Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 14.03.2025 uwzględniając wszystkie działy
-
chciałabym jedną rzecz mieć od ciebie najulubieńszy domowy ciuszek niechby mięciutką koszulę w kratę którą bym mogła poczuć na skórze tę flanelkową co ją dostałeś kiedyś od ciotki andzi czochranej no nie bądź chytrus i nie bądź świnia wielkie mecyje zwykły gałganek zwolnię cię z kwiatów a nawet wierszy daj skoro proszę ona nie gryzie mam gęsią skórkę jak wszystkie gęsi i jestem głupia mogę to przyrzec14 punktów
-
masz trzydzieści lat i ani myślisz dorosnąć wygodnie chodzisz w butach nastolatka kobiety zrywają komplementy z twoich ust rozgryzają jak orzechy delektują się rzuconym ochłapem później stoją w kolejce po stoperan dobrze je pieprzysz nacierasz pazerne skóry owocowym nektarem wpatrzone w ciebie jak w Dawida z językiem na wierzchu aportują patyk (do nogi suko do nogi) twarzy jak grzechów nie pamiętasz wycierasz buty łzami następna następna następna i tylko czasami przed snem powtarzasz w głowie ich imiona jak pacierz10 punktów
-
8 punktów
-
wybuchnęłaś wiosną uśmiechem po lewej stronie wiersza musiało się wydarzyć to niedzielne spotkanie zagubiona jaskółka co prawda były dwie nad krawędzią pustej kartki zanim pojawiły się słowa czekałem na końcu zdania padał deszcz a ty recytowałaś swoje niebo7 punktów
-
Oda do początku Na początku było słowo… z lat biegiem zmieniała się jego treść. Dajmy na przykład to i owo nie każdy ciężar umie znieść. Wybrać pomiędzy tym a tamtym, gdy jeszcze dobro z przodu jest, odpowiedzialność narzuca treść. Ciężar kolorów łączy obrazy… tak nie chciałam - pomyślałam patrząc za szybę… sączył się deszcz. Efekt motyla rozsupłał wszystko, Nie zerwał wątku - ot cała treść. Ważne jest słowo… życie to przecież długi poemat. Słowo za słowem tworzy się treść.6 punktów
-
-Mistrzu, jest we mnie diabeł, co do złego kusi. -To jego praca, on też wykazać się musi.5 punktów
-
W wiosce małej gdzieś nad Rabą Do fryzjera poszła żaba, Warkocz bujny utrefiła, Dwieście złotych zapłaciła. Potem poszła do krawcowej, Wyszła – w modrej sukni nowej, W kapeluszu z rondem dużym I z torebką z lila pluszu. Zaś u szewca pantofelki Kupiła – ze zniżką wielką. Wstąpiła też po perfumy O zapachu – leśnych szumów. Utrefiona, wypachniona, Wystrojona, ozdobiona Podążyła wnet do domu. (Chwalić się – nie miała komu). Gdy przed lustrem przystanęła, Wnet z rozpaczy aż jęknęła: Zaraz mi się zrobi słabo. Nadal jestem – tamtą żabą. Na nic kremy i perfumy, Loki, tiule, leśne szumy. Na nic suknie i pończoszki I chusteczka w białe groszki. Nadal oczy wyłupiaste, Podbródek – jak wałek z ciasta, Nadal w pryszczach skóra cała, Postać żaby - pozostała. Tak się toczy od lat życie, Czy wieczorem, czy o świcie, Żaba w suknię przyodziana Żabą ciągle pozostanie...5 punktów
-
w pudełku zapałek sądzą po łebkach ostrożnie bo strach tymczasem pod nie jednym światem zapalniczka podkłada ogień tylko słowo nie płonie wciąż to samo póki żyjemy4 punkty
-
Między problemami fiku-miku, fiku-miku, przechodzę sobie bez zgrzytu — wehikuł. Tutaj postawię, zainwestuję. Z tym się dogadam, tego odtruję. Tak czarownicą zwana Dajana, co znała przyszłość — oszukiwała. Materiał z pierwszej ręki — zebrała. Blokad języków nie podzielała. Przecinki, kropki, różne słabostki — nie jej potrzebą aż pierwszej troski. Wrzuciła w serwer mocy tajemnej i przewidziała — przedział i średnie. A ja nauczę cię doskonałej ę i ą branży dwóch samogłosek — co nie początkiem ani też same. Przyjął lub pojął? — Jasiu: To banał, czy i w tym miejscu dżungla ma prawa? Niszcząc, kalecząc i zaśmiecając, ktoś go rozdeptał, gdy on się przednio asymilował.4 punkty
-
Tutaj umów się nie negocjuje, o czym mówi prawdziwa zasada swobody umów (umowy latają sobie wolne i dowolnie napisane i albo taką podpisujesz, albo idź sobie). Rzecz jasna o powyższym fakcie miałem nigdy nie wspominać (choć wszyscy to wiedzą i widzą i tak robią), co wymogli na mnie w kontrakcie, ale ów kontrakt nie był pisemny i nie przy świadkach, więc go sobie zgrabnie ominąłem. Ot tak, nie przestrzegłem. Efektem tego naszego solidarnego nieposłuszeństwa (a może to posłuszeństwo jest właśnie?) jest między innymi niniejszy fragment prozy, którą nazwać by można było śmiałą prozą życia w dzisiejszych czasach. Nic, zupełnie nic już nikomu, nigdy i nigdzie nie podpiszę, a już z całą pewnością nie czegoś, co tak pięknie i skrupulatnie i wielostronnie najdrobniejszym maczkiem jest napisane (wiadomo, że nawet nie do odczytania, nie wspominając o rozumieniu całości). Warszawa – Stegny, 14.03.2025r.3 punkty
-
pani namawia bym się zagnieździł w jej schludnym kątku za niski czynsz lub na odrobek za kilka wierszy bo ponoć piszę jak dotąd nikt kiedy je pani samotnie czyta to zatrzymuje się dziwnie czas że ażby chciała w tych moich rymach ze mną przez wieczność tak trwać i trwać a życie sobie niechby szło dalej wciąż omijając już wspólny dom by każdą strofę umieć na pamięć gdybym ja tylko ten pokój wziął3 punkty
-
strzegę Cię w głębi duszy strzegę jak cenne dary zwłaszcza kiedy religia nie dorasta do wiary3 punkty
-
butelka świeci czterdzieści wat twórczej mocy przez ślepia malowanych demonów wpadło już dość światła i oto Pijany święty poeta zstępuje na ziemię wielkie czyny nie dadzą długo na siebie czekać u wezgłowia pryczy potok słów niepotrzebnie rozpoczętych dużą literą znów wsuwam ręce w rękawy tam gdzie nocują muchy3 punkty
-
Kącik prasowy W całych trzech ścianach Niezbyt już ludziom Mógł odpowiadać. Poszło w celofan Niezłej tandety Stoisko, za nim Profil kobiety. Jeszcze przed drzwiami Ostatni dymek - Szef przesiaduje Na zewnątrz biura. I różne inne: Sklepik z farbami, Ścisk w galanterii - Emerytura. I dorabiamy Klucze - zegarmistrz. Teorie w perfum Sprzedaży - dawni Mistrzowie cechu Zza siódmej góry. Bar na pięterko, Bankomat w parking. Czy gdzieś odeszli? Może do kina. Ech, nawet kebab Nie miał tu wzięcia. Zwija się, zwija Wełna, mieścina. Kolejny lokal Do wynajęcia. Za to w lombardzie na rogu - chińczyk. Talia kart uno Ostatnia własna. Laptop z komórką raczej nie zdziwi, Ale z hazardu się nie wyrasta.3 punkty
-
@aff To też nie mój świat. Dziękuję za odwiedziny 🙂 Pozdrawiam @Marek.zak1 Dziękuję i pozdrawiam 🙂 @Bożena De-Tre Dziękuję i pozdrawiam 🙂 @any woll Mam nadzieję, że pozytywnie 🙂 @Domysły Monika Dziękuję, Moniko 😊 @[email protected] Dziękuję i również życzę miłego weekendu 🙂 @andreas Dziękuję, że wpadłeś. Pozdrawiam 🙂3 punkty
-
2 punkty
-
ubię się bawić słowem, gdy piszę moje wiersze, coś zabarwić, gdzieś zgubić i wrzucić pierwsze słowo, nowego wersu, na początku kolejnego a w następnej strofie wrócić do słowa pierwszego lubię się posłużyć wymyślnym epitetem, jak okrutny zbój, posłuży się kastetem, lubię coś powtórzyć, gdzieś dodać metaforę bo ona czyni wiersz niemal magicznym tworem nierzadko słowo trzeba zmienić na potrzeby wiersza, kot kotkiem się staje, o kocura mniejsza najgorzej się dzieje, jak zabraknie przesłania wtedy, pomiń wierszyk, no już, bez wahania2 punkty
-
2 punkty
-
w przedjesienny dzień upalny na przedmieścia Karagandy mknie tramwaju cień na talerzu pełnym soli sunie sennie duch gondoli echo nadaralskich brzmień centralnym Semipałatyńskiem niesie przerażeniu bliskie atomowe lufty zrywka żaden Kazach ci nie powie stojąc w swoim własnym grobie że jego ziemia-matka to jest dziwka2 punkty
-
@any woll W Gdyni też zimno :) @andreas Jesteś niezastąpiony w limerykach, pozdrowienia i podziękowania :) @violetta podziękowania i pozdrowienia Mam nadzieję, że zdrowiejesz tam :)2 punkty
-
@aff Dzięki za fajny komentarzyk. Pozdrawiam. @violetta Dzięki za dobrą radę.Pozdrowionka. @Rafael Marius U mnie na ranczo ruja już w pełni. A najbardziej sierpówki tureckie(synogarlice). Pozdrawiam. @Domysły Monika Miało uśmiechnąć.Pozdrawiam. @Roma Tematy damsko-męskie są zawsze ciekawe... Miłego dnia. @hyzwar Świetnie to określiłeś- "słodkie fanaberie". Dzięki i pozdrawiam.2 punkty
-
Wrzuciłem do pieca trochę miłości, trochę nienawiści i kloce metaforyczne – nowe. Wynikło przesłanie wybuchowe : „Czy dzień się snem ziści ?”2 punkty
-
,, Szatan boi się ludzi radosnych,, Św. Jan Bosko radość to nie pusty śmiech to spacer wiosenną łąką pełną zieleni kwiatów rodzi ją dobro miłość przyjaźń uroda świata a zło zło dostarcza złudnych przyjemności szatan je mnoży radośni ludzie to porażka szatana nie udało się nimi zawładnąć Jezu ufam Tobie 3.2025 andrew Piątek, dzień wspomnienia męki i śmierci Jezusa2 punkty
-
Stoję pod pubem tym z ostatnich gdzie można wyjść pod niego z piwem kawą i papierosem Popijam, a jakże aczkolwiek już liczę Stoję tak tam jak reżyser Kevin Smith ze Sprzedawców 1,2 i 3 film natomiast jest polski a nie amerykański (właściwie koprodukcja ale tylko w tym wierszu) Mój film jest nieco tańszy ale i mniej zyskowny właściwie bezzwrotny jakby się zastanowić a i reżyser ze mnie nie aż taki przestrzeń krajowa z pewnością zgubi ten wiersz (nieoznaczy jako nieprzeczytany) świat z pewnością się o nim nie dowie (jestem pewny i spokojny) I tylko kombinuję kogo by tu słowem podpieprzyć (żart wciąż trafia najcelniej) lub coś sprzedać (historie z życia wzięte są najdroższe) ewentualnie jutro zmajstrować (ach plany) Piję to piwko, trzecie z kolei powoli i z rozmysłem dłużyzn albowiem koleżanka barmanka Anka gra w hokeja z kumpelami i chyba na dachu tego baru z ostatnich ba najostatniejszych (w przygotowaniach mają prohibicję) (jeny jak ja coraz gorzej rozumiem swój kraj). Warszawa – Stegny, 11.03.2025r.1 punkt
-
Przywiązanie może wymagać terapii a najlepiej prądem Jest wtedy szansa że się poparzą nerwy zatrzyma serce i stracę pamięć przestanę odczuwać lęki tęsknotę Wariuję za Tobą może skurcze mięśni odwócą uwagę Nie będę krzyczeć w kaftanie bezpieczeństwa to bez sensu we własnym interesie a nawet wbrew niemu Przecież chodzi o moje dobro skoro kocham za mocno.1 punkt
-
Chcę tworzyć. Ale co? Nie, nie chcę. A może, jednak? Ale co ludzie powiedzą? Forma Gombrowicza byłaby nieorginalna, ale czym będzie każda inna froma? Forma, forma, forma..... Nie, nie, nie. Na Boga pchać się w to? Literatura nie wybaczy, ośmieszy, wynegliżuje każdą wadę. Avangarda, tylko dla avangardy. Lecz i po co? Babrać sobie ręcę, siebie w wyniosłych słowach i postulatach?1 punkt
-
Coś zakrzyczało obok. Znienacka. Przefrunęło z cichym furkotem czarnych skrzydeł, okrążając gniazda. W nocy i w deszczu. Między drzewem jednym a drugim. I tamtym… W odblaskach i w lśnieniach. W lustrach pełnych niczyich odbić. I w światłach ulicznych latarni. Nawet tam, gdzieś nie wiadomo gdzie, błysk szyby otwieranego nagle okna… W tym domu, na skraju. W domu z cegły i drewna. W tym domu, w którym ojciec przywoływał kogoś w pijackiej malignie i przywoływał jedyne imię: „Maria, Maria”... I szarpał się z kimś nietrudzenie. I kiedy wylewał z siebie pianę i inne płyny. Kiedy się skręcał. W konwulsjach. W spazmie agonii… Nie! Nie! Nie mógł nabrać powietrza, albowiem dech mu zaparło od nadmiaru, od przesytu umierania. I do tej pory zapiera, mimo upływu lat trzydziestu jeden. Był już sztywny i zimny jak kłoda, jak kamień… Bo go widzieli. Widziały go oczy różnych przybyszów, licznych obserwatorów w czerni… Pełno ich wtedy było. W każdym kącie. W każdym zakamarku. Stali. Wszędzie. Leżeli. Klęczeli. Szukali czegoś. Węszyli. Węszyli jak psy. Muskali ustami ściany i cokoły drewnianej podłogi, wodząc lśniącymi językami po rowkach daktyloskopijnych śladów.. Pies skomlał. Siedział pod stołem ze skulonym ogonem. Wystraszony. I patrzył na wszystko wielkimi ślepiami. Takimi wielkimi jak oczy u miesięcznego dziecka. I te oczy! Te oczy prawie ludzkie! A więc szukali czegoś. I tam. A nawet tam, gdzie leżał wiele razy. Gdzie wiele razy leżał okryty jedynie stertą pożółkłych gazet z wielkimi nagłówkami o testach jądrowych na Pacyfiku... Przynajmniej tak było we śnie. Zostały po nim jedynie pióra I wydłużona czaszka. Raczej ptasia, nie ludzka. I kiedy… Nie! Lecz teraz. Albo wtedy. Nie! Nie wiem. Już nic nie wiem.. Wyginam się w łuk, bo znowu chwyta mnie konwulsja. Spazm nadciągającej ekstazy… Tom of Finland wypełnia trzewia. Rozlewa się tak rozkosznie i błogo… Ale przejdzie. Zaraz przejdzie. To chwilowe... Zaraz. Zaraz. Zapomniałem, co było wcześniej. A, już sobie przypomniałem… A więc dom ten stał i stoi nadal w cichej przestrzeni parkowej pustki. Stawiam kołnierz dziurawej jesionki, ponieważ omiata mnie spirala czasu. Zimno mi. Zmieszane epoki i lata. Kołują. Kołują niestrudzone stada gawronów czy innego ptactwa znad dalekich wysypisk. Przechodzą wprzód i w tył jakieś wizje. Latają wokół. Pędzą nie wiadomo dokąd. Pełzną. Wloką się. Snują… Godziny przeskakują jedna po drugiej, ale czy do przodu? Czy do przodu? Czy, aby do przodu? Nie wiadomo. Nic tu nie jest wiadome i pewne. Pewna jest jedynie śmierć i pustka w lodowatej otchłani nocy. Do przodu? Nie wiadomo. Albowiem nic nie wiadomo. A więc, kiedy wracałem wtedy z pracy, zmęczony, i szedłem aleją, w starych drzewach iskrzyły krople sennej zadumy. W drzewach bez liści i w jakiejś dziwnie pokręconej formie. W drzewach połączonych ze sobą. Obejmujących się gałęziami, jakby w tańcu. Jakby w jakimś nieodgadnięciu. W tajemnicy... I ten błysk otwieranego nagle okna… Przez kogo? Przez nikogo. Przez niczyją rękę, która mogłaby być ręką mojej umarłej już matki. I z pierścionkiem, który może został na jej palcu. Tak jak wtedy, kiedy o poranku piła kawę pewnej niedzieli, pewnego dnia lipca. W słońcu. W leniwej godzinie gorącego lata... To było wtedy, kiedy przeżywszy ją, widziałem odblask nieznanej natury co się skradał w migocie, co się przesuwał chyłkiem po ścianie... Stąd aż dotąd. Po podłodze i fornirze trzydrzwiowej szafy. Szedł z przeszłości w przyszłość. Przechodząc przez teraźniejszość jasną smugą na krawędzi cienia… Coś przywołane z nicości. Bezwiednie. Albo i umyślnie, choć we śnie. Przywołane z głębokich warstw zapomnienia. Zatem przechodzi raz jeszcze, tylko pod innym już teraz kątem. W postrzępionej od porywów czasu formie, podczas gdy w topolach drżą liście. A więc to już znowu lato… Dopiero, co była jesień... A więc drzewa. Te oto drzewa (jak znowu wiele tego „a więc”) A więc szeleszczą i klaszczą. Mienią się razem i z osobna. * Matka była tu. Ale nie widziałem jej, ponieważ kiedy wyszedłem do przedpokoju właśnie zamykała za sobą drzwi, ścierając mimo woli kurz z drewnianej poręczy schodów. Palcami. Dłonią. Rękawem płaszcza… Pozostała po niej odłupana drzazga. jedyny ślad zatarty w połowie. Wołałem..Nie odpowiedziała. Zeszła po stopniach wytartych pokoleniami kroków. Schodziła szybko, niemal zbiegała, jak nastolatek chcący zrobić psikusa sąsiadom, łomocząc pięściami w drzwi do ich mieszkania. Albo szła wolno, prawie stojąc w miejscu. Szła. Rozpływała się w powietrzu. I była. Albo nie było jej wcale. Albo znowu była, idąc do sklepu. Na zakupy. Tak jak to robiła za życia. Poszła do sklepu, choć była już na skraju umierania. W zasadzie już nie żyła. Ale poszła. Zebrała się w sobie, mimo zimnych już ust. Mimo ust posiniałych na śmierć. Z jednej strony wyglądało to normalnie, jak co dzień. Z drugiej… Z drugiej to takie wszytko dziwne jak po zażyciu sporej dawki amfetaminy. Marynarz patrzy się na mnie. Zaraz. Zaraz. Skąd on tu nagle… Spogląda zalotnie, kiedy owiewa mnie chłód schodowej klatki. Marynarz. Piękny mężczyzna na etykiecie Tom of Finland. Matka wyszła chyłkiem, nie informując mnie o tym. Choć z drugiej strony, po co miałaby mnie o tym informować? Słońce wpada przez okno do przedpokoju. Jakieś takie mocno pomarańczowe. Zachodzące. Zwiastujące nadejście lodowatej nocy. Rozglądam się wokół. Zostawiła dwa telefony. Leżą na szafce. Jej? Chyba jej. Przynajmniej tak jest w tym śnie. Czemu akurat dwa? Dopiero co kupione. Nowe. Czemu ich nie wzięła? Bodaj jednego? Nie chce, abym się z nią kontaktował, choć i tak nie znam numeru. Próbuję bezskutecznie. Naciskam klawisze. Usiłuję się dodzwonić. Wybieram numery jak szalony. Przecież to wariactwo! Telefony leżą tutaj a nie w jej torbie. Więc, po co dzwonię? Po co? Po co… Strasznie dużo tego „po co”. I nowa karta płatnicza. Przysłali jej z banku. A telefony? Zwykłe, komórkowe. Nic specjalnego. Dla starszej osoby. Choć matka nie była tu jeszcze stara, mimo że miała już problemy z sercem. I miała sine usta, jak wtedy, kiedy oddawała z wielkim zdziwieniem w oczach i z cichym świstem ducha. Dobrze. Wyjdę po nią. Wyjdę jej naprzeciw. Odbiorę zakupy. Ale, zaraz. Przecież poszła do sklepu, którego już od dawna nie ma. Tam jedynie wiją się krzaki a pajęczyny oplatają stertę zbutwiałych desek. Poszła tam z przyzwyczajenia. Albo bardziej w bezkres. Już nie ma. Ani sklepu, ani matki. Zniknęła, gdzieś w pomroce dziejów… Weszła na powrót do wszechświata atomów. Do królestwa mikroskopijnych włókien, co podążają w milczącym przepływie pustego czasu. W dookolnym milczeniu rozsadzającym uszy piskliwym szumem gorączki. * Coś zatrzepotało. Zatrzęsło. Szczypią mnie oczy. Łzawią. Skąd się biorę te wszystkie ptaki? Fruwają wokół. Przylatują, odlatują. Krakania, krakania… I te ptaki, te skrzydła… Za oknem noc okrywa całunem ziemię. Przestało już padać. Spadają z wysoka roje gwiazd… Kropliste. Płonące krople stearyny. Parzą dłonie i usta. Policzki, skronie… Kiedy nadstawiam je. Kiedy klęczę w jakiejś niedoszłej modlitwie. W jakimś błaganiu o litość... Leżę na słojach, na sękach. Na podłodze wytartej krokami minionych dni. Leżę i patrzę w niebo. W żyrandol. W nic... Dlaczego milczą wszystkie ściany? Nasłuchuję. Nasłuchuję. Przytykam ucho do chłodnej powierzchni. Do chropowatej. Popękanej. Brudnej... Światło łasi się do mnie. Wije się po podłodze jak ja. I z przymilnym popiskiwaniem słodkiego szczeniaka. A więc, są tutaj. Przychodzą i odchodzą. Drgają elementarne cząstki. Świece, świece... Płonące wszędzie świece! Kiedy je poustawiałem? Nie pamiętam. Nic nie pamiętam, choć powinienem przecież pamiętać. W chrapliwym oddechu. W jękach. Wyginam się w łuk. Albo to coś wygina się za mnie. Odchyla ptasią łowę. Giętką szyję z ostrą grdyką... I porusza nią, połykając hausty powietrza. Połykając ślinę… Wygina się. Wygina… Zamienia się w łuk. W poręcz. W balustradę… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-03-08)1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
@mariusz ziółkowski słowo nie płonie... Wszystko jest kwestią mądrego doboru słów. Zresztą wszystko można w nieskończoność mnożyć, zarówno dobro jak i zło.1 punkt
-
A Jan Izydor Sztaudynger opisał zupełnie odwrotną sytuację: Koniugacja Oddaje mi się, oddaje ci się, oddaje mu się, oddaje nam się, oddaje wam się, oddaje im się, a żeni z nim się... Pozdrowionka.1 punkt
-
@Laura Alszer Więcej grzechów nie pamiętam... bo nadal nad czwartą dzisiaj stękam! Miłego weekendu Lauro, swoje grzechy najbardziej bolą.1 punkt
-
1 punkt
-
Raczej przystojnych dupków, z najlepszymi genami, którzy przyciągają zainteresowanie bardzo wielu kobiet. Skoro jest im dobrze, to po co mają coś zmieniać. Trafiłaś ze zjawiskiem, ale wina / przyczyna jest zwykle po obu stronach. Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
śmierdzirobotka roz wyszeł z chałpy ale go zaroz oblozły małpy (małpica, małpa - Słownik gwary śląskiej, Wydawnictwo Columb , Katowice 1994 - złośliwa kobieta :-)1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
@Rafael Marius miłe towarzystwo, zawsze jeździ:) ludzie chłonni świata:) tutaj można z kimś pogadać, kogoś się ciekawego spotka:) Świat czasem jest mały:)1 punkt
-
@Stary_Kredens Jak mus to mus, drzewo to po swojemu zrozumie. Ale jak Ci źle z tym, to może posadzisz jakieś młode drzewko trochę dalej od domu, jeśli jest taka możliwość. Na pewno sprawi Ci to ulgę a i przyjemność w patrzeniu, jak młode rośnie:) Dzięki i pozdrowienia również @andreas :) Piękna strofa, która może być też całością :) Dzięki i również pozdrawiam @Rafael Marius :) Dokładnie. Dziękuję @Domysły Monika @any woll Podziękowania:)1 punkt
-
@aff jak na razie nie podrobione Pozdrawiam serdecznie Kredens @Rafael Marius ze mną też aż tak źle nie jest, ale to takie tam ogólne refleksje na czasie Pozdrawiam serdecznie Kredens1 punkt
-
@Corleone 11 Lusterko ze znakiem bliźniąt - w ciekawy sposób wplatane są informacje o głównej bohaterce. :-)))1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
a potem się rozejrzę bo jestem sama smutna czy trafi mi się pszczółek nie życzę sobie trutnia codziennie jak ta pszczoła miodzik do domu znoszę przypadkiem jakiś pyłek nie mówmy o tym proszę ... :)))))1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne