Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 28.02.2026 uwzględniając wszystkie działy

  1. Lubiła słuchać światła jak szeleści między trawami, lubiła dotykać poranków obiecujących jak nieotwarte listy. A potem przyszli obcy - z chrzęstem żelaza i błotem. Wdarli się w jej ciszę, miażdżąc delikatne brzegi snów. Jej dusza odpłynęła w stronę źródła, gdzie błękit nie rzuca cieni a ból traci ciężar. Znalazła schronienie w pęknięciu - między "byłam" a wieczność.
    12 punktów
  2. Mgnienia czasie chyży zmartwiały wokół tylko skazy oziminy już wzeszły wiośnieje nad strzechą sarny schudły po zimie w wędrówce za jadłem przykulone w ogrodzie wspominają strzały co przysnęło się budzi świty spromieniały pozrywam pajęczyny by w piecu je spalić w międzyczasie z tarasu szepty Twardowskiego pomyśl może o jutrze zechciej coś zostawić wiec nasadzę przed chatką zwyczajnie na potem szpaler drzewek i przesmyk na kokardy lata ziarna wierszy na stole z klepsydry wypadną jesiennieje nad głową znów deszcz... o parapet... luty, 2026
    8 punktów
  3. W drodze Zboczem życia wytrwale wędruję Ranią do krwi ostre kamienie. We mgłach niepokoju, lecz nie zrezygnuję – Trudna rozmowa z własnym sumieniem. Na horyzoncie sępy przeszłości Nieobliczalne, cierpliwe i chciwe. Straszna świadomość – lecz w wytrwałości Znajduję tarczę, zbroję i siłę. Pamiętam, że kroku jednego starczy Zwątpienia szytego chwilą słabości. Lecz tym razem nie opuszczę tarczy. Nie chcę wracać już do przeszłości...
    6 punktów
  4. zaczęłam się śmiać histerycznie! gdy dotarło do mnie że byłam pionkiem w rękach ludzi śmiech mój potężniał i wybuchł niewyobrażalnym wulkanem! otrząsam z siebie popioły i wyłania się mój łagodny uśmiech... do świata do lustra
    6 punktów
  5. tacy jesteśmy niedzisiejsi z tą upartą miłością nie nadążamy za trendem rozstań nie potrafimy jej retuszować i wystawiać na pokaz i ciągle patrzymy w jedną stronę może dlatego jeszcze nam wierzy
    6 punktów
  6. w dźwiękach syren ciepły powiew zaplątany w wiotkich wierzbowych witkach stary artysta rozrabia farbę na biodrach kobiety roztańczyły się zgrubiałe palce pośniegowe gdzieś na szczytach finezji uśmiechy spokojne przedwiośnie na płótnie malarza jak opowieść z głębi duszy w parabolach zmysłów to co nieuchronne i bez cienia wątpliwości
    6 punktów
  7. Pochylają się z jesiennymi drzewami co szarpią się z wiatrem walcząc o każdy upadający kolor. Spadają w otchłań zimowego snu przyprószonego symbolem wiary malującej na szybie zimne cienie. Odradzają się i stają raz jeszcze w drzwiach zdziwionej wiosny ogrzanej roześmianym spojrzeniem. A latem tańczą boso po łące nieobliczalnego walca pieszczącego wszystkie kwiaty. Autor fotografii: M. Lewandowska
    6 punktów
  8. Schodzę do gabinetu wenerologa jak do piwnicy pod sumieniem. Niżej już tylko rury kanalizacyjne, które prowadzą prywatne rozmowy z wiecznością i co jakiś czas płaczą rdzawą łzą. Światło jarzeniówek skonfiskowano tu za długi wobec słońca, więc świeci połowicznie, jak prawda po badaniu histopatologicznym. To nie jest budynek. To punkt skupu zużytej bliskości. Sortownia ciał, gdzie „kocham” zostaje przemielone na procedurę zakaźną nr 4. Ściany obite ceratą w kolorze wyblakłego mięsa pamiętają więcej niż ja. Wszystko da się tu zmyć: krew, pot, złudzenia, metafizykę. Zostaje tylko zapach - chlor, formalina, stara krew i monety trzymane zbyt długo w ustach nieboszczyka. Tak pachnie syfilis. Tak pachnie miłość, kiedy ktoś wreszcie ją wycenił. Siedzę na krześle, które wygląda jak zeznanie wymuszone torturą. Lekarz przede mną nie ma twarzy. Ma maskę przeciwgazową i spokój księgowego Apokalipsy. Jego dłonie są żółte od jodu, palce sękate jak kłącza winorośli, które zbyt często grzebały w cudzej winie. Nie patrzy mi w oczy - oczy są zbyt czystym formatem, nierefundowanym przez NFZ. Patrzy tam, gdzie „ja” przechodzi w „to”, gdzie człowiek staje się dokumentacją zdjęciową. - Proszę to rozpakować, mówi głosem, jakby przełykał żwir zmieszany z wazeliną techniczną. - Ten egzemplarz miłości ma wadę fabryczną. Rozpakowuję się jak paczka z Allegro: ostrożnie, z nadzieją, że może jednak to nie to. Wyciąga wziernik. Zimny, stalowy dziób ptaka padlinożercy, wykuty w hucie imienia "Nieodwołalnego Błędu." Narzędzie rozchyla mnie jak akta sprawy o kradzież tlenu. Moja godność zgrzyta, ale podpisuje zgodę. - O, proszę, mruczy z zachwytem kolekcjonera. - Syfilis. Wersja deluxe. Krętek blady tańczy tu menueta. Każde „tęsknię” to jeden pasażer więcej. To nie choroba. To pieczęć własności. System wreszcie znalazł punkt zaczepienia w mięsie. Słucham i czuję ulgę. Wreszcie coś działa. Wreszcie coś mnie chce. Na biurku leży piła. Nie do ciała - do sensu. Mentalny brzeszczot do amputacji wspomnień, do rżnięcia połączeń synaptycznych odpowiedzialnych za „dlaczego”. - Musimy przeprowadzić amputację ontologiczną, cedzi, dolewając mi do rany kwasu z logo NFZ. - Dusza jest siedliskiem bakterii metafizycznych. Nie przejdzie przez sito normy. Za dużo treści niecenzuralnych. Tu już nie chodzi o zdrowie. Tu chodzi o formatowanie dysku. Kiwam głową jak dobry pacjent, jak dobry obywatel. Dusza brudziła czymś gęstym, smarem do zawiasów w bramach piekła, żeby nie zgrzytały, gdy wchodzą potulni. Wypisuje receptę na papierze ściernym. Atrament z wywaru z pogardy. Dawkowanie: realizm trzy razy dziennie, dożylnie. Zakaz marzeń o dotyku. Dotyk generuje koszty, powikłania i nieestetyczne skoki w statystykach zgonów. Mam się nie przywiązywać. Przywiązanie sprzyja mutacjom. Za nim archiwum. Słoje z formaliną. W każdym pływa sine „na zawsze” i zdeformowane „obiecuję”. Eksponaty w muzeum wielkiego rozczarowania. Każdy opisany numerem sprawy i ceną biletu: chwila zapomnienia w bramie za trzy złote. - Następny! ryczy, zanim zdążyłem się ubrać. Wychodzę. Moja skóra szeleści jak zużyty papier wartościowy. Jestem numerem PESEL z przypisaną infekcją, chodzącą ulotką o szkodliwości istnienia, użytkownikiem systemu TRUP+ w wersji stabilnej. Na korytarzu cienie trzymają się za krocza i patrzą na mnie z zazdrością. Serce bije mi w rytmie urzędowego zaklęcia: Sy-fi-lis. Sy-fi-lis. Sy-fi-lis. Uśmiecham się bezwargowo. Bo wiem, że teraz jestem kompletny. Jedną, wielką, ropiejącą prawdą. Taką, której żaden system nie dotknie bez gumowej rękawiczki, formularza ZL-17 i krótkiej modlitwy do rejestru zgonów, okienko numer trzy.
    5 punktów
  9. siku siku siku siku dziś się dzieje zimne krwinki do szklaneczek krewny leje na sześćdziesiąt sześć sposobów wyżłopiemy blisko grobów żeby później znów w trumienkach grzecznie spać gulgotamy nasz apetyt ciągle rośnie żeby było nam wesoło i radośnie kły o szkiełka wciąż stukają marsz żałobny wygrywają już chrupanie się zaczyna skrzepłej krwi te cukierki to wiekowa jest radocha każdy chrupki te czerwone wielbi kocha dziadek co mu kły wpadały dziwnie jakiś podupadły bo wnerwiony gryźć nie może biedak nasz nagle weszły ale wcale nie na spanie wilkołaki się przywlekły na pochlanie wrzeszczą krzyczą serenady do księżyca bez żenady niby krewni po kisielu skrzepłym już w progu stoi krewna tego co nie ciućka oj się przyda biedakowi taka wnuczka chrupie żwawo cukiereczki wypluwając do miseczki dziadek mymla uśmiechnięty krwisty miał
    4 punkty
  10. delikatnym uściskiem witam małe pąki by ubrać się dla ciebie w białe płatki gdy powąchasz mnie wypełniam śpiewem poranki i skaczę jak królik abyś poczuł ciepło traw uśmiechem żonkila
    4 punkty
  11. W oczach nie dojrzę nic nowego skrywane cienie niepewności, nie będę pisać, nie mam czego.! Zamykam szczelnie czarne drzwi. W pewien styczniowy, mroźny wieczór złudzeniem chwili uniesiona chciałam odnaleźć gdzieś schronienie i nazwać siebie poprzez słowa. Lekkością myśli pragnień drogą podążyć jasnym, sennym szlakiem chciałam po prostu pisać wiersze będąc świetlistym, wolnym ptakiem. Czując za mocno, nie dostrzegam nie czując błądzę niewidoma gdzieś na rozdrożu szukam ścieżki w wiosennym deszczu zagubiona. Ciężarem siły wrażliwości nie wierząc w nic oraz nikomu oddaj mi proszę moją wolność bym mogła wrócić już do domu.!!!
    4 punkty
  12. Ja: Chciałabym być drapieżnym ogniem, co trawi bez pamięci - dzikim pożarem, który bierze nie pytając, zostawiającym na twojej skórze żar i zapach. Ty: Będę wichrem, co niesie twój płomień nad krawędzią - nie pozwolę Ci zgasnąć, dopóki nie spłoniemy w sobie do cna, do ostatniej iskry. Ja: Chciałabym być wzburzonym morzem w godzinie sztormu, słoną falą rozbijającą się o nagie skały, głębią, co wciąga w mrok i obiecuje rozkosz. Ty: Będę miejscem, w którym burza cichnie. Przyjmę napór, każdy ciężar twojej fali, aż w końcu zatonę w tobie. Ja: Chciałabym być Twoim zmierzchem, krótkim światłem między dniem a nocą, chwilą, w której wszystko milknie i można być bliżej, nie troszcząc się o nic. Ty: Będę ciszą, w której ten zmierzch odpoczywa, cieniem, co kładzie się obok - nie by zabrać światło, lecz by je zatrzymać. Będę twoim spokojem. Ja: Chciałabym być winem na twoich wargach, grzechem smakującym najlepiej przed świtem, gorącem i nienasyceniem. Ty: Będę pragnieniem, którego nie ugasi poranek. Oddam ci każdą chwilę, zamykając cię w moim ciele.
    4 punkty
  13. Słowem mnie kochasz, słowem całujesz, pożądasz, pieścisz i adorujesz. Ja cię dotykam swoim obrazem, niby osobno, a jednak razem. Bo to jest taka miłość śliczna, miłość platoniczna. Odległość dla nas jest sprzymierzeńcem. Nie obiecywać, nie żądać więcej. Trwać w miłowaniu, jak w zawieszeniu, pragnienia swoje zostawiać w cieniu. Nie tracić zmysłów, nie żądać więcej, O krok się cofać, kiedy goręcej. Bo kiedy słowo ciałem się stanie, ta nasza miłość istnieć przestanie. Codzienność zburzy i proza życia, będzie to miłość nie do użycia. Bo to jest taka miłość śliczna, miłość platoniczna.
    4 punkty
  14. Mam plan Napiszę Narysuję Zagram Zatańczę Nikomu niepotrzebne łzy otrę Popatrzę w niebo Słońcem się zachwycę Szczęściem zachłysnę Na kartce Na płótnie Na wiolonczeli Na ziemi I będzie tak Jakbym narodziła się na nowo Jakby spadły sople z drzew i przyszła wiosna
    4 punkty
  15. lubi gdy cisza wypełnia siebie chowa się za białe kotary zmylony szumem sięga korony drzew czuje moc z wnętrza jak wulkan wyrzuca szlachetne kamienie układa je w paciorki
    4 punkty
  16. @Berenika97 :) dziękuję @Natuskaa :) Ciekawie... Fakt, naprodukowaliśmy tych książek że ho ho. W tej ogromnej masie nie wszystkie są nam potrzebne, jednak rzeczywiście są perły w tych starych zapomnianych, a w najnowszych - niekoniecznie. Co nie znaczy oczywiście, że się nie zdarzają i w nowych. Ogrom literatury zmusza nas niekiedy do szukania igły w stogu siana ;) A niekiedy nam coś wpadnie cudownego przed oczy "przypadkiem" ;) Dzięki, również pozdrawiam:) @hollow man Dokładnie. A masa tego internetowego martwego rośnie w zatrważającym tempie. Zdecydowanie szybszym, niż stare książki, o których wspomniała Natuuska. Pocieszające jest to, że martwe internetowe zajmują mniej miejsca (o ile nie zagnieżdżą się nam w głowach ;)) Dzięki @Rafael Marius :) dzięki
    4 punkty
  17. i tak wiele i nie wiele kiedyś pewnie nic tylko im nie mów
    3 punkty
  18. ONE kobieTY nie dorastamy im do pięt to jest szczera prawda już za młodu są mądre i rozsądne patrzę na zadowolone żony i podziwiam taka młodziutka a potrafiła wybrać na życie super gościa ma ogromne szczęście może zawsze na niego liczyć nie zawodzi jej roztropność owocuje zadowoleniem takie ONE są a ON ON także chciałby wybierać niestety tak nie potrafi często ... ma pecha 2.2026 andrew Sobota, już weekend
    3 punkty
  19. Wiesz? Nie jestem dobrym człowiekiem. Dopadałaś mnie swoim chłodem w pełnym rozkwicie. Nie ważne ile widzę. Nie ważne ile wiem, chcę i pragnę. Ty zawsze pozostawiasz obietnice bez wyjaśnienia. Ale to nie ważne. Ważne jest, że wciąż jesteś, że dotykasz moich dłoni, ramion i zgniłego serca. Wiesz? To wszystko jest takie proste, ale kiedy sięgam umysłem dalej niż mi pozwalasz To widzę Nic. Nie jestem dobrym człowiekiem. Zabierz proszę i ten dzisiejszy dzień, zabierz. To nie dla mnie. Myśli plączą się pomiędzy, A ty jak zawsze czekasz i bierzesz to co jest twoje. I nie gniewam się. Godzę się z taką konstrukcją świata, bo przecież czym byłbym bez twojej wieczności? Bez twojej miłości.
    2 punkty
  20. złotym wieczorem odmieniona budzę się bujną energią wnikam w gałązki różem staję się głośniejsza
    2 punkty
  21. Obława 2 Wyszli o świcie, w świetle ekranów, Zamiast pochodni – zimne neony. Tropią po śladach z pikseli i planów, W ciszy serwerów, w szumie ochrony. Las już nie szumi – stoi z betonu, Drzewa to maszty, liście – kamery. Biegnę bez ścieżki, bez azymutu, W sieci bez końca, w gęstwinie numerów. Czuję ich oddech w kablach i murach, Widzę ich cienie w oczach przechodniów. Każdy mój krok zapisany w chmurach, Każde milczenie brzmi jak dowód. To znowu obława, krąg coraz ciaśniej, Światła ich dronów tną noc na pół. Nie ma gdzie uciec, nie ma gdzie zasnąć, Miasto to klatka, a wolność to kurz. Lecz póki oddycham, póki mam głos, Będę wył w ciemność, choćby na złość. Nie niosą strzelb, lecz niosą paragraf, Nie szczują psami, lecz strachem w wiadomościach. Hasła jak sidła, słowa jak kaganiec, Tłum stoi cicho w jasnych galeriach. Wilki są same, rozproszone w blokach, Każdy osobno, każdy na ekranie. Uczą nas wyć w wyznaczonych porach, A potem milczeć na ich wezwanie. Czuję ich wzrok w cyfrowym lustrze, Słyszę komendy w uprzejmym tonie. Mówią, że robią to dla nas, słusznie, A krąg się zwęża po każdej stronie. To znowu obława, krąg coraz ciaśniej, Echo megafonów niesie się w dal. Nie ma gdzie uciec, nie ma gdzie zasnąć, Wolność jak iskra wśród betonowych skał. Lecz póki oddycham, póki mam kły, Będę wył głośniej niż oni i psy. Może nas mało, może za cicho, Może się boję jak każdy z was. Ale w tej ciszy rodzi się licho, Gdy jeden głos zamienia się w chór. Nie chcę być cieniem w cudzym raporcie, Numerem sprawy w zamkniętym pliku. Chcę biec po swoim, choćby pod prąd, Choćby po śladach własnych krzyków. To znowu obława, krąg coraz ciaśniej, Miasto oddycha jak rozgrzany piec. Nie ma gdzie uciec, nie ma gdzie zasnąć, Lecz serce w piersi wciąż każe biec. I choć nad nami zawisa kurz, Wyjemy razem – a mur to już gruz.
    2 punkty
  22. Zobaczyłem we śnie Boską twarz była zmęczona nie taka jakbym chciał Było widać troskę którą częstuje go obecny trudny świat Po chwili się uśmiechnął mówiąc tak mój drogi grzech to tylko chwila Po niej przyjdzie czas zrozumieć dobro to ono prawdą jest Zobaczyłem Boską twarz chciałem ją dotknąć lecz sen zgasł
    2 punkty
  23. Wrzask nie ustawał nawet na chwilę. Zlał się w jedną nieznośną kakofonię, razem z syreną alarmu. Prześladował go wszędzie. Na korytarzach, schodach, hallach. Dudnił metalicznym pogłosem w rurach i szybie windy. Miał wrażenie, że wszystkie uwięzione tu wbrew swej woli eksponaty wrzeszczały, wołały o ratunek ale i zemstę. Do świtu pozostało około sześciu godzin. Zegarek i telefon zostawił na biurku. Tak samo jak rozsądek, który i tak wreszcie by go zawiódł. Musiał mieć pewność, choć miał ją głęboko w pierwotnej tkance przetrwania, lecz pragnął namacalnego dowodu. I znalazł go przed otwartymi szeroko oczyma obłędu. Najwyższa z gablot usytuowana na lewo od tiary przy rogu ściany, była pusta. A to oznaczało tylko jedno. Śmiertelne kłopoty. Coś więcej niż widmo starej klątwy. To było przeznaczenie. Gdy dopadł wreszcie do swego biurka, krzyk zamarł w bezdennej gardzieli, pustych korytarzy. Nie pozostawił po sobie echa, śladu, wskazówki, niczego innego, ponad dojmującą grozę oczekiwania. Złapał za telefon, gotów wybrać numer alarmowy… ale co im powie, że jest szalony, obłąkany starymi wizjami, śmiertelnie przerażony i zmęczony? Sala morska miejskiego muzeum, stała się teatrem cieni i duchów dawnej klątwy Quarrego? Gdy nad miastem spokojnie zapada noc, to w eksponaty sali wchodzi przedwieczny demon i nęka jego, biednego, nic nie znaczącego strażnika z zaawansowanym lękiem społecznym i znamionami bardzo dotkliwej psychozy. Widać nie było ratunku wtedy, nie będzie go i dzisiaj. Przypomniał sobie słowa jednej z przewodniczek, która oprowadzała wycieczkę po sali morskiej… W roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym piątym, pierworodny i jedyny potomek Valentina Quarry i jego dziwnej żony, zgłasza się do miejscowego historyka z prośbą by ten przejął w testamencie po nim cały majątek rodziny Quarrych a trzeba zdawać sobie sprawę, że w tamtym czasie była to astronomiczna fortuna. Syn kapitana, Norman opływał w luksusy. Bawił się w Londynie z najwyższych lotów śmietanką towarzyską, Był gościem książąt angielskich, niemieckich i stałym bywalcem na dworze królewskim. Mieszkał w starej jakobińskiej posiadłości oraz posiadał dwa zamki jako rezydencje letnie. Miał kilka fabryk włókienniczych, udziały w kopalniach i faktoriach za oceanem. Rewolucja amerykańska, nie wywarła na nim uszczuplenia dochodów co jeszcze bardziej ugruntowało jego pozycję sprawnego i przedsiębiorczego człowieka. Jedyną skazą wydawało się to, że jeszcze za życia, jego ojciec przymusił go do ożenku z podobnie jak jego matka, dziewczyną pochodzącą z tej samej wyspy mórz południowych. Była zupełnym przeciwieństwem Normana. Niska i dość tęga. Oczy miała wodnistej barwy i jakby ślepe lub pokryte dziwną formą błony, włosy długie lecz bardzo rzadkie i zawsze jakby wilgotne, sztywne w swej prostocie. Skóra jej szara i równie tłusta jak włosy. Nos płaski, bardzo krótki o spłaszczonych dziurkach. Miała z pewnością zdeformowane okrutnie stopy lub całe nogi, bo ledwo trzymała fason chodząc. Kulała i wlokła stopy po ziemi. Nie interesowała się niczym i niewiele wiedziała o cywilizowanym świecie. Jedynie w dziedzinie rodzinnych skarbów, była specjalistką i mogła o nich rozmawiać godzinami. Ubierała się ekstrawagancko i wulgarnie jak na swoje czasy. Zawsze z dodatkiem klejnotów, kolii, kolczyków czy pasów ze swoich rodzinnych stron. Na specjalne okazję zakładała na siebie coś na wzór togi o różowym zabarwieniu, dobierała do niej tiarę o fantazyjnym kształcie nie dającym się sklasyfikować, tiara w centralnym miejscu posiadała czarny, gładki klejnot o podobno złowrogiej mocy. Złośliwcy nazywali ją w tym stroju bluźnierczym kapłanem. lub papieżem zakonu Dagona. Norman miał z nią jednak aż czworo dzieci, trzech synów i córkę. Byli oni jednak skutecznie ukrywani przed światem za murami posiadłości. Złośliwi twierdzili, że to ze względu na mało urodne geny rodzicielki. Stary kapitan Quarry, zmarł w roku tysiąc siedemset sześćdziesiątym ósmym, na dziwną i szybko postępującą chorobę skóry. Musiała być genetyczna bo Norman też cierpiał na bardzo podobne objawy. Pod koniec życia nosił grube rękawice, wiązał bandażami całą twarz a potem zaczął utykać i dziwnie powłóczyć nogami zupełnie jak małżonka. Wreszcie zmuszony był do tego by usiąść na wózek inwalidzki. Znów złośliwcy mówili, że jedynie w wodzie ciało Normana opuszczają wszelkie ułomności i pływa doskonale i z gracją godną trytona albo marlina. Jednak pod koniec życia Norman unikał wszelkiego kontaktu z wodą. Nie wsiadał już na statki ani barki. Nie wyjeżdżał nad morze ani nie zbliżał się do rzek. Ukrócił wypady nad jeziora. Nie chadzał nawet po parkach, gdzie były sztuczne stawy i sadzawki. Nie mył się, oficjalnie z powodu owrzodzeń na skórze, nieoficjalnie był ogarnięty obłędem. Przyjmował płyny z trudem. Pił maleńkimi łyczkami i łykał z niesamowitym bólem w oczach. W testamencie zapisał by pochować go z dala od jakiejkolwiek rzeki a szczególnie morza. Ciało kazał zabalsamować i trzymać w sarkofagu pod stałym dozorem. Historyk bał się tego, że zginie z rąk rabusiów lub włamywaczy polujących na tak wielkie i cudowne skarby. Próbował przekazać skarb na powrót wdowie i dzieciom. Ta jednak zgodziła się by go zatrzymał bo zamierzała wrócić w rodzinne strony jednak bez dzieci, które porzuciła u krewnych Quarrych w pół roku po pogrzebie męża. Nikt już jej więcej nie widział. Lecz widać tiara, którą zostawił u historyka jej mąż była jej bardziej droga od dzieci bo wysyłała do niego poselstwa o odkupienie jej za wygórowane sumy. Jednak zawsze z tym samym skutkiem. Grzeczną acz stanowczą odmową. A to dlatego, że dopisek do testamentu Normana głosił. Panie Farringhton, może Pan sprzedać wszystko co dostał ode mnie ale przyjdzie dzień, że będą chcieli odzyskać tiarę. NIE MOŻE JEJ PAN SPRZEDAĆ, choćby i za cenę wiecznego, złotego raju. ONA PO NIĄ WRÓCI lub upomni się o nią. Tiara MUSI być bezpieczna u Pana. Po swojej śmierci MUSI Pan zapewnić jej bezpieczne miejsce. Chyba, że klątwa jest PRAWDĄ. Wtedy tiara zyska swego wiecznego strażnika. Farringhton umiera w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym drugim. Do ostatniego ziemskiego dnia odmawia wdowie po Quarrym zakupu tiary. W testamencie Farringhton zapisuję skarb na poczet urzędu miasta, który opiekuję się zbiorami po dziś dzień. I do dziś dnia odmawia mieszkańcom wysp południowych odkupu tiary, którą widzicie państwo w samym centrum sali. A w lewym rogu sali mają państwo prawdziwą ucztę dla oczu. Oto otwarty sarkofag z mumią Normana Quarry, którą muzeum odkupiło od prywatnego kolekcjonera kilkanaście lat temu. Norman Quarry powiedziałby zapewne, że skarb zyskał tym samym strażnika lecz na Boga z pewnością nigdy nie miał na myśli samego siebie. Kustosz muzeum miejskiego, został brutalnie zbudzony około pierwszej w nocy natarczywie dzwoniącym telefonem. Odebrał z ociąganiem, mimo tego że na ekranie wyświetliło mu się imię dyżurującego strażnika. Początkowo w słuchawce panowała cisza. Potem jakby fale morskie płynęły przez eter, potem seria zgrzytów, oddechów, zająkanie… cisza, fale i ten głos. Gulgoczący i nieziemski wręcz. Mający dodatkowo zaiste obcy akcent. Kustosz usłyszał tylko tyle. Przybądź obejrzeć nowego strażnika… telefon zamilkł. A kustosz zerwał się na równe nogi.
    2 punkty
  24. oślepiona słońcem gotowa spopielić się w jego blasku drży w spazmach czy to już rozkosz w ból przemieniona czy kaprys z krainy hybris
    2 punkty
  25. 43. Salmakida - Twierdza, która sama umarła (narrator: grecki najemnik w służbie Dariusza) 1. W nocy śni się deszcz — budzę się, żeby go połknąć. 2. Kości w zupie. Nie pytaj czyje — ważne, że miękkie. 3. Straże już nie stoją. Każdy strzeże swojego cienia. 4. Ofiary składamy sobie nawzajem — na wszelki wypadek. 5. Nie modlę się. Niech bogowie też poczują głód. 6. Świat się kończy w mojej głowie po kawałku. 7. Nie było szturmu. Po prostu skończyło się wszystko. 8. Kiedy weszli, nie mieli kogo zabić — tylko wiatr udający życie. cdn.
    2 punkty
  26. przeźroczyści zstąpiliśmy w mowę by odzyskać wzrok snując sens z drobin kurzu na siatkówce aż ciało wypełniło się tańcem świętego wita wytrząsając wersy z opuszków palców
    2 punkty
  27. @Christine góry śnią, że to one trzymają sklepienie
    2 punkty
  28. @Berenika97 gwiazdy udają, że są blisko, byśmy nie bali sięmroku
    2 punkty
  29. @Christine rzeki pędzą do morza, by zgubić własny nurt
    2 punkty
  30. @Berenika97 czarne chmury kupują mrok by ukryć własny strach
    2 punkty
  31. @Christine Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. Dzikie wiatry chcą być głośniejsze niż samo milczenie :)
    2 punkty
  32. @Berenika97 Piękny wiersz o miłości i żywiołach! Pozdrawiam:) głodne oceany wierzą, że połkną cały błękit nieba
    2 punkty
  33. @Łukasz Jurczyk To wstrząsający zapis agonii. Salmakida nie zostaje zdobyta mieczem, lecz pożarta od środka przez czas, głód i beznadzieję. Narrator patrzy na to chłodnym okiem kogoś, kto widział niejedno, ale tutaj dociera do granicy człowieczeństwa. Wiersz zaczyna się od najbardziej podstawowych instynktów. Głód i pragnienie stają się jedyną rzeczywistością. Fragment o „kościach w zupie” i pytaniu „czyje” jest najbardziej makabryczny. Sugeruje, że w oblężonej twierdzy zatarły się granice moralne. Towarzyszy temu bunt przeciw bogom - chce, by „też poczuli głód”. Rozpada się wspólnota - ludzie przestają być braćmi broni, a stają się potencjalnymi ofiarami lub oprawcami. Świetna jest teza, że prawdziwa klęska dzieje się w głowie, a nie na murach. Przeciwnikowi wystarczyło poczekać - Salmakida „umarła sama”. "Wiatr udający życie" - kiedy wróg w końcu wchodzi do środka, nie zastaje bohaterów ani nawet godnych litości ofiar. Zastaje pustkę. Narrator nie opisuje bitwy, opisuje znikanie. „Świat się kończy , w mojej głowie , po kawałku” - gdy ginie obserwator i jego wartości, świat zewnętrzny przestaje istnieć. Świetny tekst - jak zawsze! Weszli. Mają tarcze z brązu, w których odbija się nasz wstyd. Słońce ich kocha. Mówią tym samym językiem co ja. Ale ich słowa są twarde jak oliwki, moje - sypią się jak popiół.
    2 punkty
  34. @andrew Bardzo dziękuję! „Nieśmiały uśmiech pamięta , że jest się cudem" - to naprawdę wzruszające i piękne. Serdecznie pozdrawiam. @Łukasz Jurczyk Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. kto zna smak szczeliny już się nie boi bo sny mają swoje imiona @Alicja_Wysocka Bardzo dziękuję! Dziękuję za tę ciszę, którą opisałaś - to chyba najpiękniejsze, co można zabrać z wiersza. Cieszę się, że "pęknięcie" stało się dla ciebie miejscem, nie tylko raną. Serdecznie pozdrawiam. @vioara stelelor Bardzo dziękuję! To, co napisałaś o przywracaniu człowieczeństwa przez ból - trafiło mnie mocno. Pisałam właśnie o tym - że nazwanie jest jednocześnie ocaleniem i raną. Dziękuję, weszłaś w ten tekst z taką powagą. Serdecznie pozdrawiam. @Marek.zak1 Bardzo dziękuję! Dziękuję za te słowa i za to, że poszerzyłeś kontekst o to, co przez lata przemilczano. Pisałam o konkretnym bólu, ale masz rację, że ta historia ma wiele twarzy i nie wszystkie zostały nazwane. Cieszę się, że wiersz otworzył tę przestrzeń. Pozdrawiam serdecznie. @Migrena Bardzo dziękuję! To "dziwne uczucie" bliskości z cudzym wierszem - myślę, że to jeden z najpiękniejszych darów, jakie literatura może dać. Dziękuję Ci, że mi o tym powiedziałeś. Takie słowa sprawiają, że pisanie ma sens. Serdeczności.
    2 punkty
  35. Tak nam łatwo bałaganić życie i udawać fart, by nie przypuścił nikt. Chciałby człowiek stać się piachem, rydzem, by już nie uwierał wstyd. Nie wie człowiek, czy to serca chłód czy jesień - i przegryza w smutku pistacjowe ciastko. W końcu spina pobolewające mięśnie i ucieka schronić się - za miasto. Czasem człowiek szuka gdzieś objęcia, żeby serce z pustki nie zwiotczało. Rano, wdzięczny za tę garstkę szczęścia, czmycha cicho. A to jednak mało. 1 X 2025
    2 punkty
  36. @Berenika97 Czytam ten tekst jako opowieść o gwałtownym odebraniu marzeń, o zranieniu tak głębokim, że jedyną możliwą reakcją staje się wycofanie w najwęższą szczelinę siebie. Bardzo przejmujące jest dla mnie to „pęknięcie” - miejsce pomiędzy „byłam” a wiecznością - jakby peelka nie tyle znikała, ile chroniła ostatni skrawek własnej wrażliwości. Wiersz zostawia we mnie ciszę i lekki chłód.
    2 punkty
  37. Haikai roztopy, śnieg drży mam słońce, wiatr i niebo w drzwiach złamał się klucz nie dzwoniłem, bo byłaś zajęta patrzeniem w sny lutowy wieczór to dopiero początek końca krótkich dni spóźniają się latarnie i tak przez całą zimę czas umierania poprzedza czas narodzin w naturalny szyk bije dzwonem, sercem drzew i tak przez całe życie
    2 punkty
  38. Dzień ubrany w stalowe barwy, jak strażnik w swojej zbroi, trwa na warcie chłodu. Halabardą podtrzymuje niebo, i z dumą pręży sine stratusy. Przenika zimnym spojrzeniem do kości, nie pozwalając ogrzać się przy swoim boku. Dzień, strażnik zimowy, zawiązuje ciszą wszystkie ślady życia, i zastyga, wydaje się na wieczność.
    2 punkty
  39. Witaj - zgadza się - miła - dzięki za czytanie - Pzdr. Witaj - zgadza się to czysta miła filozofia - dziękuję za kolejne czytanie - Pzdr.słonecznie. @Leszczym - dziękuję -
    2 punkty
  40. ... niekoniecznie suche i bez.. zapachu... szczególnie starodruki. Czytam treść podobnie jak Natuska, nie myślałam o sieci.. a o książkach różnego rodzaju i tak mi do podpasowało.
    2 punkty
  41. @Myszolak Bardzo dziękuję! Dziękuję Ci za ten komentarz z całego serca - i za to, że go rozwinęłaś, bo ta polana jest piękniejsza niż cokolwiek, co sama bym wymyśliła. Cieszę się, że wiersz trafił w coś bliskiego - to chyba największa nagroda dla piszącego, kiedy ktoś mówi: "to jest też moje". Serdecznie pozdrawiam. :) @Migrena Bardzo dziękuję! Jacku, czytałam powoli, dwa razy, bo takich komentarzy nie czyta się raz. Trafiłeś w coś, czego ja sama nie umiałam nazwać - że to nie jest wiersz o pragnieniu posiadania, lecz o pragnieniu przekroczenia. "Tęsknota bytu za przekroczeniem samotności" - zabieram to zdanie i już nie oddam. I ta ostatnia myśl -że nienasycenie jest siłą napędową, nie brakiem - to chyba najpiękniejsza rzecz, jaką można tu napisać. Dziękuję Ci za tę głębię. Serdecznie pozdrawiam. :) @Marek.zak1 Bradzo dziękuję! Dziękuję za ten komentarz - podoba mi się, że widzisz w tym wierszu ruch, dążenie, a nie tylko stan. Bo rzeczywiście - nienasycenie bez działania byłoby tylko pustką. Niech moc będzie i z Tobą! Serdecznie pozdrawiam. :) @andrew Bardzo dziękuję! Dziękuję - i zatrzymuję ten wierszyk dla siebie, bo odpowiada na pytanie, które sama sobie zadaję. Myślę, że właśnie o to chodzi - że emocje nie są ozdobnikiem miłości, lecz jej dowodem. Serdecznie pozdrawiam. :) @Łukasz Jurczyk Bardzo dziękuję! "Wspólny wszechświat" to piękne określenie, bo właśnie o to chodzi: żeby siły, które mogłyby się zniszczyć, wybrały tworzenie. :) Serdecznie pozdrawiam. :) A w moim wszechświecie jest wspólny śmiech nad przypaloną jajecznicą i fakt, że on wciąż wie jaką kawę piję, gdy mam „ten gorszy dzień”.
    2 punkty
  42. Był całkowicie sparaliżowany strachem. Drżał okrutnie a dłonie miał całe wilgotne i skostniało zimne. Wiedział doskonale, że za żadne skarby nawet tak cudowne jak te, które kryła ta sala, nigdy już do niej nie wejdzie. Wystarczy, że gdy już był bądź co bądź względnie bezpieczny w swym domowym łóżku i zapadał w szalenie realistyczne sny, to widział w nim tą muzealną salę. Widział a nawet czuł moc tego co najwidoczniej uparło się ku temu by zniszczyć go i jego poukładane życie. Wyczuwał energię tak potężną i złowrogą, że nie mogła być ona nawet obłędem a opętaniem. Przedmiot ów wołał go, kusił a nawet błagał o to by go stąd zabrał. By przywrócił mu wolność. Oddać morzu i istotom z zakonu. Gdy majacząc w gorączce koszmaru, opierał się wszelkimi siłami, słyszał wtedy wyraźnie, gulgoczący, chlupoczący flegmą lub morską pianą śmiech. I głos który szedł przez rubieże nicości wszechpustki kosmosu bezpośrednio do jego uszu. Klątwy nie przerwie ludzka dłoń ani najkrwawsza ofiara. Modlitwy trafiają w próżnię, kapłani odeszli, zostawiając otwarte wrota. Potomkowie zdradzili ojca. Oszukali zakon i wzgardzili pomocą Przedwiecznego. Klątwa nie zgaśnie pod przykryciem oszklonym gablot. Alarmy i lasery nie zapobieżą temu, co i tak ma się stać. Smród mułu i zgniłych ryb mdlił go i rwał bezlitośnie obolałe trzewia. Miał przebłysk wizji, która zdawała mu się najczystszą jawą. Próbował przypomnieć sobie, czy to co teraz widzi, było kiedykolwiek przedmiotem rozmowy między nim a którymkolwiek pracownikiem muzeum, lub czy padło kiedykolwiek w prezentacji przed zwiedzającymi tą salę. Chciałby zaklinać rzeczywistość na wszelkie świętości ale wiedział dobrze, że o tym nie wiedział już nikt spośród żyjących. Pokład lekko chybotał się na fali przyboju. Żagle na przednim maszcie właśnie trymowano od linii wiatru by można było bezpiecznie je zwinąć. Nadbudówka tonęła w mroku tak samo jak dziób okrętu. Ciemność wszędzie wokół. Tylko kilku brudnych, pokracznych i przysadzistych marynarzy uwijało się przy pracy wachtowej. O dziwo byli cisi jak cysterscy zakonnicy a nie wilki morskie. A pracowali przy linach w pocie czoła i strzelających z przemęczenia kościach. Poleceń i rozkazów nie było. Nie pilnował ich ani bosman ani żaden oficer. Wachta była psia bo noc mimo dokowania w tropikach była o tej porze najchłodniejszym momentem doby. Z oddali na rufie, najpewniej w okolicach steru, napłynęły odgłosy czterech szklanek. Cała fregata zadrżała jak gdyby przebijali się przez szelf lodowy. Dębowe burty dudniły jak werble. Uchwycił się prędko głównej reji pod marslem. gotów ku temu by ujrzeć jak jednostka pęka na dwoje od tych wstrząsów. Obrócił się znów w stronę ledwie zarysowanej nadbudówki. Zdarty lakier pokładu, maskował kroki. Ciężkie i stawiane powoli. Jakby ktoś skradał się choć nieumiejętnie bo zdradzał go rodzaj głośnego obuwia oficerskiego. A na dodatek prawdziwie marynarski zapach. Solonego śledzia, rumu i mokrego, fatalnej jakości tytoniu, jaki mógł znaleźć się jedynie w fajce pirackiej lub mało szanowanego kapitana. Kapitan Quarry we własnej osobie zszedł z górnego pokładu na główny i kompletnie ignorując podwładnych, którzy o zgrozo, nie pozostali dłużni i zignorowali kapitana, oparł się o wytarty już solidnie wiatrem i solą reling na sterburcie śródokręcia. Nie tylko krok jego był pijany. Oczy również. Opuchnięte o szerokich źrenicach. Przymykały się na więcej niż zwykłą chwilę. Błądziły po nocnym morzu, za trawersem okrętu. Za jakim lichem wyglądał chyba i on sam do końca nie wiedział a może właśnie wiedział aż za dobrze. Licho w osobie trzech bardzo osobliwych istot wychynęło na powierzchnię wprost z głębiny. Nie sposób wręcz opisać ich aparycji w sposób nie kłócący się z ziemskim postrzeganiem żywych organizmów. Nie były to ani demony morskie, ani syreny ani nawet trytony. Zbyt odszczepieni ewolucyjnie by można określić ich ludźmi a z drugiej strony zbyt do nas podobni by określić ich mianem rybich istot. Nie mieli łusek acz mieli ogon i płetwy. oraz skrzela i miękką, galaretowatą masę błony między krótkimi palcami. Wyłupiaste ślepia którymi wywracali nawet i wgłąb czaszek. Otwory gębowe przypominały te pijawek. Bezzębne, otoczone czymś na kształt meduzowych parzydełek. Tlen z powietrza przechodził przez nie świszczącym wdechem a wydech powodował nagłe zwężenie otworów, Tak mocne, że przypominali morskie komary chcące wysysać krew również pod wodą z niewinnych ofiar. Lecz to był dopiero przedsionek dziwów i niedorzeczności. Każdy z nich był ubrany w liturgiczne długie szaty. Ci dwaj po bokach w togi koloru głębokiego fioletu, znacznie dłuższe niż ich ciała. Na wręcz idealnie owalnych czaszkach, trzymały się kaptury bardzo podobne do tych średniowiecznych nasuwanych pod hełm. Te jednak zamiast szlacheckich herbów, przedstawiały jakieś skomplikowane i chaotyczne wzory i rysunki. Szczególnie jeden powtarzał się nad wyraz często. Był to rysunek postaci o postawie humanoidalnej, jednak ciele i ogonie krokodyla a łbie smoka. Nad jego postacią widniała niewielka błękitno biała planeta a spoczywała ona w matni tysiąca macek ośmiornicznego potwora z milionem ślepi i szarawymi skrzydłami. Ten w środku ubrany był jeszcze bardziej bogato i dostojnie. Zamiast kaptura, przywdział wąską acz niesamowicie wysoką tiarę rozmiaru kilkuletniego, ludzkiego dziecka. Była ozłocona i obsypana klejnotami na całej długości. A w centralnej części umiejscowiono kamień o idealnie gładkim szlifie. Czarny diament lub inny kamień, który mógł pochodzić równie dobrze z innej planety. Na zaróżowioną togę, założył gruby łańcuch lub kolię o splotach tak fantazyjnych, że nie mogło być tutaj mowy o wpływie ziemskiej geometrii. W błoniastej, ułomnej dłoni ściskał coś podobnego do biskupiej laski. Nie drewnianej lecz kamiennej. Zdobił ją wizerunek tego hybrydowego bóstwa o głowie smoka. Identyczny zdobił przód okrętu Quarrego. Był to jego przyjacielski diabeł. Przedwieczny Dagon. A oni byli kapłanami zakonu jego imienia. A Quarry ich marnym sługą. Wpełźli po ledwie zanurzonej na płyciźnie burcie statku i stanęli choć z dużymi problemami z utrzymaniem równowagi przed kapitanem. Ten uśmiechnął się blado i czekał z rękoma założonymi na piersi. Aż wreszcie odezwał się do nich Jak długo zakon będzie o nas pamiętał? Co będzie ze skarbem choćby i po setkach lat nawet? Odpowiedział mu najwyższy kapłan zakonu, gulgoczącym, ropuchowatym skrzekiem. Aż nie wypełni się wola zakonu i ostatni z Twoich potomków nie zejdzie pod wodę ku miastom Przedwiecznych by ujrzeć chwałę pałaców R'lyeh i by oddać pokłon Dagonowi i Cthulhu. Tak długo będzie istniał skarb za Twoje oddanie kapitanie. Każdy z Twoich potomków będzie strzegł go niczym własnego życia. A gdy przyjdzie ten dzień i usłyszą oni we śnie szum fal. Zobaczą R'lyeh powstającą z martwego dna ku powierzchni. Odkryją otwartą czeluść pustego grobu, spotkają twarzą w twarz śniącego Cthulhu. Przebudzonego. Ku chwale zagłady. Ku nowej rachubie eonów. Objawi im prawdę i zwoła swą trzodę ku głębinom. Wtedy już skarb będzie bezużyteczny bo największym skarbem będzie chwała Cthulhu…. Skierował światło latarki w głąb sali. Akurat na centralnie ustawioną gablotę z osobliwą i najcenniejszą tiarą w całej kolekcji. Światło jakby paliło ją. Bo miał nieodparte wrażenie w tej jednej chwili, że cień tiary, który powstał na przeciwległej ścianie, kurczy się wręcz w konwulsjach aż wreszcie przybrał postać humanoidalnej hybrydy. Wrzask tej istoty, wzbudził kolejny alarm… to było ostatnie ostrzeżenie.
    1 punkt
  43. @Łukasz Jurczyk To nie jest tekst o oblężeniu.To o tym, jak człowiek umiera przed śmiercią.Bardzo poruszający.Świetny!
    1 punkt
  44. Witaj - dziękuje ci serdecznie za miły komentarz - Pzdr.zadowoleniem.
    1 punkt
  45. @andrew Ładne…😊
    1 punkt
  46. @janofor https://www.facebook.com/PomyslowaMama/videos/badania-wskazują-że-samotne-i-bezdzietne-kobiety-często-cieszą-się-większym-pocz/564435559604458/, ale wystarczy wpisać w google temat, to pojawia się mnóstwo artykułów na ten temat.
    1 punkt
  47. @andrew to nie potrafi czy na pecha? ;) Czyżby ten tekst był inspirowany poezją lingwistyczną? @APM podasz źródło tych badań? Zaintrygowałaś mnie, bo życiowe doświadczenie temu przeczy. Ale może moje obserwacje są zbyt płytkie. Pozdrawiam J
    1 punkt
  48. spieszmy się kochać ludzi są dla nas jak na wyciągnięcie ręki każdy z nich niech się w życiu nie trudzi przez wspólne dobro nie będziemy mieć w życiu razem udręki spieszmy się kochać ludzi dziś są a jutro ich nie ma dla nich się świat zawsze budzi pielęgnować wzajemnie się trzeba spieszmy się kochać ludzi otwarcie ziarno owocne im zasadzimy wszystko co tworzy się oczyma zwarcie napełniajmy w tym świecie co go umilimy bo światło się rodzi z marzenia o nowym lepszym pokłosie z przyjaciółmi nie ma błądzenia wszystko się mieści w naszym tym czułym głosie spieszmy się kochać ludzi możliwie bo świat bez nich byłby samotny wierzmy, że razem możemy mieć wszystko sprawiedliwie najważniejsze żeby nikt nie chodził głodny śpieszmy się kochać by nam wiele zostało tak dużo pogodnych i szczęśliwych chwil aby serce nam ciągle promieniało niech nas nie dzieli kilometr ani żaden mil
    1 punkt
  49. Jak wiele cierpienia mogę znieść nie krzyczę bólem co dzień milczę dusza żyje wiecznie ciało chce umrzeć czasem niewidocznie głośno się uśmiechnę sam siebie nie rozumiem odchodzę od uczuć które zabijają z którymi umrę w obcym języku myślę wspomnieniem oddycham tym co było wesołe a jest smutne czy udźwignę ciężar bez żadnej wagi czy poproszę o życie jeszcze czy pożegnam strach siostrę odwagi czy zabiję tą która zabija depresję
    1 punkt
  50. @Łukasz Jurczyk Zostanie tylko pył. Czerwony osad na piasku. Ślad po kimś, kto nie chciał być cieniem.
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...