Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 17.06.2020 uwzględniając wszystkie działy
-
pamiętasz kochany, jak byliśmy młodzi? o sercach odważnych, żarliwych, otwartych gorące umysły musieliśmy chłodzić oddaliśmy życie w nieznany depozyt w dążeniu do celu tak samo uparci życie było trudne, lecz byliśmy młodzi za mało dnia, nocy, nie starczało godzin rewolucjoniści, wolności bękarty z fikcyjnych pomysłów ktoś musiał nas chłodzić gdy świat czekał na nas i pięknie uwodził cały robaczywy, zachodu niewarty wszystko było piękne, jak byliśmy młodzi nieświadomi faktu, że pejzaż nas zwodzi braliśmy realia zupełnie na żarty rozpalone głowy musieliśmy chłodzić a teraz poważni życia wirtuozi znamy wynik gierek, przejrzeliśmy karty bardzo wierzyliśmy, gdy byliśmy młodzi póki nie kazano nam serca ochłodzić6 punktów
-
Jesteśmy do siebie podobne, lubimy przeglądać się w brązach. I w łanach lirycznych wrzosowisk, za myślą ulotną podążać. W spojrzeniu nosimy zadumę, nad światem, w pór drugiej połowie. A kiedy zanadto pochmurne, miękniemy, jak kartka pod słowem. Pragniemy wyzłocić wspomnienia, po wiośnie i lecie zdyszanym. Ja w wierszu skrojonym ze wzruszeń, ty w liściu co spadł rozszeptany. Z tęsknotą patrzymy w obłoki, gdzie ptaki się w drogę szykują. By chciały powracać to trzeba, pozwolić im teraz odfrunąć.6 punktów
-
Chciałabym to wszystko zapisać, ale nie wiem jak. Jak ująć wnętrze człowieka, któremu wali się świat? Jak spłonąć tak, żeby przeżyć, Wybuchnąć i zostać w całości, Chciałabym w końcu uwierzyć W te wyższe, wieczne wartości. Chciałabym wiedzieć, co trzeba I umieć z tej wiedzy korzystać, Bez piekła nie może być nieba, Bez śmierci nie da się zmartwychwstać. (A ja mam to w dupie) Zło konieczne jest do pewnego stopnia, I ono też powinno mieć granice, Bo potem miłość staje się tak samotna, Że zapomina o relacji z życiem, Że w końcu znika i wcale jej nie ma, A ja wypełniam umysł hipokryzją, Całą moją przyszłość i wszystkie marzenia Zniszczyłam jedną, pierdoloną decyzją. --------------------- (Przepraszam, za ten skrzywdzony rytm i przekleństwa, ale taki emocjonalny eksperyment wyniknął z ostatnich wydarzeń w moim życiu, więc no)3 punkty
-
Jakże się czuję tu swojsko, znów na ulicach jest wojsko, policja sejmu pilnuje, ach, jak wspaniale się czuję. Na Wiejskiej światła nie gasną, mogę w spokoju już zasnąć, bo kiedy robi się ciemno wiem, że ktoś czuwa nade mną. Mam w czterech ścianach powietrze, za oknem zmiany na lepsze. Jakże się czuję beztroski, gdy Chrystus jest królem Polski, gdy z kolan wstają sztandary, nawet przez powiek kotary jak szpadel ostry i twardy przegryzie się lampa prawdy.3 punkty
-
w oddechu wiatru kilka smaków późna Warszawa w bielańskim gaju Bazyl i ja błąkamy się po stołach kończącego dnia oliwkowe mrugnięcie gasi miasto można do Woli wybierać menu jest bogate w kolory nocy z wirujących talerzy wyskakują zielone pory każdego roku na ciepło tu czas omija wskazówki wędrowcy kończą bieg blaszane koty spadają z tacy3 punkty
-
Rozkwitło serce w oddechu różowej aury, by z płatków wyłoniła się już Afrodyta. A jednak wszystkie gwiazdy w jej oczach pobladły. Planeta róż cieniem Twoich powiek zakryta. Za dużo płatków nasyconych uczuciami? Już usychają na wietrze Twoich chłodnych słów. Krągłe piersi oblane krwistymi myślami. Serce jej pękło ale możesz je wskrzesić znów :)3 punkty
-
Produkt może zawierać: sezam, seler, migdały, gorczycę, soję, gluten i różne orzechy. Chciałbym mieć to już za sobą kolejny stopień wtajemniczenia trzydziesty trzeci w masonerii Gdzie oddzielam zgodnie z rytuałem owce od kozłów plewy od ziarna udaję nędzarza przed restauracją Padwa sprzedając wytwory swojego chorego umysłu Sztukę wynaturzoną (Entartete Kunst) jak to określali kiedyś Niemcy w cenie przybliżonej do wartości paczki papierosów Gdy nadejdzie ten dzień i odrzucę zwątpienie podniosę symboliczną wartość prac maksymalnie pozostawię im własną odrzuconą nieużyteczność Pójdę na stronę środek tego placu z galonem benzyny ekstrakcyjnej i w cichości w skupieniu jak do modlitwy zapłonę3 punkty
-
wracali skądkolwiek wszystkie duchy historii w przeklętym splocie niemożliwości śmierć uprzejmie wzbogaca harmonię kolorów szczodry dar zapomnienia jedno z najwyższych błogosławieństw zeszklone mrozem cudowne remedium pierwszy wiosenny śpiew2 punkty
-
Nie było mnie w tej mieścinie. A jednak TAK zapamiętałam chodniki w - MOJEJ - ufarbowanej na rudo metropolii, gdzie przemarzyłam stulecia - tak właściwie przy nikim Potrafiłam grzecznie czekać - w ciepłych progach wyobraźni, mogłam dwoić się i troić - w dobrotliwie spójnej jaźni Gdzieś tam brzmiały ''te wieczory,'' kogoś ktoś o rękę prosił, pachniał ranek Sorbonami, śnieg w wiaderku wiosnę znosił ... Suknie z wełny, któraś jesień, kamienice i bóżnice, winne gruszki, krótkie noce, stare mury, lecz - z pejzażem Nie ma na nim klątw, pokuszeń I o śmierci się nie myśli, Są kasztany, śmiech do ... wzruszeń, jest i diabeł i ogarek, są winogron piękna kiście, jest razowiec i sękacze, bukiet - przyszłorocznych liści Czy kochałam w tamtym mieście jeszcze kogoś ... oprócz siebie? Nie wiem, nie pamiętam zresztą. Tamten tramwaj dalej jedzie ...2 punkty
-
Wyszłam nago na ulicę, jakby z buszu, wystawiłam się na krople gradu płatki i na skórze dreszcz przemieszał się z rumieńcem: tak, ja żyję - dowód na to w wersach gładki. Po co ludziom cudze chwile intymności? Popodglądać życie mogą w oknach domów. Wyszłam w wierszach całkiem nago na ulicę, zawstydzona się odkrywam. Na co komu? Przyjmij taką nagą mnie dzisiaj w gościnie. Ja nic nie chcę, prócz rozmowy intymności. W moim świecie wszystko proste jest, choć inne - ludzie cierpią na brak więzi w samotności. Już zakładam kolorową suknię w malwy, już zakręcę się z radością wokół osi, zbawia bliskość, towarzystwo ludzi budzi, chodź! zatańczmy, o to także w życiu chodzi.2 punkty
-
Pytanie o życie to mucha pierdolnij jak się nie zgadzasz, kiedy srasz, kiedy piszesz, kiedy śpisz. Najlepiej, żeby ich nie było: Prawda?2 punkty
-
@kinsv Czasem trzeba pizdnąć ręką w stół, aby później, umysł myśleć mógł. Pozdrawiam nie lubię wulgaryzmów, ale... wybaczam. Sobie też.2 punkty
-
@Somalija Gdy pod wierszem nie ma wpisu to podchodzę do lusterka staję, patrzę i rozmyślam, stwierdzam, że to nie usterka gołej glacy i facjaty lub niekształtny rys postury tu jedynie winien autor wiersza, właśnie wiersza, który nie ma w sobie nic z poezji nieciekawy styl i słowa więc sam siebie motywuję napisz nowy wiersz, a słowa dobierz lepiej a i temat zmień natychmiast diametralnie może wtedy ktoś się wpisze na poważnie lub trywialnie. pozdrawiam ;)))2 punkty
-
Rozsypałeś szkiełka naszych dni na ustach przynosząc jej zapach. Szybko zebrane ja, ty, ona nowymi obrazami nie cieszą. Frankowiczowy kwadrat trójkątem piekła bodzie. Żar w niej tobą wzbudzany gorączką mnie trawi. Leżąc niewidzącymi oczami wyświetlam przeszłość. Ciało zmęczenia ołowiem, bezruchem trwa. Dusi przeprosinowa sukienka, uwiera pierścień, nie miękną ostrza słów.1 punkt
-
* ogrodziłem moje życie drzewami w roziskrzonym czasie nadziei tu powracam wszystkimi drogami *1 punkt
-
1 punkt
-
krzyk na bezdechu jak stłumiony lęk zdejmuje krzyż z pleców jak za ciężki wiersz potrzebuje leku i ty to wiesz lecz wśród priorytetów wciąż widze cię jak pozytywka wciąż melodie gram mimo że przywykłaś słuchać ten takt jak jedna iskra nadajesz blask płonący w zmysłach ostatni raz wiąż szukam oddechu by nakarmić nas dla tych kilku sekund zatrzyman czas mimo że do grzechu oswajam świat twojego uśmiechu nie umiem dać obdarty z ciebie nie potrafię nic jak palcem na niebie malujesz mi sny jak dłgo nie wiem serce bedzie tlić ogień który dla ciebie czeka na świt1 punkt
-
Puszczyk w puszczę się zapuszcza, ale puszcza go nie wpuszcza. Puszczyk oczko puszczy puszcza. Puszcza nadal go nie wpuszcza. Pu na imię ma ten puszczyk. Jak go wpuści, Pu szcza w puszczy. Za to puszcza go nie wpuszcza, bo dziewicza jest ta puszcza. Bywa też puszczalska puszcza, która zwierza chętnie wpuszcza. Parna, pusta i rozpustna w karnawale i w zapustach. Potem grzechy jej odpuszcza, ten co nawet nie przypuszcza, że przepuścić może puszczę, kiedy puszcza go opuszcza. A jak złapie, nie wypuszcza. Na odpustach nań napuszcza pustogłowych wyposzczonych, pustelników pustakowych. Zapuszczony dzik popuszcza także czasem coś w tej puszczy, bąki puszcza, ser upuszcza... Tu pojawia się podpuszczka... Puszka w puszczy się rozpuszcza i zostaje po mniej pustka. Ty nie dawaj się podpuszczać, a ja już zasłonę spuszczam na te puszcze.1 punkt
-
nierozumiani - brakuje im wielkich połaci z dołu, boków, góry trzymają się ledwie na resztkach wątłych nici sens prawie niewidoczny jakieś kształty jakieś kolory - w cierpieniu1 punkt
-
nie z wyższości lecz dla miłości tworzy tobie tło możesz wędrować po tęczy szatan ze swoją czernią uwypukla a potem pochłania to wszystko1 punkt
-
Nie rozumiem go, ale jest ładny i zdrobnieniem może mówić tylko osoba mi znajoma.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Możecie o mnie mówić bohater i to bohater obyczajowy bo ocaliłem od zniewolenia jedną mężatkę i cztery wdowy choć zagrożeniem był gwałt perfidny przemoc fizyczna, podstęp i siła udało mi się temu zapobiec bo żadna z nich mi nie odmówiła. Tutaj nasuwa się prosty wniosek nie gwałt i przemoc, lecz dyplomacja wieczór przy świecach i zakrapiana suto szampanem wspólna kolacja potem już tylko dobrane słowa o niekoniecznie prawdziwej wizji i zaproszenie do obejrzenia filmów z video i z telewizji. Kiedy już szampan zmiękczy opory nie pozostaje już nic innego jak delikatnie zaoferować - a może byśmy, no wiesz ten tego tak się urasta na bohatera spełniając swoje samcze zamiary gdy wilk jest syty a owca cała i nie ma gwałtu ani ofiary.1 punkt
-
1 punkt
-
Absolutnie nie do bani, przynajmniej nie dla mnie. Przecież zagłosowałem. pozdrawiam :-)))1 punkt
-
herbata wystygła czasem się zdarza w zamyśleniu prażony ryż czeka testuję, no dobry wracam bo klawo jest bajeczne klimaty słowa wibrują ekstazą weny z kokonu brzydactwa wyłazi awatar łyżeczka w herbacie dopijam resztki złudzeń dobrze mi tam1 punkt
-
@kinsv Uczymy się na błędach, niemiłe to ale przecież takie ludzkie, a wulgaryzmy, no cóż każdemu się zdarza, czy to w myślach, czy inaczej... pozdrawiam ;-)1 punkt
-
OGRÓD czasem ktoś zrobi wyłom w płocie więc zapachniało zaproszeniem wszedłem w to senne zachłyśnięcie a drzewo wiedzy chyba gdzieś pośrodku poznałem po zapachu i pokuszenie zasyczało w konarach rzeczywistością snu oczarowany aromatem dobra i odorem zła patrzyłem oniemiały wróciłem z pękiem kwiatów w sercu Czerwiec 2020 Wiesław J. Korzeniowski1 punkt
-
@[email protected]ękuję serduchowo! Grzegorzu, trafne spostrzerzenie, ponieważ tamten zakamarek dla mnie jest tylko mój i zawsze, gdy tam jestem mówię dzień dobry okolicznym drzewom. Tamte maliny pewnie na długo zostawiły apetyczne wspomnienia i to nie tylko w umyśle. Pozdrawiam z uśmiechem :-)1 punkt
-
Bardzo trafne i fajne. No, tych życia wirtuozów to jednak niewielka mniejszość, tych, którym się chciało, umieli, mieli szczęście itp. Cała reszta tonie w głębi niespełnienia. Pozdrawiam.1 punkt
-
smętkowi się ponieść nie damy dzień nowe radości przynosi a ptaki niech lecą w nieznane bo szczęścia ciut więcej jak grosik a pośród szarości i brązów złocienie błyszczą w prześwitach i schodzą z cokołów posągi energia powraca do życia Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
@Wieslaw_J._Korzeniowski Takie zakamarki natury są najwspanialsze, masz wrażenie że nikt tam nie był, tylko Ty jeden. Masz wrażenie że odkrywasz coś co jest dotychczas niezdobyte. Kiedyś na stokach Sowich Gór natknąłem się na polanę gdzie były uginające się od malin krzaki. Było ich tyle że oniemiałem, nie miałem żadnego pojemnika żeby je zerwać. Odszedłem. Miłego dnia.1 punkt
-
@Henryk_Jakowiec Cześć ?, U Ciebie pod wierszami zawsze kram, czytelnicy dbają, byś nie był sam. Pozdrawiam ?.1 punkt
-
a o kwiatach to możemy pomalować otoczeni igłami lasu oddychamy ciszą to tu usycha lipcowy deszcz nie ma krawężników i ulicznych bram nawet nie widać naszych zmarszczek malujesz dłońmi cień miniaturkę chwili czuły uśmiech uzależnieni od marzeń i kolorów dnia przenieśmy niebo w naszą stronę obłoki wędrujące ptaki i ten lecący w oddali samolot czas niestety wracać ponagla nas niedziela czarny pies i kończy się ostatni papieros.1 punkt
-
i dzięki za możliwość działania... poruszający i myśli targający wiersz pozdrawiam Cię Justyno!1 punkt
-
Bóg powiedział ja swoje zrobiłem macie góry rzeki lasy motyle łąki morza oceany wiatr tęcze kwiaty ptactwo deszcz i zamiecie wy tego pilnujcie to jest godne waszego bytu dumne zajęcie Bóg powiedział będzie wam miło tylko proszę was nie psujcie tego człowiek wiadomo sknocił wiele zamiast dbać oń był mu niewierny wycinał lasy psuł jego brzegi nie umiał kochać polubił grzechy Bóg na to rzekł to wasza wola że dziś echo i wiatr smutniejsze są1 punkt
-
czy można dla picu ślicznie narysować by w trójkątnym kształcie cztery kąty schować albo kątów wiele chociaż tak dla hecy przecież to możliwe nie można zaprzeczyć lub o dużo więcej plus te trzy z trójkąta kiedy człek punktami boki wnet pokąsa wtedy każdy punkcik to wierzchołek kąta gdy sto osiemdziesiąt na boku się błąka chociaż twór trójkątny kształty swe zachowa nie można naprawdę takiej nazwy podać no bo przecież trójkąt trzy boki mieć musi a gdy ma ich więcej do kąta wyrzucić1 punkt
-
@Somalija ciekawie ubrane w słowa to całe 'zamieszanie', choć to za małe określenie na daną sytuację. Wiersz się podoba, ale nie bez zastrzeżeń, choć jeśli to nie tylko 'fantazja', to to najmniejszy problem. Ale jeśli już, bo to w końcu też wiersz wystawiony na ocenę, to nie gra mi przedostatnia strofka, jej dwa ostatnie wersy. A tak mogłabym wymienić na plus pozostałą większość. kwadrat z trójkątem, żar z gorączką, dusząca sukienka z pierścieniem. A temu co pod spodem - pozostaje współczuć - bólu i zawodu. strasznie niefajne, do 'de', a tak (niestety) popularne..w tym że nie zawsze wypływa. Nawet nie mam jak pocieszyć peelki..1 punkt
-
—?/–– Zaszeleściło na gałązce. To mała wróżka ubrana w sukienkę z zielonego listka z doczepionymi kryształkami światła, wierci się niespokojnie. Coś ją trochę niepokoi, chociaż nie wie dokładnie co. Siedzi dość wysoko, blisko dziupli Starego Dzięcioła. Straszny z niego maruda, chociaż tak poza tym, to do rany przyłóż. Własne stukanie mu przeszkadza. Musi robić przerwy, żeby całe zdenerwowanie mogło spłynąć na gałąź, jak woda po kaczce. Jedyne chwile, kiedy biedne robaki mogą bezpiecznie uciec. Teraz go nie ma Obiecał, że szybko powróci, ale nic z tego. Siedzi więc sama zamyślona, a ciemny całun strachu zaczyna na niej osiadać, niczym zimna wilgotna mgła. Dawno straciła swoje wróżkowe możliwości. Jest zdana jedynie na samą siebie. A przynajmniej w tej chwili. Nawet ptaki ucichły. Nie widzi też żadnych zwierząt, przechadzających się daleko na dole. Postanawia wejść do dziupli. Na pewno by nie miał nic przeciwko temu. Znają się jak łyse żuki. Wie, że może... tak bez pytania. Jakby wchodziła do swojego domu, którego już nie ma. Sukienka nadal świeci cichym blaskiem złotawej nadziei, oświetlając wnętrze dzięciołowego domku. Straszny tu bałagan… ale samotny, bez właściciela mieszkania. W normalnych okolicznościach, wygarnęła by jemu, co o tym wszystkim myśli, lecz teraz chce po prostu, żeby powrócił. Niech nawet zrobi jeszcze większy bałagan i marudzi na nią cały dzień. Byle przy niej był. Ale go nie ma. Jakby się pod ziemię zapadł. Teraz jedyną przyjaciółką jest tęsknota. Soczyste krople deszczu uderzają mlaskająco o gałęzie, odmierzając smutne i męczące chwile czasu. Suną po liściach, by przystanąć na krawędziach, jakby się namyślały, by po chwili spadać dalej na kolejny liść z cichym chlupnięciem. Nieustanny wilgotny szum, jest jedynym wyraźnym dźwiękiem jakiego słyszy. Promienie słońca wnikają refleksyjnie w szeleszczącą zieloność, ale jest ich niewiele. Trudno im się przebić przez ciemne łapska chmur. Siedzi samotna w dziupli niczym wystraszone pisklę. Nadzieja w niej nie gaśnie. Jeszcze kilkanaście kryształków światła, dodaje otuchy, jakby chciały wniknąć do skołatanych myśli, by przytulić je niezwątpieniem. Wyczuwa, że za chwilę coś się wydarzy. Coś bardzo ważnego, chociaż niekoniecznie dla niej miłego. Odczuwa dziwne zimno, jakby ktoś plecy posypywał kawałkami lodu. Nie bardzo wie, co się z nią dzieje. Coraz większy strach bierze ją w swoje posiadanie. Wyobraża sobie, że jakaś ciemna gęsta mgła, wnika w każdy zakamarek umysłu. Gaśnie kolejny kryształ na sukience, lecz trochę jeszcze zostało. Wtem słyszy przeraźliwe dźwięki, jakby setki aluminiowych łyżeczek ocierały się o siebie nawzajem. Dostrzega srebrzyste migotanie, spotęgowane refleksami światła na mokrych liściach. Widzi zielono srebrną zasłonę utkaną między gałęziami. W pierwszej chwili nie wie na co w ogóle patrzy. Jest coraz większa i wyraźniejsza. Zaczyna dostrzegać szczegóły. Jakiś szaleńczy wirujący taniec. Nie, to nie możliwe. To nie może być prawdą. Szybując między gęstymi gałęziami, zbliża się do niej, stado metalowych ptaków. Są srebrne, prawie białe. To skrzydła wydają takie dźwięki. Skrzeczą i skrzypią przeraźliwie. Drą liście na drobne kawałki, odłupują pazurami kawałki kory. Kaleczą całe drzewo, szarpiąc stalowymi dziobami. W wielu miejscach wypływa żywica, jak krew z rannego zwierzęcia, któremu podcięto gardło. Lecz nie to jest dla niej najbardziej straszne i niezrozumiałe. Różne dziwy w tym lesie widziała. Nie może pojąć dlaczego przywódcą tej całej morderczej masy jest właśnie: on. Dlaczego powrócił taki odmieniony. I skąd się wzięły te wszystkie straszydła. Stary Dzięcioł stoi na szerokiej gałęzi blisko dziupli, w asyście tych, którymi włada. Wróżka patrzy na niego ze łzami w oczach. Bardzo jej smutno. Najlepszy przyjaciel okazał się takim łajdakiem. Może za bardzo pukał tym swoim dziobem i mu się klepki w mózgu poprzestawiały. Aż żal na niego patrzeć. Chociaż jego oczy są dziwne. Jakby dobro ze złem wymieszane. Stalowy ptak podchodzi do niej. Chce ją rozszarpać ostrym dziobem. Jest takim smakowitym kąskiem. – Zostaw ją! – słyszy gniewny głos. – Ona jest Zakazanym Owocem. – Zakazanym co? Szefie, jak to… mamy wszystko niszczyć w lesie. Czyż nie? – Ale nie ją. Za dużo jej zawdzięczam. – Chyba szef za mało się napił, skoro ma takie skrupuły. A zresztą co mi tam. Jedna więcej, jedna mniej. – Cicho bądź. Sfruwajcie stąd. Chce z nią pogadać na osobności. – Oczywiście, szefie. Nie ma sprawy. Poczekamy na sąsiednim drzewie. Znowu słyszy metaliczny szum. Wszystkie ptaki odlatują zostawiając okaleczone drzewo. Stary Dzięcioł wchodzi do dziupli. Z dzioba spływa zabłąkana kropelka krwi. Stoli chwilę nic nie mówiąc. Patrzy tylko na Wróżkę, jakby chciał wniknąć w jej ukryte myśli. Ona też milczy. Słychać jedynie krople deszczu uderzające o próg. – Mówiąc krótko, napiłem się Zła z Czarnego Źródła. Jest we mnie. Nic na to nie poradzę. Muszę niszczyć wszystko wokół. Stalowe ptaki są Urzeczywistnieniem Mojej Wyobraźni. – To dlaczego mnie nie zabijesz? – Odpowiedź nie jest taka prosta, ale postaram się wytłumaczyć. Jakby to powiedzieć… chodzi o zachowanie równowagi. – Równowagi? – Nie wiem dokładnie o co chodzi. Gdybym był samym złem… to bym nie mógł nim być. Rozumiesz? – Nie. – Ja też nie. A poza tym dobrze się składa, bo akurat ciebie nie chce zabić, chociaż nie wiem dlaczego. – Ale Stalowy Ptak chciał. – One wszystkie chciały, bo są mną. To tylko zwykły odruch. Szefem jestem ja. – Nadal nie rozumiem, o co w tym biega. Zawiłe to trochę dla mnie. – Dla mnie tym bardziej. – Czyli chcecie zniszczyć las… i wszystkich. – Musimy. – A można was… to znaczy Ciebie powstrzymać? – Można. Musisz się napić z Białego Źródła. – A gdzie jest to źródło? – Nie wiem. Jeszcze jedno. W dziupli. Pamiętasz? – Ale gdybym je odnalazła i się z niego napiła, to co mam później zrobić, by wygonić z ciebie zło? Nie uzyskuje odpowiedzi. Słyszy jedynie zanikający metaliczny odgłos. Siada na dnie dziupli, rozmyślając o tym, co się przed chwilą wydarzyło. To wszystko takie niepojęte i nie zrozumiałe. Jak to się mogło stać. Co go do tego podkusiło. A przede wszystkim: gdzie jest Białe Źródło. I jak ma dotrzeć do tego miejsca. I dlaczego odleciał tak nagle. Czyżby się obawiał, że jednak... Nagle przypomina sobie co powiedział, gdy przed chwilą odlatywał: „W dziupli. Pamiętasz?” Ale o czym ma pamiętać. Pamięta jedynie swoją matkę , która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. A cała reszta jest jakby za mgłą rozwianych wspomnień. I właśnie z tej mgły, zaczyna się wyłaniać pewien obraz z dzieciństwa. Miała kiedyś wielki Złotawy Liść, na którym mogła szybować gdzie chciała. To było zawsze super przeżycie, tak śmigać radośnie wśród gałązek i liści, nad drzewami i blisko ziemi, gdy czuła pod sobą przesuwającą się szybko trawę, wlatując w cząsteczki dmuchawców. Matka kiedyś powiedziała, że jak będzie tak ciągle latać, to w końcu wyczerpie zupełnie: Moce Lotne Liścia. Nie wiedziała wtedy, co to oznacza: Moce Lotne Liścia. Chciała się bawić i radośnie wariować. Napawać się pięknem całego lasu. A tu takie rzeczy słyszy. Że ma przestać, bo liścia zamęczy. Lecz w końcu matka ją przekonała. Powiedziała wtedy: „Najlepiej schowaj Liść w dziupli Dzięcioła. Niech tam sobie leży. Może kiedyś, w jakiejś szczególnej sytuacji, gdzieś na nim polecisz. A on będzie znał drogę” No i zaczyna się wielkie szukanie. Dziupla nie jest duża, ale wiadomo, strasznie zagracona. Po co on tyle wszystkiego naznosił. W sroce się zakochał czy co? Wróżka marudzi w różnych tonacjach, ale szuka dalej we wszystkich możliwych kątach. Wreszcie znajduje w miejscu zupełnie widocznym i o mało co zawału nie dostaje. Widzi Latający Liść jako wycieraczkę do pazurków. Też coś, myśli sobie. Głupi stukający osioł. Żeby w taką cenną rzecz swoje czcigodne nóżki wycierać. Ale cóż. Najważniejsze, że się odnalazł. Stracił co prawda złotawą barwę, ale cóż... ważne, że jest. Muszę go wypróbować. A właściwie po co próbować. Lepiej od razu poszukać Białego Źródła. Na szczęście Liść zachował swoje właściwości, mimo ciągłego miętoszenia przez dzięciołowe pazurki. Sprawuje się znakomicie. Jak nowo narodzony. Tyle lat nie latał, to nic dziwnego, że pragnie się wyszaleć. Kłopot jest taki, że nie zawsze szybuje tam, gdzie ona by chciała. Śmiga w różne miejsca z wielką szybkością, a biedna Wróżka trzyma się kurczowo boków i patrzy, czy już nie leci, ale bez liścia. W końcu zaczyna szybować, gdzie pilotka sobie życzy. I tu znowu problem. Kompletnie nie wie , gdzie lecieć, by ujrzeć potrzebne Źródło. Aż w końcu zauważa coś białego. Zniża lot, ale się okazuje, że to tylko resztka śniegu. Innym razem zahacza o biała koszulę świeżo wypraną. A Źródła jak nie widać tak nie widać. Po prostu nie wie, że Liść się tylko z nią droczy, gdyż dokładnie wie, gdzie śmigać jak oszalały. Nagle dostrzega wśród skał białą migotliwą plamę. Zniża lot. Leci nisko nad ziemią, ocierając się o różne krzaki raniące delikatne ciało. Nie zważa na to. Musi ratować przyjaciela, a poza tym cały las. Jest już bardzo blisko. Czuję ożywczy chłód, nie zimny, lecz przyjemny, dodający otuchy. Wreszcie ląduje na brzegu. Źródło nie jest duże, ale dla niej raczej pokaźnych rozmiarów. Jest idealnie przezroczyste z białymi kwiatami rosnącymi na dnie. Nie ma chwili do stracenia. A co będzie później, tego nie wie. Chce się napić… W tej samej chwili zostaje brutalnie odepchnięta. Robi kilka fikołków, by zatrzymać się kawałek od pluskającej nadziei. Stalowy Ptak zbliża się do niej. Idzie wolniutko, niespieszno, skrzypiąc przeraźliwie. Jest już bardzo blisko. Wróżka leży na ziemi i czeka na śmierć. No cóż, nie udało się. Ale chociaż próbowałam, że wszystkich możliwych sił. Ptak stoi nad nią i zaczyna dziobać ziemię wokół niej. Ciosy padają blisko, ale w nią nie trafiają. Obstukuje Wróżkę ze wszystkich stron. Jest przerażona. Wystarczy jedno celne puknięcie i będzie po niej. Refleks światła tańczy na jego stalowym skrzydle jej łabędzi śpiew. Słyszy skrzekliwe słowa: – Nie obawiaj się malutka. Nie mogę cię zabić, nawet gdybym chciał. Ale straszyć mogę. Jestem tu po to, żebyś nie mogła się napić z tego Źródła. Chyba wiesz dlaczego? – Wiem. – To dobrze. A zatem wsiadaj na Liść i zmykaj stąd. Chyba nie chcesz słodyczy ty moja, żebym go rozszarpał na śliczne małe kawałeczki? – Nie chcę. – No to się rozumiemy. – Mam prośbę, jeżeli pozwolisz. Chciałabym porozmyślać chwilę o różnych sprawach i zaraz później odlecę. Przyrzekam. Co tobie szkodzi. Minuta w tą lub tamtą. Ty tu jesteś panem. Ja tylko pokornie proszę. – No dobra. Możesz podumać minutkę. – A ty, o panie najlepiej przycupnij pod tą wielką gałęzią. Po co promienie słońca mają palić twoje najjaśniejsze skrzydła. Jedyne w swoim rodzaju. – Hmm… co racja, to racja. Stalowy Ptak spełnia prośbę Wróżki. Siada pod gałęzią, która z chwilę spada na niego, robiąc z niego, płaską foremkę do nie wiadomo czego. Dobrze, że nadłamaną gałąź zauważyła i wszystko zgrała w czasie. Błagała Matkę Naturę, żeby jej pomogła. Nie była pewna czy w nią wierzy, ale co szkodziło spróbować. Teraz wiedziała chociaż tyle, że albo to był zwykły zbieg okoliczności, albo Ona rzeczywiście istnieje. Pije ze źródła. W tej samej chwili sukienkę pokrywają setki świecących kryształów. Zachowują się dziwnie. Jakby nie mogły usiedzieć na miejscu, chcąc jak najszybciej odlecieć. Póki co, falują milimetry od liściowej sukienki. Wtem słyszy znany jej dobrze metaliczny szum. Dziesiątki Stalowych Ptaków zaczyna krążyć nad głową. Wiele z nich pikuje prosto na nią, by w ostatniej chwili zmienić kierunek. Na domiar złego z niewiadomej przyczyny, powstają wokół niej słupy ognia. Ptaki wlatują w nie i wylatują. Czerwone i jeszcze bardziej wściekłe. Nigdzie nie widzi Starego Dzięcioła. Przecież to on nimi kieruje. Musi gdzieś tu być. Niech wreszcie coś odmieni jego umysł. Żeby był taki jak dawniej. Ogień szaleje wokół, ale nie przybliża się bardziej. Nie odczuwa żadnego żaru. Jakby płomienie nie były wrogiem. Ptaków jest coraz więcej. Na niektórych palą się gałązki. Wyglądają jak latające pochodnie. Znowu pikują prosto na nią. Nagle z sukienką robi się coś dziwnego. Jest sztywna, jak metal. Wolno się obraca, by za chwile szybciej. I nagle zupełnie niespodziewanie, zaczyna… strzelać kawałkami kryształów w atakujące ptaki. Słychać nieustanną kanonadę stuknięć o metalowe ciała. O dziwo wszystkie strzały są celne. Wiele pocisków leci prosto w ogień, lecz… wracają, by jeszcze bardziej dokopać ptakom: ognistym żarem. Tym razem skutecznym. Na dodatek źródło zaczyna tryskać do góry. Moczy ich ciała lawiną białej wody. Ogień, woda i kryształki nie walczą ze sobą. Walczą za wspólnym wrogiem. Wróżka w tym czasie ma jakby wizję. Nad lasem wyrasta ogromna postać w kształcie człowieka, której ciało składa się z ognia i wody. Są jedną naprzemienną masą. Jednym ciałem. Nie są wrogami. Są przyjaciółmi. Ptaki zaczynają rdzewieć w zastraszającym tempie. Wyciekają z nich płynne wnętrzności. Odpadają skrzydła. Ciała są podziurawione przez zabójcze kryształki, które ciągle je atakują. Nawet te które już leżą na ziemi w bezruchu. Ptaki zamieniają się w kopczyki parującej i gorącej rdzy. Każdego dotyczy taka sama przemiana. Ogień przygasa samoczynnie. Źródło płynie cichutko jak płynęło. Ostatnie resztki rdzawego popiołu opadają na trawę. Gra skończona. `````````````````````````````````````````````` – Ej Wróżko! O czym tak rozmyślasz? – Sama nie wiem, Stary Dzięciole. Czy coś się wydarzyło? – A skąd mam wiedzieć. Pamiętam tylko, że piłem wodę. A później, że siedzę na tej gałęzi. To co było między, jeżeli w ogól coś było, to nie pamiętam. – Ja pamiętam, że też chciałam się napić wody. – No i co… napiłaś się? – Chyba. Jeszcze miałam jakąś wizję. – Ja też mam wizję bałaganu w mojej dziupli. Muszę wreszcie posprzątać. – Najwyższy czas. – Marudzisz. – Nie zapomnij wyczyścić wycieraczki… stary marudo. – Taka jest dla ciebie ważna? Wycieraczka? – Tak… chyba tak. A jeżeli mi nie wierzysz, to spójrz w głąb siebie. – Spojrzałem. – I co widzisz? – Głąb. – Jesteś taki kochany. ********************************************************** – Mamo, spójrz. Ale tu zardzewiała ziemia. Od czego taka? Jak myślisz? – A skąd mam wiedzieć. – Wejdę na nią na chwilę. Pokażę Misiowi. Na pewno mu się spodoba taki czerwony dywanik. – Ale wracaj prędko. <*> – Mamo! Już wróciłam. – To bardzo się cieszę… ale dlaczego Misiu ma podrapaną buzię? – Nie wiem. Może to miejsce jest: głupie niemądre i niedobre. – Wiesz co… powiemy wszystkim dzieciom i dorosłym, żeby lepiej nie wchodzili na Rdzawą Polankę. Co ty na to? – Chyba lepiej płocikiem ogrodzić, żeby nawet jakieś zwierzątko nie mogło wejść… no tak… ale co z biednymi ptaszkami. One mogą wlecieć przez górę przecież. – Nic się nie bój. Wszyscy razem coś wymyślimy. <*> Cicho w lesie i spokojnie. Jedynie w oddali, słychać jakby... szemrzące Źródełko. A może tylko wiatr szeleści.1 punkt
-
1 punkt
-
A raki... Kar wymodlili mi lil domy; wrak i kara. Cześć Marianno. Miała miam kotkę o imieni Miss Lili -niestety odeszła. A była, miała dom Ciekawy zestaw słów, przeszły i teraźniejszy. Cekawy wiersz.1 punkt
-
*&* Ogromny pająk, litościwy, spokojny, taka poczciwota nasza kochana, co by to muchy nie skrzywdziła w dobroci swojej – człapie ciężko, ledwo dysząc. Jego styrane życiem ciało, strasznie poranione, ledwo się wlecze a nawet skrzypi. Za mało piłem oleju albo innych tego tam, myśli jego umysł. Mogłem chociaż członki smalcem smarować. No nic, mówi się trudno. Głupi byłem i tyle. Rany piekielnie go swędzą. Kilka dni temu, darował życie hordzie much, co wpadły hurtem do jego sieci. Pajęcze serce, litością oblepione, kazało mu te potworki oswobodzić. A one mu się tak odwdzięczyły. Pogryzły jego ciało, śmiejąc się prosto w żuwaczki i robiąc kupy na odwłoku jego. Żeby chociaż posprzątały po sobie. Pamiętajcie niechlujne muszyska. Muchołapki są cierpliwe. Poczekają. *&* A pająk idzie dalej. Widzi budowlę w kształcie ołtarza. Na jego marmurowej chłodnej posadzce, wielka księga znalazła spoczywanie. Jak zimny pingwin na zimnym lodzie. Ogromny pająk zbliża się, postękując. Myszy uciekają do swoich norek. Ptaki zastygają w locie. A w grobie nieboszczyk otwiera oczy. Lecz pająk o tym wszystkim nie wie. On tylko czuje, zapach starej księgi. Przyciąga go swoją nęcącą zmurszałością. Między żuwaczki, wkrada się pokręcony pył minionych wieków. Myśli sobie, że wreszcie poczyta, ten stary wolumen. Wywlecze z niego słowa i zdania, jak flaczki wywleka rzeźnik z wesołej świnki. *&* Podchodzi jeszcze bliżej. Stoi przy księdze, ciężko dysząc. Podmuch oddechu jego, szeleści wśród kartek i świece gasi – na szczęście nie wszystkie, bo by nie wiedział, co czyta. Jego wielkie włochate nóżki, muskają zwiewnie obwolutę. Otwiera. Pełen zachwytu i dobroci wzrok, zaczyna chłonąć tekst, jak gąbka wodę – oraz łzy wzruszenia, kapiące z oczu jego. *&* A pod wielgachną kartką, leży malutka dziewczynka, co ją rodzice przesadnie pająkami straszyli. Jej paskudne, wredne serduszko, tęskni za zemstą, jak sucha gleba, za życiodajnym deszczem. Przez prześwitującą kartkę, widzi zarysy pąjaka. Jednego z przedstawicieli znienawidzonego rodu. Nie ma dla niej znaczenia, co to za pająk. Czy ją skrzywdził czy nie. Pająk to pająk. Paskud i tyle. Dziewczynka zaczyna się ślinić. Ma coraz większy apetyt na zemstę, na to wredne, obleśne ciało.Wyobraża sobie, jak będzie wyrywać ząbkami swymi, jego świeże mięsko. Popsuje przy okazji, aparat korygujący zgryz. Ale co tam. Kupi nowy. Śliny jest coraz więcej i więcej. Pająk – pochłonięty tekstem – nie zauważa, mokrej plamki na wybrzuszonej kartce. Plamka robi się większa i większa. Nadal jej nie zauważa. Treść jest ciekawa i lepka. Wciąga jak do otchłani. Kartka jest już cała mokra.Wilgotne skrawki papieru, zesuwają się po wilgotnych krągłościach dziewczynki. Dopiero teraz pająk zauważa, że coś jest nie tak. Chętnie by sobie popatrzył dłużej – ale cóż – pora się bać. Pragnie uciec do toalety, by schować się do sedesu. Ale jest za późno. Dziewuszka błyskawicznie, skacze mu na twarz. Wgryza się w jej powierzchnię. Odgłosy mlaskania, błądzą pod sklepieniem, jak echa minionych dni. Jedną rączką trzyma się żuwaczek, a drugą maca po sukience swojej, szukając kieszeni. Wyciąga wielki- jak na jej małość – megafon i wrzeszczy mu do ucha: „Przestań się wiercić” *&* A z oddali dobiega wkurzony głosik: „STOP!!! Wszystko popsułaś!!! Powtarzamy ujęcie!!!”1 punkt
-
(Prawdopodobnie i tak to usunę, ale napisałam impulsywnie i wstawiam też pod wpływem chwili) Wiem, że mieszkają tu z własnej woli, Ale nie mogę tak dłużej, Za bardzo wszystko mnie tutaj boli, Wyjadę dzień po maturze. Mam dość już tego zgniłego miasta, I wódki na betonie, Jeziora, które ciągle zarasta, Aż ktoś w nim znowu utonie. Mam dość tych wierszy pisanych kredą, Od dawna nie mają polotu, To miasto ocieka łzami i biedą, I pęka w szwach od kłopotów. Nie chcę tu być, bo wszystkie ulice Wyglądają jak żyły, Przez które powoli wycieka życie, Osób, które też śniły. Śniły i jednak tu pozostały, By deptać płytki chodnika, Bo mimo, że całkiem długo wytrwały, Już umysł im wolno zanika. Dlatego najszybciej i jak najdalej Wyjadę dzień po maturze, I chociaż z masochistycznym żalem, To jednak nie mogę tak dłużej.1 punkt
-
Mam piętnaście lat i tyleż kilogramów cząstek depresyjnych na sobie. Przygniatają do łóżka z którego ani myślę wstać. Za oknem złociste słońce rozbudza ziewający poranek. Chce mnie przytulić ciepłymi promieniami. Ukołysać w błękitnej kołysce pod chmurkową kołderką. Stara baba ze mnie, a takie pierdoły sobie wyobrażam. Po co i na co mi to. Dla mnie już nie ma ratunku na świecie. Nie chce rozprawiać dlaczego, bo to i tak niczego nie zmieni. Dzisiaj jeszcze się przemogę i wyjdę na zewnątrz moich myśli. Do realnego świata. Obejrzę go po raz ostatni. A później… no cóż… sama nie wiem. To się okaże. Jest mi jakoś dziwnie, nieswojo. Idę ulicą, jak do kata na ścięcie. Nawet za bardzo na boki nie patrzę, bo niby co ma mnie cieszyć. Tyle razy już to wszystko widziałam. Tych ludzi, te sklepy, ławki, lampy, ptaszki na drzewach i kłócące się sąsiadki. Nie mam pojęci, dlaczego zawędrowały tak daleko od swoich domów. Widocznie ta cała konwersacja pomyliła im kierunki. Siedzą na wzajemnych animozjach jak na latającym dywanie. Aż w końcu ktoś im ten dywan spod tyłków wyciągnie i spadną nie wiadomo gdzie. Doprawdy. Ten świat jest przygnębiający. Wtem zupełnie niespodzianie podchodzi do mnie człowiek. Zatrzymuję się, bo mi zagrodził drogę. Chcę go ominąć, lecz słyszę słowa: – Mam na sprzedaż sukienkę utkaną z marzeń. Chcesz kupić? – Niby z czego? – pytam odruchowo. – No z marzeń. Mówię przecież. Co to za dziwny typ. Jakich marzeń? A przede wszystkich: czyich? Nie dosyć, że mam wątpliwą przyjemność, być duszoną szponami zdołowania, to jeszcze mi głupek marzeniowy potrzebny.Niby na co? Gdyby jechał na takim zakręcie dziejów, co ja w tej chwili, to już by dawno leżał, jak przypalony placek w piekarniku, z którego już nic nie wyrośnie. Znowu słyszę jego słowa: – Jakich marzeń? Twoich. Nie proponowałbym cudzych. – A skąd znasz moje marzenia? Jaja sobie robisz? A poza tym i tak nie mam czym zapłacić. Namknij się człowieku, bo odejść muszę. – Niech mnie panienka po starodawnemu nie zagaduję. Proszę chociaż sukienkę obejrzeć. – Sukienkę. A niby gdzie? – Na sobie. O cholera! Rzeczywiście mam ją na sobie. Jak on to zrobił. Leży idealnie, jakby była szyta na miarę. A na dodatek dostrzegam dziesięć świecących punktów. Białych jak czysty śnieg. Na błękitnym materiale, wyglądają jak gwiazdki na niebie. – No i... – słyszę słowa. – No i co. Ładna, to prawda ,ale jak wspomniałam, zapłacić nie mogę. – Nie szkodzi. Oddam z darmo. – Coś pan nawijał o marzeniach, jeżeli dobrze kojarzę. Zgadza się? – Owszem. – W takim razie biorę. Już nic gorszego spotkać mnie nie może. To znaczy… – ...to znaczy, że muszę tobie coś wytłumaczyć. – No… słucham, bom ciekawa bardzo, a spłoszona już wcale. – Masz do spełnienia dziesięć marzeń. – Tylko dziesięć? – Inne nawet tyle nie mają. – No dobra. Słucham. – Wszystkie światełka są: białe. Za jakiś czas, pierwsze zmieni się na: zielone. – A dlaczego na zielone? – Nie wiem. Tak po po prostu jest. – Aha. No i… – … no i tak będzie się świecić jakiś czas. Można to nazwać: oczekiwaniem. – Na co, że zapytam? – Na zapis twojego marzenia. Dopiero jak rozbłyśnie na niebiesko, będziesz świadoma, które się spełni… o którym nawet nie wiedziałaś… to znaczy, że masz takie pragnienie w sobie. A kiedy zgaśnie… realizacja twojego marzenia się zakończy. – Nie kumam za bardzo. – Tak myślałem. Posiadam w sobie znaczną moc, ale w sensie wytłumaczenia komuś czegoś, to jestem: dno. Zresztą nie ważne. To nie jest takie istotne. Po jakimś czasie, sama będziesz wiedzieć, co i jak. – Póki co mam kołomyjkę w głowie. – To tylko dowód na to, że właściwie wybrałem. – To znaczy… niby mnie? Zdołowaną wielkim dołem? – Na to wychodzi. Aha, ważna sprawa. Nie możesz komukolwiek pożyczyć sukienki. Cudze marzenie niekoniecznie musi być… właściwe, dla kogoś innego. Pamiętaj o tym. Mija jakiś czas. Dotrzymuje słowa. Każde jest spełnione. Właśnie dostrzegam: ósme zielone światełko. Wszystkie poprzednie już dawno zgasły. Czekam cierpliwie. Świeci się: zielone. A teraz: niebieskie. ≈•≈ Jestem w kryształowej, lustrzanej komnacie. Na pryzmatowych podstawkach i srebrzystych kulkach, ramy szczerozłote zaistniały, co w rzeźbie znalazły wieczne ukojenie i w tysiącu powtórzeniach, kołatają się i migoczą, w świetlistych falach na promieniach jasności. Ozdobne świeczniki, platynowo – złote, ze świeczkami iskrzącymi jak jutrzenki tajemnicy, na posadzce marmurowej, białej lśniącej nieskazitelnej… Tak. Jestem w brylancie. Doskonale czystym. Jedynym, niepowtarzalnym. Mój umysł jest szczęśliwie skołowany, jak mały diamentowy samolocik na bursztynowy pas startowy. Słyszę głosy. Szepcą do mnie jakieś dziwne niezrozumiałe słowa. Widzę echo odbijające się w lustrach i płomieniach świec. Mogę przebywać między jego ściankami. Całą sobą wypełniam to niesamowite istnienie. Ale czy to wszystko dzieję się naprawdę? Co mam przez to pojąć i zrozumieć? A może nic? Tylko zwyczajnie się cieszyć. Na żyrandolach podwieszonych u sufitu, gaśnie milion złotawych świetlików. Otwieram drzwi. Wychodzę na zewnątrz. O mało co… prosto pod samochód. ≈•≈ Nagle zauważam przyjaciółkę. Nie widziałam jej od dawna. Może gdybyśmy były razem, to bym nie popadła w takie przygnębienie. Chociaż muszę przyznać, że teraz czuję się znakomicie. Chce mi się żyć na tym świecie. Przysłowiową całą gębą. Marzenia się spełniają. Podchodzi do mnie. Widzę, że ma łzy w oczach. Pytam co się stało. Nie chce powiedzieć. Gadam do niej o sukience, dzięki której fajnie się porobiło w moim życiu. Wszystko poszło ku dobremu. Ona tylko patrzy i kiwa głową. Mam wrażenie, że nic do niej nie dociera. A jeżeli nawet, to nie daje znaku, że rozumie. Wiem, co muszę zrobić. Choć jak zapewne się domyślacie, nie powinnam w ten sposób postąpić. Zadaję jej pytanie: – Jeżeli zechcesz, to odstąpię ci moje marzenie. Przeżyjesz na pewno coś wspaniałego. Tak samo jak ja. Zostały mi jeszcze dwa. No nie bądź taka. Zgódź się, proszę. Pozwól sobie pomóc. Będzie mi lżej na duszy, wiedząc, że dzięki mnie, mogłaś się chociaż uśmiechnąć. – No dobrze. Skora tak mówisz... ale co to za marzenie? – Niestety nie wiem. Zabierz sukienkę do domu i tam ją włóż na siebie. Gdy się zapali zielone światełko, to po prostu czekaj. A gdy ujrzysz niebieskie, to wtedy będziesz wiedziała, co na pewno zdołasz zrealizować. Zrozumiałaś? – Niby tak. – No to zmiataj do domu. Za jakiś czas opowiesz mi jak było. ≈•≈ Niestety. Nie miała takiej okazji. Spadła z wysokiej skały. Mojej ulubionej zresztą. Wdrapała się na moje marzenie. Może ja bym nie spadła. Ale ona tak. Teraz to wiem. Jestem na jej pogrzebie. Załamana, roztrzęsiona, nie mogąca powstrzymać łez. To przecież przeze mnie zginęła. Ostrzegał mnie. Nie posłuchałam. Wolałam ją uszczęśliwić na siłę. Po swojemu. Nikt się nie domyśla, że przez moje zadufanie w sobie, odeszła z tego świata. Nie pociesza mnie to wcale. Najchętniej bym wykrzyczała swoją winę. Ale kto mi uwierzy. No przecież chciałam dobrze. W głowie słyszę słowa, od których wcale nie pragnę uciec: „No i co z tego, że chciałaś. To zupełnie nie ważne. Liczy się skutek. A on jest taki, że twoja przyjaciółka leży teraz w trumnie i już nigdy do ciebie nie powróci. Zapewne pomyślisz, że skończyły się dla niej wszystkie problemy. Że po drugiej stronie, będzie miała o wiele lepiej. Może i tak. Ale to żadne pocieszenie. Ani dla ciebie, a tym bardziej dla jej rodziny, która została bez niej. Odebrałaś im na zawsze, jedyne ukochane dziecko. Są teraz jak ptaki, którym wyrwałaś skrzydła. To ty ją zabiłaś.” Trumna jest chowana do grobu. W tym samym czasie, na sukience gaśnie dziewiąte światełko...1 punkt
-
[Prolog] Gdy teraz na spokojne o tym myślę, dochodzę do wniosku, że tak naprawdę sami byliśmy sobie winni. Pojawiły się nagle nie wiadomo skąd i akurat w pobliskim lesie. Otacza nas pierścieniem drzew. Wioska położona na ogromnej polanie, nie może zachwycać jakimś szczególnym i zaplanowanym rozmieszczeniem domów. To raczej taki swojski i przytulny chaos. Mamy za to coś, co zasługuje niewątpliwie na pochwałę. A mianowicie swój symbol, który stanowi: spirala w najróżniejszych wydaniach. Można ją dostrzec na: drzwiach, ścianach, kołyskach, czajnikach, a nawet na szczoteczkach do zębów, jeżeli ktoś takową posiada. A poza tym wiele ozdóbek wiszących i stojących ma właśnie taki kształt. Dlaczego? Trudno stwierdzić. Nikt nie pamięta. Może ma to jakieś znaczenie. Wracając do tego o czym wspomniałem na wstępie, na początku nic nie wskazywało na to, że stanowią jakiekolwiek zagrożenie. Takie po prostu ciekawostki przy zbieraniu grzybów. Jedno jest niewątpliwie pewne. Wielu naszych straciło życie. Chociaż nikt ich nie zabił. Sami się zabili. [Jakiś czas temu] Wioska zakryta cichym całunem nocy, rozjaśnionym nieco srebrzystą poświatą księżyca, tudzież nikłym blaskiem gwiazd, zapada właśnie w dziwny rodzaj snu. Nie wszyscy zdążyli wejść do swoich domów. Wielu śpi na zewnątrz. Nie wiedzą, że przebudzenie nastąpi w trochę innej rzeczywistości, która w początkowej fazie wiele nie zmieni. Tymczasem gdzieś wysoko, nad ich dotychczasowym życiem, kształtują się obiekty ledwo widoczne na tle ciemnego nieba. Skanowanie tych dziwnych istot, wobec których mają pewne, ściśle określone plany, przebiega bez najmniejszych zakłóceń. Potrzebny materiał do budowy ich ciał, który ma symbolizować znaną rzecz występującą na Ziemi, przekazywany jest w niezrozumiały, nietypowy sposób. Wspólną świadomość z możliwością osobnego myślenia i wypowiadania tubylczych słów, zyskają dopiero wtedy, gdy już będą spoczywać bliżej celu. Bardziej zespoleni z tym, co mają w planie zrobić. W końcu po to tu przybyli. W tej chwili skanowanie przyjmuję bardziej skomplikowaną formę. Kopiowanie zawartości ludzkich umysłów nie jest sprawą prostą, nawet dla nich. Ale bez tego ich misja nie miałaby żadnego sensu. Szary świt poranka otwiera nowy dzień, niczym pustą księgę z jedną wielką niewiadomą. Ptaszki ćwierkają wesoło a kolorowe kwiatki tulą w sobie krainę różnorodnych barw. Na tle czystego błękitu nieba, niewidoczny pasterz, pilnuje białych pierzastych owieczek. Płyną wolniutko, niczym leniwe pierogi w niebieskiej wodzie. Na skraju lasu jedno drzewko jest złamane. Mała dziewczynka o imieniu Zosia, biega w kółko przed domem z koszyczkiem w ręku. Buzia jej się nie zamyka, gdyż śpiewa radośnie: mamo, mamo, pozwól mi iść do lasu nazbierać grzybków, proszę, proszę, proszę... Mama stoi na progu dziwnie zamyślona. Popatruje na swoją córkę, jakby chciała ją akurat dzisiaj zobaczyć... więcej. – No dobrze. Możesz iść. Co ja już mam z tobą zrobić. Chyba wiesz, które zbierać? – Pewnie że. – No przecież wiem. Tylko wracaj prędko i nie idź za bardzo w głąb lasu. – Ależ mamusiu. W naszym lasie nie ma żadnych drapieżników. Sama mówiłaś. – Wiem. – A zrobisz z nich obiadek jak przyjdę. – Z drapieżników? – No co ty mówisz mi. Z grzybków. – Oczywiście. Już od teraz możesz się cieszyć. Stoją na swoich miejscach. Dziwny to dla nich świat. Ale trochę już go poznali. Poprzez Wielki Skan. Także sposób porozumiewania się tych dziwnych istot. Ich jest inny. Nie muszą słowami. Tutaj, wśród wysokich rzeczy są trochę zasłonięci. Dla lepszego klimatu ich działań. W końcu przybyli po to, żeby nadać większy sens. Niedawno nad wioską przeszła potężna ulewa. Dlatego staw blisko lasu, napełniła dodatkowa woda zmieszana z piaskiem. Mimo wszystko nie jest brudna, lecz do dna daleko. Mieszkańcy zaczynają być dziwnie podenerwowani. Jakby im coś odebrano, jednocześnie zostawiając. Ich podświadomość została naruszona. Po tej szczególnej nocy, jeszcze żaden z nich nie poszedł do lasu. Nie odczuwają takiej potrzeby. Jedynie Zosia, pragnie grzybkami sprawić radość, sobie i swojej rodzinie. Koszyczek przez nią niesiony, ostukuje rezolutnie wszelkie krzaczki a nawet ściółkę leśną. Dziewczynka maszeruje już jakiś czas. Wbrew przestrodze matki, coraz bardziej się zagłębia w leśne knieje. Skupisko drzew jest dość znaczne. Z uwagi jednak na to, że słońce jasno świeci nie zakłócone gęstymi chmurami, tutaj na dole jest całkiem przyjemny... klimat. Świetliste promienie, węższe na górze, a szersze na dole, buszują ciepło między wszelką roślinnością. Różnego rodzaju pyłki szybujące w ich wnętrzu, nadają im bardziej wyrazisty, subtelny kształt. Tylko ptaków nie słychać. Matka odczuwa pierwsze symptomy lęku. Przecież miała iść tylko na brzeg lasu. Dlaczego jej pozwoliła. Teraz dopiero odczuwa jakby szóstym zmysłem, że coś wisi w powietrzu. Nagle Zosia przystaje. Nazbierała już trochę grzybów, ale chce nazbierać jeszcze. Wyczuwa, że coś biegnie w jej stronę. Nie wie co, bo krzaki zasłaniają. Trochę jest zdenerwowana, dlatego nie może się ruszyć. Wtem, kawałek przed nią przebiega mała sarenka. Za chwilę następna... i następna. Dziewczynka jest dziwnie pewna, że musiało je coś wystraszyć. A źródło strachu jest tam skąd przybiegły. Odczuwa lęk, ale też wielką ciekawość. Postanawia sprawdzić, co przestraszyło zwierzątka. W wiosce spore zamieszanie. Nie tylko dziewczynka poszła do lasu na grzyby. Inni też poszli. Lecz wielu po to, żeby jej szukać. Niektórzy szybko wracają, by oznajmić, co tam zobaczyli. Że niby stoją gdzieniegdzie w poświacie słońca, w różnych miejscach, a ich widok jest bardzo szczególny. Niektórzy nawet twierdzą rzeczy niebywałe. Nikt im nie chce wierzyć. Zosia raźno maszerując, rozgarnia wszelakie roślinne przeciwności, drugą ręką trzymając koszyczek. Odgarnia różne gałązki i zwisające pajęczyny. Właśnie jeden pająk zleciał jej na sukienkę. Strzepnęła go na ziemię. W pewnym momencie, drzew zaczyna być mniej. Z lekka oświetlone zachodzącym słońcem, skrywają między sobą tajemnicę. Zosia stoi oniemiała, w pierwszej chwili nie wiedząc na co patrzy. Widzi kamienne figury, trochę zniekształcone, okryte prześwitującym obrazem. Jeżeli chodzi o wygląd, to ani to człowiek, ani kamień. Takie coś pomiędzy. Najbardziej dziwnie wyglądają twarze. Jakby zakryte szarym, nieco przezroczystym lodem. Nie wie natomiast, że figur jest dokładnie tyle, ile mieszkańców wioski. Nie dostrzega wszystkich. Pozostałe stoją w innych miejscach. Mają wielkość ludzi. Wielu zmierza w kierunku lasu. Muszą sprawdzić, zobaczyć, wiedzieć. Prowadzi ich tych paru, co wróciło i opowiedziało. Nie bardzo im uwierzyli. Że jakieś tam... figury... no nie. Toż to jakieś bzdury zapewne. Zosia chodzi między kamiennymi postaciami. Nie odczuwa już lęku. Wie, że mama będzie się denerwować ale ciekawość jest silniejsza. Jednak w pewnym momencie znowu przystaje wystraszona. Figura jest dziwnie znajoma. Wielkość też. Patrzy przez chwilę i pod delikatną maską szarości kamienia... dostrzega i rozpoznaje swoją twarz. Teraz dopiero patrzy dokładniej na pozostałe. Podchodzi do ''siebie'' bardzo blisko. Dotyka po raz pierwszy ''kamiennego'' ciała. Nie jest zimne, ale też nie ciepłe. Takie w sam raz. Ciekawość nasącza umysł. Przykłada ucho do tajemniczej powierzchni. Stoi w ten sposób dłuższy czas. Ma wrażenie, że z wnętrza dobiega cichy szept. To wzbudza w niej nieokreślony lęk. Już chce odejść, lecz nagle słowa są całkowicie zrozumiałe. Słucha uważnie. śliczna zosia przy stawie stała w głębokiej wodzie ujrzała słoneczko serduszkiem całym blask pokochała gdy jej szeptało choć do mnie dzieweczko Dziewczynka przez to że rezolutna, zadaje pytanie, czy może komuś wierszyk powtórzyć. Przez chwilę słyszy jakieś, jak jej się wydaje, nerwowe szmery. Nagle głos mówi: ''O kuźwa. Nigdy w życiu. Zaraz wduszam guzik. Dzięki. Zosia też grzecznie dziękuję za informacje. Teraz z kolei w lesie wielkie zamieszanie. Figury wzbudzają coraz większą ciekawość, ale też podświadomy lęk. Wielu jednak po tym, co powiedziała Zosia, też przykłada uszy do tych dziwnych ciał. Właśnie jeden zaciekawiony, słucha kamiennego szeptu: stoisz cicho pod gałęzią pętla zwisa ci nad głową załóż dyndaj wesolutko przyjdą ciało twe zabiorą Są też tacy, którzy za żadne skarby nie chcą do końca słuchać owych szeptów, odczuwając dziwny niepokój. Odchodzą po pierwszym słowie, lub w ogóle nie zbliżają się do obiektów. Tym bardziej, że rozpoznają własne twarze. Każdy może, ale tylko siebie. Przykładając ucho, do ''kogoś innego'' słyszy tylko ciszę. Owe głosy zostają im dziwnie w głowach. Wyrzucenie ich na zewnątrz jest niemożliwe. Jak czarne ptaki, krążą pod sklepieniem umysłu, wydziobując w nim nieodwracalne dziury. Chociaż to co usłyszeli, w sensie samych słów, było nawet przyjemne i ładne. Figury są nie do ruszenia. Jakby ich ciężar był nieskończony. Nie można ich zniszczyć żadnym ziemskim sposobem. Wszyscy ci, co słuchali, zaczynają tego żałować, chociaż nie wiedzą dokładnie: dlaczego. Żaden człowiek nie może powiedzieć innemu, tego co usłyszał. Nawet gdyby chciał. Jak się miało okazać, na całe szczęście. Matka spotyka swoją córkę na skraju lasu. Łzy szczęścia wypływają jej z oczu. Zosia dźwiga koszyczek pełen grzybów. Mimo tej przygody miała czas nazbierać. Biegnie w kierunku mamy, co sił w nogach. Już z daleka wrzeszczy radośnie, bardzo podekscytowana. Aż jej tchu brakuje: – Mamo, ty wiesz co ja widziałam. Takie fajne kamienne figury... no mówię ci. Nawet jedna powiedziała mi wierszyk. Ale nie mogę powtórzyć. – Wierszyk? Powiedziała? – No tak. Mówię przecież... wiesz co mamo, zabierz koszyczek, idź do domu i zrób obiadek. – Jak to? Co dopiero cię odnalazłam i już chcesz ode mnie uciekać. – Muszę przytulić coś bardzo pięknego, całkiem z bliska. Koniecznie. No proszę. – A co to jest? – To tajemnica. Nie mogę powiedzieć. Muszę lecieć, bo niedługo zniknie. Jest głęboko schowane i błyszczy. – No dobrze. Ale przyrzeknij, że jak tylko przytulisz, to zaraz wrócisz. – Przyrzekam, mamo. ~ Na stole talerze. Na nich duszone ziemniaczki, z sosem i grzybkami. Obiad jest zimny i nieruszony. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Wioska zakryta ciemnym całunem nocy, rozjaśnionym nieco srebrzystą poświatą księżyca, tudzież nikłym blaskiem gwiazd, zapada właśnie w dziwny rodzaj snu. Nie wszyscy weszli do swoich domów. I już nigdy nie wejdą. Słowa stały się rzeczywistością na różne sposoby. Nie czas i miejsce na wymienianie wszystkich. Bo cóż to zmieni. Zostały tylko niezniszczalne ślady w lesie. Teraz na wieki przeklęte. Nieznana mieszkańcom przepowiednia, mówiąca o tym, że nieszczęście będzie się spiralnie powiększać, nie miała na szczęście miejsca w pełnym zakresie. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Myśli przekazują wzajemne informacje. – Przecież chcieliśmy im pomóc. Rozweselić. Ich życie takie monotonne. – Masz racje. Tylko żeśmy nie pomyśleli o sile naszych umysłów. – Szczerze powiedziawszy, te opowiastki były całkiem fajne. – To fakt. Ale coś poszło nie tak. – Może Wielki Skan miał za duży zasięg? Nie tylko wioskę załapał. – Dobrze, że chociaż włączyłeś funkcję: nie powtarzaj. – Dzięki tej małej dziewczynce. Gdyby nie zadała pytania, to bym o wduszeniu guzika zapomniał. A wtedy... – ...byśmy wioskę wyludnili, jakby sobie zaczęli wzajemnie przekazywać opowiastki. Nawet tym, co by nie chcieli słuchać. Uratowała co najmniej kilkaset osób. – Niektórzy z nas, słowa nie rzekli. – Bo wielu nie odnalazło: siebie. Też dlatego. – Taa... powinni jej pomnik postawić. – Nigdy się nie dowiedzą, że to: ona. – A swoją drogą Wielki Skan musimy dać do przeglądu. – Przecież widzieli, że inni giną. A robili to samo. – Nie musieli naszych słów wprowadzać w życie. – W życie? Jaja sobie robisz? Sugestor za silny. Taka prawda. – A mimo wszystko nie musieli. My im tylko bajki opowiadali.1 punkt
-
– Co tu się wyprawia, do jasnej korony. Jesteśmy Słuko. Służby Koronne. Proszę się w tej chwili rozejść. Zachować odpowiednią odległość. –No co pan. Durnia ze mnie robisz. Ja tu sam stoję. Jak mam się rozejść? – Proszę mi tu nie pyskować spod maseczki. A jak za chwilę tłum przebędzie, żeby pocieszać samotnego. – Jaki tłum? Gdzie? – Chociażby tam! – Nic nie widzę. – Bo jeszcze go nie ma, ale za chwilę może być. To nie lepiej dmuchać na zimne. Rozejść się na spokojnie. Bez rozpychania. Pókiś pan sam sterczysz. – Cholera… hmm… ma pan racje. Już się rozchodzę. Fajnie. Swobodnie. Nawet machać rękami po mojemu mogę. – No no. Tylko bez przesady proszę. Wirusy słyszą. – Mówi pan? – Nie tylko mówię, ale wiem co. – Faktycznie. Fajnie się rozchodzić samemu. Rozpychać się nie potrzeba. – A widzi pan. Słuko dba o swoich obywateli. Zawsze ma racje. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ – Obywatelu. Zapomnieliście? – Niby ja? Niby o czym? – Dzisiaj wybory głowy. Są i nie są równocześnie. A wy tak sobie swobodnie chodzicie i co? – Co co? – W żadnych was nie ma. To przejaw niewłaściwej postawy obywatelskiej. – No jak to. Uczestniczę przecież. – Wy mi tu głupot w mądrość nie wciskajcie. – Ależ naprawdę. Biorę udział, w wersji tej, której nie ma. – Tak? To w taki razie zwracam… – Tylko nie na mnie proszę. Dosyć już na mnie zwracano. – ...honor. – Wie pan co. Tak sobie myślę, że skoro to takie wybory… kwantowe… są i nie są, to się dziwię, że nie zarządzono 50% ciszy wyborczej. – Pogadam z przełożonymi. – Że zapytam… przez co? ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ – Panie, co pan tak łazisz z klapką na muchy? Jesteśmy Słuko. Muszę pytać. – To na wirusy. Najpierw walę po koronie, a gdy spadnie, to już później łatwej paskuda zabić. Mniej pewny jest. A póki ma diabelstwo na głowie, to myśli, że mu wszystko wolno. – No coś pan. Wariat jesteś. A gdzie takie można kupić? – A ile pan da? – A ile mam? – Skąd mam wiedzieć. Zresztą mogę jedną ofiarować za darmo. – O! – Trochę wybrakowana. Koron nie strąca. Ale wie pan… w razie czego można z pięści w mordę przywalić. – Nie wiedziałem, że mają. – Mają, mają. Ja też nie wiedziałem, dopóki nie przywaliłem. – Ale to takie małe. Jak takiego trafić? – Celnie. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈• – Halo, halo, jesteśmy Słuko. Stoją panowie za blisko siebie. Proszę się rozejść na dwa metry. – Człowieku. Spójrz w nasze maski. Jest odległość odpowiednia między nimi? No jest. – A co mnie tam wasze facjaty obchodzą. Rozpiętość przestrzeni między brzuchami, jest mniejsza niż dwa metry. – Przecież nie gadamy brzuchami, a poza tym, z nich wirusy nie wyskoczą. – Wyskoczą, nie wyskoczą. To tylko wichrzycielskie spekulacje. Trzeba się było tyle nie obżerać, w dobie pandemii. Sami sobie zgotowaliście ten los. Mandat wypiszę. Monitoring już panów łyknął. – To przez kwarantannę. Z nudów. No dobra. Wciągniemy brzuchy. – Żadnego wciągania i fałszowania obywatelskiej postawy. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ – Ludzie. Gdzie się pchacie dwójkami? My służby… – Wiemy. Cicho być. – A nie możecie, jeden po drugim do sklepu po zakupy wchodzić? – Lepiej poza niż w kupę. Czy pan nie widzi, co tu na kartce stoi? Wchodzą po dwie osoby. – Ależ panowie. Niekoniecznie równocześnie. – My popieramy sprawiedliwość społeczną. Czemu on ma być pierwszym, a ja ostatnim, skoro kartka, też zachęca do równouprawnienia? – Jakim ostatnim? Tylko drugim? – Wcale nie, bo ostatnim. – W międzyczasie, chyba już weszło i wyszło... z dziesięciu. – A co nas to obchodzi. Oni to już inne zgromadzenie. My mamy swoje rozgrywki. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ – Co pan tak po ciemku w masce chodzisz. My jesteśmy Słuko. Jeszcze się pan przewróci i kłopot będzie. Teraz w szpitalach pierwszeństwo jest. Zostanie pan na bruku i co? Wilka można złapać. – Pierdoły pan gadasz.. chociaż fakt. Różne zwierzątka, o różne lasy i podwórka dbają, ale przecie nie mam maski na oczach, tylko na nosie i gębie. – Co z tego. Może się zesmyknąć. – Do góry? Na oczy? No coś pan. To jakieś anty grawitacyjne pieprzenie. – A jak pan stanie, na ten przykład, na głowie, to co? Smyknie się jak nic. I co wtedy? Wywrócisz się pan i kłopot będzie. – Cholera, to już gdzieś słyszałem. A niby po co ma stawać do góry nogami. Mało tu wokół na głowie postawione. Jeszcze ja mam dokładać swoją cegiełkę. – Dobra, dobra. Nie bądź pan taki do przodu. Ja już swoje wiem, – Niby co? – Że pan by chętnie cegłę komuś na głowę rzucił, zamiast dać potrzebującym.1 punkt
-
# = o Drzewiak mości się w łóżku z liścia, odganiając co chwila natrętną biedronkę. – Przestań mi tutaj chodzić – marudzi swoimi ustami z kawałka trawy. - Znowu przez ciebie nie mogłem się wyspać. – Ja już wiem, co ciebie we mnie denerwuję – mówi rezolutna biedronka, machając znacząco lewym skrzydełkiem, gubiąc prawie jedną kropkę. – Moja śliczna czerwień. Drzewiak ma już dość słuchania pyskatej biedronki. Jest kilka razy większy od niej, zrobiony z kawałka brzozowej kory. Z portek zwisają białe łaty a na twarzy widnieje blizna po ukłuciu igłą igliwia. To okrutny Iglajus Jodłor tak go urządził. – Halo, tu ziemia! – wraca do rozmowy, szumiąc tym razem prawym skrzydełkiem. – Przestań się użalać nad swoim losem. Pamiętasz? – Co tam znowu mam pamiętać, Kropeczko ty? – No, no. Powiedział co wiedział... i żadnego: ciećkania, bo mi od tego kropki kwadratowieją. O czym miałam mówić, bo przez ciebie zapomniałam? – O czym mam pamiętać. – No właśnie. O czym masz pamiętać? Dobre sobie. A kto ci kłębkiem pajęczych nici, ranę przemywał. No kto? – No ty. I co z tego? Wnerwiłaś pająka. Most spod nóg mu ukradłaś, przez to biedak piątą nogę złamał, uderzając przy spadaniu o kant starego grzyba. – Ale miękkiego. I tylko w kolanie. Przeżyje jak nic. Już dawno się zrosła. A zresztą poszedł sobie, bo u nas muchami nie obrodziło... a fuj, głupie muszyska. Dobrze, że ich tutaj jak na lekarstwo. – Ble – powiedział Drzewiak. – Nie mam zamiaru połykać takich leków. Mimo tego jakoś dziwnie złagodniał i zgłodniał od tej rozmowy. Lubi pyskatą Kropę ale co za dużo to niezdrowo – myśli sobie, marząc o smacznej potrawce z trawy, przyprawionej szczyptą tartego orzecha laskowego, polanego sokiem wyciśniętym z soczystej jagody z domieszką kropelki rosy. – Drzewiak – zakrzyknęła nagle spanikowana Kropa, leżąc ze strachu na plecach, robiąc piruety sześcioma nóżkami. –– Coś się do nas zbliża. Grzyby znosi na wszystkie strony, a robaki wyskakują z dziur, nie wiedząc gdzie uciekać. Przyjaciel na ten widok wyskakuje ze swoich marzeń, plątając swoje myśli. – No powiedz, czy to tym razem koniec lasu. Koniec nas? Tylko mi nie mów jak ostatnio – spojrzała przez zaciśnięte zęby, mówiąc dalej – że to nic. Spoko. A pamiętasz co było poprzednio. Szyszka na ciebie spadła... – Uspokój się i nie wspominaj o szyszce. Już dosyć żywicy drzewom napsuł. – Masz na myśli... – Oczywiście, że Iglajusa. To on mnie rzucił szyszką, aż igłę spłoszył prosto na mnie... szkoda gadać. Drzewiak chociaż zgrywa opanowanego, wcale taki odważny nie jest. Nie tyle chodzi mu o siebie. Jakby co, to się zrobi na nowo. Mało to różnych liści, kory i orzechów w lesie. Martwi się o Kropę. Jej życia nie wróci. Nie będzie mógł jej poskładać na nowo. – No postaw mnie wreszcie na nogi. Długo mam jeszcze czekać na zmiłowanie jakiegoś: Drewienka. – Tylko nie: Drewienka. Znowu zaczynasz mnie wnerwiać, chociaż życie jest nam coraz bardziej miłe – mówiąc to, znacząco rusza powieką zrobioną z zielonej koniczynki, przyozdobionej koronką z babiego lata. – No pomyśl, nie chcę ciebie utracić. Z kim się będę kłócić? Biedronce łezki wzruszenia z oczu zwisają. Przecież to mówi najlepszy przyjaciel. Muszą uciekać. Ale przed czym. Tego nie wie. – Zwiewajmy – wrzeszczy przerażony Drzewiak. – Wsiadaj na mnie. – Głupiś! Przecież mogę pofrunąć. – Chcesz mnie zostawić samego? – No nie... przepraszam. Ale będzie ci ciężko. Już same kropki swoje ważą. – Przyjaźń nic nie waży, nawet gdy ciężka. Widzisz te ślepia w listowiu? – Ojej! Co za potwór. A skąd wiesz, czy chce nas zjeść? – Nie ważne. Uciekajmy. Stary Iglajus słyszy jakieś wrzaski. Właśnie wrócił ze spaceru. Jest bardzo zmęczony, lecz ciekawość zwycięża. Mimo słusznego wieku i zgrzytających korzeni, szybko biegnie w kierunku przerażonych odgłosów. Zielone włosy o kształcie podłużnych szyszek, strącają poziomki, a te kulając się na leśnym runie, spać nie dają maleńkim stworzeniom. Korniki popatrują ciekawie z dziurek, nie myśląc w tej chwili o chrupaniu. Już wie, co za chwilę zobaczy. To co zwykle: Drzewiaka i Kropę. To te dwie pierdoły, wiecznie się kłócące, co go mają za strasznego potwora, bo szyszkę z drzewa niechcący upuścił, prosto na marudną głowę zrobioną z żołędzia. – Szybciej, szybciej, biegnij – ponagla struchlała Kropa. – Zjawa leśna od siedmiu boleści nas goni a ty się wleczesz, jakbyś chciał i zrezygnował. – Czy wiesz co będzie, gdy znajdziemy się w strasznej paszczy? – Przestań zrzędzić, bo ledwo zipię – złości się, biegnąc z gadającym ciężarem na plecach. – Lepiej zerknij za siebie. Dogania nas? – Taa... ale o zgrozo... to gorsze do potwora... to wstrętny Iglajus, co mojego przyjaciela szyszką przywalił. – Masz na myśli mnie? – Przecież nie mam innego, głupolu. Bestia przebiega obok nich spłoszona bardzo, huczącym Jodłorem. Nie wiadomo czy chciała ich zjeść. Gdyby nawet, to zostawiła apetyt za sobą. Wybawiciel wreszcie ich dogania, sapiąc i gderając na cały las, aż niektóre ptaszki milkną zniesmaczone. – Co wy wyprawiacie – rzecze donośnie, ruszając groźnie wąsem z miękkiego mchu. – To tylko zwykła mysz. Ona nie je takich pomyleńców. – Ty Iglajusie się nie znasz – krzyczy wnerwiona, aż jej kropki z tej emocji purpurowieją. – Mogliśmy zginąć na śmierć. – Co ja bym bez niej zrobił – dodaje Drzewiak. – A beze mnie? – pyta Jodłor, dziwnie się uśmiechając ustami z krzywych gałązek. – Tyś mu szyszką przywalił – dodaje Kropa z wyrzutem. – Niechcący. To ja już sobie pójdę. – No... tego... dzięki za wszystko. # = Drzewiak mości się w łóżku z liścia odganiając co chwila natrętną biedronkę. – Przestań mi tutaj chodzić – marudzi swoimi ustami z kawałka trawy - Znowu przez ciebie nie mogłem się wyspać. A właściwie... możesz mnie denerwować. Najważniejsze, że jesteś. Drzewiak nie wie, że wyjątkowo tym razem, jeszcze się nie obudził. To tylko sen, że Kropa jest przy nim. Tak naprawdę jej nie ma. Budzi się i po raz pierwszy, jest mu bardzo smutno. Najgorsza ta cisza wokół. Coś się musiało stać. Ona by sobie nie odpuściła, przyjemności denerwowania jego osoby. Szuka ją wszędzie, ale bezskutecznie. Wtem dostrzega coś dziwnego. Nawet nie wiedział, że jest to możliwe. Poznaje je natychmiast. Są mu doskonale znane. Co ją skłoniło lub zmusiło do tego, żeby je tutaj zostawić? Chciała mu coś przekazać? A jeżeli już nie żyje? Odgania takie myśli od siebie, najdalej jak może w głąb lasu. Może je napotka i będzie wiedziała, że się o nią martwi. Siada na kawałku gałązki, bierze czapeczkę od żołędzia i na jej dno kładzie: sześć kropek. Są tak samo czarne jak jego myśli. Jeszcze jedno go zastanawia. Gdzie jest: siódma? Gdzieś tutaj, czy ma ją na sobie? A jeżeli tak, to dlaczego nie zostawiła wszystkich? Postanawia udać się do Iglajusa Jodłora. Stary zrzęda na pewno coś poradzi. Będzie wiedział, co się mogło stać. A może nawet wyruszy z nim na poszukiwania.1 punkt
-
@CafeLatte CafelLatte →No w pewnym sensie zamordowali.Czasami sam nie wiem , jak rozumieć, to co piszę. Chyba nigdy nie będę całością. Jak zresztą wielu z nas. Bo życie jest jak durszlak:)→Pozdrawiam:)1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne