Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 01.04.2022 uwzględniając wszystkie działy
-
Moje pióro dziś poległo na jakości atramentu, a ołówek trzasnął z hukiem, zacznę pisać chyba palcem. Masz długopis wierszopisie strofy będą nieco trwalsze, lecz pamiętaj wiersze... świętość, goń najdalej od bezsensu. O czym pisać, ot pytanie, kto odpowie dam kałamarz, śmieszne - wskaże, to nie w modzie, pstryk w klawisze - jadę dalej. Słowo w słowo, wers do wersu - zapachniało znów banałem, niech ktoś za mnie to napisze, nie chcę kiczu dziś oswajać. A co później już po kropce, pysk otworzy znów dylemat, co mi po nim, niech zostaje, jestem snobem nie poetą. Chciało by się przejść gdzieś obok, pytam wnętrza czy dostrzega trwogę czasem z lewa, prawa, a co słyszę... że mnie nie ma?! Żyć marzeniem co się świeci, blaskiem zorzy mrugającej, że napiszę może dzieło co rozjaśni mroki piekieł. Jeszcze drogę już ostatnią, daj mi Boże w ciszy przebiec, bo choć siwy prawie cały w duszy zawsze będę... chłopcem! "Niczym chłopiec: wiadomo gitara, wiersze, może żagle, może wędrówki w góry... wieczny chłopiec musi się nieustannie szukać." - Katarzyna Miller.7 punktów
-
Jak to fajnie się obudzić zobaczyć kolejny dzień ujrzeć coś miłego uśmiechnąć się Jak to fajnie się obudzić nie widzieć gorszego rozmawiać z kimś kto rozumie Że fajnie jest się obudzić spojrzeć w lustro wypić małą czarną i dalej żyć6 punktów
-
Zaniemógł chiński malarz w Pekinie, gdy komar żądłem dopiekł chłopinie. Leczył malarię malarstwem, (i ledwie jednym lekarstwem), bo Chińczyk ufa tylko chininie.5 punktów
-
pierwsze - przy urodzeniu rozstanie z macierzą później - każdej nocy pożegnanie ze słońcem i wielokrotnie umieranie w związkach naznaczonych końcem ostatnie spotkanie śmierci ze śmiercią podczas umierania wąskim przesmykiem umyka życie na wezgłowiu4 punkty
-
to już nie ja jestem energią wierzę, że dobrą wchodząc w niezliczone spojrzeń i gestów reakcje manifestacji - jestem uciekam od siebie do siebie nie ma już mnie jestem energią wierzę, że dobrą skorupka schodzi na dalszy plan słowa i myśli zwalniają - wyhamowują przecież jestem energią całkiem możliwe, że nie najgorszą tak bardzo chcę móc w to wierzyć gdy raz po raz uciekam od siebie do siebie4 punkty
-
Motylem jestem stwierdził niedźwiadek po czym zaliczył groźny upadek bo choć ze skały wzleciał do góry to wnet się w ziemię wbiły pazury. Szczupak szczupakiem wyskoczył z wody by pokonywać ziemne przeszkody wyrżnął o ścianę rowu, ma dreszcze biedaczek czeka aż spadną deszcze. Będę biegaczem ślimak zaznaczył ale się przy tym mięczak ślimaczył nim wystartował w biegu na setę inni już dawno minęli metę. Suseł z rodziny wiewiórkowatych rozmyślał w swoich myślach kosmatych wierzyć nie wierzyć w zwierzęce gusła zasnął więc proszę nie budzić nie susła. Akwarium domem pławikonika było gdyż teraz po polach bryka na szachownicy niczym figura zamiast w odmęty wody dać nura. Autor wierszyka bez ceregieli jedynie tylko siebie wybieli - mój wiersz to cacko, ideał prawie w tym przekonaniu z nim was zostawię.4 punkty
-
W Rydze dziś poliglota z Przasnysza, zagadnięty, ot tak, przez Łotysza, stwierdził, że go na święta chcą tam na prezydenta - ale pewnie się biedak przesłyszał...3 punkty
-
dzień taki piękny kolor dziś założył żółty i zielony po sam horyzont zawadiacko uśmiechnięty idzie a na smyczy ciągnie zgrabne myśli moje serdeńki moje wy szczęścia gdzie chcecie pobiec i ja pobiegnę w kwadransach godzinach minutach sekundach was będę rozpieszczał zapędzimy się trochę bo po co ustawać skoro wszędzie cuda można opowiadać żeby się zadziewały więcej i szerzej rozkładały czynniki w poprzek drogi niechby wszyscy co idą noga za nogą zabierali je do domów do kuchni pokoi do ust do podziału do uszu do woli3 punkty
-
Wyszedł zając na polanę, chciał odszukać swoją mamę, ale mama, chyba wiecie, czeka na nas już w pasztecie. https://www.onet.pl/styl-zycia/noizz/ekwador-przyznal-dzikim-zwierzetom-prawa-osobiste-to-pierwszy-taki-kraj/ehz0lvl,3796b4dc3 punkty
-
*** [pierwszy kwietnia] pierwszy kwietnia za oknem płatki śniegu żart wiosny3 punkty
-
Zadrgały jak napięte struny Chciały wyjść z ciasnego umysłu Utknęły w labiryncie złych skojarzeń Nie zdążyły złożyć skargi Teraz już wiem co ważne3 punkty
-
Leszku! Janku, Janeczku! Bracie mój kochany! Choć dzielą nas epoki, świat odmiennych granic, błagam ciebie! Nie stawaj! Nie stawaj na murze! Masz czas jeszcze by dojrzeć. Nie czas jeszcze umrzeć. Przed tobą czyste kartki czekają na wiersze. Otwarty dziennik czeka na dnia słowo pierwsze. Czekają czytelnicy, twoi przyjaciele. Nieprzyjaciół się lękasz? Nie masz ich zbyt wielu! Chociaż życie cię mierzi - śmierć, to nie są żarty. Niż zdruzgotane ciało, więcej wiersz twój warty. Za wcześnie chcesz uciekać w niebyt, w nietworzenie, nie zmieni świata twoje w świecie nieistnienie. Za późno! Już za późno! Umarł w nim rozsądek. W ramiona śmierci leci, w oczy jej zagląda. Te czarne, rozgwieżdżone. W dół dwanaście pięter! Zapomniał o błękicie niespisanym wierszem... Jan Lechoń, a właściwie Leszek Józef Serafinowicz, polski poeta, prozaik, krytyk literacki i teatralny, współtwórca grupy poetyckiej Skamander, autor dziennika , popełnił samobójstwo skacząc z dwunastego piętra hotelu Hudson w Nowym Jorku. https://poezja.org/wz/Lechoń_Jan/4762/_Pytasz_co_w_moim_życiu2 punkty
-
Mówiła Przyzwyczajona snem Od norm Związanych Z własnym związaniem Zasuszona w Kwiat Zwinięta w klucz Klnąc szepty Wieczorów Słuchała . . . . . . o niej W pierwszej osobie W liczbie mnogiej I zrozumiała . . . Zwiastun Przedstawił Ją ... ... zwiastun Przedstawił Ją W niczyich dłoniach Strzępy Niczyje Tytuł zaczerpnięty motywem z utworu "This Magic Moment" WARSZAWA2 punkty
-
Wierzby wstrzymały oddech, Trzciny rozplotły warkocze mgle. Niteczka żyłki szczytówkę gnie Wieszcząc los pazernych płotek. Drugi cień, jak leniwy wulkan, Kłębuszki pary ze szczytu sieje. Wokół nic się nie dzieje. Sen ludzkiego podwórka. -Kochała mnie. Jestem przekonany. Ale odeszła krokiem Lukrecji. -Nadal życie leczysz? -Tylko bandażuję rany. Wzlot czapli drukuje na gładzi Mandalę kolejnego dnia, A nad powierzchnią monotonnie szła Melodia słów o miłości i zdradzie. -Niepotrzebnie rozdrapujesz rany. -Nie. Potrzebnie. Pamięć sądem życia. To jedyne piwo jakie mamy do wypicia. - Powieki klękają w cieniu dramy. Wieczność odchodzi bez gali. Radość stygnie szorstko jak lawa. Stado gęsi skrzydłami bije brawa. Brzask lśni na policzkach i pali. Połów był udany. Puste siatki, Zawiedzione kije i haki, I spokój taki. Nikną w czystej toni stokrotek płatki. Dzisiaj nie daje nadziei. Ktoś zerwał mosty, Spłonął świat prosty, Jakbyśmy nigdy nie istnieli. Dlaczego? Uderzasz jak młot parowy, tkwiący w korzeniach głowy Niewinnego.2 punkty
-
Cykl: Albumy muzyczne *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Pierwsze porywy wiatru. Na horyzoncie mrok nadciągającej burzy. Zamykam oczy… … widzę jasną twarz mojego dzieciństwa, która uśmiecha się do mnie z dalekiej przeszłości. Plączą mi się myśli, rozmazują obrazy… … kroczą przede mną widma milczących przechodniów, obsypanych teraz piaskiem czasu. … codziennie ich mijałem ― w drodze do szkoły… Wyłaniają się z niczego, by zniknąć w mżących czarno-białych pikselach… … wychodzą następne i giną, tworzą się nowe… Szukam w tym tłumie ciebie, twojego wizerunku, lecz ― nie widzę… … nie rozpoznaję. Jewgienijo… … wszystko mi się miesza… (Otwieram oczy) Nic. Naciera na mnie straszliwa pustka pokoju… Na krawędzi porcelanowej filiżanki (z której piłaś kawę o poranku) ostrzy się teraz refleks zachodzącego słońca… Spoglądasz ze zdjęcia, mając za sobą przymgloną nierzeczywistość. Uśmiechasz się (ledwie zauważalnie) ― jak na portrecie Leonarda. Jewgienijo… (Zamykam oczy) Stoimy na wprost siebie. Ja, w teraźniejszości. Ty, w otchłani przeszłego czasu. … pomiędzy nami ― ogrom przestrzeni ― stężałej w bezruchu… (Otwieram…) Zygzak błyskawicy przecina niebo. Oślepia mnie. Rani. Pierwsze krople deszczu… Na szybie okna… … na mojej twarzy… (Włodzimierz Zastawniak, 2019-10-16) *** A Storm Is Coming – jest to trzeci solowy album muzyczny (studyjny) norweskiego gitarzysty (współzałożyciela i lidera art-rockowej grupy Airbag), Bjørna Riisa. Album został wydany w 2019 roku.2 punkty
-
Lustro oczy niebieskie prawie jak rama kolor twarzy wczorajszy biel pianki pasty Telewizor czarna ramka włączam kolory krzykliwe ja krzywe zwierciadło wyłączam odbicie ja na ekranie sepia szarość czarnobiele2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Ty masz oczy burzowe I dłoń zuchwałą Dotkliwie jak piorun Razisz mnie całą Na Tobie omdlewam Wzlatuję ku górze Rozkołysana Rozkwitam jak róża Z warg spijasz nektar Przy arii rozkoszy Trzepoczą mi skrzydła Mokre od słonej rosy Chciwymi palcami Po skórze Twej wodzę Upadam w półmroku Od zmysłów odchodzę Patrzę ze szczytu W Twoje oczy burzowe Gdy falujesz we mnie Jak wzburzone morze Toniemy razem Trzymając się za słowo Że za krótką chwilę Wzbudzimy się na nowo2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Nieważne dokąd lecisz; ważne z kim. O Jawę zahaczyłem pierwszy raz, nie żebym sobie tę wyspę pieprzu i goździków celowo upatrzył, ale ponieważ inne trasy nie wchodziły w grę: wszystkie miejsca były zarezerwowane, bądź ceny bajecznie wysokie. Ten stan rzeczy tłumaczono przedświątecznym sezonem, chociaż nigdy nie wiadomo, która pora roku sprzyja podróżowaniu. Wiosennym porankiem opuściłem dom, do Frankfurtu przyleciałem jesienią, w Warszawie witała mnie zima, a po kilku godzinach lotu, deszcz, nocne przymrozki, pozbawione liści drzewa były ledwie wspomnieniem. W stolicy Indonezji trafiłem na czterdziestostopniowy skwar i zaskakująco suchy dzień, jednak pod dość zamglonym niebem. Samolot wylądował punktualnie, a do przesiadki zostały niecałe dwie godziny, pozostawiając niewiele czasu na spacery i bliższe zbadanie okolicy. W pamięci utkwiło mi tylko, że hol był przestronny i nowoczesny, sklepy przyjazne i bardziej amerykańskie niż azjatyckie, pachnące kosmetykami i drogą biżuterią, a nie jak reszta Indonezji duszącymi przyprawami: kurkumą, kminkiem, cynamonem, kolendrą… Krążyłem pierścieniem łączącym cztery terminale, bardziej dla rozprostowania nóg niż z ciekawości, ale również oglądałem wystawy, jak zwykle porównywałem ceny, a gdy chodzenie mnie znudziło, usiadłem w poczekalni. Wzywano właśnie na pokład pasażerów klasy pierwszej i biznesowej, potem tych na wózkach i matki z dziećmi, a dopiero na końcu regularną trzodę, upychając ją rzędami od ogona w kierunku dzioba, chociaż i tak nikt nie przestrzegał kolejności. Większość podróżnych stanowiły blade twarze, ale tu i ówdzie, jak w bezowym cieście nadziewanym malinami, przebijała ciemniejsza karnacja Azjatów różnych nacji i religii. Pokazując asystentce kartę pokładową, przypomniałem sobie moment odlotu na początku wyprawy — wtedy łatwo fantazjować z kim zleci podróż, bo instynkt samoczynnie szuka okazji, ale teraz nie ma to już znaczenia. Nawet nie spojrzałem na siedzącą obok. Zrzuciłem na podłogę koc i poduszkę, usiadłem w wąskim fotelu, zapiąłem pas i patrząc nieruchomo w ekran przede mną, rozmyślałem na ile gorące przywitanie czeka mnie w domu. W tym czasie maszyna zdążyła zatoczyć półkole, pogasły światła, ucichły rozmowy. Czekałem na przeraźliwe wycie, po którym nastąpi wciskający w fotel zryw, kadłub zacznie drżeć i podskakiwać, ale magiczna siła nie poderwała nas do lotu, wciąż sunęliśmy na kółkach z dziobem przy ziemi. Ten sam cykl powtarzano kilkakrotnie: wycie, zryw, wstrząsy i za każdym razem kończyło sekwencję ciche buczenie turbin na wolnych obrotach. Odnosiłem wrażenie, że samolot jest żywym stworzeniem, ma dość latania ruchem wahadłowca między odległymi miastami i chce sobie po prostu odpocząć. Siedzący przy oknach wyglądali na zewnątrz, dopóki ich uwagi nie pochłonął głos pilota z głośników. Mówił w lokalnym języku, żebym nie mógł zrozumieć jednego słowa, ale z niespokojnych min niektórych pasażerów wywnioskowałem, że komunikat jest o czymś ważnym. Istotnie, nie była to prognoza pogody, gdy pilot powtórzył treść komunikatu po angielsku, z zabawnym akcentem, jakby opowiadał śmieszny kawał: — Ladies and gentlemen, proszę o uwagę… Mamy mały problem z silnikiem, nic poważnego… W tym miejscu zrozumiał, że to co mówi nie jest wcale dowcipne i spróbował nieco inaczej: — Na trzech silnikach można spokojnie lecieć i wylądować, ale niestety z pełnym obciążeniem nie wystartujemy — zakończył niezbyt optymistycznie. Później uspokoił wszystkich, żeby czekali cierpliwie aż zaparkujemy u rękawa i tam będziemy sobie wypoczywać, podczas gdy personel techniczny prędko usunie usterkę. Jakoś nie mogłem uwierzyć w ostatnie słowa. Na lotnisku wszystkie czynności wykonują w zwolnionym tempie, opóźnienia to normalna rzecz, samoloty nigdy nie odlatują na czas, bo lepiej stać na ziemi i chcieć pofrunąć, niż szybować wysoko nad chmurami i tęsknić za twardym gruntem. Usiadłem przy przeszklonej ścianie, w miejscu skąd miałem dobry widok na mój samolot, odwrócony teraz niebiesko-turkusowym ogonem, na którym wymalowano pięcioma gładkimi liniami różnej długości jakiegoś mistycznego ptaka. W pobliżu samolotu nie było nikogo, a pasażerowie zniknęli w labiryncie lotniska. Czyżbym tylko ja chciał stąd odlecieć jak najprędzej? Licząc upływające minuty, próbowałem przewidzieć, co mnie czeka. Jeszcze odwołają lot i noc spędzę tutaj na ławce, bo na hotel szkoda mi pieniędzy. Najgorsze, że myślami byłem już w domu i najmniejsza choćby przeszkoda miała rozmiar katastrofy. Patrzyłem na furgonetkę podjeżdżającą do samolotu. „To pewnie ta ekipa fachowców w rękawiczkach i białych fartuchach z laboratorium Boeinga, która rozpocznie za chwilę naprawę” — pomyślałem z nadzieją, tymczasem ze środka wyszło kilku łapserdaków w żółto-białych kamizelkach, kaskach na głowie i pękatych słuchawkach na uszach. Wskoczyli na skrzydło, otworzyli po krótkiej naradzie nieduży właz, coś tam gmerali przez chwilę, ale wkrótce wrócili do wnętrza samochodu. Przynieśli stamtąd napoje w puszkach i żarcie w plastikowych pojemnikach, posiadali dookoła otwartej na oścież, niczym nie zabezpieczonej klapy i nie zważając na ogłuszający huk pobliskich samolotów oraz nieznośny zapach lotniczej benzyny, przystąpili do konsumowania posiłku. Na skrzydle samolotu wciąż leżały narzędzia: nie jakieś wyrafinowane mikroskopy i laserowe mierniki, tylko zwykłe śrubokręty, młotki, obcęgi, jakich nawet ja potrafię używać w codziennych robótkach. Nie miałem siły na to patrzeć i postanowiłem poszukać budki telefonicznej, żeby zadzwonić do żony. Czekała dwa tygodnie, zaczeka jeszcze jedną noc. O dziwo po wykręceniu numeru usłyszałem jej głos i rozważałem, czy takiej sztuki mógłbym dokonać w Polsce, czy przypadkiem Indonezja nas nie przegoniła, przynajmniej w dziedzinie telekomunikacji. Powiedziałem żonie, żeby nie wyjeżdżała po mnie na lotnisko, bo ze względu na złą pogodę, mój lot skasowano. Potem wróciłem do poczekalni i dopiero wtedy zauważyłem tę samą Chinkę, która siedziała obok mnie w samolocie. Posłała mi nieśmiały uśmiech, jakby czas dzielony wspólnie na pokładzie dał jej prawo traktowania mnie jak znajomego. Udałem, że jestem czymś bardzo zajęty, a tak naprawdę nie miałem ochoty na rozmowę. — Ale mamy pecha — powiedziała, pokazując ręką na samolot. Pokiwałem przytakująco głową, a w duchu przyznałem, że nie jest znowu taka zła: miała dość jasną cerę, jakby nigdy nie wychodziła na słońce bez parasolki, całkiem okrągłe oczy i ładny uśmiech, odkrywający rzędy śnieżnobiałych zębów. Prawie wcale biustu, lecz przy szczupłej, zgrabnej sylwetce, każdy biust wygląda dobrze. Odtąd nie odstępowała mnie na krok, przylgnęła do mnie, jakbym był jej przewodnikiem albo tatusiem, choć aż tak dużej różnicy wieku między nami nie było. Dochodziło południe. Przed nami siedem godzin lotu, plus cztery godziny różnicy czasu, bo lecimy zgodnie z kierunkiem obrotu kuli ziemskiej. Może zdążymy, trzeba być dobrej myśli. — A jeśli nie? — Chinka zasiała wątpliwość. — Wtedy zawrócą nas do Melbourne. — Czemu tam? — spytała zdziwiona, a jej oczy przybrały jeszcze bardziej okrągły kształt. — Bo to najbliższe lotnisko gdzie nasz samolot może wylądować. — To w Melbourne pozwalają lądować o północy? — Pozwalają. — A czemu nie w Sydney? „Żebyś miała urozmaiconą podróż” — miałem zamiar jej odpowiedzieć, bo już zaczynała mnie irytować tymi pytaniami, ale zagryzłem usta i tłumaczyłem cierpliwie jak dziecku: — W Melbourne lotnisko jest daleko od centrum miasta, a w Sydney w samym środku. — Nie mogli zbudować gdzieś dalej? — Mogli, ale sądzili, że samoloty będą lądować od strony morza, nie przelatując nad domami. — A nie mogą? — Mogą startować i lądować tylko pod wiatr, a wiatr nigdy nie wieje w przeciwne strony równocześnie. — I oni tego nie wiedzieli? — Wiedzieli, ale miasto było wtedy mniejsze, a samoloty nie tak hałaśliwe. Po tym woleju pytań i odpowiedzi zapadło milczenie, nie na długo. — Nigdy nie byłam w Melbourne, jak tam jest? Pociągnąłem łyk soku pomidorowego, którym poczęstowała mnie przechodząca stewardessa i już na spokojnie podsumowałem informacje wyczytane w przewodniku turystycznym: — Przyjemne miejsce do zwiedzania i zamieszkania, bardziej europejskie niż amerykańskie, duży wybór przedstawień teatralnych i muzyki, ciekawa architektura, największa na świecie sieć tramwajowa… Słuchała kiwając lekko głową, lecz gdy skończyłem, na jej dziecięcej twarzy zauważyłem wahanie. — A plaże ładniejsze niż u nas? — Plaże są niczego sobie, woda spokojniejsza, bo w zatoce… — Jak to? — weszła mi w słowo. — Przecież większość uważa plaże w Sydney za najpiękniejsze na naszej planecie. — Owszem, piękniejszych nie widziałem, oczywiście w obrębie dużego miasta. — Wiedziałam, dlatego tam mieszkam — skwitowała ucieszona. Dalszą rozmowę przerwał kolejny komunikat pilota, który potwierdził nasze obawy: ze względu na opóźnienie skierują nas do Melbourne. Odpowiedziało mu ogólne poruszenie wśród pasażerów. Siedzący przede mną Pommy*, powstał ociężale z miejsca i chodząc korytarzem zaczął organizować coś w rodzaju akcji klasowej przeciwko liniom lotniczym. Miał do tego słuszne powody, gdyż był jednym z uczestników wycieczki i ta nieoczekiwana zmiana trasy pokrzyżowała mu harmonogram. Nalegał na zwrot opłaty za bilet lub bodaj darmowy nocleg w Melbourne. Na to drugie żądanie kapitan po konsultacji z przewoźnikiem wyraził zgodę, lecz wkrótce wyszło na jaw, że nie ma miejsc w hotelach, ani kwaterach prywatnych udostępnianych w takich wypadkach. — To skandal! — pomstował grubas. — Wytoczę wam proces w sądzie! Nikt go nie słuchał, bo w ostatniej chwili firma przewozowa zaoferowała każdemu pasażerowi jako formę rekompensaty czek na dwieście dolarów. Kilka minut przed północą wylądowaliśmy na lotnisku Tullamarine w Melbourne. Następny samolot do Sydney odlatywał za sześć godzin. Pożyczyłem mojej współpasażerce Asmarze, szczęśliwej drogi i ruszyłem w poszukiwaniu atrakcji, za które mógłbym zapłacić czekiem. Wspaniałomyślna oferta miała haczyk: czek można było spieniężyć jedynie na lotnisku, a o tej porze wszystkie punkty sprzedaży zamknięto na klucz, za wyjątkiem McDonalda i baru bistro. Mac świecił pustką, można było wygodnie siedzieć samemu przy stole, ale nie sądziłem, żebym dał radę wydać tam choćby połowę ofiarowanej sumy. Natomiast bar był załadowany po brzegi ludźmi z mojego samolotu, jak okręt wrzaskliwą załogą. Prym wiódł Anglik-wichrzyciel. Otaczała go gromada ludzi przy największym stole, zastawionym ciasno szklankami i butelkami różnego koloru. Awanturniczy nastrój nie opuszczał Anglika, a wprost przeciwnie: w miarę spożywanego trunku, ryczał niczym lew i tym zyskiwał sojuszników w walce z nieludzkim systemem. Stanąłem za ladą i zamówiłem koniak, najdroższy jaki mają. Czekając aż podadzą, spostrzegłem Asmarę idącą pasażem. Ona zauważyła mnie również, bo szybko zmieniła kierunek i podeszła do mnie. — Fajnie, że jesteś. Wypij za moje zdrowie, bo nic innego nie można tutaj kupić — to mówiąc podała mi swój czek, taki sam, który przed chwilą odebrałem w okienku linii lotniczych. Poprosiłem barmana, żeby nie tracił czasu na nalewanie i zostawił mi butelkę, a do tego podał drugi kieliszek. — A ty nie wypijesz mojego? — Picie alkoholu dla wyznawcy islamu to ciężki grzech — wyrzuciła mi Asmara, mrużąc przy tym lekko oko, żebym nie miał pewności czy mówi serio, czy to jakieś zgrywy. — A w mojej religii odmowa wypicia jest czymś o wiele gorszym — odpowiedziałem w równie dwuznaczny sposób. — To skąd ty jesteś? — Z Polski — musiałem powtórzyć dwa razy, bo za pierwszym razem usłyszała „z Holandii”. — Gdzie to jest? — Taki nieduży kraj między Rosją i Niemcami — wyjaśniłem. — Indonezja to również mnóstwo małych państewek — pocieszyła mnie szerokim uśmiechem na buzi. Wypijając powoli zawartość butelki, słuchałem jej opowieści: Asmara pochodziła z zamożnej rodziny osiadłej w Dżakarcie. Do Sydney przyjechała studiować business management. Poznała kogoś na uniwersytecie, a potem wystąpiła o pobyt stały. Potrzebowali wtedy osób religii islamskiej w policji, ale żeby dostać tam pracę, musiała zrezygnować z obywatelstwa Indonezji i odtąd była gościem we własnym kraju. Z początku nie brzmiało to wiarygodnie, lecz nie miałem powodu, żeby jej nie wierzyć. Uznałem, że takie jak ona też są potrzebne w roli stróża porządku, bo niewierna pałująca muzułmankę w miejscu publicznym może wzbudzać niezdrowe emocje, a swoja swoją to co innego. Dalszy ciąg zwierzeń zakłóciła zapowiedź o odlocie naszego samolotu do Sydney. Poszliśmy razem do odprawy, ale posadzono nas daleko od siebie. Asmara namówiła osobę siedzącą obok niej, by zamieniła ze mną miejsce. Zamiast smukłych, drobnych asystentek Garuda Indonesia, obsługiwały nas teraz kowbojki o wybujałych kształtach, w bluzkach w podłużne, biało-czerwone pasy i kapeluszach jackaroo**, zatrudniane przez Ansett Australia. Dziś ta kultowa linia należy do historii; została wyparta przez bardziej ekonomiczne: Jetstar, Virgin, Rex… Przelot między dwoma największymi miastami Australii z dziewczyną jest jak randka na wysokości trzydziestu tysięcy stóp. Lot zabiera niecałą godzinę, z czego większość czasu schodzi na wznoszenie i opadanie, a tylko krótką chwilę trwa ruch idealnie poziomy — wtedy należy złożyć oświadczyny lub co najmniej wyznać jej miłość. Nietrudno znaleźć właściwe słowa, kiedy w powietrzu tłoczonym do kabiny czuć zapach jajecznicy, pieczonych plasterków pomidora, ociekających tłuszczem kiełbasek i wstążek chrupiącego bekonu. Pomimo wczesnej pory serwowano duże ilości Victoria Bitter, a z win: Chardonnay i Shiraz, nieomal do momentu kiedy pilot posadził jumbo jeta na długim pasie lotniska Kingsford-Smith, pośród błękitnych fal Zatoki Botanicznej. W takich chwilach papież całował ziemię, a mnie również ogarnęło wzruszenie. — Jestem bezpaństwowcem, nie należę do żadnego kraju — wyznałem. Nie powinienem tego mówić, ale dotrzymywała mi towarzystwa wystarczająco długo, żeby poruszyć osobisty temat. — Nie lubisz, kiedy nazywają cię Ozi? — brzmiała jej natychmiastowa odpowiedź. — Nie przepadam… Nie przynosi mi to żadnego zaszczytu. Wolałbym, żeby ludzie traktowali mnie jako Polaka tymczasowo zajętego czymś ważnym na Antypodach. Myślała o tym przez chwilę, po czym stwierdziła: — Wobec tego twoje życie to podróż. W tym krótkim zdaniu było sporo prawdy, lecz mimo to nie przytaknąłem, a wówczas zapytała mnie o coś, co sam ukrywałem głęboko przed sobą: — Czy myślisz o powrocie na stałe? — Myślę, że to możliwe, dopóki nie jest za późno. — Mam nadzieję, że nie jest za późno na cokolwiek tylko zechcesz — były to chyba jej ostatnie słowa. — Witaj w Sydney i bądź zdrów! — pożegnała mnie. — Dzień dobry i do zobaczenia — odrzekłem, odprowadzając ją wzrokiem. Nie jestem pewien czy ten dialog miał miejsce w samolocie, w kolejce do cła, czy na postoju taksówek. Pamiętam tylko, że był poranek, słońce świeciło wysoko, a miasto spowijała mgła. Stałem z walizką na peronie kolejki, nikt na mnie nie czekał. *Pommy — uszczypliwie Brytyjczyk. Nazwa pochodzi od przypominającego owoc granatu (ang. pomegranate) wyglądu policzków dzieci emigrantów przyjeżdżających z Wielkiej Brytanii do Australii. **Jackaroo — potocznie młody mężczyzna zatrudniony na farmie przy hodowli bydła w Australii.1 punkt
-
obym cię nie uraził żadnym moim wierszem chociaż znajdziesz w nich czasem co w skrytości czuję to bywa że udaję kogoś kim nie jestem wygłupiam się wydurniam zgrywam i żartuję a jeśli bym cię dotknął czy uczuciem szczerym czy jakąś głupawicą co strzeliła do łba to piszącemu wybacz wybacz do cholery bo w tych słowach część jakąś serca tobie oddał1 punkt
-
Smutno mi Panie, choć dziatwa wesoła. Za oknem śnieg biały, łza kochliwie tłoczona. Nieco dalej. Skrajem wąskiej drożyny, biegną mroźne wspomnienia. Ulotne na gęstym wietrze, oddają ptakom kilka westchnień. Tak więc. Szybują w szklanej zimie, zwartych z sobą spraw. Nikt już nie pyta o tą dziewczynę, która przy lufciku dalej trwa. Ach... Realności tego świata, mirażu złoty, smutku i tęsknoto. Wyplecione z was wianki wypuszczę na wodzie wiosną. autor wiersza: a-b1 punkt
-
Da zaniki minerałów, a bawół aren i miki kin zad. A Izi minerały; tyła Reni Mizia. Zaraza to, i minerałami mała Reni miota zaraz. Noel, ile na minerał zła Reni ma Nel, i Leon? Muskuł opłukano, nakuł pod łuk sum. Za raki minerałom smoła, Reni mika raz. Tu ładowała mała woda łut. A tramp ma lap, Marta. O ile to ma lampart, Aza trap ma lam. - Na balu pada drab? - Aut i tu, a... - A barda da pula. Ano im dywan lata; fatalna wydm, i ona. O, tu autokar, a tata rak - ot, auto. Skoki na kozła roku; Luk orał z oka ni koks. A ta i cała łaciata. Ulotne mam, rif; - Anielka klei na firmament, Olu. - Dagmarze bez ram gad, Kaja? Za palmami ci mam La'Paz, a jak?1 punkt
-
nie ulegam temu co jest mi niedostępne czy to z lęku że sprawy mogłyby wymknąć się spod kontroli czy to z niewiary że coś może być zwyczajnie nie dla mnie biję głową w mur w chęci przebicia się widząc hart ducha i godną sprawczość tak naprawdę uciekam od niemocy uciekam od siebie zostawiam porzucam nieprzeżutą nieprzeżytą dostępność niedostępności1 punkt
-
sycona do późna noc senną myślą wypełnia dzień umyka dostępności umysłu ten stan tak odrębny pod zwykłą gwiazdą na sinym nadkonarowym niebie pojawia się doznanie ciała samorodnie formując halucynacyjną scenerię po tobie zawsze nieobecne odczucie bólu i wyhamowana rzeczywistość unosi z dziwnego teraz dusze żarem zbliżone ciała roszą1 punkt
-
ADA, JAKA DANUTA? TU NADA KAJ, ADA. MELONA TEZARYN; ILE ZA WYŁOM SMOŁY, WAZELINY - RAZ ETANOLEM.1 punkt
-
1 punkt
-
Należy rozwijać własne zdolności, a nie te, których nie ma. To stoi w sprzecznością z zasadami szkoły, gdzie gros czasu poświęca się przedmiotom, których się nie lubi i nie ma do nich zdolności, więc żeby zdać do następnej klasy męczą sie ludzie nad nimi. Pozdrawiam z podobaniem1 punkt
-
Wielki Wóz zaparkował pod oknem nie wyłączył silnika kopci mgłą Cerber gdzieś wyje Psy Gończe mają cieczkę pełnogęby Księżyc zakazem ruchu świeci rozmyty pusta głowa bilardowa obija krawężniki Mlecznej Drogi1 punkt
-
umysły istot bez kropli ludzkiej krwi w żyłach sycił fantomowy ból po stracie teraz rozlany na Odrze front zatrzyma cofniemy ten podział dzielnicowy Gorbaczowa od srebrnych estońskich plaż po ukraińskie nadbrzeża dwa morza naszpikowane okrętami pazur na mapie światów piszczy radiostacja czołg grzęźnie zbierzcie drzewo na podkład i ogień zupa z leszczynowych bazi stare warzywo doprawiona pączkami sosny opancerzony drewnem konwój gwałt rabunek nie musisz celować blok szpital przedszkole osiedlowy trawnik krzyżami kwitnie na przeczekanie współwycieńczenie1 punkt
-
@Lenuszek09 One zawsze tkwią, z natury... są grą. Pozdrawiam Lenko, a ja walę na narty i to nie prima aprilis.1 punkt
-
Zapomniałem napisać. Podoba mi się tytuł, który można przeczytać na kilka różnych sposobów. ?1 punkt
-
Érotique Otwórz swoje oczy, Popatrz, tutaj jestem. Porzuć co w logice Zaprogramowane. Niech się zbudzą zmysły, Niech mrowieje dotyk. Będziesz moją panią, Ja zaś twoim panem. Fantazją, Której rozkosz Ciągle chcę ubierać. Stoisz tu, przede mną; Otwórz oczy teraz. Popatrz proszę nimi, Popatrz w moją stronę; Pragniesz by się stało, Zaraz więc się stanie To co najpiękniejsze, Co nieuniknione. Stłumić pragnę rozkosz, Odwlec twą przyjemność. Usta pozostawić Mokre, rozedrgane… Niechaj czerwienieją I niech ciągle marzą O tym, jak z moimi Zaczynają taniec. Gdy się znów spotkamy Będziesz wciąż Istotą: Będziesz moim ciałem, Swoim niespełnieniem. Ciągle będziesz prosić, Jednak mym życzeniem Jest od twego ciała Więcej wciąż wymagać. Niechaj więc zostanie Ciało rozdrażnione, Które wciąż o więcej Skrycie będzie błagać; Szeptać mi do ucha Swym kobiecym tonem: Jestem już tak blisko, Nie przerywaj! Płonę! ---1 punkt
-
@Somalija "Uciekł piątek z kalendarza- /to się teraz piątkom zdarza/. /poszedł z nudów między ludzi/ i wciąż stękał: mnie się nudzi!" - Jan Brzechwa.1 punkt
-
1 punkt
-
I CO TY, MAŁO WOŁAMY; TO CI? OT, KOT DA; NADYMAŁ W ŁAMY. DA NADTO KTO? ILU BECZCE? Z RAM ELA JE I PELA. LEPIEJ, ALE MARZEC Z CEBULI?1 punkt
-
Zostawiłem sobie odpowiedź na ten komentarz na koniec :). Nie wiem czy to już, ale spróbuję odpowiedzieć :))). Moim zdaniem podstawowy problem z wiernością teraz jest taki, że dość powszechnie w naszym świecie jest promowana... niewierność. Filmy, gry komputerowe, książki, piosenki, seriale telewizyjne, kabarety, wzorce płynące ze środowisk wszelkiej maści gwiazd, gwiazdeczek, celebrytów, polityków itd., itp., to wszystko wlewa w mózgi odbiorców przekaz nie do końca prawdziwego świata i programuje je tak, że zaczynają takiego świata pożądać i starają go sobie stworzyć. A w tym wykreowanym świecie nie ma miejsca na wierność, bo tam przeważnie każdy z każdym, a potem na odwyrtkę i jest fajnie i ciekawie, i wszyscy są tacy piękni i szczęśliwi. Niestety naiwne umysły wierzą, że to rzeczywistość i starają się za nią podążać, po drodze gubiąc podstawowy sens istnienia. Bardzo mnie zaciekawiło to, co napisałaś o celibacie. Wiem, że to nie było Twoją intencją, ale napiszę tak: W pewnych okolicznościach dotrzymanie wierności jest zamknięciem się w jaskini samotności. Niestety nie jest to łatwe, bo na skałach pojawiają się rysy, a w prowadzącym do niej tunelu, światło pędzącego naprzeciw pociągu. I choć wewnętrzny głos woła: "Nie idź w stronę światła", to czasem naprawdę bardzo trudno się oprzeć, ale, tak jak napisałem wcześniej, moim zdaniem można, a nawet trzeba próbować... choćby po to, by być wiernemu samemu sobie, jeśli już nie można partnerowi czy partnerce. I tak jak napisałaś, takie życie, dosłownie, może przypominać życie w celibacie. Tak wiem, nie to miałaś na myśli, ale to jest bardzo dobre porównanie. Pozdrawiam serdecznie.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Zasoby ludzkie Rosji wydają się niewyczerpane. Grając na wycieńczenie nikt jeszcze z nią nie wygrał. Znajomy Rosjanin powiedział mi kiedyś: Nie wszyscy się w Rosji urodzili, dlatego wielu chce chociaż w niej umrzeć. To stwierdzenie też w jakiś sposób świadczy o ich mentalności. Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
To zupełnie nowe znaczenia słowa: "bi" czyli z dwiema, lub dwoma, bo odnosi się jedynie do liczby. Płeć partnerów jest obojętna. @dot. Też się zgadza, bo jeden pan z dwoma, więc "bi". :). M1 punkt
-
szklane oczka świecą po zmroku kot za kotem dejavu płytofal w natłoku przestały się ścierać i zapadać tkwią zamknęły szczelnie życia lufcikami wysyłają ostatnie tchnienia o innym jutrze przyszłości na miarę zrozumienia nazajutrz wszystkie procesory trybią spionizowane na raz zakotwiczają odszukują giną w oczywistościach które błędnie nazywają mądrościami a kot nawołuje do łóżka przytulasz się odpływasz w krainie Orfeusza znowu jesteś królem wagabundą sterroryzowaną myszką superbohaterem bezmiar i międzygalaktyczną energią1 punkt
-
Na górze wciąż niespokojnie. Blady promień wytycza drogę niejasną. Słabo widoczny, na tle majaczącego ciemnego nieba. Idąc, za przeznaczeniem, istotą,sensem. By zgubić ten chaos, co ostrym jest dźwiękiem. Odpadły stare przyklejone do skóry odłamki niewiedzy. Na krańcu tej ścieżki, wiatr silny się wzmaga. Odrywa kawałki co duszę wciąż gniecą. A ona rzeźbiona chłodną aurą z powietrza. Czy serce skruszeje, popęka? Temperaturą zbyt niską, by przetrwać.1 punkt
-
Ja w zasadzie także. Czemu nigdy nie ciągnęło mnie do cwaniakowania i ropychania się wszędzie ramionami? Nie wiem, być może to kwestia wychowania. Bywam w życiu bardzo często zbyt ostrożnym człowiekiem, przez co wiele okazji tracę ale... Jestem przynajmniej sobą.1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne