Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'wiersz' .
-
Zamyślony — pośród głosów wielu wokół, Zamyślony — przez długich godzin upływ, Zamyślony płynę po szlaku niewiedzy. Szlaku pytań, chaosu bez odpowiedzi, Szlaku wątpliwości, rozmów i milczenia, Szlaku nas wszystkich — pragnących zrozumienia. Zrozumienia — pełnego trudu i walki, Zrozumienia — tak ciężkiego do zdobycia, Zrozumienia — od drugiego człowieka. Człowieka zagubionego w świecie nowych idei, Człowieka szukającego pokoju i miłości, Człowieka wędrującego po ścieżkach nieznanych, Człowieka — jedynego w swoim rodzaju. Zamyślony - znów pośród głosów wielu wokół, lecz słucham, rozumiem ich brzmienie, i wiem, że każdy niesie własną prawdę Zamyślony - w tym samym świecie, a jednak innym, widzianym oczami zrozumienia, I może o to chodziło - by wrócić tam, skąd wyszedłem, lecz z pokojem i ciszą, której wcześniej nie znałem.
- 4 odpowiedzi
-
2
-
- wiersz
- egzystencja
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Skazana na kamienne uczuć pociski, czekam na wyrok, który jest tak bliski. Zaciskam me usta w oczekiwaniu na kata. Dostrzegam w tym smutku już swojego brata. Strach przed nieznanym rozpłynął się w powietrzu, Niczym morza fale po delikatnym, lecz burzliwym deszczu. Recydywa w me imię wpisana, ze mną grubą nicią związana. Bezpamiętnie lekcja w siną dal odesłana… Oczekuję na karę, której imię w głowie, krwią zapisane Nie pierwsze me tango - kroki znam już doskonale. Siniaki znikną, bólu już prawie nie czuję. Podświadomie duszę swą samodzielnie morduję.
-
Stali dokładnie po drugiej stronie ulicy, w świetle dobrze już rozżażonej, gazowej lampy. Było ich trzech, byli młodzi, widać zdeterminowani lecz niezbyt roztropni by pojawić się w środku nocy na terenie tej dzielnicy. Powinni być mi zupełnie obojętni, jak setki innych przechodniów i pijanych w trok zawalidrogów. Mogli w każdej chwili natrafić na grupę chłopców Alfiego White'a, wracających z jakiegoś nocnego rozboju, włamu lub po prostu solidnie zakrapianej libacji. A to miałoby finał wręcz oczywisty. Poczynając od posiniaczonych oczu i wybitych zębów, przez przetrącone kulasy, po pocięte żyletkami twarze lub wystające rączki noży spod linii żeber. A ja nie lubiłem niepotrzebnego rabanu pod oknem. Rozlewu krwi i zjazdu policji tym bardziej. Szukali mnie i wiedziałem o tym dobrze. A do mnie trafiało się tylko na zaproszenie i to pod warunkiem, że to ja zapraszałem a nie ktoś przychodził sobie wprost z ulicy z czyjegoś polecenia. Dobrze jest być sławnym na całe miasto. Taka sława mi odpowiada. Ludzie mnie znają lecz nigdy mnie nie widzieli. Mogą mnie cytować lecz nie znają mej twarzy. Gazety błagają o wywiad, więc ja ignoruję spotkanie z dziennikarzem i posyłam mu do redakcji list z gotowymi odpowiedziami na pytania. Do swych wydawców i księgarzy, również wysyłam listy. Czasami dla zabawy podpisuję kopertę, że niby w środku jest bomba. A potem widzę wypuszczone tomiki na witrynach. Moje wiersze i manifesty, robią większe spustoszenie niż najpotężniejsza bomba. W umysłach i sercach biednych czytelników. Lubię być zapamiętany. Gdy moje słowo zmusza do reakcji. Lubię niszczyć ład społeczny i spokój. Dla jednych jestem Bogiem, dla innych geniuszem a są i tacy, którzy nazywają mnie szaleńcem i zarazą gorszą niż gangi. Gangi werbują swych członków w kompletnych nizinach i nędzy fabrycznych, zadymionych i trujących od wyziewów przedmieść. Ja werbuję jednostki ułożone, oczytane i bezmiar delikatne i wrażliwe. Bogato urodzone lub wżenione. Z jak najlepszych domów i rodzin. Śmietanki miasta. Opływającej w rzeki szylingów, potoki dojrzewającej whisky czy brandy. Mających solidnie ulokowane korzenie, w najwyższych stanowiskach urzędowych. Czasami denerwuje ich to, że dorobił się ktoś, kogo nawet nie widać. I jeszcze wodzi ich dzieciaki za nos. Policja gdyby mogła to pewnie chętnie by mnie zamknęła. Łamię prawo. Wiele praw. Lecz nie używam do tego broni, narkotyków czy nielegalnego alkoholu a kto słyszał kiedykolwiek by zastosowano prohibicję na poezję? Nawet oni nie są tak ograniczeni. Co innego krytycy i wydawcy. Ich prohibicją jest cenzura. I korzystają z niej bardzo chętnie w stosunku do moich prac. Bo kto lubi się bać? I to jeszcze w tak dalece nieetycznym, zmyślonym świecie z pogranicza snu i jawy. Siedem grzechów głównych za które wydawcy nie udzielają rozgrzeszenia i komunii. Dekadencja, nihilizm, egzystencjalizm, turpizm, oniryzm, nekroerotyzm i spirytualizm. Więc o czym mam pisać? O miłosnych błaznach i ich porcelanowych, narcystycznych laleczkach, które mają otoczkę złotą i pełną przepychu, lecz pod kopułą nic ponad kurz, pył, pajęczyny i denną, głuchą przestrzeń? Ja muszę czuć krew i szaleństwo. Konsumować zgniłe resztki poetyckich ciał i płodzić zdeformowane potwory z delirycznych koszmarów. Oto ja Stwórca i moje pokraczne potomstwo ulicy. A Ci na ulicy widać przyszli do mnie po towar. Nazwijmy ich sobie. Dobry, Zły i Brzydki. Z czego ten ostatni najpewniej miał do mnie rzeczony interes. Zazwyczaj Bóg skąpi im wszystkiego od urody po talent. A też chcieliby coś od życia. Choć spalili się już na jego starcie. Dobry był tym najprzystojniejszym. Wysoki brunet o lśniących, gęstych włosach. Uczesany, zadbany i pachnący. W dość biednym acz schludnym garniturze. W wypastowanych derby. Miał ten specyficzny błysk w oku prawdziwego amanta. On kruszył w dłoniach te puste, porcelanowe laleczki kiedy i jak chciał. I co najważniejsze nie miał wyrzutów sumienia. Zły był tym wiejskim, topornym dzieciakiem, który szukał lepszego zarobku i miejsca do spania w mieście. Najpewniej robił u rzeźnika, na targu rybnym lub ewentualnie jako górnik. Za marne pięć może sześć funtów miesięcznie. Miał wąskie świńskie oczka i tak samo spasioną twarz o dwóch podbródkach. Rude dość krzaczaste wąsy i bliznę na szczęce, zapewne po ciosie lub krawędzi zbitej butelki. Miał około metra osiemdziesiąt a bary jak niedźwiedź. Zapewne bił się w barach amatorsko by dorobić kilka funtów. Miał strasznie steraną koszulę o prostym kroju i wytarte na kolanach spodnie z krzywo zaprasowanym kantem. A Brzydki? Był zaiste najgorszy. Typ zubożałego inteligenta. Niski, wątły, lekko łysiejący już mimo wieku. Rudy, z trądzikiem na twarzy i krzywych zębach. Ale ubrany w dobrej klasy garnitur i buty. Na końcu dewizki spoczywał srebrny zegarek a w dłoni chłopak obracał niedopalone cygaro. Gestykulował i tłumaczył coś pozostałym i co kilka chwil zerkał na fronton mojej kamienicy. Jeśli masz do mnie interes to po prostu tutaj przyjdź szepnąłem pod nosem. I w tej chwili chłopak wyrzucił cygaro na trawę dał znak kolegom i zgodnie ruszyli w kierunku mojej kryjówki. Hunter, jeśliś łaskaw idź do drzwi i przywitaj naszych nocnych, nieproszonych gości. Dla świętego spokoju nie zapomnij o rewolwerze za paskiem. Mój sługa, stary, siwy Metys wstał zza biurka i niechętnie ruszył ciemnym korytarzem do drzwi. Otworzył je i wymienił z chłopakami kilka zdań. Minęła dłuższa chwila zupełnej ciszy, po czym do moich uszu dotarły słowa Huntera Pan Tracy zaprasza Pana do środka … tylko pana. I zaiste Hunter wprowadził Brzydkiego do mojego gabinetu ze słowami. Panie Tracy oto pan Zachary Leigh. Brzydki wyprzedził Huntera i bez ceregieli wypalił. Przyszedłem do Pana bo tylko pan może pomóc mi rozwiązać mój problem panie Tracy. Siedziałem w wysokim fotelu, oparciem w jego kierunku, tak by nie widział mojej twarzy. Spokojnie Panie Leigh. Przychodzi pan do mnie w środku nocy, nie zaproszony i nie wyczekiwany. Z prośbą którą nie wiem czy będę w stanie spełnić. Prośbą wykrzyczaną, bez okazania szacunku i pokory. Ale dziś jest dzień szczególny. Pomogę Panu bo jesteśmy jedną, wielką dekadencką rodziną. Nihilistyczną mafią. Niech Pan przyjmie prezent ode mnie jako od ojca chrzestnego. W czym mogę pomóc? Brzydki upadł na kolana i doczołgał się do oparcia fotela. Błagam o to by napisał pan wiersz miłosny dla mojej ukochanej, oczywiście tak by myślała że ja to uczyniłem. Zaśmiałem się zimno. Oczywiście Panie Leigh to dla mnie drobnostka, powiem więcej nie wezmę od Pana nawet złamanego pensa za taką robótkę, lecz musi Pan mieć świadomość tego, że w wierszu ukochana będzie martwa, trącona gnilnym rozkładem, będzie upiorem, duchem, nękającym Pana zmysły aż do obłędu. Czy tego pan oczekuję? Zniosę wszystko byleby tylko była moja. A więc umowa zawarta. Wziął moją dłoń i ucałował. Dziękuję. Ponad wszystko dziękuję. https://youtu.be/PPskYVBqdNw?si=q8RT2SHVTQTq6d4J
- 10 odpowiedzi
-
6
-
- dekadencja
- dekadentyzm
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Kwitnie na polanie zapomniany kwiat. Nie pamięta o nim juz cały świat. Bo cóż pamiętać? - gdy młody był głupi! Myślę czasem, że może to lubi. Starym liściom słońce blask nadało. Nikt dotąd nie wie jak to się stało. Niespodzianka - te proste słowo się rzekło. i bez tego nawet zdrowe serce by pękło. Wody już nie trzeba. To cudem zwany kwiat. Bo zawirował na nowo przy nim świat. On zwiędnie i zgaśnie - ulotność ma w sobie. Chyba tylko na chwilę postawił się chorobie. Kto widział ten wie, kto nie wie - nie widział. Czy tak jak nas, kat będzie go ścinał? Natura matką mych dziwacznych losów. Nożem nie pogardzi wyznaczenia paru ciosów.
-
Czym jest miłość, gdy zaczyna się kryzys? Co się czai, by zranić, by zabić jak tygrys? Gdy chcesz pogadać, lecz pustka w głowie. Zapytasz „co tam, co robi?” i po rozmowie. Albo przemilczysz i nie napiszesz słowa, wtedy powstanie wielka brama stalowa, którą będziecie próbować otworzyć, by szczęśliwe chwile od nowa tworzyć. No chyba, że żadne kroku nie zrobi — wtem brama się zamknie i kłopotów narobi.
-
Dziś rozbieram się przed Tobą do naga. Zdejmuję każdy płat mej bladej skóry. Czy znajdzie się na to jakaś rada? zdejmuję tu wszystko bez cenzury. Każdy mój pieprzyk jak guzik odpinam, każdą bliznę rozsuwam niczym zamek od torby. Żebra bez pośpiechu pojedynczo rozpinam. Nie boję się już żadnej chłodu groźby! Czy docenisz mnie taką bez kości i szyku? Bardziej niż nagą, w intymności mej szaliku? Czy docenisz nieprawdziwość mego ludzkiego ciała? tutaj dusza ma nie będzie kłamała.
-
Lampy w nocy świecą mi się w oczy I patrzę na nie bez okularów, Bo to żadne słońce tylko światła na drodze, Stres mi się w gardle ściska,ja chce krzyczeć,biegać,uciekać a moja mina mówi mi wszystko- moje życie marne jak grosik w brudnej kałuży (Dopiski autorki): Hej wszystkim to jeden z moich wierszów(jest ich ogólnie 27) i to jest pierwszy wiersz który udostępniam. Mam nadzieję,że się spodoba
- 1 odpowiedź
-
5
-
- wiersz
- pierwszy post
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Nie wiem jak i kiedy dotarłem do domu. Obudził mnie lekki, popołudniowy deszcz, cicho dzwoniący o brudne szyby. Pozostało mi tylko kilka wspomnień. Samotnego picia do współczujących oczu zielonych, młodej barmanki. Swoich grzechów nie zapije. Duszy też nie wykupię od diabłów za ostatnie kilka, pałętających się po kieszeniach płaszcza groszy. Dom uciech pamiętam. Dom mistrza i jego krągłych, krasnych czarownic. W rogu najdalszym sali, sami literaci i poeci. W gryzącym dymie biełomorców. W oparach ciężkich, gorzelnych. Był tam z nimi przy stole czarny, duży kot. W szranki na równi z nimi przepijał. Na wódkę i zakąskę z kawioru, tak samo jak na myszy tłuste łowny. Miał muchę różową, upiętą pod szyją i cylinder na główce zgrabny. Neseser, widać też jego, stał obok krzesła. Skórzany, szyty, szykowny. Wasz przyjaciel i krajan - mówił spokojnie bardzo męskim i głębokim głosem kot - Zginął. Nie dalej jak godzinę temu. Stracił głowę pod kołami tramwaju. Przykry widok. Byłem przy tym. - chwycił zgrabnie napełniony po brzegi kieliszek w prawą łapkę, wychylił szybko i do dna. Czknął tylko cicho. Puścił jeszcze filuternie oko do, palącej u wejścia do sali tanecznej, pięknej siostrzyczki Maszy. Wieczorem by zwalczyć objawy kaca, postanowiłem udać się na urokliwy spacer po prawie pustym prospekcie. Gdy wróciłem, właśnie zadzwonił telefon. Była to policja. Pytali czy znam może jako doktor i pracownik uniwersytecki, profesora przybyłego z Niemiec o nazwisku Woland. Bo jest pilnie przez służby poszukiwany. Odparłem zgodnie z prawdą, że nie znam nikogo o tym nazwisku. Lecz pamiętajcie panowie. Rzekłem im ponuro. Szatan nie jedno nosi imię. Potrafi mieć i w kocie pomocnika a w osobie literata - marnego kuzyna.
-
Piękna Pani jesień, przyleciała z przytupem Gęsta mgła przykryła, mą wenę, nie smutek Zamiast grzybobrania, zbieram niepowodzenia Odczuwam samotność jak gałąź, która spadła z drzewa Chłodno na zewnątrz, chłodno też w środku Nie umiem się pozbierać, jak liście które rozwiał podmuch Wiewiórki wychodzą, z drzew spadają kasztany Ja zostaję w mej norze, by wyleczyć swe rany Lecz gdy opuszczę już schron, towarzyszy mi parasol Chroni mnie przed deszczem łez, tych którzy na mnie z góry patrzą Pogadamy sobie kiedyś, gdy nadejdzie mój czas Spacerek zrobiłem, pora wracać zaś Powrót minął gładko, jakbym miał do kogo wrócić Ściągnąłem praktycznie wszystko, rękawiczki, kurtkę, buty Zapomniałem o szaliku, jaki to materiał? Za jego pomocą chciałem dotrzeć, do pięknego nieba
- 1 odpowiedź
-
4
-
- melancholia
- wiersz
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Za niemałą chwilę, mialem wystartować Obawy posiadałem , jak tej drodze sprostać Gdzieś tam na trybunach, źle życzyła mi hołota Nie poddawałem się nigdy, nie raz mając buty od błota Chcieli bym się znów wywrócił i schował się w szatni Chętnie doprowadzę do tego, by skosztowali smak porażki Wywracałem się często, zaraz tuż przy mecie Zabrakło mi weny, moje prace były w becie Przez natłok bólu, dużo trenowałem Może chciałem w końcu, zaimponować mamie Liczyłem te kalorię, żyłem jak robot Miałem ze swą osobą, przeogromny kłopot Lecz to nie czas, by rozmyślać nad tym wszystkim Jestem zbyt zdeterminowany, żeby przegrać ten wyścig
-
Dzień dobry, trochę pan się spóźnił Przepraszam bardzo, zabłądziłem w próżni Skąd pan przebywa, opowie pan coś o sobie Jestem dziwną istotą, nie rozumiem sam siebie Brzmi to znajomo, nie zawsze idzie nam po myśli Oczywiście, lecz czuje, że moje życie to nieustanny wyścig Za czym pan tak gna? Jeśli mogę wiedzieć Jasne, że tak. Mogę panu opowiedzieć Goniłem za miłością i poprawą własnej egzystencji Nie wyszło mi to dobrze, a chciałem być jak sól tej ziemi A więc, co poszło nie tak? Zbyt bardzo się starałem, nie zadbałem o głowę Teraz nie opuszczam myśli, jakby czarodziej rzucił klątwę Zabrzmiało to poważnie, może Pan swobodnie spać? Mogę, gdy moje oczy nie mogą rady dać Chciałbym bardzo Panu pomóc, ma pan jakieś zainteresowania? Uprawiałem dużo sportu, teraz każda czynność jest jak olimpiada Zresztą, jaki Pan? Nikt tak dobrze mnie nie zna, jak moje drugie ja Bardzo dobrze wiesz, że przez ciebie nie mogę spać Nadchodziłeś zawsze, w najgorszym momencie Chciałeś mej poprawy, teraz jestem tu gdzie jestem Ty mi doradzałeś, się mną opiekowałeś Gdyby ciebie nie było, było by mi łatwiej Szanowny Panie, proszę o spokój Byłem spokojny, lecz ty mi go zabrałeś Wiem już jedno, odseparuje się od ciebie Ponieważ dla mnie nie jesteś, żadnym człowiekiem
- 2 odpowiedzi
-
2
-
- zagubienie
- złość
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
To samo mieszkanie. W nim — wrzeszcząca cisza. Światło zapalam już tylko dla siebie. Mój cień nie wita się z nikim.
-
Zamknęli mnie w klatce, marzę o wypuszczeniu Jest mi w niej duszno, stale przebywam w cieniu Ujrzałem różnych ludzi, myślą , że zniknę Uważają się za lepszych, próbując wejść mi na ambicję Czuje się tu inny, niepasujący za bardzo Muszę wykonywać nakazy, którymi mnie obarczą Na niebie ujrzałem gwiazdy, chce zająć ich pozycję Byłbym z wami na zawsze, pomimo, że znikłem Rzadko opuszczam głowę, przez co często rozmyślam W klatce mrok problemów, stale go uciszam Posiadam klucz do klatki, jednak jej nie otworzę Bo za klatką czeka rozczarowanie i wyśmianie stworzeń
-
Drogi pamiętniku.... Czy jestem sobą, nie wiem już dosłownie nic W głowie mojej występuje, nieustanny wir Nie wiem co tu robię, dlaczego tu jestem Świadomość, że jestem młody, wywołuje mi dreszcze Szczęście odczuwam, gdy kładę się spać Nieszczęśliwy jestem, gdy pora już wstać Za dnia nie robię nic, przez co w środku dołek Gdy robię coś więcej, jest mi z tym gorzej Leżę w pustym pokoju, jak wrak Ogladam jakiś serial, albo w gry gram Dziś może wyskoczę przez okno, albo zrobię tosty Chciałbym się nawrócić, bo po mału staje się bezbożny Artur, uwierzysz w twórcę świata, jak nie wierzysz w siebie sam? Tego dokładnie nie wiem, nigdy nie wiem jaki mam plan Plan lekcji, plan na życie, plan na walentynki, Kto by to pamiętał Pamięć ma jest krótka, bo przez wspomnienia wymiękam Dzięki pamiętniczku, że przebywasz ze mną wszędzie Dziś przebywałeś, w najnormalniejszym mego życia momencie
-
Znajdowałem się w laboratorium, odkryłem oksytocynę Zafascynowany odkryciem, wypowiedziałem Ci nowinę Dałem ci skosztować, być może ci zasmakowała Przy czym zapomniałem, że pewnej substancji brakuje do wiązania Mowa o wezopresynie, nie posiadałem jej wiele Ja ją spróbowałem, by skończyć jak Scheele Chciałem ci ją dostarczyć, abyś poczuła to co ja Otrzymałem od ciebie, negatywny znak Przesiąknięty trucizną, nie zechciałaś mi pomóc Szukałem lekarstwa, sięgnąłem do alkoholu Nic nie pomogło, wszystko wokół się kręci Przekręciłaś mój świat, pozostając tylko w pamięci
-
"Boże , ty widzisz niedolę moją i zakończysz ją!" słowa Vertera z listu do Wilhelma, 4 grudnia 1772r. Mam znów złe przeczucia. Nieodparte wrażenie. To co trzymam w dłoni, oto naszego końca atrybut. Życie przyprawia nas od dawna o znużenie. Przywdziewam po raz wtóry, błękitny surdut. "Niechże was, drodzy moi, Bóg błogosławi i darzy wszystkim dobrem, którego mnie odmówił!" z listu Vertera do Alberta i Loty , 20 lutego 1772r. Podobny do trupa, błagałem o truciznę skuteczną w pobliskiej aptece. Wyrzucono mnie jak i Ciebie z przyjęcia u hrabiego. Obojętności rygor. Umysł mój błądzi przez choroby śmiertelnej noce. Gdzie mi do młodych, szczęśliwych, beztroskich straceńców. Kiedy członki utraciły wigor. "Loto ja chcę umrzeć, to rzecz postanowiona (...) Za Ciebie składam ofiarę." z ostatniego listu do Loty, 20 grudnia 1772r. M...... ja za Ciebie również składam ofiarę. Niechaj śmierć dobrotliwa na moje oczy ciemność narzuci. Bądź silna moja kochana! I zanieś modlitwy o spokój mej duszy do miłosiernego Boga. Dźwięk Twego przecudnego głosu ani pocałunek spóźniony. Ciała zimnego nie ocuci. Północ bije! Nie ma we mnie zwątpienia czy smutku. Już czas! Wiatr się wzmaga! "O jakżem szczęśliwy, że mogę... za Ciebie... umierać...!" "Jakżem rad, że mogę oddać się za Ciebie!" z ostatniego listu do Loty, 20 grudnia 1772r. Uznaj mnie M...... za szaleńca, ale ja do końca za słowa jak i czyny swe ręczę. Wspominam nasze spotkania i rozmowy. Łzy cisną się do oczu. Ciało jednak pozostaje w bezruchu. Przywołuję Twe imię oraz wizerunek. Zimna lufa przyjemnie chłodzi skroń. Teraz ze wszystkim kończę. Świst kuli idealnie zgrał się z ostatnią porcją oddechu.
-
Dziś bardzo ważna uroczystość, czas się przyszykować Ciekawe kto dziś się będzie bawić i ze szczęścia skakać Zakładam elegancki czarny garnitur, by wyglądać schludnie Patrzę na zegarek, muszę czasu pilnować czujnie Dziś moja uroczystość, wypada być przed gośćmi Nie chcę psuć nastrojów, napędzać ich w złości Za godzinę się zacznie, wyjeżdżam już do celu Trochę mi tu ciasno i brakuje mi tlenu Już dotarliśmy na miejsce, wynoszą mnie panowie Niosą mnie jak króla, bym swój dzień spędzał cudownie Goście już się zbierają, stoją przed miejscem Trochę szlochając, nie wierzą gdzie jestem Wchodzą do środka, spędzić ze mną czas Podchodzą do mnie i żegnają się ostatni raz
-
Ku mego boku, zawsze przebywałeś Doradzałeś mi nieźle, ugościłem cię na stałe Moje całe dzieciństwo, wygłupy i zabawa Może nie do końca, bo ciągle stres mnie zjadał Spoglądaliśmy na zniszczonych ludzi, odrazą nas napawali Obiecaliśmy sobie, że będziemy ciągle tacy sami Wiek pokazał nam, nie zawsze można ufać Ciągle pouczałeś mnie, by na nikogo winy nie zrzucać Lecz gdy obserwuje ciebie teraz, obawiam się, że źle skończysz Posiadasz w sobie zachowania, które potrafią zaskoczyć Patrząc w album z dzieciństwa, byłeś wzorcem Goniłeś za ludźmi i marzeniami, przez co stałeś się gońcem Siedzę przed rozbitym lustrem, prowadząc monolog Wierzę w ciebie bardzo, jako młody ja, że to tylko prolog
-
1
-
- emocje
- emocjonalne
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Tak to ten wieczór i zaczynam drgać, stojąc na dywanie upadam na twarz , kiedy piszczy w uszach, paraliż łapie mnie, epilepsja nadchodzi , bardzo czuję się źle. I znów nadchodzi aura i to wydarzy się, złowieszcza padaczka niszczy całe dnie, ból głowy i drgania wciąż nieznośne są, moja kochana Maria przytula, mą obolałą dłoń. Tak bardzo sie boję, być w centrum miasta sam, bo i tam mogę, na chodniku drgać, czy obcy uratuje, czy może raczej nie, moje cudowne życie, już zakończyło się. Niegdyś uszkodzona ręka chciała na pianinie grać , a dzisiaj rozedrgana ,czeka aż atak minie , Niepełnosprawność to taka przeszkoda , i mało pomaga lekarska diagnoza , doceniaj swoje zdrowie jeśli je wciąż masz , mogę o nim marzyć bo tak mi go brak.
-
Gdy umiera nadzieja, rodzą się poeci.
degatoja opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Nie gonię już za czyimś ideałem, a ciągle - jakby w biegu. Nie chcę grać w grę, w której nie znam reguł. A znów gram w jakimś chorym scenariuszu. Po co wracasz? Przynosisz wspomnienia i krzyki. A ja pragnę ciszy, zwłaszcza kiedy ten świat mnie woła - raz ciszej, raz głośniej, ale zawsze głosem echa tej postaci z wczoraj. Jaka była cena? Samotność? Dziś już nie boję się zamieci. Spójrz - gdy umiera nadzieja, rodzą się poeci.- 7 odpowiedzi
-
6
-
Lawina skalna schodzi w mgielną, skąpaną w jesiennych barwach, głęboką dolinę. Kamyki, skały, całe góry, wolno, powoli brną ku mnie z każdym rokiem szybciej. Nie przyjdą jednak dusze tych, których zabrały, zdradliwe pod śniegiem i lodem ukryte rozpadliny. Dusze spadających przez horyzont śmierci. Tafli, nieprzejrzystych, czarnych przepaści. Teraz za oknem, jedynie spadają, zaschnięte już liście. Szlaki rozmył w kałuże mętne, płacz deszczu rzęsisty. Cicho jak na cmentarzu. I tylko skomlą cicho, żałosną pieśń. Zamknięte w kojcach, pasterskie psy. Dziś rocznica. Gdy zgasłaś, złożona niemocą choroby w mych kochających ramionach. Teraz chcę jedynie patrzeć przez okno na Twój grób. Zasypany barwnym listowiem. Ze świecą wetkniętą w róg nagrobnej tablicy. Będę patrzył aż skruszeje do cna. Jak ten dom nasz rodzinny o którym tylko śmierć pamięta a Bóg widać zapomniał. Zapadnie się we mnie dusza przeklęta do wymiaru osobliwości. A pająki uplotą mi z kurzu i pajęczyn długie, siwe włosy. Nie szukam już życia w biegu jednej z głośnych, pełnej radości i zabaw metropolii. Kiedy mnie woła, krzyży drewnianych jęk. Ustawionych na ziemnych mogiłach. Opadnę jako dym ze świec, na wilgne od przymrozku przedświtu, ściany marmurowych grobowców. Zasnę na wieki jak inni. Ukołysany ciszą, pozostawionej na uboczu, zabytkowej nekropolii.
-
Czy ty wiesz, że ja oddałabym tak wiele, by mieć Cię bliżej siebie? Czy rozumiesz, co robi dla mnie twe spojrzenie? Czy widziałeś kiedyś, serca tak wielkie olśnienie? Czy urzekło Cię me widzenie? Czy ma dziwna dusza dotknąwszy Twojej zostawiła na niej swe uniesienie? Czy w Twej głowie utrwaliło się me brzmienie? Czy w mym ciele widzisz Wyższe odzwierciedlenie? Czy me słowa Cię przeszyły i rozpoczęły Twe zbłądzenie? Czy uniosłeś dłoń mą kiedy, by poczuć żeś nie zwariował doszczętnie? Czy poczułeś kiedykolwiek, żem najnieprawdziwsza z najprawdziwszych piękn na Niebie? Czy usnąłeś pełen wiary, że ja obok leżę Ciebie? Czy byłeś głodny mnie, jakby początek mój był w chlebie? Czy ty złapiesz mię za rękę i na zawsze skleisz nasze głębie?
-
Siadam do stołu, talerz czeka na słowo, zupa paruje, jakby chciała mówić, ale naprzeciwko tylko krzesło, które pamięta ciężar dawnych dni. Było lato u dziadków, pachniały jabłonie, piasek rzekał pod stopami w drodze do wody, teraz wspomnienia wieszają firanki, żeby zakryć nagą samotność ścian. Jedno słowo, rzucone jak kamień, roztrzaskało lustro wspólnych rozmów. Nie da się go cofnąć, choć milczenie próbuje sklejać odłamki. Wszyscy kruszeją powoli jak kreda, ich spojrzenia są dłuższe niż zdania. Nie pytają, czy wrócę, bo wiedzą, że pustka nie znosi pytań. Święta nie pachną już cynamonem, choinka stoi obok telewizora. Światło lampki nie rozgrzewa, tylko podkreśla zimno stołu. Wspólne obiady to teraz echo, słyszalne w talerzu stukającym samotnie. A ja liczę łyżki, jakby miały przypomnieć liczbę wspomnień. Z czasem zrozumiałem - pustka to wybór, który karmią urażone serca. Nie jest wieczna, choć próbuje udawać nieśmiertelną. Więc wyciągam dłoń ponad ciszę, szukam mostu wśród spalonych belek. Bo rodzina jest wszystkim, i to tylko tyle co chcę mieć.
-
Wszystko, co piękne, brukuje piekło, ale Jej dotyk pobudza sensor. Proszę, chodź ze mną — albo przynajmniej nie daj mi się zgubić. Zapomnijmy na chwilę o tym, jak wiele nas różni. Chwyć za mą dłoń, kiedy płyniemy z nurtem pod prąd. Wykorzystajmy tę szansę, by naprawić tamten błąd.
-
Gdy za oknem pada deszcz, piszę wiersze o zapachu jesieni. Życie znów prosi do tańca, a ja wciąż nie umiem tańczyć. W tłumie tamtych ludzi zawsze czułem się jak Stańczyk. Dlatego teraz — ja i goździkowa kawa. Uwielbiam ten klimat goryczy. Nie muszę być miły, siadam spokojnie i spuszczam demony ze smyczy. Zawsze lubiłem ten półmrok. Wiosna rodzi kwiaty, a ja czekam, aż umrą.