O, jak przykro do swoich wracać bez nadziei!
Toczy się hucznie powóz w znajomej kolei,
Mija znane przedmioty, ojczyste zagony,
Ale widok ich dla mnie kirem osłoniony.
Ach, czemuż tak jak dawniej o szczęściu nie marzę?
Gdzież te, co się tak lubo uśmiechały, twarze?
Gdzie te serca, co czuły każde serca mego bicie?
Znikły — przez chwilę tylko ozdobiły życie —
Jak promień, co z obłoków na samotne góry
Błyśnie, i znów go skryją wiatrem gnane chmury,
Teraz cicho — żadne mnie nie witają głosy —
Tylko wiatr jęczy smutnie, uginając kłosy.