Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano



* . * . * . * . * . *

. * . * . * . * .

* . * . * . * . * . *

. * . * . * .



Umarła gwiazda het w łożnicy gwiezdnej
i martwą była nim nasz świat stworzono -
na łzę zastygłą w jej źrenicy srebrnej:
przysięgam kochać cię ma przyszła Żono
wieczniej i jaśniej!

Przysięgam na pamięć
istnień minionych których była słońcem,
że nie zamienię się nigdy sam w kamień
i usta zawsze mieć będę gorące.

A jeśli kłamię i słowa me lecą
od wygasłego lub zmiennego serca -
to cieniem jestem tej gwiazdy daleko
co w ufne oczy nocami się wwierca.

Lecz patrz: uciekła świtem gwiazda płocha,
a ja zostałem. I kocham cię... kocham!





* . * . * . * . * . *

. * . * . * . * .

* . * . * . * . * . *

. * . * . * .



Jeśli nie wierzysz w moje szczere słowa,
to je wypróbuj i zawsze bądź ze mną:
kochaj mnie!

Choćby chciał nas zamordować
czas - mąż zazdrosny o schadzkę tajemną;
choćby nas dopadł sforą głodnych zmarszczek
przedwczesną chwilą w starym hoteliku -
przecież polegnie w swojej ciemnej walce
jeśli mnie kochasz, mój jasny Świetliku!

Więc spakuj rzeczy i wymknij się z domu,
mim pierwsza gwiazda na niebie zagości
i nie mów o mnie nikomu.
Nikomu
nie można ufać mówiąc o Miłości.

Droga przed nami tak odtąd daleka -
zatem się pośpiesz. Całe życie czekam.




* . * . * . * . * . *

. * . * . * . * .

* . * . * . * . * . *

. * . * . * .



Wszystko się kiedyś kończy, lecz nie to jest straszne:
tak trzeba - skruszyć suszki pod świeże kobierce
i goryczą użyźnić przełamane serce...
Najgorsze jest, że nie wiesz, kiedy miłość gaśnie!

Kiedy ten dzień ostatni? Ta ostatnia chwila?
Przecież poranek jak co dzień ze snu cię budzi,
jak zwykle wiatr oddycha i słońce się trudzi -
wszystko takie same w tej chwili, gdy przemija.

Aż nagle - patrzysz... właśnie odeszła daleko:
miliony kilometrów! Na granice wzroku!
Po niebie nocnym płynie rozgwieżdżoną rzeką.

I nawet nie zdążyłeś zapamiętać oczu,
ostatniego spojrzenia schować pod powieką,
po raz ostatni wchłonąć zapachu jej włosów.





Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Masz męża?! Co za straszna wiadomość... miesiąc temu dla Wstrentnego
a teraz dla mnie ;)



Pocelanowy talerzyk

"Jeśli jakiś związek ma być wszechstronny, różnorodny, przebarwiony
wszechstronnie to działanie dośrodkowe działających na niego uczestników
powinno wyzwalać siły odśrodkowe i zupełnie nieprzewidywalne, inaczej
stanie się tylko czymś w rodzaju Czarnej Dziury w którą się wpada,
kameleonieje i ujednolica" wystukał zmarły przed miesiącem de Wstrentny
porcelanowym talerzykiem a po naszych plecach przeszły ciarki,
które po włączeniu światła okazywały się gdzieniegdzie karaluchami.
Pożegnałem śliczną gospodynię pocałunkiem w czoło i kiedy już się odwróciła,
na wszelki wypadek jeszcze krzyżykiem, a potem ruszyłem w kierunku domu.
W drodze zachciało mi się do toalety, gdy naraz przypomniałem sobie,
że najbliżej położony szalet to ten w którym znaleziono ciało de Wstrentnego,
wzdęte i zimne. Czy też na odwrót: zimne i wzdęte.

Zimne i wzdęte, czy raczej wzdęte i zimne? - sprawdzałem odrywając
listki od gałązki akacji, pod którą kucnąłem na chwilę.

Wyszło, i to kilkukrotnie, że wzdęte, a potem tyle samo razy, że zimne.
Już w domu odgrzałem sobie spóźnioną kolację, "Psalm XIV"
który tak lubił de Wstrentny zabierać ze sobą w każdą podróż:


Psalm XIV

Panu śpiewam!
Moją miłą którą tak kochałem
Panu śpiewam!
Każdą nieprzespaną noc zachmurzone dni
- Tyś mi Panie jedynym chorałem
- Ty mi noce zanuć i dzień odtrąb Ty

Panu śpiewam!
Wiosnę co nie dla mnie dziś
Panu śpiewam!
Póki dźwięczy jeszcze we mnie głos
- Tyś jest Panie zielony wiecznie cis
- Ja w nim śpiewający cis-mol kos




PS. ("Zanim!")

"cis-mol pisze się prawidłowo cis-moll, wiem o tym!"
żachnął się de Wstrentny - "ale czy zdaje sobie
pani czy pan sprawę, że moll nie będzie wówczas tą jednostką
ilości materii rozumianej jako liczba cząstek z których się składa?"
Tu przejechał palcem po marszczejącym coraz bardziej czole (jak
wyliczono w kostnicy, w ostatnim okresie życia jego wskazujący palec
miał do przebycia około dwudziestu kilometrów drogi, i to w nieznanym,
wrogim sobie górskim terenie) a kiedy zmęczony dotarł po trzech godzinach
do granicy łysienia (łysień - małe zwierzątko z gatunków trapiących
ludzi myśli, aktywne szczególnie nocą) dodał z wysiłkiem:
"cis-mol jest zatem dźwiękiem ciała poszczególnego człowieka
podwyższonym o pół tonu, tak aby można je było usłyszeć
w górnych gałęziach wiecznie zielonego, prastarego Cisu..."

Ktoś z nas chciał coś wtrącić, nie zgodzić się z de Wstrentnym,
a przynajmniej nie tak od razu, o nie nie... lecz ten padł wyczerpany nieludzko.
Próbowaliśmy go podnieść ale de Wstrentny leciał nam przez ręce
i obawiając się, że roztrzaska się w końcu o odległą Ziemię -
zostawiliśmy go w spokoju.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję. Chciałem, żeby tak wyszło troszkę staroświecko, w końcu to staroświeckie
te uczucia nasze są, no nie? ;)

Racja, ale jedynie słuszne, w ostateczności ;))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Niestety, przysiągłem sobie przeżyć samotnie resztę życia :) a co mnie do tego skłoniło
opowiada ten wierszyk:


Aby ukrócić dziwactwa:
świętych mnichów i innych,
którzy posiedli sztukę latania -
zaliczono od dziś do ptactwa.

Koniec z lataniem po mieście,
po sklepach... koniec zakupów!
Chyba, że chcesz człowiecze
dostać pod ogon ze śrutu:

Właśnie wróciłem do domu -
złamany nos! morda rozbita!
i czując się jak załoga
zestrzelonego Messerschmitta,
wytarłszy już krew z ust
zmieszaną z resztkami szminki -
przysiągłem sobie: "To koniec
z lataniem na dziewczynki..."

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



a dzież tam! żyw ón! samam go widziała powyżej
lub...
ach Wstrentny, Wstrentny, kochałam go jak swego, ócz swych błękity wypatrywałam łzami zraszając podobiznę. ach dzie słać róże, dzie bukiety, dzie wieńce?!
ach matuś, matuś, na co mię przyszło, pierwsza de Wstrentnego opłakać, o Kreonie, tyranie, zły duchu, po dychu dychu
;)
Ja tam po Wstrentnym nie będę płakać :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ja tam po Wstrentnym nie będę płakać :)

a ja siąpię, jako deszcz
Jak deszcz? Ależ on właśnie umarł zaraz po powrocie z Filharmonii,
prawdopodobnie na wskutek opadów zwanych w Domach Starców zwisami wiosennymi :)
Została po nim tylko łyżeczka soku malinowego z dopiskiem:
"Dla całej rodziny, świata, zaświatów i dzie wuszki gdyby jakaś uroniła łezkę..."
A, i jeszcze ten do PiSek:




Mijał wiosenny wieczór ale mijając pozostawał we mnie
jak muzyka Vivaldiego co wciąż rozbrzmiewała w krokach na parking
i słychać ją ciągle w samochodowych wycieraczkach ścierających
krople deszczu z szyby w drodze do domu
a potem zawieszona nad szklanką gorącej herbaty ręka
wisiała przez chwilę jak batuta dyrygenta nad Filharmonią
i niewidocznymi z perspektywy słuchacza wieżowcami wokół niej
mimo że dyrygent był krępym malutkim człowieczkiem
chyba najniższym z dyrygentów jakiego były w stanie
dostrzec jeszcze moje oczy.

W takiej chwili człowiek szuka tego co właśnie minęło
na zewnątrz już tylko w sobie nic dziwnego zatem że zamyśliłem się
i z tej zamyśli wielkiej niczym pierwszy zamiar
przemieszanej z deszczem i początkami kataru zachciało mi się
herbaty z sokiem malinowym.

Wszystko niby było nadal na miejscu bo i sok malinowy do herbaty
rozmieniał się w świetle nocnej lampki na drobne
niby ten Vivaldi będący teraz pierwszym w tym roku
komarem bzyczał ukryty w kłębach papierosowego dymu
skąd szykował się do ataku na strategiczne dla mojego i jego
życia arterie krwionośne i tylko ten ostatni w tym roku słoik soku
tu nie pasował tylko dlatego bo nijak nie chciał być ostatnim słoikiem.

Próbowałem zapomnieć że w szafce mam takich jeszcze z kilkanaście
ale po chwili widziałem je jak żebrzą w kuchennej szafce żeby sobie o nich
zdążyć przypomnieć i otworzyć aby kropla po kropli
też mogły spokojnie odejść jak i ludzie odchodzą dzień po dniu.

Nie powiem nic złego o swojej wyobraźni jest naprawdę w porządku
raz nawet wyobraziłem sobie że jestem człowiekiem wyjątkowym
innym że dobrym w głębi serca i szczerym ale niestety
ostatniego słoika nijak nie mogłem sobie wyobrazić...

Wiosna Vivaldiego i mały dyrygent z Filharmonii z pałeczką
zawieszoną nad globem ziemskim
preludium samochodem przez ulice w deszczu
komar pod sufitem czekający aż przeciwlotnicze baterie
moich powiek przesłonią chmury snów i

tylko ten ostatni słoik wciąż zakłócał harmonię świata
na zewnątrz z moim światem wewnętrznym. Nie
nie chciałem zakończyć tego dnia rozdartym jak zahaczona
o gwóźdź wbity w niespodziewanym miejscu wieczorem

poszedłem do kuchni otworzyłem szafkę a potem jeden po drugim
po kolei wyrzucałem słoiki z sokiem malinowym przez okno krzycząc: już wiosna!
słyszałem jak pękają jak łączą się gwałtownie z deszczem
obmywającym chodniki i ulice
ich śmierć malinowa była szybka jak kiedyś śmierć mojego dziadka chorego na raka
rozbijane o asfalt i płyty chodnikowe jęczały ostrym językiem szkła
że nie dane im było umrzeć kropla po kropli
że za szybko
że tak zupełnie bez sensu...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Niestety, przysiągłem sobie przeżyć samotnie resztę życia :) a co mnie do tego skłoniło
opowiada ten wierszyk:


Aby ukrócić dziwactwa:
świętych mnichów i innych,
którzy posiedli sztukę latania -
zaliczono od dziś do ptactwa.

Koniec z lataniem po mieście,
po sklepach... koniec zakupów!
Chyba, że chcesz człowiecze
dostać pod ogon ze śrutu:

Właśnie wróciłem do domu -
złamany nos! morda rozbita!
i czując się jak załoga
zestrzelonego Messerschmitta,
wytarłszy już krew z ust
zmieszaną z resztkami szminki -
przysiągłem sobie: "To koniec
z lataniem na dziewczynki..."


Tak to bywa Kaloszu jak człek łakomy na przygody;)nie zamykaj sie tylko jak pustelnik;)z tesknoty za wierszami płec piekna pomrze:) nie badź barbarzynca dobry czlowieku:):)pozdrawiam :)Beata
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



To bardzo skomplikowane. Jedni mówią, ze umarł, inni ze sfiksował bo się zakochał,
jeszcze inni, że nawrócił. Toteż poskładałem wreszcie do kupy (po nim)
wszystkie opinie na temat i wyszło mi takie coś:



150 lat temu, Charles Baudelaire włócząc się z rękami w kieszeniach po wezbranych słonecznymi strugami
ulicach Paryża, napotyka młodą kobietę uwięzioną w cienistych fałdach żałobnej falbany. Grom z jasnego nieba! -
tylko do tego można porównać ów dreszcz (bodziec) który przeszył młodego Karola.
Piękna nieznajoma pojawia się odtąd w jego snach, tuż przed obudzeniem się,
kiedy poprzez uniesione rzęsy na chwilę sen ociera się o jawę


Do przechodzącej

Miasto wokół mnie tętniąc huczało wezbrane.
Smukła, w żałobie, w bólu swym majestatyczna
Kobieta przechodziła, a jej ręka śliczna
Lekko uniosła wyhaftowaną falbanę.

Zwinna, szlachetna, z posągowymi nogami.
A ja piłem, skurczony, dziwaczny przechodzień,
W jej oku, niebie modrym, gdzie huragan wschodzi,
Rozkosz zabijającą i słodycz, co mami.

Błyskawica... i noc! Pierzchająca piękności,
Co błyskiem oka odrodziłaś moje serce,
Czyliż mam cię zobaczyć już tylko w wieczności?

Gdzieś daleko! Za późno! Może nigdy więcej!
Bo nie wiesz, dokąd idę, nie wiem, gdzieś przepadła,
Ty, którą mógłbym kochać, ty, coś to odgadła!


Charles Baudelaire
(tłum. Mieczysław Jastrun)




Wiele lat później de Wstrenty spacerując po Koninie (Wieprzowiny nie cierpiał!) przeżył podobną przygodę.
Jest to nieco zatarty epizod jego życia: może śliczną nieznajomą była Marysia Curie Skłodowska
pogrążona w żałobie po Piotrze? A może zamyślona młoda Wisława Szymborska której cyganka wywróżyła właśnie, że dostanie Nagrodę Nobla za co odtąd będzie dostawać od całej reszty Niezauważonych...

Co robi zakochany de Wstrenty? To akurat jest znane: pisze, Pisze... PISZE!
I dobrze, że rzecz dzieje się w te i we wte po Koninie, a nie dajmy na to w takim Piszu, bo cały Pisz by nam (Rodakom) wypisał!


- To ty?!
- Ja.
- Lecz miałeś kochany
być w Piszu, na delegacji?
- Ale wróciłem. Bo Pisz wypisany
jak ten na tobie gach po kolacji!


Ta dykteryjka de Wstrentnego skończyła się źle: Peel odsiaduje obecnie wyrok w więzieniu w Iławie, w mieście gdzie w Polsce na jednego
mężczyznę przypada najwięcej kobiet. Tak mówi statystyka a Peel wygląda przez zakratowane okienko i widzi to codziennie
sam na własne oczy. No może nie sam bo i współwięźniowie też to zauważają, może i oczy przez kilkanaście latek nie własne
a na państwowym utrzymaniu.
He he... - śmiej się dziadku z czyjegoś wypadku: wszyscy oni jak leci też nie zrozumieli w swoim czasie miłości
i zostali zwiedzeni na złą drogę...

Tu de Wstrentny zmienił temat i napisał postulat do Boga a Bóg akurat miał czas, przeczytał i ustosunkowując się doń przychylnie, przemówił:
"Wiesz co Wstrentny... nie zawracaj ty sobie więcej dupy babami, ja ci to mówię, Bóg! Czy słyszałeś kiedy, żeby mnie jakaś zwiodła,
owinęła sobie wokół palca? Ja SAM Jestem Miłością, więc jakże może baba zwieść Miłość - Miłość Samotną - Jedyną w szarym puzderku wszechświata?
Cała ta reszta to podróby: amory, ruje, cieczki, toki - Tohu Wabohu nieuleczalnych ciał."
I rozgadał się Bóg na Dobre i Złe i gderał tak do rana a de Wstrentny przytakiwał znad kartki głową, gdzieniegdzie się nie
zgodził, brak Wyobraźni wytknął to znowu zbytnią Nonszalanckość...

W nocy sąsiedzi źli jak wszyscy diabli poczęli szczotkami pukać w sufit i ściany, policję nad ranem wezwali:


Nazywam się Czarna Rozpacz.
Jestem dzielnicowym wiersza w którym mieszka obywatel de Wstrentny.
W nocy dnia tego a tego ja i księżyc pełniliśmy
- on niebo, ja służbę -
kiedy wezwano nas do ostatniej zwrotki
(wers 9 łamane przez 15).
Na miejscu zastaliśmy starego dziada:
klęczał na podłodze i przemawiał do obrazu.

A obraz ni razu.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dobrze, że umarł bo albo ja albo on! Zobacz sama, jakie świńskie
wierszyki co rusz znajduję w jego wyjściowych spodniach... co sobie ludzie
o mnie, jego rodzonej niesiostrze, pomyślą!



bym chciał pstrągiem...

tak mi właśnie spłynęło do zielonej głowy
że pstrągiem bym chciał zostać brzydkim potokowym
bym się schował przy jakimś omszałym kamieniu
i gapił się bym w ciebie gdy pluskasz w strumieniu

a ty byś mnie złapała w fikuśne majtusie
(tu bym prosił gorąco - te w czarne frędzlusie)
i w środku bym wyglądał nie jak potokowy
tylko śliczny bobaśny cudny pstrąg tęczowy!

a potem bym wesoło pluskał na oliwie
"i love you!" pięknie skwierczał w miłosnym porywie
w końcu ucichł spełniony w żądzach twojej śliny:
tak bym umarł dla ciebie - z twojej bym przyczyny...

Opublikowano

wiesz, Boskie Pantofelki, ten drugi wiersz strasznie mi pasuje ;) jakby o mojem stanie teraz, więc, nie tylko, że się podoba, ale też się z nim zgadzam i co gorsza, porusza coś, czego bałam się pomyśleć nawet, a tak jest. faktycznie, o miłości, to się nikomu nie mówi, dla własnego, tego, no.

a poza tym, cały cały cały cały ten wiersz bardzo dobrze zrobił mi na mózg. dzięki ;)

angela

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krakoski givre m'enchante ─── „Ah ! Comme la neige m'a délaissé, Lavé mon cœur de sa pluie... Parmi les jours engivrés, Je m'enivre de mon ennui... Je m'engivre de mon destin..." [Hors d'] Nad moim półmiastem niebo mrozem zamarło, Jak ta na szybie łza, Nad moim niekrajem śnieg śnieży tak, Że świata okno mgłą szron skrył, jak moje ciało, Jak szybę życia, w mrozu ogród spopielił w białość... [Res medium] Nad moim niemiastem niebo tętni niczym czerwca odpust. Niebo delikatne jak najnowszy nów, A o zachodzie rzeka szara hymn śpiewa w słońca blues – Tam śpiewa „Alleluja” even bruk. A ja chwytam je szczytem serca… Szukaj spokoju tam, gdzie są ci ofiarowani: Ten czerwiec, Miłosz, Mrożek, Lem, i… To niebo ołowiane… Ono ci Ojcem, a synem samotrzecim – ty… O, niemiasto me! Sponiewierałem cię w rozterce... Jest tam na zachodzie – żelaznych ptaków port, Na północy – łuna Kombinatu Toksycznych Zórz. Na południu – aluminium płonący kort, Na wschodzie – matecznik, puszcza puszcz, A pod stopami, zwiędłycu map gorszy sort... A tu – północnych zorzy łuna łun, Tu – zachodniego wiatru arktyczny szkwał, O wschodzie, rzeki rzek szał – Na południu – jezior, jezior, jezior szum, A ponad mną ptaków powrotny klucz… Szukam podniety tu, gdzie śnią niemożliwy sen: Wciąż luty, Atwood, Cohen i Arcand… Śnieg, śnieg, w śniegu świat, po świata kres… Ona dobrą macochą mi, ma compagnonne, ma femme, Ta ćwierćojczyzna ma.   Ô mal adresse! Grzeszysz absencją co dzień, (Ja, je manque à l'appel)…, Tu, w inazylu mym, w abstraktu zastygły chłód: Fale, co w stalaktyty roztrzaskują się o Saint Laurent, Niebo ponuro zwisłe (comme chez Arcand), Tu, w nienowym Brest, słońca blask krwawy jak Cronenberg, Jak fleuve, co rozbija się o brzegu głód, Jak nadzieje na Saint-Jean, co rozbijają się o świtu brzeg… „Znajdziesz w końcu ujście”, szeleści mego serca prąd… "Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że n i e j e s t e m s t ą d.” Tam, w Laskach mych, lawą tryska żar: Wisły fal, co w czerwca skwar lgną do Ojcowskich skał, Nieba płonącego jak tańczący w Czar Par, Słońca, co zacina się jak album Lady Pank, Jak anioł stróż o Pod Aniołem budy bar, Jak Smok, co od wieków nie przestaje ziać, Jak ci, co pod Adasiem zimnym wzrokiem będą wciąż z bukiecikiem stać… [Ars carnae] "Nigdy nie znajdziesz spokoju”, mówi Pismo. A Słowo odpowie: „Nic się już nie zmieni”, Więc wybacz swym demonom, że im coś nie wyszło, Że twoje przywary są z tej tu ziemi, Że Omnia Tua – to duszy letniość, Bo dzwon Zygmunta zagrzmi w te tony: „Chwileczkę, proszę, będzie pochwalony… Nie wiś u diabła rękawa wciąż, dbaj o duszy higienę, Ta historia z szewczykiem poszła… w zapomnienie"... Masz tu port-aero na Zachodzie (na życia uciechy), Na Wschodzie – kołyskę (choć wątpliwego…), Na Północy – mumię tego (wiecznie żywego), Na Południu – góry z góry (to za grzechy…)! I choć niebo skwarne to jak u Chełmońskiego, W Mieście Krakuff wszystko jest tak niezmienne, Jak fale opływające Most Piłsudskiego… „Wszędzie znajdziesz jakąś miłość, niby ukojenie” – Tak szepce wzruszeniem nad sztuk sztuką Ułamek-Ławica, „Wracaj do źródeł”, krzyczy rozumu Labrador… "Jesteś, skąd jesteś, nie ma dla ciebie miejsca na tej zmieni;” I arktycznym prądem przeszywa cię jak matador Świadomość ta, dotąd skryta w dni cieniu: "N i e j e s t e m s t ą d.” - Kerouac z Księżyca. Tu, w szpitalnego korytarza półmrok wpadł lodowaty Iqualuut wwiew: Fali Saint Laurent, co w grudniową noc lasi się do bazaltów Ex Machina, Nieba zamarłego jak więźniarki w Unité 9, Słońca, co jest puste jak poczta głosowa Dédé Fortin'a, Jak bar przy boulevard Hamel, gdzie diabeł się sam upija, Jak wieloryby w Tadoussac, którym w płetwach zaparło śpiew, Jak Sacrilège'u ostatni zew… [Ars carnae] "Wciąż tylko wiatru niepełny niepokój”, mówi człowiek. A świat odpowiada: „Za późno”, Więc nie daj diabłu zapomnieć, że zrobił za dobrą robotę, Że twoje przedmioty stoją po złej oceanu stronie, Że your słowiańska krew – tutaj żebrze na próżno, A Notre Dame des Âmes Perdus ten tekst wydzwoni: „Proszę nie czekać, ten kraj jest zastrzeżony… Uprasza się nie wydzwaniać po Anioła Stróża, Ten numer z Winnetou się zajął, jak w lesie róża." Mam tu autoport na Zachodzie (po przebiegu), Na Wschodzie – Atlantyk (ten od Atlantydy…), Na Północy – las les Laurentides (wiecznie w śniegu), Na Południu – Stany (zastane w dyby)… I choć niebo tu twarde tel un Riopelle, W Citadelle wszystko wciąż płynie w kierunku, Jak fale, co Pierre Laporte wzięły na cel, Jak niestała stal Pont de Québec (ciągle w obstalunku)... „Niby znajdziesz miłostkę, pół-upojenie tu” – Tak dyszy pełną piersią chóru z Baru Fou ostatnie westchnienie… „Wracaj do źródeł”, wonieje morału swąd… "Gdziekolwiek byle nie tu, w każdym innym kącie ziemi, nie kryję, że nie mam do ciebie przekonania, nie rozumiesz, w y m i s t ą d!" [Pièce de résistance] „Religia to pokój Boży” – głosi Księga… chyba na Początek, Lecz czasopismo prawdę powie ci: „Nic się nie zmieni, Bo twoje pragnienia i cały tlen na ziemi, Wszystko, co nosisz – nie jest warte twej kieszeni”… A co ze spokojem? Pytia spokojnie odpowie… I ma rację ona, nie Kasandra: Czy tu czy tam, będziesz tracił zdrowie, To po co ci za każdym razem stłuczona filiżanka? Szukaj więc miejsca, gdzie uwierzysz chyba, Że ten luty to nie twoja Kasandra, Lecz wiecznie ci obiecywana Aleksandria, A tamten czerwiec – nie liczy się w rejestr, jak Atlantyda... Choć niebo i tu, i tam, i u Ubu, Jest jak diament ogniste, twarde niczym płomień, A o zachodzie, Popiół-Dni cię wita: „Zapraszamy do klubu!”, A zaschły atrament parkietu telegrafuje: „Wolny pokój tobie...”, I nawet twój pokój ci powie: „Daj pokój”, A coraz pustsze mieszkanie odrzeknie: „Tak z boku!” [Dés serres] Ach! Jak pada śnieg! Me okno w szronu sad rozkwitło... Ach! Wątek dni się rozsnuwa! Nad niemoim miastem niebo martwe jest, Jak ta łza, co uniknęła mego pokoju świetlikiem. Ach! Osnowa nocy światłu sztabę zasuwa... Ach! Ciemność widzę! Skąd przyjechałem? Dokąd jadę? Mróz ściął me nadzieje wszystkie: Jestem Południowym Krzyżem – Porzucony przez Polarną Gwiazdę... Ach! Gdzież smak poutine? Tak tęskno, tęskno mi... Ach! Jak śnieży śnieg! Wśród mrozem skutych dni, Ach! Ściął się życia ścieg... Nie tak.. A mad moim Uhr sierpień w śpiew jak w śnieg brnie, W śmiech, co strzaskał Hadesu drzwi! Ach! Wątek snów światło otworzyło mi! Ach! Widzę jasno: Skąd przybywam, gdzie gnam! Żar rozjaśnił duszę mą: Jestem jak lipca skwar – A tyś – moją ciemną Gwiazdą... Ach! Ten Cracovii smak! Ach! To mój gwiezdny czas... Wśród nocy, szalony bieg Ach! Spiął się życia ścieg... Ach! Jaki słońca blask! Tak.. [Ars carnae] I choć w Neverland „Wszystko, co masz, wciąż przekwita” (Tak mówi ci do ucha fala, która rozbija się po porcie Οὐτοπία)... To: „W Śródmorzu nie Mieć, lecz Być Różą zakwita”; Tak śpiewa ci rozbitek tysiąca nocy Acquae Vitae: "سقطت في هاوية التعاسة" ───  
    • Starzec i dziecko siedzieli na brzegu strumienia, gdzie woda cicho płynęła między kamieniami. Wokół nich rosły bujne trawy, a w powietrzu unosił się zapach ziemi i wilgoci. Dziecko patrzyło w wodę, a jego oczy błyszczały od ciekawości. Zauważyło coś na dnie strumienia – coś, co wyglądało jak mały, złoty przedmiot. Zapytało, wskazując palcem na wodę: – Co to jest? Starzec uśmiechnął się łagodnie, spoglądając na błyszczący punkt w wodzie. – To, co widzisz, jest tylko odbiciem. Ale to, co widać w odbiciu, może być czymś więcej, jeśli pozwolisz swojej wyobraźni popłynąć z nurtem. Wyobraźnia jest jak woda, która płynie w strumieniu – nie zatrzymuje się na jednej rzeczy, nie twardnieje w jednym obrazie. To nie jest świat, który musimy dosłownie zobaczyć, ale przestrzeń, w której wszystko może stać się możliwe. Wyobraźnia nie zna granic, bo to ona wyznacza, co jest realne. Tak jak woda w strumieniu nigdy nie jest tym samym nurtem, tak i my, gdy pozwalamy swojej wyobraźni płynąć, możemy przejść przez miejsca, które w rzeczywistości nigdy by się nie zdarzyły. Możemy być wszędzie, gdzie tylko zechcemy – w świecie, który kształtuje się w naszych myślach, w przestrzeni, którą sami tworzymy. W wyobraźni kryje się nasza wolność, nasza zdolność do bycia kimś innym, do spojrzenia na świat w inny sposób, do twórczego kształtowania rzeczywistości. To ona daje nam odwagę, by marzyć, by wierzyć, że to, co niemożliwe, może stać się możliwe. Bo w wyobraźni nie ma ograniczeń. Ona jest jak strumień – płynie, zmienia koryto, rozlewa się w nowych miejscach. A my, jak dziecko, możemy ją obserwować, pozwalając jej prowadzić nas do odkrywania nowych światów, nowych prawd.  
    • Meł to Kaziu: ta tu, i za kotłem.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...