-
Postów
730 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Simon Tracy
-
"Boże , ty widzisz niedolę moją i zakończysz ją!" słowa Vertera z listu do Wilhelma, 4 grudnia 1772r. Mam znów złe przeczucia. Nieodparte wrażenie. To co trzymam w dłoni, oto naszego końca atrybut. Życie przyprawia nas od dawna o znużenie. Przywdziewam po raz wtóry, błękitny surdut. "Niechże was, drodzy moi, Bóg błogosławi i darzy wszystkim dobrem, którego mnie odmówił!" z listu Vertera do Alberta i Loty , 20 lutego 1772r. Podobny do trupa, błagałem o truciznę skuteczną w pobliskiej aptece. Wyrzucono mnie jak i Ciebie z przyjęcia u hrabiego. Obojętności rygor. Umysł mój błądzi przez choroby śmiertelnej noce. Gdzie mi do młodych, szczęśliwych, beztroskich straceńców. Kiedy członki utraciły wigor. "Loto ja chcę umrzeć, to rzecz postanowiona (...) Za Ciebie składam ofiarę." z ostatniego listu do Loty, 20 grudnia 1772r. M...... ja za Ciebie również składam ofiarę. Niechaj śmierć dobrotliwa na moje oczy ciemność narzuci. Bądź silna moja kochana! I zanieś modlitwy o spokój mej duszy do miłosiernego Boga. Dźwięk Twego przecudnego głosu ani pocałunek spóźniony. Ciała zimnego nie ocuci. Północ bije! Nie ma we mnie zwątpienia czy smutku. Już czas! Wiatr się wzmaga! "O jakżem szczęśliwy, że mogę... za Ciebie... umierać...!" "Jakżem rad, że mogę oddać się za Ciebie!" z ostatniego listu do Loty, 20 grudnia 1772r. Uznaj mnie M...... za szaleńca, ale ja do końca za słowa jak i czyny swe ręczę. Wspominam nasze spotkania i rozmowy. Łzy cisną się do oczu. Ciało jednak pozostaje w bezruchu. Przywołuję Twe imię oraz wizerunek. Zimna lufa przyjemnie chłodzi skroń. Teraz ze wszystkim kończę. Świst kuli idealnie zgrał się z ostatnią porcją oddechu.
-
Boże szelmów... pobłogosław króla cz.2
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Jest takie powiedzenie jakoby w jakiejś zapadłej dziurze. Zatęchłej i brudnej jak myśli moich kochanych klientów na widok dziewiczych, zaokrąglonych w biodrach i piersiach podlotków dziewczęcych z mojej najlepszej sutereny, robactwo miałoby żreć Cię człowiecze żywcem. Niby nie dziwić to może w mieście tak zepsutym jak to. Gdzie wszelka zaraza i mór lecą z prądem wiatru, wody i krwi po ulicznym rynsztoku. Gdzie tyfus, dżuma i trąd stają w szranki, kto w danym roku wywoła większą hekatombę zarazy i poślę więcej dusz i duszyczek do wszelkich świętych lub diabłów. Nie dziwi to nikogo i w lochach Neufchatel. Tu wszy, pchły i szczury ucztują na spoconych i odartych ciałach skazańców. Nie inaczej było i ze mną. Obudził mnie dreszcz łaskotek w okolicach twarzy i podkulonych pod głowę rąk. Zerwałem się w cichym okrzykiem i zacząłem machać rękoma. Najwidoczniej ta reakcja i dość żywa jakby nie było postawa nie spodobała się moim futrzanym sąsiadom z celi, którzy oddalili się szybko w mrok narożników ścian z głośnym, piszczącym sprzeciwem. Zakląłem pod nosem i dopiero teraz uczułem jak bardzo mocno boli mnie głowa a myśl o pragnieniu i strawie jest jedyną, którą przyjmuje do siebie umęczony organizm. Oczy jeszcze nie przywykły do mroku celi, ledwie wybudzone ze snu, próbowały odróżniać pojedyncze detale. Po krótkim czasie namierzyłem zarys drzwi z kratą za plecami. Spróbowałem do nich wstać lecz od razu prawie zachybotałem się jak na pokładzie łajby i znalazłem się na czworakach. Więc pełzłem a brudna, sklejona odchodami słoma czepiała mi się palców u dłoni. Znów zaczepiłem o szczurzy ogon a jego właściciel, próbował w odwecie odgryźć mi kciuk. Wtem, będąc już na kilka kroków od drzwi, usłyszałem za nimi czyjeś gorączkowe acz ściszone do granic szeptu głosy. Głosy były męskie i raczej dość młode i wyraźnie zbliżały się do celi. Po klucz, przekręcił leciwy zamek i cela stanęła otworem. W progu znalazły się dwie postaci. Strażnik miejski baszty i ojciec zakonu benedyktynów. Obaj jak jeden mąż zaraz po wejściu spuścili oczy pod nogi na moją postać, zamarłą w dzikiej pozie, zamilkli a zakonnik dodatkowo przeżegnał się i ucałował złoty, masywny krzyż pański, dyndający na jego piersi. - Wstań synu - głos jego był zupełnie niepodobny do postury i długiej brody zgolonej w zwarty szpic. Był prawie kobiecym falsetem pozbawionym jakiejkolwiek gardłowości i mocnego akcentu. Chyba plotki o tym, że co niektórym braciom, przeorzy czy generałowie każą po ślubach ucinać jajca, nie są do końca wyssane z palca - Nic Ci już nie grozi. Bóg ojciec jest z Tobą. Dał dyskretny acz całkiem zrozumiały sygnał ręką dla strażnika, że ten może się oddalić do innych zajęć a sam wkroczył pewnie do celi nie spuszczając mnie jednak z oczu. Wiedziałem co go sprowadza w te zaiste skromne progi mojej celi ale jak przystało na porządnego łotrzyka, zamierzałem odstawiać marny teatrzyk do końca. - Wybaczcie mi ojcze taką sposobność otoczenia - owionąłem dłonią powietrze wokół siebie - I moją steraną trudem żywotu więźnia aparycję. Wstać również do Was nie mogę. Solidnie oberwałem przed przybyciem tutaj i stanie na nogach sprawia mi kłopot. Przestrzeń faluje mi we łbie moim kaprawym jak po zakrapianej solidnie libacji. Zakonnik nie odrzekł z początku nic. Zachowywał się dziwnie. Krocząc wokół mnie powolnym stąpaniem. Rozglądał się ciekawie, jakby oglądał freski kapliczne a nie umorusane posoką i gównem ściany lochu. - Więc jeśli Ci to nie sprawi bólu czy innej przykrości Synu, po prostu usiądź a ja spocznę jak brat i bliźni obok Ciebie. I faktycznie osunął się na kolana obok mnie. Ściągnął kaptur z podgolonej głowy o resztkach jasnobrązowych włosów I obdarzył mnie lekkim uśmiechem pełnym pogody ducha i nadziei. Przyznaję, zdziwienie odjęło mi mowę a zaiste nie często zdarzenia mojego krótkiego acz burzliwego, ulicznego żywota na to pozwalały. Zakonnik widział te zawachanie w moich oczach i rzekł jeszcze spokojniej - Jestem tu by uratować Twą duszę przed potępieniem - zamilkł, przełknął ślinę i kontynuował - A może i ciało nie ulegnie karze. Wszystko zależy od ciężarów grzechów, skruchy i żarliwości pokuty. I spowiedzi świętej przed obliczem Boga. A więc jaki to grzech sprowadził Cię tu Synu, do podziemi slynnego Neufchatel? Mów. Bóg słucha. I faktycznie zamilkł z wyrazem oczekiwania na twarzy.- 4 odpowiedzi
-
3
-
- historia
- średniowiecze
- (i 4 więcej)
-
Wisielec z pętelką
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@huzarc @violetta @Amber @Annna2 @huzarc To wszystko co huzarc zawarł w swoim komentarzu znajdziecie w mojej balladzie "Boże szelmów ... pobłogosław króla". Serdecznie Was zapraszam do przeczytania. Bo jest to utwór zupełnie innego kalibru do jakich Was tu przyzwyczaiłem. Pierwszą część już dodałem dziś. -
Boże szelmów... pobłogosław króla cz.1
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Wiecie doskonale, że uwielbiam powroty literackie w świat średniowiecznej Francji i środowiska jej upadłych, szelmowatych, złodziejskich i morderczych szczeniąt. Jednak dziś nie wiersz jakich już kilka napisałem w tej tematyce i nie o losie Villona o którego żywocie wszetecznie zepsutym jeszcze pewnie jakieś wiersze się pojawią. I dziś nie o Paryżu XV-wiecznym. Moja nowa ballada łotrzykowska w duchu tego wszystkiego co w opisie po troszę... Jest to opowieść zupełnie inna od tego do czego zdążyłem Was przyzwyczaić. Zachęcam do czytania. Sędziowie trybunału w pokaźnych, białych i mocno kręconych perukach, po kolei opuszczali ławę, kierując się do wyjścia za którego progiem Temida jest tak samo ślepa jak u podnóża wokandy. Woźny, zamknął za ich postaciami marsowymi ciężkie, dębowe drzwi i omiótł słabym jak na starcze lata przystało ale i nienawistnym wzrokiem opustoszałą już do cna salę. Gdyby to jego sumienie kata wydawało wyroki to każdy pomniejszy wagabunda czy opryszek, dyndałby za długowłosy, złodziejski łeb na zacnym froncie miejskiej szubienicy. Lub skracany byłby o cale jakże niezbędnej do życia głowy, przez ostrą i wyuzdaną kochankę Gilotynę. Ja wtenczas czekałem pod gmachem sądu. Przeguby miałem związane mocnym powrozem, tak by dłonie były wygięte za plecami do wewnątrz, powodując sinienie skóry i niewysłowiony ból stawów. Muszę jednak oddać strażnikom, którzy mnie i teraz pilnowali ciasną sforą, że nie stosowali wobec mnie żadnej przemocy fizycznej, oczywiście poza ukradkowymi popchnięciami, podstawianiem nóg obutych w oficerki czy pluciem mi w twarz i wrzeszczeniem gdy nie słuchałem ich tępych i monotonnych poleceń czy rozkazów. Ale takie przelotne niedogodności, przestępczego fachu można by uznać za fraszkę. Cóż mieliby powiedzieć moi nieodżałowani kompani, których podgniłe, cuchnące z daleka zezwłoki śmiały się do przechodniów u południowego wylotu z placu Lenoncourt, do pięknej, zabytkowej ulicy św Pawła. Ci, którzy za wolne, awanturnicze życie wyrzutków i szczeniąt ulicznic, zapłacili ceny najwyższe. Oni spędzali czas oczekiwania na wyrok w podziemiach zamku Neufchatel lub co gorsza jego wyniosłej, ceglanej, romańskiej baszcie. O murach tak grubych jak cielsko smoka czy wieloryba. Na zewnątrz już, baszta wionęła grozą dojmującą i ściskającą za serce i krtań. Jej cicha, lodowato, ascetyczna władczość, skrywała we wnętrznościach, dziewięć kręgów piekła w jednej kondygnacji lochów. Zatopionych w połowie. O pozbawionych nawet iskierek światła celach. Pełnych szczurów, karaluchów, tyfusu i ciał grzeszników pokutujących we własnej krwi i fekaliach. Rozrzuconych gdzie popadnie po kamiennej podłodze z rzadka zasłanej, cuchnącą, czarną i mokrą ściółką. Tak leżeli na granicy zgonu. Odczepieni od korowodu, tańczącej radośnie i w uniesieniu śmierci. Krzyk i płacz, były tu stale, nieodzowną melodią. Krzyczeli najwięcej Ci, których dotknął obłęd. Oni stracili swoje człowieczeństwo. Nie jedli i nie pili, nawet tych ogryzków chleba i pomyj które urastały tu do rangi stołu pańskiego. Całe dnie i noce krzątali się w pokracznych pozach zwierzęcych po celach. Charcząc i wyjąc. Zdzierali paznokcie o ostre występki ścian. Bili o nie głową do czasu aż, zbroczeni do samych stóp posoką, opierali się skuleni w kątach majacząc coś w mieszance łaciny i francuskiego. Rzucali się na kraty, chcąc dostać w swe pokryte pęcherzami i krwawymi wybroczynami, silne dłonie, gardła przerażonych ich zwierzęcym bestialstwem strażników. Innym razem siadali naprzeciw krat i bujając się w przód i w tył w pobudzonym upojeniu. Nieludzkimi szeptami rozmawiali z Diabłem. A ten podsuwał im na pokryte liszajem, pogryzione języki słowa tak bluźniercze i psychopatyczne, że nawet Bóg odwracał od nich wtedy swe miłosierne oblicze. Oni umierali w nagrodę jako pierwsi. Najczęściej z powodu zarazy lub głodu. Palono ich ciała, do bliźnich niepodobne, na bocznym dziedzińcu. Nie widziałem tam nigdy księdza ani franciszkanina. Umierali bez ostatniego namaszczenia, kończąc wędrówkę po ziemskim piekle a zaczynając po jego zaświatach. Płaczem za to zanosili się Ci, którzy jeszcze nie nacieszyli oczu i zmysłów wspaniałościami świata na zewnątrz. Młodzi kuglarze, pomniejsi złodzieje, domokrążcy, fałszywi księża, uzdrowiciele, oskarżeni o czary alchemicy, czy chłopcy na posyłki pracujący w zaściankowych, tanich burdelach. Oni wszyscy wiedzieli, że droga prowadząca z baszty Neufchatel rozwidla się jeden tylko raz. Na kierunki, miejskie katakumby w Orves - gdzie ich ciała porzucone przez grabarzy w podziemiach, nigdy nie zaznałyby ukojenia. I kierunek plac St. Genevieuve. Plac zabaw z życiem i śmiercią w cieniu przeznaczenia każdego szanującego się opryszka, szubienicy miejskiej, którą nazywamy pieszczotliwie Cioteczką Agnes. Na cóż więc gnić w wąskich wyłomach skały pod czujnym okiem czaszek innych pechowców i popiskujących w czerni, dusznych, morowych korytarzy, szczurów wielkich jak koty a żarłocznych jak szarańcza. Skoro można ramię w ramię z kompanami od szklanki i fachu, dyndać ponad tłumem wiwatującym i złorzeczącym zarazem. Podziwiać w ostatnich minutach ziemskiego istnienia te morze gminu, ciągnącego z uliczek, zaułków i kamienic. Ten korowód kolorowy, pokraczny, ludzi wszelkiego stanu i cechu. Podagrycznych starców o zgarbionych plecach, staruch obrzydliwych i szpetnych jak katedralne gargulce, ciskających przekleństwami na lewo i prawo równie celnie co zgniłą cebulą i brukwią w nasze zakapiorskie twarze i żywoty. Tak tak … gladiatorzy połświadka idą na śmierć i są właściwie docenieni i pozdrawiani. Któż idąc w pochodzie czy jadąc krzywą kolasą nie był obrzucony kałem czy oblany moczem, cuchnącym gorzej niż wyziewy bagniste pobliskiej Loivre, któż nie został uderzany pięściami, kopany a nawet gryziony przez tłum. Bity lagami i pałkami, czasem aż kości trzeszczały jak suche kikuty gałęzi w borze ogarniętym srogim mrozem. Nieraz ku uciesze tłumu strażnicy, zdzierali łachy z nieszczęśliwca i gonili go nago aż w objęcia kata Pierre'a, który jednym sprawnym ciosem obucha pozbawiał skazanego przytomności. Miejscy oficiele patrzyli na to theatrum z obrzydzeniem a ojciec wyznaczony do rozgrzeszenia opryszków, nie nadążał czynić znaku krzyża I odmawiania w kółko confiteora za duszę wszystkich tu zebranych. I mnie odebrała spod gmachu sądu, kolasa uczepiona do dwóch starych już, ślepawych i wychudzonych klaczy o łaciatym umaszczeniu. Woźnica bezsprzecznie był w trok pijany, więc jego zachowanie, błazeńskie było całkowicie zrozumiałe co nie znaczy, że miłe mojej osobie. Ten szczerniały na obliczu od brudu kocmołuch, śmierdzący z daleka zleżałym potem, zgnilizną i trupim jadem, który mył się pewnie ostatnio na świętego Jana a warto wspomnieć, że nie dalej jak tydzień temu przebrzmiały echa dzwonów katedry i piszczałek organów na Święto Zwiastowania. Pochylił się nade mną i sprzedając mi solidnie wymierzony policzek ogłosił jakby z dumą do strażników lokujących swoje, rozpasane cielska obok niego na ławeczcę. - Piękny zaiste okaz zawiśnie - obszedł mnie dookoła. Czułem prawie jego oddech smrodliwy na karku i o zgrozo zdało mi się uczuciem wręcz namacalnym, że język jego musnął płatek mojego, lewego ucha a dłoń tego sodomity spoczęła na moim pośladku - Nasza słodka Agnes zawsze bierze w objęcia tych najsmuklejszych i rumianych jeszcze młodzieńców. Ach szkoda! Taka szkoda! Oni jeszcze w sypialni winni harcować jak króliczki mięciutkie i delikatne a nie na posługę wiatrów i śmierci oddani, gniją później biedacy na stryczkach placu St Genevieuve. Wyszedł znów przede mnie i dostał to na co zasłużył. Splunąłem mu w twarz, przez wybite dawno temu przednie zęby. Gęsta flegma osiadła idealnie na jego mętnych, brązowych i tępych oczach. Zaklął siarczyście i zanim wytarł się brudnym rękawem płaszcza, odrzekłem mu z dumą lecz i wisielczym humorem. - Miarkuj swe słowa dostojna flejo, spod suki francowatej wypadła. Sodomicka glisto, fajfusie sparciały. Bo mówisz do króla podziemi tego miasta. Żaka uczonego, piękna zbrodni i występku wszelkiego. Zabójcy bogatych i obrońcy niewinnych lecz nieczystych zarazem owieczek spod fontann i zaułków najpodlejszych dzielnic. Poety i komika, którego jednak zaszczytem druk nie obejmie. Strzeż się mojego języka, który równie ostry co noże, którymi zadawałem śmierć dostojnikom kleru i miasta. Ty ani w ars amandi niewładnym jesteś impotentem a do zacnej ars moriendi brak Ci serca i ducha twardego i klepek wystarczająco wielu by ją pojąć, pod tym kretyńskim obliczem. Na tych słowach moja dobra passa i karta się skończyła. Woźnica odzyskał rezon i wymierzył mi cios w szczękę tak silny, że natychmiast odpłynąłem w odmęty błogiej nieświadomości a dwaj ostatni strażnicy. Wtrącili me bezwładne ciało do klatki z tyłu wozu i poklepując woźnicę po bratersku po plecach, gratulowali mu skutecznego uciszenia poety. Tak właśnie ideał sięga bruku w tym mieście gorszym od biblijnej Sodomy. -
Pamięci bohatera wielu moich wierszy -wagabundy, złodzieja, szelmy, franta, alfonsa a przede wszystkim wielkiego poety -Francois'a Villon. Wiersz nawiązuję do mojej ballady łotrzykowskiej "Boże szelmów... pobłogosław króla", która dziś dodam z zakładce prozy. Czas na szelmowskie, tragizmu pełne wesele. Bo czyż może coś innego wywołać takie poruszenie u gminu, brudnych zaścianków, zamtuzów i zaułków stolicy. Tyle usmiechu, radości i wzniosłej atmosfery wyczekiwania na wielki finał, niż największa w kraju szubienica na placu Grêve w centrum Paryża. Szelmów, frantów, złodziei i morderców, rozstajne ze światem widzialnym miejsce. Sławne nawet bardziej niż poźniejsza, żelazna ku niebu skierowana wieża. Kacie Macieju, Ty skazanym pokuty nie dokładaj w dniu ich ostatecznego sądu. Znaj miłosierdzie pętli i stryczka. Boże litościwy, Ty zgaś im żywota bez zbędnego cierpienia. Gładko jak światła świec, jak ogniska lamp. Śmierci, Ty ich pochwyć łagodnie jako biały gołąb. A nie szarp ich dusz potępionych, wściekłe dziobem i pazurami. Jak demoniczny sęp. Lećcie kamraci ku wrotom niebieskim. Na boskich owieczek, zielone pastwisko. Ja czekam tu w lochu. Na kolejne wesele szubienicy. Rychtujcie! A żγwο! Stryczek z pętelką na mej drewnianej pani. Kacie, dostąpisz zaszczytu by wieszać mordercę i poetę. Ach! Będzie to dzień niezapomniany. Prawdziwie przednie widowisko.
-
Zwierciadło bestii
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Ten i kilka najbliższych wierszy zrobią podwalinę pod moje opowiadanie, które zamierzam tu opublikować. Będzie to ballada łotrzykowska w duchu villonowskim osadzona w XIV-wiecznej Francji, którą już jakiś czas temu publikowałem na tiktoku i portalu poeto a teraz będę chciał podzielić się nią z Wami. Będzie to coś zupełnie innego niż moje dotychczasowe teksty. -
Zwierciadło bestii
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@tie-break To prawda u mnie nie ma żadnych półśrodków. W starciu z przeznaczeniem człowiek jest bez żadnych szans. Są jednostki, które próbują uciec z tego błędnego koła i nawet czasami wydaje im się że wygrali ale potem szybko wracają do punktu wyjścia. Każdy musi zaakceptować swój los. -
Zwierciadło bestii
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@tie-break U mnie halloween w głowie jest cały rok. I tak. W poezji opisuje jedynie mrok,zbrodnie, śmierć i wyrzutków życiowych. Może i jest to monotonne, jednostronne i nudne ale przynajmniej prawdziwe w przeciwieństwie do cukierkowo-optymistycznej poezji o niczym. -
Chciałbym kiedyś odbudować swój wewnętrzny świat. Mieć znów serce i duszę. Nawet liche i prowizoryczne. Z moich myśli i głowy, wypadają mi całe dni i miesiące. Bez powodu narodzone, bezczynnie umarłe. Wypadają mi też w otchłań bez dna obrazy i powody mojego szaleństwa. Ich figury, oczy i włosy. Widzę świat tych, którzy przemówić już nie mogą. Ich kości zaszyte pod moją skórą. Rozpaczliwe są te szepty i głosy. Maski tragizmu, zastępują te dramatyczne. W głębi, równej jak szkło, tafli dusz zwierciadła. Szukałem stwórcy. Tego Boga sławnego. Pamiętasz Bracie? Gdy nasze grzeszne ciała płonęły na stosach wzdłuż biegu, szemrzącej groźnie Audě.¹ Wolne, czyste dusze jeszcze w nich uwięzione były. Wtedy to wzrok Stwórcy nas karcił za śmiertelne grzechy. On zamienił w proch to czego stosy nie dopaliły. Stosy wygasły już wieki temu. Lecz pod Katedra Świętego Michała Archanioła² nadal czeka, drewniana oblubienica. Na ostatniego heretyka.³ Przeklęte szczenię placu Truanderie.⁴ Prawdziwego samotnego wilka z Gevaudan.⁵ Rzeznika niewiniątek. Przez rycerzy i łowców, świeżo spętanego. I jeszcze słowniczek z objaśnieniami od autora by łatwiej Wam było zrozumieć tekst, szczególnie drugą zwrotkę 1- Nawiązanie do pogromu Katarów w średniowiecznej Francji w czasie wojen albigeńskich w latach 1209-1229. Ich pierwszą stolicą i największym miastem kultu heretyckiego było Carcassone położone nad rzeką Aude 2- chodzi o Katedrę Świętego Michała Archanioła w Carcassone powstałą już po wymordowaniu Katarów lub przywróceniu ich pozostałej garstki na łono świętego kościoła rzymskiego. 3-tutaj nawiązanie do mojego ulubieńca z poetów wyklętych Françoisa Villona. Wagabundy, mordercy, oszusta i złodzieja. Jednym słowem celebryty XV-wiecznego Paryża, który tyle razy unikał stryczka i stosu, że jak sam określał - jedyna oblubienica na której wdzięki jestem oporny jest ta drewniana na placu Grève - placu egzekucji w centrum Paryża. 4-plac Truanderie tzw. Dziedziniec Cudów plac w Paryżu o którym najwcześniejsze wzmianki znajdziemy dopiero w XV wieku. Wylęgarnia ówczesnego najgorszego sortu patologii od bezdomnych włóczęgów, przez kuglarzy i uzdrowicieli po złodziei, banitów, morderców. Główne miejsce pracy, ówczesnych alfonsów i najgorszych murew i wszetecznic Paryża. 5- Legenda o wilku z Gevaudan za czasów panowania Ludwika XV. Bestia przez kilka lat mordowała w okolicznych lasach głównie młode kobiety i małe dzieci. Polowania na szeroką skalę praktycznie wytępiły populację wilków we Francji aż do dziś dnia nie udało się jej odbudować. Dziś wiemy, że za zabójstwami stał prawdopodobnie człowiek bo żaden wilk ani inne zwierzę nie zadało by takich obrażeń ani nie pozostawiło charakterystycznych śladów na ciałach ofiar.
-
Most pospinany zewsząd na miłości zardzewiałych kłódkach. Ja zawsze jestem zero jedynkowy. W miłości zawsze u mnie druga tura. Wolę jednak opiekę śmierci. Dlatego właśnie ochoczo chwyciłem lekkość pióra. Bez pomocy już nie wstanę i nie wyruszę w świat. Jak kaleka-zabawka o wyrwanych kółkach. Nie niewiast uśmiech a drwina. Teraz ciśnienie mi podnosi. Duma pobita nieraz. Kolejny raz w zaułki duszy krwawo uderzona. A miłość jak ptak chorowity, przez wiatry burzy strącona. Demoniczny kot, trzewia jej zębami rwie. I truchło w pysku triumfalnie unosi. Nie bój się. Podejdź pod ogrodzenie. To cmentarz Twych marzeń. Potężny, skażony obszar. Stoisz nad ciemnością otwartego grobu. By wpaść potrzebujesz szturchańca. Obok we mgle trupiej, rozkłada się ciało miłości gońca. Consummatum est! Ego iam moriar.
- 3 odpowiedzi
-
3
-
- śmierć
- dekadentyzm
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Teoria bezwzględności uczuć
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@viola arvensis tytuł wziąłem od tego, że zarówno ja jak i moja muza interesujemy się bardzo mocno fizyką teoretyczną i kwantową. A, że ona czyta każdy mój wiersz od lat to czasami przemycam w nich takie nieoczywiste nawiązania do niej. @KOBIETA bardzo dziękuję. Czasami zdarza mi się śnić że jestem szczęśliwy. -
Teoria bezwzględności uczuć
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 To prawda jest to wiersz o miłości niemożliwej w spełnieniu. Prawdą jest również to, że czasami nie jestem w stanie znieść już jej obecności po czym natychmiast tęsknię do niej. Ale nie umiem kochać więc wyidealizowałem sobie jej obraz jak boginię. Tak jest lepiej i łatwiej to znieść. Finał jak zauważyłaś jest miłosnym wyrzeczeniem. -
Teoria bezwzględności uczuć
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Gosława Po prostu ja już nie wierzę w zadne uczucia i moje wiersze miłosne nie są tak obłąkańczo straczeńcze. Jestem pogodzony od lat ze sobą i losem całkowitego samotnika. Ale to fakt ona potrafi we mnie wzbudzić jeszcze pokłady ciepła -
Teoria bezwzględności uczuć
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Gosława Raczej nie nazwałbym siebie romantycznym ani swojej poezji. U mnie miłość i uczucie to synonim klątwy, klatki i przekleństwa. Niewysłowionego cierpienia, które wypacza wszystko co dobre. Ale mam muzę chyba jak każdy artysta mimo, że nie jest moją ani nigdy mi nie będzie przeznaczona. -
Teoria bezwzględności uczuć
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Trudno mi o tym pisać, ale lubię gdy znikasz sprzed mych spragnionych oczu i jaśniejących od Twego anielskiego blasku myśli. Uciekam na długi czas lecz wiedz, że codzień wyglądam przez okna mej utraconej duszy, by choć przez krótką chwilę wyłapać twój cień, cichcem stapający w mgielnym oparze przedświtu, przez bruk parkowej alei. Ja już nie umiem kochać. Lecz nadal staram się wielbić Cię jak boginię. Tak moje uczucie to skrajne uwielbienie. Jego wykwintny, najprzedniejszy rodzaj. Po co mi wiara w lepszy dzień? Gdy noc zimna scala mnie w jedność z łóżkiem. Pęta mnie i dusi wśród trumiennych trenów, jedwabnych sukien zesłanych mi przez demony snu, piekielnych mar. Lecz wiem, że jest jeszcze czas. Unosi się i kręci coraz to szybciej wśród gasnących gwiazd i ciemnej materii ta niebieska mała kula. Twoje oczy prowadzą mnie w kojącą czerń niebytu. Droga mleczna, zamienia się w cichy, szemrzący głucho, westchnieniem tysięcy dusz Styks Mam tutaj Ciebie szlachetna Muzo. Twą najukochańszą, ciepłą dłoń. Wyjdę z Tobą na brzeg. Charonie, nie trzeba mi obola. Nie dla mnie kwitną, ogrody Twej miłości. Znikaj a mnie pozostaw wśród pustynnych wydm piekieł. Jak Persefona, nie z umarłym i przeklętym a na powierzchni czas swój doczesny, wśród najpiękniejszych chwil i zabaw spędzaj. -
@Leszczym Dziękuję za przeczytanie tak wielu z nich.
- 13 odpowiedzi
-
1
-
- młoda polska
- spowiedź
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Letnia spowiedź trupa
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Dziękuję za tak wspaniałą i szczegółową ocenę i recenzję- 6 odpowiedzi
-
1
-
- turpizm
- dekadencja
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Wilcza prawda
Simon Tracy odpowiedział(a) na Berenika97 utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Berenika97 Jako samotny wilk zaczytałem się w tym manifeście -
Letnia spowiedź trupa
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Annna2 Urzeka mnie piękno francuskiego modernizmu więc często odnoszę się do mistrzów w swojej poezji.- 6 odpowiedzi
-
1
-
- turpizm
- dekadencja
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Wiersz pisany w hołdzie dla francuskich poetów wyklętych Charles’a Baudelaire’a, Arthura Rimbaud i Paula Verlaine’a których niegodnym dzieckiem literackim godzien się nazywać Nawet nie wiesz, że to już koniec. Mój koniec. Gnije tutaj z wolna, moja Miła, w wypalonych czerwcowym słońcem pokrzywach. Rozpadam się z miłości do Ciebie, przy pomocy much, ptactwa i czerwi. W objęciach raniącego jak Twe słowa i oczy. Dorodnego, zielonego ostu. Na miękkiej pierzynie z wylanych trzewi i krwawego rdestu. Zasłuchany w koncert, przysiadłego na kamieniu konika polnego. W życiowej ruletce. Wszystkie żetony uczuć, postawiłem na romantyczność. Gardziłaś mną. Nie dziwne. Ja sobą też choć niewczas gardzę. Bo miłości nie ma. Powinien o tym wiedzieć taki jak ja wielkiej, nieograniczonej wręcz wiedzy potentat. A teraz w Twych myślach będę jeno mgłą zimną i wątłą, jak śmierć wśród zmierzchu jesiennego. Pamiętaj jednak, że i Ty rychło w czerni grobu i dusznościach trumny się rozgościsz. Młodość Twego ciała, delicją przednią będzie dla larw. Zapamiętaj - Tak oto przemija wielkość tego świata. Mój nagrobny acz i w sercu wyryty cytat. Pamiętaj Miła, że tutaj gnije. W pustych już oczodołach, tylko żałośnie zawodzi wiatr. Zachód słońca nad mym truchłem. Tak magiczny. Tak nie dzisiejszy. A Ty Kochanie śpij słodko. Bezpieczna w swej sypialni. Z kostuchą, czuwającą u wezgłowia. Jej kosa na Twym gardle. Tykającą bomba. Myślałaś, że zmyłaś z siebie ten grzech. Lecz ona jak nikt zna sprawiedliwość. Ona Cię z niego jak i z wszelkich wspomnień i uczuć. Skutecznie wypatroszy.
- 6 odpowiedzi
-
6
-
- turpizm
- dekadencja
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Noc pożegnania
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Wiesław J.K. Wedle mitologii lovecraftowskiej ghoule żyją w podziemiach cmentarzy na granicy naszego świata a krainy snu Sola-Nyl. Są dawnymi ludźmi, którzy na własne życzenie pragnęli stać się ghoulami by zyskać nieśmiertelność. Żywią się ciałami z cmentarzy ale czasami gdy są mocno wygłodniałe nie pogardzą też świeżą zdobyczą. Nie naruszają jednak zbyt często granicy naszego świata. A do krainy snów nie mogą wejść ze względu na to że są nieczyste i przebiegłe. Są bardzo inteligentne i przebiegłe. Kolekcjonują ludzkie kości i czaszki by wykorzystywać je do magicznych i nekromanckich rytuałów. Czcą świętą Yibb-Tsll - przedwieczną boginię mądrości i Mordiggiana czyli śmierć. Dusze ludzi odchodzą na wieczność do Krainy Snu. Do białego miasta portowego cudownego Celephais gdzie żyją po wieczność w dostatku i szczęściu i nie muszą już dbać o cokolwiek. -
Wybiła północ. Wyszedłem właśnie z grobowca by popatrzeć na uradowane i umorusane w świeżej krwi ghoule, które beztrosko bawiły się biegając po marmurowych nagrobkach. Piękny i słodki zapach ludzkiej krwi. Dziewiczej i młodej. Jak światło, bielejących na firmamencie gwiazd. Och! Miła! Jak ja nienawidzę tych letnich, jasnych nocy. Tak zwiewnych jak dym. Jak ukradkowe spojrzenia, krótkich. l ten ciągły, rozpalający trzewia głód. Nęcący mnie i współbraci swąd zletlatych w upale trupów morowych. Nie wiesz gdzie mój grób? Bo nie byłaś tutaj ni razu Miła. Może i lepiej. Bo widzisz czym się stałem. Ale żyje i wspominam. Jak zasypiałem w małżeńskim łożu przy Tobie. Jak gładziłem czule, czerń hebanową Twych włosów miękkich. Mnie przekleństwo trzyma z dala od niemocy śmierci. Na rozstajach mnie spotkasz Miła. Szukaj mnie wśród mokradeł i ich zgubnych, zielonych ogników. Szukaj za chochołami barwnie przybranymi. Na polach zżętych, zasnutych mlecznym oparem zaświatów. Pochwyć mnie! Patrzaj głęboko i czule w moje rozpalone obłędem oczy. Miej wtedy choć na tyle siły. Zabierze mnie z Twoich ramion wiatr. Płaczliwy jego skowyt. Rozmyje mnie na wieki. Pozostaną puste rozdroża i pola. Nie przywołuj mnie więcej modlitwą ani czarem. Nie szukaj mej przeklętej, zamieszkałej przez ghoule mogiły.
-
Nie umarło w uśpieniu
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Gosława Ja jestem wrażliwy na piękno i autentyczność. Dlatego tak blisko mi do Twojej poezji.- 6 odpowiedzi
-
0
-
- fantastyka
- fantasy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Nie umarło w uśpieniu
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Gosława U mnie to chyba wrodzone. Od małego dziecka lubiłem oglądać horrory czy filmy grozy. Od połowy podstawówki zacząłem zapoznawać się z pisarzami takimi jak E.A.Poe czy H.P.Lovecraft. Uwielbiałem książki Mastertona czy klasykę Hodgsona. W zasadzie ukształtowali mnie i mój styl nie tylko pisarski. Od dziecka też słucham metalu i starego rocka. Czasami przemycam niektóre inspiracje zespołami do poezji. Plus choroby jak depresja, nerwica lękowa i objawy psychotyczne. Stąd ciągły mrok.- 6 odpowiedzi
-
1
-
- fantastyka
- fantasy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Short inspirowany twórczością H.P. Lovecrafta i jego świata grozy Uniwersytet Miscatonic w Arkham Wydział archeologil klasycznej Do dr. Simona Tracy 28 stycznia 1938 roku Uniwersytet Miscatonic Dr. Charlie Ayward Timisoara, Rumunia Drogi Doktorzel Jak Pan doskonale wie od przeszło dwóch lat przebywam wraz z zespołem profesora Henley'a na stanowisku archeologicznym w odległej Rumunii. W moim ostatnim liście datowanym jeszcze na miesiące lata, wspominałem Panu o naszych próbach zdobycia zgody od miejscowych władz na prace archeologiczne w małym kościółku na granicy rogatek miasta Timisoara oraz na terenie niewielkiej również nekropolii przyległej do świątyni. Miejscowy burmistrz chętnie wydał zgodę na naszą pracę. Ale utarczki z przykrością muszę to ująć z zacofaną i kompletnie przesadną i ciemną gawiedzią opóźniły nasze prace o przeszło trzy do czterech miesięcy. Gmin za nic nie pozwalał nam przeprowadzić prac na grobie jednego z podobno szalonych i przeklętych współbraci zakonu benedyktyńskiego. Gdy udało nam się wreszcie dostać do czeluści grobu i trumny a naprawdę nie było to łatwe i wreszcie musiały interweniować służby porządkowe, naszym oczom ukazał się denat, który w kościstych palcach nadal mimo upływu wieków trzymał kurczowo zwitek pergaminu a na piersi miał ułożoną księgę obszytą ludzką jak się później okazało skórą. Na Boga! Doktorze! Przesyłam Panu i księgę i pergamin! Nazwa księgi jest spisana we wczesnej odmianie cyrylicy a brzmi strasznie i wrogo jakby ludzkiemu bytu. Necronomicon! Obym nie zesłał na Pana koszmarów i demonicznych imaginacji które dręczą mnie teraz codzień po przeczytaniu tej przeklętej pozycji. Oddany całym sercem Charlie Ayward Duchu Księgi pamiętaj! Pierwszym imieniem Boga jest Marduk! W najczarniejszą godzinę nocy! Duchu martwy acz śpiący! Wypal mi pieczęć, Siedmiu Wielkich Bogów! Bym w pełzającym chaosie dziejów i czasu. Przekroczył Tiamat. Shub- Niggurath! Matko tysiąca plugawych młodych! Połkniesz me prochy z czarnego ołtarza Ojca Yog-Sothotha! I zmartwychwstanę Matko i Ojcze w dniu Narodzenia lub jego czasu oktawy. Kiedyś umrę lub też nie. Nie jestem tego ciekawy. Oblecz mnie w skórę najsłabszą! Człowieczą! Dobierz z gliny twarz do rysów moich przodków. W świetle grzechów, upadłych ludów! W zimnym, polarnym świetle siedmiu enigmatycznych gwiazd i ich przebudzonych strażników! Zmuś mnie do pisania, krwią mego szaleństwa! Otchłań tajemna otwiera się nad zgubioną ziemią Królowo Demonów, powstań w swą godzinę uwielbienia! Czekam jak zawsze w szale, nieludzko mrocznych urojeń! Na Twą pierś i łono! Ty kroczysz poza eonami. W myślach Azathotha! Widzisz przyszłość i czas wsteczny. Strażniku! Kapłanie! Cutulu! Cieniu z ognia waleczny! Wywołałem Was! Dajcie mi pisać i patrzeć! Powstanie księga i demonów magiczne wezwanie. Śmiertelnikom jednak nie przystoi mrocznych sylab czytanie Tekst jak przewidział mój przyjaciel w ostrzeżeniu wstrzasnął mną do głębi jeszcze przez wiele tygodni wracałem do jego przetłumaczonej treści. Po pierwsze mimo trafnego i dosyć prostego dla mnie tłumaczenia nie umiałem odszyfrować imion tych wszystkich duchów istot piekielnych czy demonów. Jedynie Marduk był mi szerzej znany. Po drugie jak doszło do tego, że młody zakonnik pisze tak bluźniercze dzieła? Bo uwierz mi Czytelniku, że księga była jeszcze bardziej przeklętym dziełem nie skrojonym nawet na najbardziej nieczułe ucho i oko ludzkie Już nigdy nie uwolnię swojego biednego umysłu od wspomnień strof jakie byłem zmuszony czytać. Już zawsze będą mnie w snach prześladować ryciny z podobiznami Azathotha, Cthulhu czy Yog Sothotha. Nie każ mi biedny Czytelniku ich opisywać! Tak wielkie plugastwo nie powinno narażać umysłów i sumień spokojnych ludzi na całkowite rozbicie i usunięcie się w najdotkliwsze w skutkach odmęty szaleństwa. Myślę, że teraz tak samo jak mój biedny przyjaciel Ayward nie będę mogł zbyt długo cieszyć się ziemską doczesną egzystencją. Nie mogę przestać myśleć o zagładzie i tym co było mi niestety pisane oglądać. Jeśli mój stan nie ulegnie poprawie w najbliższych tygodniach to targany raz szałem i gorączka obłędu to znów chłodnym i rzetelnym umysłem naukowca oddam się do przytułku dla obłąkanych. Jeśli to nie pomoże. Oddam się sam w ręce pełzającego chaosu i obłędu. Przyjmij mnie Ojcze! Spójrz na swego sługę! YOG-SOTHOTH!!!
- 6 odpowiedzi
-
4
-
- fantastyka
- fantasy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami: