Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

pisać - zaglądać w wąskie oczy Boga
nim on zdąży zajrzeć w nasze
modlić się do siebie
przetaczać krew przez palce
obrysowywać paznokcie uśmiechy

poeci są jak ślepe ptaki
o czworokątnych pierzastych sercach
oddzielają prawdę od dobra
umierają w astralnych gniazdach

Opublikowano

"pisać: " - tak bym to widział, z dwukropkiem. Jeśli w tych czasach interpunkcja dla kogoś jeszcze coś znaczy...
"Czworokątne pierzaste serca" - nie jestem pewien, czy dotarło do mnie.
"Wąskie oczy" - czy może jako zmrużone? Tak czy inaczej - poetom odmówić śmiałości w tym akcie nie sposób...

A poza tym to napisała Pani trochę mniej typowy dla siebie wiersz, jak mi się wydaje. Trafia do mnie: tacy są ci poeci "modlący się do siebie", obrysowujący rzeczy i ich dusze. Trochę mniej odkrywczo brzmi druga zwrotka. Ale jeśli chodzi o podkreślenie prostoty ich niedowidzącej (w realnym widmie) egzystencji, kończonej tak naprawdę w sferze własnych gniazd - chyba udało się, jeśli któryś poeta nie zechce polemizować z tymi prawdami. Pozdrawiam.

[sub]Tekst był edytowany przez Witold Marek dnia 23-08-2004 15:23.[/sub]

Opublikowano

A ja mam zwyczajną pompę - mięsień może dlatego, że nie jestem poetką. Wsółczuję tej pierzastości i ślepoty, wszak wtedy trudno odzielić cokolwiek od siebie - szczególnie prawdy od dobra.
Umierają wszyscy, nawet nieśmiertelni kiedyś przepadną...

Opublikowano

U innej poetki (tyle że rocka) znalazłem: "zdarza się, że ptaki,/ oślepione słońcem/ nie powracają do swych gniazd". Chodziło to za mną, aż myślałem, że to szkoda, iż nie można tego naturalnie "przylepić" do Pani wiersza... I wciąż mi pasuje, choć właściwie po części przecież mu przeczy. Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...