod bezpieczny dach swych domów, do gorących łóżek, ale jakże innych, obcych, tęskniących.
A ona? Nie zapomniała. Już nigdy nie będzie mogła skupić się na ukochanym, bo kilkudniowy kochanek obdarzył ją tym, czym nikt nigdy nie potrafił.
A on? Stał się prawdziwym mężczyzną, dorósł, odpalił motor i zniknął.
Wszystko jest tak jak być powinno. Przynajmniej tak powinno być.


.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...