Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To było jak widok zza burty statku, port Chorzów rósł i rósł im bliżej brzegu. Zanim pierwszy wiersz uderzył w portowy dzwon, powiało od lądu wiosną, tyle kwiatów w obrazach Reginy Banik. Malarka rodem ze Świętochłowic wystawiła w Porcie obrazy pełne życiodajnej barwy, spontaniczny żywioł nagości, natura w obrazach Reginy Banik prowokuje, wręcz zmusza do narodzin zielenią, kolorem szeptu, jeszcze nie słowa, czy krzyku, ale już eksplozją zaczątku...
Tradycyjne powitanie publiczności i przybyłych poetów. Bez wielu słów wstępu rozpoczęli wieczór poezji w chorzowskim Porcie Poetyckim, jego twórcy i organizatorzy, Barbara Janas-Dudek i Jacek Dudek. Po chwili Słowo wypełniło Port. W ustach kolejnych poetów rosło, rozkwitało za sprawą delikatnej gry słownej poezji Marty Bociek ( nie przeszkodziły nawet drobne problemy za sprzętem nagłaśniającym). Kolejni słudzy słowa rozświetlali nasz portowy brzeg. Z konkretem i jednocześnie ironią poetyckiego przekazu, wystąpił Zenon Dytko. Ciekawą, nie tuzinkową a dojrzałą metaforę przedstawiła w wierszach Barbara Janas-Dudek. Słodki, ciepły głos kobiety, fale ucichły, wiatr nabrzeża niósł wiersze Majki Łokaj. Zaraz potem wyrwała słuchaczy z zadumy Mirka Pajewska trafnymi, mocnymi obrazami współczesności, gdzie emocje i uczucia idą w parze z filozofią supermarketów, a „profesor” Jacek Sojan zajął słuchaczy swoim „bohaterem romantycznym”, pełnym ironii, porównaniem romantyka z człowiekiem współczesnym. Najmłodsza w tej grupie poetów Anna Proszowska-Starkowska przypomniała się kultową niemal już „Wyrzynarką”. Powagi i zadumy nadał minutom swojego występu, poeta z Świętochłowic, współorganizator Portu, Włodek Szymczewski.
Kilka minut przerwy, dotarli muzycy z zespołu „Przystanek Na Żądanie”, małe zamieszanie, publiczność wzięła oddech, uzupełniła napoje, brzeg Portu Poetyckiego zyskał pełnię światła – kolej na gości głównych IV Edycji. Rozpoczęła spontanicznym mini recitalem wokalnym Bożena Boba-Dyga, a po notce biograficznej, zaprezentowała pełne ciepła i refleksji swoje wiersze. Łódź oddała nam na chwil kilka, poezję Bogumiły Jęcek, czytając wiersze do obrazów E. Muncha, pokazała jak poezja potrafi wybiec poza obraz, kołować nad nim i wrócić ostatnim słowem wiersza...Jan Mięciuk, poeta mickiewiczowski, czytając, urzekał ciepłym akcentem mowy rodem z odległej Wileńszczyzny. Chwilę potem część dorobku poetyckiego pełnego ciekawych metaforycznych spostrzeżeń, odnoszących się do otaczającej rzeczywistości, przedstawiła Beata Podsiadły z Warszawy. Całkowicie zawrócił nas na Śląsk, poeta z Rudy Śl. Krystian Gałuszka, rozmarzył słuchaczy w „Ślonskiyj poezji u kieryj kupuje wiyrsze do napisanio”, poetycko poprowadził po historii Śląska. Tę część wieczoru zakończyła Kasia Macios, w poprzedniej edycji zaprezentowała swoje prace z dziedziny malarstwa i plastyki, tym razem wystąpiła z wierszami pełnymi młodzieńczej barwy, ukazując oryginalny związek pomiędzy plastyką, a jej odbiciem w poezji. Wieczór mijał, scena zamilkła, oświetlony stolik, przy którym poeci czytali wiersze, jakby nie godził się na taki stan rzeczy, czuliśmy niedosyt, pomimo rozmów, dyskusji i uwag dotyczących poezji, sztuki.... Nawet nie zauważyliśmy, kiedy na scenie zamontował się zaprzyjaźniony z Portem, zespół „Przystanek Na Żądanie”. Wspaniała muzyka i teksty utworów, to przyprawiały słuchaczy o zamyślenie, by po chwili porwać do tanecznych pląsów i tak do ostatnich słów i taktów muzyki. W podzięce nie obyło się bez owacyjnych braw i wiem, że brawa dotyczyły nie tylko zespołu „Przystanek Na Żądanie”, ale również całej grupy poetów występujących w IV Edycji Portu Poetyckiego. Brzeg cichł, odpływały kolejne łodzie poetów, wrócą z pewnością, przed nami przecież kolejne spotkania ze słowem w Chorzowie.
Jacek Dudek
P.S. Serdeczne podziękowania dla wszystkich poetów, którzy współtworzyli wieczór, jak również dla tych, przybyłych w charakterze słuchaczy-publiczności, nie tylko z portalu „Poezja org”, ale również z „Poezji Polskiej”, „Postscriptum” i innych. Zapraszam już dziś do V edycji Portu Poetyckiego – Chorzów, 19 czerwca 2010r

Opublikowano

zjazd poetów z całego kraju, nieznajomi okazują się być znajomymi z portali literackich. spotykają się ludzie, różne style poezjowania. jest czas na posłuchanie wierszy i podyskutowanie na tematy okołoliterackie. mieliśmy też przyjemność usłyszeć piosenkę do słów Basi Janas-Dudek w aranżacji i wykonaniu Przystanku na Żądanie - rozszumiało się z właściwym autorce temperamentem od morza po góry :))
- tak w telegraficznym skrócie.

imprezę polecam zarówno uczestnikom jak i gościom, bo atmosfera przewspaniała

serdecznie dziękuję za zaproszenie
/b

Opublikowano

Już raz dziękowałam pod "Zaproszeniem..."
Teraz robię to z ogromną przyjemnością po raz drugi, czyli:
dziękuję organizatorom i wszystkim uczestnikom PORTU. Dziękuję za poczytanie, wysłuchanie i bardzo się cieszę, że mogłam Was poznać osobiście, nareszcie:)
Żałuję, że nie mogłam zostać dłużej, że nie było czasu na porozmawianie, wymianę zdań. Najważniejsze jednak, że udało mi się być.
Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich
:)))

Opublikowano

My również bardzo dziękujemy za waszą obecność. Czymże byłby Port gdyby nie przybijający do chorzowskiego brzegu poeci. Teraz już jesteście współtwórcami Portu i oby nas przybywało z każdą edycją. Dzięki dziewczyny. Dużo radości sprawiła mi wasza obecność. :*

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


trzeba było dudka pilnować, to by się do mojego wiersza z Mazur nie czepiał, tylko czytałby z żony tę poezję

Mazury na pewno mają piękną poezję, no, niekoniecznie twoją :)))
Opublikowano

To była jazda bez trzymanki!
Na Śląsk pojechałem pociągiem razem z Bożeną Boba-Dyga, i może dlatego przy rozmowie o poezji i muzyce czas przejazdu do Katowic trwał minuty...przynajmniej takie miałem wrażenie. Wsiedliśmy zaraz koło dworca do tramwaju nr. 11 i w towarzystwie fanów piłki nożnej (podobno zaraz był mecz GKS) wykrzykujących nader barwnym językiem swoje oddanie pasji kibica, szczęśliwie dojechalismy do Chorzowa.
Rynek chorzowski wygląda zupełnie inaczej niz krakowski, nie jest bynajmniej skwadratowany lecz rozciągnięty na odcinku pół kilometra; szukanie Portu wśród rozczłonkowanych ulic, mostów, estakad, placów i placyków to zaiste wędrówka Józefa K. - tyle, że w naszym przypadku zakończona pomyślnie.Przeżyliśmy!
A na dodatek pewna blondynka idąca obok faceta słusznego wzrostu mijając nas (mnie i Bożenę) nagle krzyknęła: Jacek! - a ja pomyślałem - Przebóg! rozpoznali mnie, wpadłem! I zastanawiałem się tylko, czy to CBA czy CIA... No i co się okazało? To Agata Lebek razem z H. Lecterem! Razem już doszliśmy do Portu. A tam na spotkanie wyszła sama uśmiechnięta jak w dzień ślubu Basia Janas-Duda i prowadzący z nią spotkanie mąż o posturze koszykarza - Jacek. A potem tylko całowania, uściski i kolejne przywitania a to z Bea 2u, a to z boną, a to z Leszkiem (Wlazło) a to z amandaleą ( Lidią Kowalczyk)....Poznałem wszystkie poetki i poetów biorące udział tego wieczoru. Wszystkie są zdumiewające, pociągające, magiczne. Kapłanki. Nie będę się powtarzać, informacja o gościach wisiała na orgu ponad miesiąc. Basia musiała użyć argumentów nie do odrzucenia (mafia rosyjska?) bo tym razem lokal zaopatrzony był w jedyny boski napój wart otwarcia ust obok poezji - wino!
I podobnie jak to było poprzednio - frekwencja znakomita, wszystkie stoliki wyłącznie zainteresowanych poezją zajęte i chyba nie muszę dodawać, przeważała płeć piękna, tak zawsze łasa na słowa....Fanki, muzy. W głowie się kręciło. Że co? Od wina? Phi! - po dwóch butelkach?!
No. A potem potok, rzeka , ocean słów i myśli. Każdy wniósł tam swój własny nurt o własnym, niepowtarzalnym kolorycie, smaku, blasku.
Bardzo podobało mi się prowadzenie spotkania. Jacek Dudek nie szarżuje, niczego nie narzuca - wywołuje do tablicy i zaraz ustępuje gościom miejsca. A Basia? Kto raz słyszał, jak potrafi się śmiać, ten zarażony smiertelnie jej chichotem parska na samo wspomnienie, gdyż jest to bardzo przyjemna choroba przewlekła...Taaaaak.
Przystanek Na Żądanie na zakończenie wieczoru dał takiego czadu, że rozruszał wszystkich, bo parkiet zaroił się tańczącymi w rytm mocnego uderzenia.
Po noclegu u Dudków - ach ta noc w towarzystwie poetek.... dostałem gorączki, z niecierpliwości. Do następnego Portu! Włączyć już tę syrenę! Chciałbym ponownie ją usłyszeć!

J.S

PS.; co do tajemniczego hasła "wyrzynarka", autorstwa urodziwej Joanny Proszowskiej - Starkowskiej (studiującej matematykę - masochistka czy sadystka?), warto dzieło przytoczyć w całości, tak na zakończenie sprawozdania, bo to dzieło odjazdowe (!):



Ballada o wyrzynarce
____________________


Przymierzasz brzeszczot jak zwiewną suknię.

Mruczysz, gdy przesuwam palcem po ostrzu,
rozgrzewan silnik, rozkładam partyturę
desek. Za chwilę rozpocznie się taniec w rytmie
maja. Porwie nas nurt.

Wchodzisz w drewno jak w złocisty muł.

Z wysokich wież sypią się wióry - kalekie rusałki.
Strzeżcie się mężczyźni, strzeżcie sie ciemnych lasów,
bagnistych polan, nieznanych rzek. Albowiem
śpiew jest pułapką.

Wchodzisz w drewno jak w brunatne błoto.

Muzyka przeszkadza tym, którzy nie rozumieją
wyzwolenia włókien, wycinania kształtów.
Ty - przedłużenie ramion - chcesz tworzyć,
chcesz czytać słoje jak linie papilarne.

Wchodzisz w drewno, wchodzisz w korę.
Wchodzisz w łyko, wchodzisz w ścięgna.

Niech stanie się korowód, niech kobiety
rozpuszczą włosy, rozsypią wianki. Ułożymy
kawałki na stos, wyrzeźbimy świątynię.
Zdejmij suknię i patrz.

Patrz, jak płonie żywica.


========================================================
- delektujcie się, bo wiersz ma smak przedniego wina; to mój najwyższy komplement;
a jaką trzeba mieć dykcję, by wiersz dobrze przeczytać na głos...taaa...perfidna pułapka, bo nie wiadomo czy to erotyk czy socrealizm w absolutnie doskonałym wydaniu -
podziwiam!
:)
J.S

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Maniuś   Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.   Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.   Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.   Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.   Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.   Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".   W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie. Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.  
    • Ograna w czasu saz cwana RGO    
    • Ograna w czasu saz cwana R.G.O.  
    • A da gnom Edytę - zdobiona baba, no i Bodzęty demon gada.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...