-
Postów
780 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Simon Tracy
-
@Wiesław J.K. Osobiście nie mam zbyt miłych i dobrych wspomnień z podróży koleją. Ale uwielbiam o niej czytać. Zbiór opowiadań Grabińskiego "Demon Ruchu" czy opowiadania Dickensa takie jak "Dróżnik" zawsze były mi bliskie. Zresztą obracam się w kręgach kolejarskich. Mam przyjaciół maszynistów i konduktorów. Czasami w grupie załapię od ich opowieści temat do nowego wiersza czy opowiadania.
- 5 odpowiedzi
-
1
-
- oniryzm
- dekadencja
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Pokrzywy nie parzą moich łap. To nie wzrok świdrujący na wskroś, ludzkich marionetek. Ich jad i moja nienawiść równoważą się na szalach niekończącej się walki zła, bytu doczesnego z bytem nie z tego a innego wymiaru. W najczarniejszym odludziu, modrzewiowego, skąpanego w delikatności świeżego mchu i opadłego igliwia boru. Stąpam bezszelestnie przez piach, kałuże i zdradliwe zaschłe od dawna, połacie chrustu. Utykam na przednią, prawą łapę. Wyrwana na siłę z uścisku metalowych zębów ludzkiej pułapki, doskwiera tętniącym aż w najgłębszych zmysłach bólu. Ale nic to. Z czasem ogarnięty opieką starych kapłanek i szeptuch, wydobrzeję. Blizny nigdy nie dadzą o tym zapomnieć. Twoją twarz zdradziecką i los Twój, przekląłem u Bogów, daniną z krwi. Nóż, karabin, brzytwa. Słowo jedynie rani i wodzi na manowce. Dlatego zwą mnie kapłanem i orędownikiem ciszy. Chcę widzieć ludzi, lecz tych co umarli. Wśród ostępów bagiennych i w świetle ślepi graniczników ich ogniki dusz błądzą po rozstajach. Ja ich do granic Nawii bezpiecznie sprowadzam. Czyn. To on zabija. Miłość zabija w człowieku człowieka. A bestię rani mechanizmem uśpionej pułapki. Nie wyciągnąłem z niej łapy na czas. W starej dziupli, okazałego grabu. Zasnąłem. A śniłem jedynie o krwi. Leżałaś naga, ze skręconym karkiem. Przed chatą. A Bogi patrzyły z drewnianego panteonu, dziesiątkami twarzy. Nagle grzmot i błyskawica przecięła sen. Jak linię mej świetlanej przyszłości. Musiałem się upewnić po raz tysięczny może. Wyszedłem z dziupli. Zaskowyczałem żałośnie w ledwie rozjaśnioną poświatą, ubywającego księżyca noc. Jeszcze raz spojrzałem na strzaskaną łapę. Musisz nie żyć. Nie z zemsty. A w imię wyższych zasad. Perun zesłał burzę. Nawet deszcz zamienił w krew. Osiadła na cokole nieboskłonu. Jak rydwan podniebny. Jego żałobę zsyłająca chmura. A ja ruszyłem duktem pod znajomy aż za dobrze adres. Deszcz zagonił duszę gościńców ku kniei. Dukt był pusty jak oko wykol. Słyszałem jedynie swój oddech chrapliwy. Raz jeden skrzyżowałem swój trop ze śladami swych pobratymców. Wataha jest rodziną której nie dane mi było nigdy mieć. Samotność jest moją rodzicielką. A ojcem demon przeszłości. Jej błędów i namiętności. O północy dotarłem nad granicę drzew. Dalej był świeżo zasiany, pasiasty krój pól a za nim ku południu, zabudowania wsi. Nie czułem już zapachu. Twoich dłoni czy włosów. Odrzwia były zabite na głucho. Okiennica wyrwana z zawiasu a front domu solidnie ugodził upływ cielesnego czasu. Z komina nie sączył się dym. Palenisko zalały dekady, cyklicznych opadów. Obejście zarosło zielskiem, trawą i dzikimi drzewami. Armią, płożącego się rdestu. Skręconych w uścisku kłączy. Namnożonych na potęgę truskawek i dzikich malin. Studnia zapadła się i zapewne wyschła lub woda w niej zatruła się od gnilnych resztek. Jak nasza miłość. Czy Ty też gnijesz? Pobiegłem ku pagórkowi na krańcu wsi. Ci którzy przybyli tu onegdaj z krzyżami i ogniem, którym wypalili obyczaj dziadów i święte gaje, nazywali to miejsce odludne i ciche cmentarzem dla dusz. Odnalazłem okazały, kamień nagrobny zaraz po lewej od wejścia. Na nim była Twoja podobizna i trochę liter i cyfr. Litery układały się w Twe imię i nazwisko a ciąg cyfr w datę narodzin i w to po co tu przybyłem. Chmury odeszły gnane wiatrem. Znów wyjrzał nieśmiały księżyc. W jego świetle porzuciłem choć na moment postać wilka i stanąłem na dwóch nogach przed zaniedbaną mogiłą. Nie mogłem się powstrzymać i wybuchłem śmiechem. Szczerym do bólu i zimnym jak stal moich oczu. Śmiałem się odczytując datę Twojej śmierci.
-
@KOBIETA Jest w tym opowiadaniu i PTSD i rezygnacja i dekadencja. Jest też pewnego rodzaju gorzki uśmiech losu w postaci utraty wszystkiego co ważne w życiu. A skoro nie ma się już nic to czym się można zamartwiać @Berenika97 On początkowo był podzielony na kilka części ale stwierdziłem że lepiej będzie od razu wrzucić całość
- 5 odpowiedzi
-
1
-
- oniryzm
- dekadencja
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Jesień, pszczoła i jeżyk
Simon Tracy odpowiedział(a) na klaks utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@klaks Cudowna bajka. Przeczytałem z największą przyjemnością. -
Jeśli Drogi Czytelniku, swego czasu zaczytywałeś się w prozie Grabińskiego lub onirycznych wizjach Schulza, lub jeśli bliski jest Ci francuski modernizm, Belle Epoque czy dekadentyzm. To zerknij proszę i jeśli masz takie życzenie, pozostaw komentarz i ocenę pod moim poematem "Odyseja". Jest nieukończony jak wiele moich prac. Lecz może kiedyś uda mi się doprowadzić go do końca. Hamulce i kotły grzały się w piekielnym ukropie, nie spuszczanego od dłuższego czasu powietrza. Żółte, cyklopowe oko lokomotywy, rozbłysło nagłym i ostrym światłem na torze, lewitując w rozrzedzonym powietrzu, skwarnego nadal zmierzchu. Żelazny smok gnał przed siebie coraz to śmielej i prędzej. Ciągły ruch, idealnie zgranych kół, turkoczących na świeżo ułożonych szynach, Ciągnących się wężową strugą ku kolejnej stacji przetokowej lub przeładunkowej. Na tej bocznej linii używanej sporadycznie jedynie w wybitnie ważnej potrzebie nie było stacji pasażerskich jak i gminnych, niewielkich przystanków. Była to linia głównie używana przez wojsko i na jego potrzeby stworzona. A teraz gdy echa kawaleryjskich szarż i armatnich salw przebrzmiały już wśród poszarpanej i wykrwawionej linii frontu. Gdy wrogie armie nie składając sobie winszującego hołdu ani nawet nie ściskając na pojednanie dłoni. Odeszły, zwrócone plecami ku sobie i mącąc jedynie kurz i piach, zaległy po ustronnych, półdzikich gościńcach, prześlizgnęły się na powrót przez umowne jedynie linie granic. Mijając bez słowa wstydu i hańby a może jednak glorii zwyciężonych, wapienne, zatarte smugami słoty i wichru słupki graniczne. Starali się nad wyraz mężnie i heroicznie, by przesunąć je choćby o cal, metr, kilometr. Na nic to wszystko. Ich pobratymcy. Często chłopcy, wchodzący dopiero w wiek męski. Zostali tam na ziemi spalonej, niczyjej. Ich ciała posiniaczone i splamione juchą. Wkręcone w sidła kolczastych krzewów drutu. Ich czaszki spękane, końskimi kopytami, A oczy wybałuszone w zdziwieniu, że to już na samym wręcz początku życia, nastał jego kres. Wojna płodzi bohaterów. Leżą tam na ugorach bez ciemni grobu i krzyża z brzozowej kory. Legli tysiącami we śnie z którego nie wybudzą się już nigdy. Muchy jedynie płodzą w ich oczodołach i ustach rozwartych śmiertelnym spazmem swe plugawe potomstwo. Rozłączeni brutalnie ze światem jaki znali. Ze szkołami i uniwersytetami. Z fabrykami i kopalniami. Z sadami i polami Wreszcie z uciechami jak kina, teatry, opery. Muzea, restauracje, bary. Parki i kafejki. Zostawili je żywym. Tak samo jak swe połowice. Zalęknione i wiernie trwające przy nich choćby i w godzinie śmierci. Listy z odbitymi szminką ustami. Zroszone wonią perfum. Gniły teraz na równi z ich kochankami w ciemnych transzejach okopów. Ale byli i tacy, którym się udało. Choć przez to czego doświadczyli. Modlili się co dzień o lekką śmierć. Przeżyli jednak na przekór rozumowi A dzięki frantowatej zachciance Boga i jego stróżujących niby to nad ludzkością aniołów. Przeżyli może i w imię miłości. Na przekór nam, ludziom z serc wyprutym. Z emocji i pragnień skutecznie wypatroszonym. Przez ten świat i miłość właśnie. Nam też niewielu pozwolono przeżyć to piekło wojny. Choć dla nas śmierć nie byłaby karą ni zbrodnią. A wyzwoleniem z kajdanów życia. Świeże pokłady bukowe tłumiły wstrząsy lecz nie dźwięk. Tuk, tuk….tuk, tuk…. tak, tak…. Skład szedł nadal na pełnej prędkości. Z rzadka na ostrym łuku lub zejściu z przewyższenia, zagrały metaliczną skargą hamulce. Para uciekała przez nieszczelne miejscami osłony. Rozmywała w budzącą się noc, białymi obłoczkami. Gdyby kto patrzył z dalsza. Powiedziałby, że pociąg gubi swe duszę. Jak demon w ruchu nad przeklęta ziemią. Krążący od przystanku do stacji, coraz to dalej i prędzej. Coraz śmielej i pewniej. Mając za nic potrzeby swych pasażerów. Ich emocje i namiętności. Skargi czy żale. Żyjący tylko dla potrzeby wiecznego ruchu. Tańca, gdzie sceną była jedynie szerokość szyn. Spełniającego mit o Odyseuszu. Wiecznym tułaczu, który na żadnej ze stacji nie może czuć się jak w domu. Jego pojawienie się na linii stacyjnych semaforów i dróżniczej budki. Jest przyjęte tak samo obojętnie jak odjazd z przypisanego peronu. Dla każdego jest jedynie bestią w ruchu. Wolnej od ludzkiej powierzchowności. Jednak i on ma serce. Złożone z kotła i tłoków. I cóż z tego, że goreje ono wręcz od środka. Skoro to nie miłość go ogrzewa a potrzeba ucieczki, tułaczki. Samotności. Tak,tak … tak,tak… tuk,tuk… Przedział oświetlony gazowymi lampami był przytulnym i ciepłym miejscem. Dającym wytchnienie po miesiącach spędzonych w błotnistych, wypełnionych do kostek, brudną choleryczną wodą, śmierdzących prochem, potem i gnilnych rozkładem ciał, zawsze zbyt płytkich i zbyt wąskich okopów. Nie licząc stukotu kół, trzasku klejonych obramowań okna i drzwi, dość głośnego drgania stolika podróżnego oraz sporadycznych rozmów współpasażerów, dobiegających z sąsiednich przedziałów oraz korytarza a także odwiedzin konduktora. Panowała cisza. Potęgowana jeszcze tym co ujrzeć można było za oknem, uchylonym na oścież, by wiry zasysanego tu powietrza, mogły przyjemnie chłodzić zmęczone oblicza. Za oknem obraz był monotonny w swej idyllicznie, wiejskiej prostocie tej zubożałej prowincji. Jedyną oznaką nadchodzących, cywilizacyjnych zmian była nitka torów kolejowych, zaplanowana w ministerstwie a ułożona przez robotników tak by omijać jak najszerszymi łukami i serpentynami osiedla ludzkie. Wyglądało to tak jakby cud techniki i postępu uciekał od strzech i drewnianych, dusznych izb. Z rzadka gontów i murowanych chałup. O ciężkich okiennicach, uszczelnianych kitem. Jedynym podobieństwem, mieniły się kominy chlebowych pieców kaflowych. Strzeliste i smukłe to znów grube i owalne. Niczym ich odpowiedniki na transatlantykach czy wojennych pancernikach. Dymiły aż miło w te bezkresy stepu. W ich dotąd nienaruszoną, świętą wręcz strukturę naturalizmu. Demoniczny tułacz, widział te osiedla, Te strzechy i dymy kominów. Wielokrotnie zwalniano mu osłony i wtedy mógł wydać swój przeciągły okrzyk, nie mający żywego odpowiednika w świecie. Tony grały równo. Z początku może trochę zachryple, lecz już po kilku sekundach gwizd odbijał się echem po polach, zaścielonych dojrzałym już zbożem, wchodził gładko jak nóż w lesiste, gałęziste granice zagajników i małych odseparowanych sztucznie dębin. Na ten dźwięk natura jeszcze nie była tu widać gotowa. Trwożyły się jej małe dzieci. Te skrzydlate, ulatywały w niebo by po chwili jednak chmarą osiąść na kolejnym poletku, płotach obejść czy w starych, powykręcanych czasem okrutnym i zarośniętych siwozielonkawym mchem, sadach. Inne jak lisy, zające czy osiadłe przy rzecznych brodach bobry. Czmychały pod krzewiny, gąszcze, splątanej leszczyny czy wodne szuwary pełne liliji i wodnych pałek. Krótki szmer, plusk czy odgłos pazurów tarłych o pomietą, starczymi bliznami korę Odpowiadał na zew nowego ducha czasu. Duszy ze stali i nitów. Nie mającej swej wolnej woli, uczuć, wspomnień i co najważniejsze nie potrafiącej kochać, współczuć, śnić i pragnąć. Będąc tworem zupełnie zimnym i nieczułym. Technologia wygra z ułomnościami człowieka. Chyba, że to człowiek dobrowolnie stanie się takim robotem, którego to nic nie dziwi, nie rani. Który unika innych jak ognia. Nie kocha, nie płacze. Jest jedynie obserwatorem a nie odbiorcą. Nie śni i nie marzy. Żyję tylko tym co tu i teraz. A przyszłość? Jeśli nawet jest godna temu by o niej myśleć i zaprzątać sobie głowę. To jest ona bliźniacza do dnia obecnego. Latami całymi w kółko, przeżywanie tego samego dnia. Czynności ludzkie stają się maszynową procedurą. A stery przejmuję pustka egzystencji, która wtacza życie na jeden tor, którego ostatni przystanek jest znany od dnia narodzin. Jest nim śmierć u wylotu tego ślepego toru. A zamiast secesyjnego, budynku stacji, parowozowni i warsztatów na manewrowni. Jawi się tym, że za zapuszczonym, ukrytym we mgle wiecznej peronie, jest nie tchnące życiem i beztroską miasteczko a pogrążony w słotnej zadumie żałobnych dymów świec nagrobnych. Cmentarz świata przeszłego i grób każdego z nas. Starałem się odprężyć i uwolnić od nawracających imaginacji i retrospektyw ostatnich morderczych wręcz miesięcy. Ciągle wydawało mi się, szczególnie gdy przebywałem na otwartej przestrzeni w nowym i nieznanym mi miejscu, że śledzą mnie oczy obcych i szczelnie ukrytych w miejskim kolorycie, postaci o jakże wrogim nastawieniu. Często zdarzało mi się wpadać w panikę tak głęboko paranoiczną, że zwykły spacer zamieniał się w walkę o przetrwanie wśród ścian labiryntu kamienic i budynków. Potrafiłem zatrzymać się nagle pośrodku chodnikowej arterii, błagać zalęknionym wzrokiem, pełnym łez o pomoc. Lecz nikt nigdy nie podjął się tego by złączyć swój wzrok z moim. Nikogo nie zajęły choć na moment moje próby odzyskania równowagi i błogiej stabilizacji. A ja wieżgałem się jak ogarnięta lękiem o kruchy żywot, ryba w sieci. Kręciłem się wokół własnej osi w duszącym płuca zapętleniu. Nie byłem do końca ani w teraźniejszości ani w nagłym fantasmagorycznym acz gorzkim wybuchu przeszłych portretów zdarzeń. Moje nogi grzęzły w sposób niewytłumaczony w betonowym więzieniu, chodnikowej mozaiki. Po wybrukowanym kocimi łbami rynku, stąpałem jak po minowym polu. Wzdrygając się za każdym razem gdy podeszwa moich butów stykała się z coraz to większą powierzchnią, śliskiego, wyjeżdzonego kamienia. Bezsprzecznie byłem ogarnięty chorobą. Traumą doświadczonych okropieństw wojny. Dnie całe spędzałem w łóżku. Budząc się z nieludzko zdeformowanymi postaciami moich poległych przyjaciół na piersi. Sąsiedzi byli mi z początku pomocni. Czasami nie byłem już w stanie spędzać nocy w mieszkaniu. Spałem więc lub jedynie drzemałem pokątem na klatce schodowej. Rzadziej w samym progu własnych drzwi. A to sąsiadka wyniosła talerz z zupą. A to sąsiad wracający z urzędu, wstępując wcześniej na jednego do pobliskiego baru, dosiadł się do mnie na schodku i poczęstował egipskim. Zamienił kilka miłych zdań. Zaproponował kieliszek wiśniówki. Czasami poratował nawet kilkoma złotymi. Poklepał po męsku po ramieniu i odszedł ku swemu mieszkaniu, klucząc za sobą drzwi. Byli jednak i tacy, którzy brali mnie za narkomana i świra. Na czele z córką piekarza, którą znałem przecież od pacholęcia a jej ojca od czasów beztroski kawalerskiej. A teraz przepędzała mnie z piekarni ilekroć choć tylko mój cień rzucił jej się w szaro błękitne oczęta. Dochodziło nawet ku temu, że musiałem prosić postronne osoby by kupiły mi chleb lub krasno wypieczone bułeczki. Lustrowali mnie wtedy od stóp do głów i nie stwierdzając widać w mej aparycji, mężczyzny w średnim wieku, żadnych śladów bezdomnego włóczęgi lub co gorsza obdartego i brudnego pijaka, zgadzali się w większości ochoczo pomóc a nierzadko nawet dorzucając mi pieniędzy na drugi bochenek lub coś słodkiego. Rodziny tak bliskiej jak i dalekiej nie miałem. Przyjaciele z dawnych dni w większości porozjeżdżali się po czterech stronach świata. Część, pochłonęła wojna. Ci którzy zostali blisko a udało im się zrobić kariery lub odziedziczyć niemałe majątki. Z dnia na dzień przestali odwzajemniać moich ukłonów lub ostentacyjnie przechodzili na drugą stronę ulicy, nie siląc się nawet na skinienie głową. Byłem prawdziwym życiowym rozbitkiem. Wyrzuconym na bezludną wyspę. Wołać o pomoc z jej brzegu było bezzasadnym a nadzieja na to, że akurat w niedługim czasie na kursie jej piasków będzie płynął jakiś statek i mnie uratuje, byłoby ironią wręcz prześmiewczą. Na przeprowadzkę brakło mi funduszy. Na ucieczkę w opium, brakło funduszy. Na oddanie się w ręce psychiatrów i przytułku. Zawsze był dobry moment. Choć zbyt mocno ceniłem swój inteligencki świat. Przewagę chłodnego rozumu nad przekupnym sercem. Dlaczegóż miałbym nie wierzyć w poznanie i wiedzę. Dokąd dane mi myśleć, dotąd będę na tym świecie. Jeśli coś faktycznie dawało mi wytchnienie i choć chwilowy powrót do beztroskich wspomnień, to było to pisanie. Starałem się zebrać od powrotu z frontu kilkukrotnie na rozpoczęcie opisywania doświadczeń z miesięcy spędzonych w okopach Wielkiej Wojny. Lecz ilekroć stalówka już prawie stykała się z bielą kartki, tylekroć nie potrafiłem zmusić się do postawienia choćby kreski. Dlaczego? Bo realizm tych dni był przesiąknięty grozą śmierci. Oddany na pastwę opisów tak makabryczno szczegółowych, że zwykły odbiorca byłby porażony ogromem bólu i cierpienia nie jednostki człowieczej a całej cywilizacji małych, podłych ludzi, co jedynie potrafią się bić, strzelać, zabijać a potem godzić nagle i znów wbijać znienacka nóż w plecy. Hołubią śmierć i zniszczenie. Eksterminację i dehumanizację. Oddają cześć politykom jako złotemu cielcowi a potem idą pokornie na rzeź w milczeniu i zgodzie. To są ich bohaterowie i obrońcy. Łotry bez czci i wiary. Wojna nie zmienia tylko tych, którzy udając się na jej fronty, już dawno byli martwi. Bez grama szacunku. Bez oznak uczuć. Nie odczuwając bólu. Poza istnieniem. Poza życiem na marginesie świata widzialnego a tym czego lepiej nie widzieć. Oddziały straceńców, którzy wszystko i tak już stracili. Mogli wygrać jedynie trafienie miłosierną kulą. Poczuć ten chłód. Stagnację. Ostatnie uderzenie serca. Powietrze wpadające przez okno przedziału, tchnęło już lekko wilgotnym chłodem. Leżałem, wyciągnięty jak długi z nogami zarzuconymi prawie na miejsce naprzeciw. Mimo tej dojmującej pustki w krajobrazie, mimo depresyjnie smutnych wspomnień. Mimo braku celu i własnej końcowej stacji. Było mi dziwnie błogo i beztrosko wręcz. Ostatni raz dane mi było podróżować tą linią i składem. Ostatni raz miałem na sobie mundur podoficerski. Jechałem do małej jednostki wojskowej by pożegnać się z rolą żołnierza i znów być zupełnie anonimowym człowiekiem. Zniszczonym i wyczerpanym trybikiem machiny społecznej. Anonimem, który cieniem już tylko odznaczał swą bytność w skupiskach ludzi. Lekarze po przebadaniu mojego przypadku, stwierdzili u mnie rozwinięta znacznie nerwicę frontową. Po krótkim wywiadzie i opisie im moich objawów choroby, stwierdzili na krótkim konsylium, że na kolejne moje skoszarowanie, pozwolić nie mogą, albowiem mój stan jest na tyle niestabilny psychicznie, że stwarzałbym zagrożenie śmiertelne, tak dla siebie samego jak i reszty oddziału. Komisja lekarska sporządziła stosowne dokumenty odnośnie mojej sytuacji i wsadziła je do niedużej, białej koperty, lakując ją jeszcze pieczęcią urzędową. Po wszystkim wręczono mi ją ze słowną adnotacją o tym żebym jak najprędzej dostarczył dokumenty do swej jednostki przydziałowej. A więc byłem w drodze ku temu. Pociąg wyraźnie zwolnił. Stukot jego kół był teraz poprzecinany dłuższymi pauzami. Tłoki zmniejszyły obroty a nadmiar pary wyrzucono przez boczne osłony lokomotywy. Skład pokonywał właśnie dość ostro poprowadzony łuk szyn. Na tyle wygięty bym mógł ujrzeć w kompletnej już ciemni, zarys metalowego potwora, który zasapany przewodził oswietlonemu korowodowi wagonów. W wielu oknach poprzedzających mój wagon, majaczyły ogolone głowy niedawnych towarzyszy broni. Wielu z nich miało w ustach egipskie lub prezydenckie o krótkich, białych filtrach. Zajęci beztroską zabawą, rozmową i śmiechem. Zupełnie tak jakby koszmar wojny był jedynie niegroźnym zwidem, majakiem, snem, który przepadł bez wieści gdzieś w zakamarkach umysłów. Zbłądził ku niepamięci i niezaistnieniu. Wyparcia. Ostatniej deski ratunku, kruchej ludzkiej psychiki i natury. Ja wolałem pamiętać. I pielęgnować w sobie ten ból na tyle by nigdy choćby i w obliczu starczej kiedyś śmierci, nie zapomnieć i przywołać żywe twarze tych, których pochłonął front i jego kolczaste zasieki. Choć wielokrotnie próbowałem oszukiwać swe ciało i umysł, że nic takiego jak wojna nie miało miejsca a to jedynie moja defetystyczna i nihilistyczna gorączka umysłu spłodziła tego demona, który pożarł mi duszę. Nie lubiłem i nie chciałem wspominać obrazów wojny, nawet w gronie towarzyszy niedoli. Zresztą nie ciągnęło mnie do ich towarzystwa. Wolałem samotność i cichą żałobę serca. Ale nie byłem im ani wrogiem ani przeszkodą w ich okazywaniu i odreagowywaniu traum. Nie bolało mnie gdy widziałem ich na ulicach, barach czy dworcach w uściskach młodych dzierlatek, statecznych wydawać by się mogło panien czy rzadziej w pułapce wymalowanych ust ulicznic i barowych naciągaczek, które za dawkę białego proszku czy opium były gotowe oddać się w ręce rozkoszy bluźnierczych i obcować z technikami miłosnymi, których nie skąpiły swym darczyńcom. Po latach głodu, lęku i cierpienia. Wszyscy gotowi byli choćby duszę diabłu zastawić, byle tylko uczuć ulgę i bawić się, kochać. Czuć się jak wolni wreszcie ludzie. Na takich jak ja spoglądano, ze współczuciem i zarzenowaniem. Tylko dlatego, że nigdy nie wróciłem tak naprawdę z wojny, która już się zakończyła. Nie ja ją w sobie rozpętałem i nie ja będę musiał ją zakończyć. Nawet nie wiem czy mógłbym. I czy w ogóle chcę. Słyszałem dobrze ich wesołe rozmowy, śmiechy i szampańską zabawę. Westchnąłem ciężko. Poprawiłem się w fotelu i znów starałem się wyizolować. Odejść w mrok. Pociąg poszedł widać za moim przykładem bo westchnął również po raz ostatni i zatrzymał nad wyraz delikatnie. Początkowo myślałem, że stoi przez jakiś nagły sygnał na linii oznajmiający przepuszczenie innego składu lub lokomotywy z drużyną konduktorską z pobliskiej stacji. Później pomyślałem o semaforach stacyjnych, które wstrzymały skład z przyczyn technicznych. Możliwe, że nie usłyszano lub nie dostrzeżono nas na czas i dyżurny ruchu lub naczelnik wydali spóźniony rozkaz oczyszczenia toru lub nastawienia zwrotnicy we właściwe położenie. A może i sam postój był nie planowy i gdzieś w oddali wydarzył się wypadek innego pociągu lub dwóch składów i przez to wstrzymano wszystkie pociągi w okolicy. Tymczasem na korytarzu posłyszałem głośne kroki, w dobrze podbitych i ciężkich butach. Za firaną drzwi przedziału, mignął mi mundur konduktorski i czapka. Minęła ledwie krótka chwila i w rozchylonych drzwiach stanął młody konduktor. Był niski ale krępy. Jasne włosy miał starannie zaczesane pod czapką, która była chyba o numer lub dwa za duża na jego lekko trójkątną głowę bo zamiast siedzieć sztywno na jej obrysie, osiadła dość prześmiewczo na odstających mocno uszach. Twarz jego nosiła ślady po ospie. Krzywa i zadarta lekko górna warga, odsłaniała prawie górne zęby. Oczy miał małe i zaczerwienione. Ich niebieskawa bladość kontrastowała mocno z purpurowymi wręcz wypiekami. Widać mocno zaskoczyło go to, że przedział zajmowałem sam. Bo rozglądał się po nim raz w lewo to znów w prawo tak jakby w trakcie zabawy w chowanego lustrował każdy kąt pomieszczenia będąc święcie przekonanym, że wszyscy ledwie sekundę przed jego wejściem pochowali się dla draki lub kaprysu. Wreszcie skupił wzrok na mnie i pełnym zaskoczenia głosem zapytał - Pan podróżuję tutaj sam? - Nie dał mi wiele czasu na odpowiedź bo po chwili nie czekając na nią poprosił o bilet lub legitymację wojskową. Gdy on lustrował moje dane ja odpowiedziałem. - Jak Pan widzi, podróżuję sam lecz czy to oznacza, że określić mnie można samotnikiem? Wszędzie ludzie dobrze się bawią, śmieją się i piją na umór. A ja widzi Pan. Tylko siedzę przy oknie i wyglądam w milczeniu na ten boży świat. Czy to pana nie dziwi? - Drogi Panie… nie wgłębiam się w odczucia pasażerów aż tak głęboko by po ledwie omiotaniu wzrokiem, będąc bezsprzecznie pewien kto kim i jak się czuję. Jestem konduktorem. Odczuwam duszę i emocję pociągu bo taka tu moja rola i dola kolejowa. - A więc jest Pan częścią serca i jestestwa tego pociągu. Trwałym elementem jego doczesnej roli i trwania. - odebrałem z jego ręki dokument i ułożyłem go na półeczce - Atomem w wiecznym ruchu na fali szyn. W trzewiach tego maszynowego potwora, który pożera kolejne kilometry trasy, całe dnie, tygodnie… lata. Bez końca. W ciągłym ruchu. Gonitwie za celem. Piękne jest życie konduktora. Widziałem, że chcę ruszyć już dalej ku kolejnym przedziałom, spieszno mu było bardzo więc rzucił tylko na odchodne - Nie tak piękne i chwalebne jak życie żołnierza - wskazał na pagony na moim mundurze i tarcze. - Zasczytnie i chwalebnie jest ginąć za ojczyznę i jej wolność a nie rozpamiętywać ślepy los fortuny, której pociski mijały mnie widać skutecznie. I konsekwencje tej ślepoty losu będę dźwigał jako najsroższy ciężar aż do samego końca. Widać z jednej strony odczytał słusznie moje słowa a z drugiej nie chciał dać tego po sobie poznać. - Kolejna stacja przed nami. Żuromin… czy będzie Pan na niej wysiadał? - Nie. Jadę z Wami aż do końca. Ale dziękuję, że Pan zapytał. Wiele osób wysiadło na stacji. Kilkoro nowych pasażerów zasiliło stan osobowy. Tak się złożyło, że zyskałem dzięki temu współpasażera w przedziale. A było to widać zrządzenie losu. Bo zbyt wiele nastepstw przedziwnie zaskakujących wynikło z naszej rozmowy. Młody konduktor, uchylił sztywny, skórzany róg czapki w pozdrowieniu i z życzeniem spokojnej dalszej części wieczoru, opuścił przedział i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Znów mogłem chłonąć to co działo się wokół pociągu. Tak na peronie jak i korytarzu. Dzwonki telegrafu biły jak oszalałe. Radiotelegrafista ostały na nocnym dyżurze w budynku stacji musiał harować w pocie czoła by wyłapywać sens meldunków, które wpływały jak szalone. Musiał sprawnie i rzetelnie odpowiadać sąsiednim posterunkom na każde zadane przez nich pytanie odnośnie opóźnienia składu, jego długości czy opisania wszelkich przeszkód na które pociąg natrafił po drodze lub na które może się jeszcze natknąć...
- 5 odpowiedzi
-
2
-
- oniryzm
- dekadencja
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami:
-
@KOBIETA No ja wcześnie zacząłem przygodę z horrorem książkowym i filmowym. Pamiętam jak moim ulubionym filmem był remake "Nocy żywych trupów" z 91 roku. Mogłem oglądać na okrągło. Dopiszę sobie gdzieś do listy polecajkę
-
@Gosława Bardzo się cieszę, że Ci się podoba.
-
@Gosława Realistycznie go oceniam na takie 6/10 więc mocno przeciętnie jak na mnie i moje teksty
-
@Gosława Dziękuję. Nie sądziłem, że ten wiersz będzie miał najszerszy jak dotąd odbiór.
-
@Gosława Stary wiersz jeszcze z 2020 roku, z covidowego mojego tomiku. Siedziałem na kwarantannie wtedy i z nudów powstał cały tomik w kilka dni. Dziękuję za odwiedziny.
-
@KOBIETA Przeczytałem "Dziedzictwo" w jedną noc i wieczór mając 11 lat. Rankiem byłem już zupełnie kim innym niż wieczorem. Przez kilka miesięcy nie miałem żadnego krzesła ani fotela w pokoju a książka do dziś leży na półce nie dotykana. I tak od 23 lat już :) Chyba ktoś musiałby mnie zmusić siłą żebym po nią jeszcze sięgnął kiedykolwiek.
-
@KOBIETA Dla mnie King to tak naprawdę tylko cztery powieści."Lśnienie","Carrie","Christine" i "Smętarz dla zwierzaków". Choć i tak wolę ich ekranizację niż czytanie. Z Mastertona nie wrócę nigdy przenigdy do jednej tylko powieści -"Dziedzictwa". Miałem traumę po niej która trwa do dziś i będzie ze mną już na zawsze. A mnie naprawdę bardzo mało rzeczy rusza.
-
@MIROSŁAW C. Dziękuję. Chyba każdy lubi się trochę bać
-
@KOBIETA No ja w wojnie pomiędzy fanami Kinga a Mastertona wybieram tego drugiego od zawsze w zasadzie. A zacząłem go czytać w czwartej klasie podstawówki
-
@KOBIETA Nie. Nie miałem okazji. Ja głównie wzoruje się na utworach E.A.Poe, H.P.Lovecrafta, W.H. Hodgsona, B. Schulza, S. Grabińskiego i G. Mastertona.
-
@KOBIETA Grabiński to mój kolejny mistrz. Dodałem tutaj kiedyś prozę poetycką pt."Odbicie" osadzoną w klimacie Grabińskiego i B.Schulza
-
@KOBIETA Bardzo często sięgam w swojej twórczości po motywy weird fiction i mitologię Cthulhu. Jest to najdoskonalszy rodzaj grozy transcendencjalnej
-
@Berenika97 Siłą weird fiction jest to że zagłada przychodzi nagle, bez zapowiedzi, bez powodu, dosłownie znikąd. Jest tajemnicą, grozą i niszczycielską siłą wykraczającą poza zrozumienie umysłem. A potem nagle odchodzi. Tak samo jak przyszła. We mgle tajemnicy, pozostawiając po sobie tylko pustkę i śmierć @Berenika97 Pozostawia czytelnika w nieustającym uczuciu prześladowczym. Sam już nie wie czy to realna groza czy tylko legenda
-
@Nata_Kruk Bo w zasadzie to jest krótki horror poetycki w stylu weird fiction i grozy lovecraftowskiej
-
Szara od wyziewów i popiołu mgła, wytruła ludzi na posępnym płaskowyżu. Później odeszła w białe od śniegu góry. Przeszła cicho przez jodeł karłowatych lasy. Zabiła ryby ze strumyku górnego odcinka. Mleczny opar cicho otoczył kolejną wioskę. Zamykał ludziom oczy i usta skutecznie, lepiej niż pióro cenzury. Psów umilkły zduszone jazgoty. Nie wierci się już we śnie w kołysce kruszynka. Wicher nawet nie przegonił jej o krok. Na płotach domostw i krzyżach cmentarnych, pieśń pogrzebową grał. Mgła pod wieczór z wolna ruszyła. Jak prom kosmiczny w oceany niebios uleciała. Kto żyw z jej tchnieniem przegrał. Z wiosną przyszły deszcze a z latem skwar. Ciała zabrał rozkład a wieś cicho kruszała.
-
@Berenika97 Chciałbym czasami żeby moje wiersze nie były prawdą
-
Przez całą noc sięgałem dna. Swojej duszy i w wódki butelce. Otwieram oczy. Niestety żyję. Nie chcę. Dziś ani jutro. Tylko to życie powoduje tak nieludzko zimny i opętańczy strach. Ja wiem, że pragniesz ze mnie wyjść duszo. Dość masz gnicia we wnętrznościach jak w dawnym barakach. Domu tej zagłady! Ciebie się ogień ani woda nie ima. Ciebie nie zdmuchną nawet boskie, armatnie kule. Zaglądają przez okna wybite, demony. Ślady krwi na ganku. Rany na ich umęczonych zezwłokach. Barwią prawie na czarno ich podarte i spalone ogniem piekielnym koszule. I Ty chcesz żyć?! W tej skazanej na męki wiekuiste krainie!? Gdzie dzień jest koszmarem. A nocą, ściany szepczą złowrogo i pojawia się na nich wisielczy cień. Nie czekaj dnia. Ona już się zakochała. Dlaczegóż się śmierci w strofy wiersza przebrałaś?
-
@Berenika97 On poznał świat i jego działanie. Dlatego woli życie zdala od cywilizacji.
- 3 odpowiedzi
-
2
-
- dekadentyzm
- dekadencja
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Sznur dla grzeszników a pieśń dla pielgrzymów
Simon Tracy odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Berenika97 Mam pewien pomysł i muszę się wreszcie zmusić do napisania kontynuacji- 4 odpowiedzi
-
1
-
- średniowiecze
- ballada
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Sznur dla grzeszników a pieśń dla pielgrzymów
Simon Tracy opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Miło mi poinformować, że zasiadłem do pisania kontynuacji przygód Orlona i reszty kompanii z "Boże szelmów... pobłogosław króla". Jeśli się przyjmie miłym komentarzem to będę pisał dalej. Kolejny katolicki zdawać by się mogło dom, pełny gorliwych uczniów i słuchaczy słowa chrystusowego, zamknął im odrzwia prawie na równi z ich umęczonymi, steranymi pogodą i trudami wędrówki licami. Orlon miał już serdecznie dosyć tułaczki od drzwi do drzwi. Noc była już w pełni. Księżyc stał wysoko a jego światło to biło pełną mocą, srebrzystej poświaty to znów gasło nagle, przykryte chmurami pędzonymi przez wsciekle zawodzący wicher. Na poziomie bruku było jeszcze gorzej. Dojmujące, lodowate zimno, oblepiało ich spocone oblicza i wkradało się z łatwością pod gruby materiał habitów. W trakcie dnia kilkukrotnie padało, więc przemokli do cna jak bezdomne kocięta. Teraz deszczowe chmury rozmyły się na mniejsze, porwane strzępy gdzieś wśród delikatnie ośnieżonych już masywów gór wokół doliny. Sunęli jak najprawdziwsi gorliwi i świątobliwi pątnicy. Krok za krokiem. Posuwistym i podagrycznym zarazem. Sandały ich oblepione glinianym błotem i skrwawione zapewne łajdacką krwią, podrzędnych łotrzyków i zawalidrogów, mogliby sprzedać je jako relikwie mężów i ojczulków zakonnych co w świętości swej dozgonnej i słusznej pielgrzymowej pokuty, nawracają istoty boże na łaskę Pana a gdy trzeba to walczą słowem świętym z pogańskim zabobonem, czarną magią a najrychlej ze zwykłą głupotą plebsu. Chodzili od domu do domu w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Niczym z opowieści o świętej rodzinie, błagali równie żarliwie każdego zbożnego człeka co im się w progu objawił o strawę i siennik. Jak i w biblijnym Egipcie i im tu w tej zepsutej i rozoranej rozkładem wiosce fortuna fikuśna nawet nie język a całą nagą rzyć bladą objawiała ku uciesze chyba jedynie pijanych w trok i upodlonych dychawicznym kaszlem nędzarzy, których ułożone w rynsztokach ciała, cuchnęły gorzej niż wnętrze katedry na świętym krzyżu w dniu zesłania Ducha Świętego, wypełnionej wszelkiej maści ułomną chołotą. Na gościńcu napotkali dnia poprzedniego, błąkającego się wśród nasypów skalnych osiołka, który najpewniej zerwał się z konopnego powroza, którego koniec nadal dyndał u szyi zwierzęcia. Chcąc wyglądać jeszcze bardziej wiarygodnie zaadoptowali osła na potrzeby swego planu i zwać go odtąd mogli kompanem. Bo ubodzy czy też nie, ale co to za braciszkowie zakonni co dobytek swój nędzny na plecach pokrzywionych nosić muszą a nie na silnym grzbiecie zwierzęcia. Mogli i może wjechać oklepem przez stary wapienny most nad rzeką ku bramie Serrabonne. Witano by może ich wtedy niczym Zbawiciela, gałązkami oliwnymi i okrzykami aprobaty. I rychło udałoby im się namówić kogokolwiek na przyjęcie mężów opatrzności pod strzechę. Lecz rzeczywistość, szara i okrutnie wręcz francowata przedstawiała się tak oto, że serca i duszę mieszkańców tej wioski były jako ich mordy toporne i głupkowate, wykute w litej skale a nie braterskiej jedności z bliźnim. Orlon ściągnął kaptur i przejechał machinalnie po głowie chcąc odgarnąć swe długie, czarne włosy za uszy. Dłoń jego osiadła na czaszce mijając po drodze jedynie zimne powietrze. Jeszcze nie przywykł do nowej, zakonnej fryzury. I wcale nie przypadła mu ona do gustu i tak już spaczonego długoletnim stażem alfonsa i sutenera i godności upadłej z tym zawodem związanej. Zgolenie włosów, obnażyło grzechy jego bezbożnego żywota niczym spowiedź przed obliczem świętego Piotra. Blizny znaczyły i jego twarz i skórę głowy. Ślady bójek, rozbojów, ściągania haraczy i ucieczek z lochów czy wież pasowały do habitu jak srebrny krzyżyk na piersi murwy w trakcie obcowania z klientem w pozycji tureckiej, za którą papież anatemę niezmywalną odpustem na duszę grzesznika nakładał. Lecz cóż on, Orlon de Villargent mógł poradzić na to, że bliżej mu było i bardziej po drodze do piekielnych uciech w smole niż do skrzydeł z puchu anielskich, które by nie tylko jego przeciążonej grzechem duszy nie uniosły ale i dumy pierwszej wody literata, włamywacza i kłamcy. - Nasuń kaptur na swój kaprawy łeb Orlonie i nie strasz obliczem swym chuderlawym i bladym jak pani małodobra. Bo gdy Cię ujrzy jakąś świątobliwa lub co gorsza zabobonna niewiasta w kolejnym progu to godna Twą aparycję ochlejusa, wagabundy i uczonego w zbrodni najpodlejszej żaka, pomylić i słusznie z wąpierzem co w te noc przeklęta, powstał właśnie z grobu by nękać lud chrystusowy na tym padole wśród nagich gór skrytemu - Ojciec Orest wlókł się za nim jak cień ciągnąc jeszcze za krótką uzdę, cichego i nie sprawiającego żadnych kłopotów z dyscypliną osiołka. - To Ty ojczulku drogi, nie obnażaj równie szpetnego lica. Pijaka o nosie krzywym i czerwonym jak rubin w tiarze papieskiej. Oczu popuchniętych od nie spania, bo czas przeznaczony na odpoczynek Wy przeznaczacie na gry w kości u spelun zapadłych od zwyrodnienia i grzechu. Lub co gorsza na oddawanie się nierządniczym chuciom z pannami upadłymi, osiadlymi swymi chętnie rozwartymi rzyciami na beczkach i skrzyniach u wylotów bram do burdeli lub uczepionych do odrzwi karczmisk tylko przez najtrwalszych w osuszaniu dzbanów pijaków, chętnie odwiedzanych. Słowem gęba Wasza nijak do brata zakonnego nie przystoi a szybciej do kamiennej postaci gargulca z katedralnego dachu. Po tej wymianie łotrzykowskich grzeczności. Znów zapadła cisza między braciszkami z piekła rodem. Znów wicher i chłód kąsać zaczęły ich ciała a stopy nurzały się w brudnym mule, śliskiej i wąskiej ścieżki między domostwami. Orlon był już naprawdę solidnie wyczerpany i jedyne czego pragnął to legnąć choćby i w stajni na miękkim posłaniu z zielonego siana i oddać swe ciało i umysł pod protekcję zbawczego snu. Oczy zachodziły mu mgłą i coraz dłużej zajmowało mu leniwe dźwignięcie, ciężkich powiek ku górze by sprawdzić drogę przed sobą. Ciężar ciała tak samo jak Orest, opierał na solidnym dębowym kosturze, skradzionym w trakcie utarczki na szlaku z jednym z braci cysterskich. Cysters po tym spotkaniu stracił najpewniej również wiarę w święty kościół rzymski, braterstwo zakonów świętych jak i wiarę w normalną ludzką pomoc. Bo widać nie na franciszkańskich pątnikow natrafił a na zbójców i łotrów bez czci, którzy giętkość i sprawność kosturów wypróbowali na jego lędzwiach i garbie. Bili jakby chcieli duszę mu z piersi wyrwać. Jak książęcy pachołkowie, obrabiający z ochotą żywot pańszczyźnianej, chłopskiej niebogi co się do prowadzenia roli nie przykładała usłużnie a wolała mieć swoje zdanie co do wysokości dóbr jakie musiała zdać na poczet opieki pańskiej nad swojej od szczura nie różniącej się doli. Okradli braciszka z wina i florenów, których nie miał zbyt wiele lecz jak to stwierdził Orest, na żywot kardynalski wśród zastaw złotych i marmurowych jadalni nie starczy tego datku. Lecz na to by z głodu i niedoboru piwa nie pomrzeć za wszelki dopust wystarczy. Orlon wreszcie przystanął wsparty o kostur. Akurat wtedy gdy wychynęli z ciemni ulicznego zaułka ku małemu kwadratowemu placykowi z małą, lecz nieczynną fontanną na środku. Zaduch morowego powietrza był tu tak duszący i wrogi wręcz ludzkiej bytności, że obaj nasunęli strzępy rękawów na nos i usta i dławiąc się kwaśnym posmakiem powoli rozeznawania się w półmrocznych konturach niskich i szczerniałych od wiekowego brudu domów o okienkach tak wątłych jak świetliki osadzone w sufitach cel, usytuowanych w lochach Neufchatel. Orlon wzdrygnął się na samo wspomnienie o przeklętej baszcie w Lanoire. Poprawił prowizoryczną maskę i ruszył niepewnie w głąb cichego i pustego placyku. W żadnym z mijanych domów nie dostrzegł świateł łojowych świec ani paleniska. Wionęło od nich rozkładem tak desek jak i materii żywej. Cuchnącą gazami rozkładu padliną i stęchłym zbutwiałym i mokrym drewnem. Słodycz zgnilizny owładnęła ich nosy, szarpiąc prawie puste dziś trzewia do zwrócenia ledwie tych kilku kęsów kuropatwiego mięsa i kilku pajd czarnego chleba zapitego pół kwartą wina. Od smrodu zaległego tu od pokoleń mogło im pomieszać w zmysłach i Orlon miał nieodparte wrażenie, że albo od rzeczonego smrodu lub kompletnego też wyczerpania ma bezsprzeczne omamy. Dałby się za jajca swe sflaczałe katowi na rynku u szubienicy uwiesić jeśli kłamie ale zdawało mu się ni z tąd ni z owąd, że dobiega do jego zalepionych łojem uszu, delikatny dźwięk strun lutni a akompaniuje mu śpiew niewieści jak trele słowika u okna niewinny i miły jego artystycznemu sercu poety. Wtem dobiegł go podniecony szept zza pleców ojca Oresta - Weź mnie w tej chwili za pomylonego starca Orlonie ale wydaje mi się, że karczma lub może jaki upadły zaścianek przed nami bo słyszę, jeśli to nie jakie diabelskie podszepty. Śpiew anielski, dziewiczy i takt taneczny uderzający w klepisko. Zresztą blask ognia bije z tamtych okienek po lewej. Obrócił Orlona za barki ku źródłowi głosów i ten ledwie w moment dostrzegł łunę wesołego ognia na węgłach domu, który zaiste karczmą mógł się zwać. Ruszyli więc w te pędy ku wybawieniu.- 4 odpowiedzi
-
2
-
- średniowiecze
- ballada
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami: