Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

MARZEC 1974
Budzi się w miejscu, które na pierwszy rzut oka mogłoby być rajem. Ale to nie raj, bo niebo, ta kopuła rozpięta nad ziemią, jest zbyt daleka, by mogła być prawdziwa. Więc przymyka powieki. Lodowaty chłód wody sączy się przez jego ubranie. Ale nie porywa go z powrotem.

Unosi rękę.
Ja żyję?
Ja żyję, żyję, żyję!
Cholernie boli mnie głowa.

Unosi drugą rękę. Ugina kolana.
Ja żyję.

Ale zanim ogarnie go chęć wykrzyczenia tej wieści całemu światu, unosi go jakaś brutalna siła. Stracił siłę w głosie. On jeszcze tego nie wie, ale tą brutalną siłą, która go porywa, są ramiona małżonków, którzy teraz wożą go do najbliższego szpitala. I znowu spada w dół. Następny obraz to szpital. Mimo ostrego światła z przyjemnością odbiera tę ostrość. Biel i zapach wypłukany od wszystkiego, a przez to silny i drażniący. Potem następuje czarna dziura.

- Operowaliśmy go i nie wiemy, kogo operowaliśmy – mówi młoda, zielonooka pani w białym kitlu, to znaczy pielęgniarka, do dużo starszego od niej kolegi po fachu.
- Czy to ważne? Przynajmniej, czy teraz to jest ważne? – Pyta lekarz.
- Śpi?
Mężczyzna spogląda na łóżko. Teraz twarz pacjenta, który na nim spoczywał, odżyła trochę. Teraz widzi, że jego tęczówki eksplodują zielenią. Ale on sam, pobladły, kontrastował z życiem w swoich oczach. Jak się pan nazywa? Ich weiß nicht, ich verstehe nicht, mamrocze pacjent. To chyba Niemiec! Twarz lekarza rozjaśnia się. Wkrótce sobie uświadamia, że jego niemiecki pacjent skrzywił twarz w grymasie. Ron! Rontje! – woła lekarz. Pojawia się rudy jegomość, zapewne jeszcze młodszy od zielonookiej pielęgniarki, prawdopodobnie dopiero co skończył medycynę.

- Słuchaj, Ron. Wiem, że mówisz po niemiecku. Porozmawiaj z tym panem, bo wygląda na to, że nie rozumie niderlandzkiego, a odpowiedział mi właśnie po niemiecku. Zapytaj go, kim jest, gdzie mieszka, jak się czuje, skąd jest, tak dla pewności... Nie mamy co z nim zrobić.

Starszy lekarz odchodzi. Młody dostrzega badawcze spojrzenie pacjenta. Przełyka ślinę, mówi.

- Czy pamięta pan, jak się pan nazywa? - Gryzie się język. Skąd mu to przyszło do głowy? Zupełnie inaczej miał zadać swoje pytanie.
- Nie – lekarza oblatuje dreszcz.
- Gdzie pan się znajdował, kiedy pan odzyskał przytomność?
- Woda. Morze.
- Przedtem nic?
- Nic.

Pacjent uśmiecha się chytrze, jakby był zadowolony ze swojego stwierdzenia. To rudowłosego lekarza jeszcze bardziej przeraziło. Milczy. Tyle go uczono na studiach medycznych. Neurologię, zdawało mu się, znał jak własną kieszeń. Ale nie nauczono go jednego, rozmawiania z ludźmi. Szczególnie z takimi, którym skasowano pamięć. Olśnienie. Wziął kartkę, flamaster i podał pacjentowi. Niech pan coś narysuje. Coś, co powie jak najwięcej o panu – mówi i odchodzi.

A mężczyzna czuje się osaczony przez własny, dziwaczny umysł. Jakkolwiek dziurawy, wydawało mu się niedorzeczne, że nie mógł sobie przypomnieć żadnego szczegółu. Przecięto taśmę z negatywem jego filmu. Roztrzęsiony, zaczął na niewielkiej kartce kreślić jeden, niewielki strzępek w jego pamięci.
Klawisz po klawiszu. Czerń, biel, drewno. W marzeniach wodzi opuszkami palców po gamie C-dur. Słyszy, czuje to w kościach, dźwięki rozchodzą się po jego umyśle jak dreszcze po ciele. I kreśli struny, które tak kochał oglądać. Czarnym flamastrem wypełnia górne klawisze. Oto wszystko, co mógł powiedzieć rudemu lekarzowi. Wszystko, co mu zostało, ostatni bastion i skrawek ograbionej pamięci. Delikatnymi palcami przyciska jeden ze stworzonych przez siebie białych klawiszy. Bez dźwięku. Wzdycha rozczarowany. Teraz, ślizgając flamastrem po papierze, tworzą się długie, zgrabne nogi. Znów na twarzy mężczyzny zjawia się zamglony uśmiech. Szybko niknie, gdy jego głowę przeszywa ból. Jakby był igłą, na którą nawleka się ostrą, drucianą nić. Kartka i flamaster upadają na podłogę. A on na biały puch. Usypia w bólu i półmroku pomarańczowego nieba, zamkniętego w ramie okna.

Kiedy spał, obserwował statki mijające się nocą. Niebo, pokryte czarnym atramentem, rozjaśniał jasny punkt latarni morskiej. Znów obmywało jego ciało przeszywające zimno. Siedział na szczycie tej latarni i górował nad okrętami. Poczuł, że jest maleńkim, namalowanym białą farbą punktem na czarnym pergaminie.

Dokąd odeszłaś?
Brak odpowiedzi.
Wrócisz do mnie? Po mnie?
Daj mi chociaż znak. Znak istnienia.

I nagle drży, ale już nie z zimna. O jego skórą musnęła miękka dłoń. Pierwszy raz ktoś go dotknął, pomyślał, ale dłoń ta była mu znajoma. Zanim obrócił się, by móc ujrzeć twarz człowieka o tej dłoni, schylił się. Drakońskie prawa fizyki złapały go za ręce. Wciągnęły go w powietrze, spadał z niebiańską lekkością, a zarazem piekielnym ciężarem. Ostatnia myśl, W zimie żar pali mnie, w lecie – wiatr mrozi. I tak jakby krew odpływała z jego ciała. A toń ciemnego, lśniącego tuszu wciąga go z pluskiem. Traci oddech. Po stronie życie, po stronie światła, po stronie śmierci? Cisza.

Wpatruje się w budzącego się pacjenta, ta sama, zielonooka pielęgniarka i jeszcze nieznajoma jemu lekarka. Pański fortepian – mówi nieco „zmieloną” niemczyzną lekarka – piękny. Pacjent posyła obu kobietom najcieplejszy uśmiech, na jaki mógł się zdobyć. Pan jest pianistą? – ciągnie lekarka. Mężczyzna kiwa głową. A czuje się pan na siłach, żeby nam zagrać? Nie czuje, ale mimo wszystko potakuje. Pielęgniarka podaje mu rękę. Jest ciepła, zupełnie jak w tym śnie... Prowadzą przez wieczorne korytarze maleńkiego szpitala. Sunie powoli, jeszcze senny, ale rozbudza go płynąca w jego krwi ekscytacja. Ale nie okazuje podniecenia. Zachowuje chłodną twarz, aż do momentu, kiedy widzi niewielką salkę, zagraconą książkami. A pomiędzy półkami on, jego wysokość fortepian, czarny, szlachetnie lśniący. Z namaszczeniem, miękko stąpa po podłodze i odsuwa krzesło. Kobiety z zachwytem patrzą, jak pacjent dokonuje ceremoniału otwarcia klapy. Unosi ją z przesadną wręcz delikatnością, by potem zetrzeć zieloną ściereczką kurz z klawiatury. Przez głowę pielęgniarki przechodzi myśl, że po fortepianie kobiecego ciała z pewnością ktoś taki wodziłby nie gorzej. Szybko uznaje tę myśl za niedorzeczną. Mężczyzna sprawdzał nastrojenie instrumentu. Prosimy, szepcze lekarka.

Niewiele myśląc, zaczął grać jeden z preludiów Siergieja Rachmaninowa. Najpierw z uświęconą miękkością wydobywał dźwięki, by w środku utworu z lubością sadysty uderzać klawisze i wywoływać burzę. Pokój był zamknięty, ale wściekłe takty apogeum dzieła rosyjskiego mistrza przyciągnęły kilku pacjentów pod drzwi. Gdy kończy, w powietrzu rozpływa się dźwięk ostatniego klawisza. W sali jeszcze minutę nad pacjentem, lekarką i pielęgniarką zawisała gęsta cisza. Nieprzeciętny – unosi brew pierwsza z nich. To geniusz – mówi podekscytowana pielęgniarka. Uspokój się, zgasiła koleżankę lekarka. Mężczyzna oddycha z ulgą. Ku zdziwieniu swojej dwuosobowej publiczności, znów zaczyna grać, tym razem Sonatę Księżycową Beethovena. Uderza klawisze z wystudiowaną delikatnością wydobywając senne dźwięki sonaty, a jego twarz wydaje się być wyprana z emocji. Najprawdopodobniej wszystkie uchodzą do jego dłoni, a w nich jest ocean uczuć. Od chłodu, po namiętność Rachmaninowa, do senności Beethovena. Po chwili twarz pacjenta wyglądała tak, jakby sama zapadła w sen. Tak pięknie się złożyło, że za oknem wisiał księżyc w pełni, a on grał kołysankę.

Nuty rozpływały się w gęstym powietrzu, ulegały dyfuzji, rozpylały się w ścianach pomieszczenia i miękko zanikały, wprawiając resztę kawałek tego świata w głęboki sen.
Od tej pory, do momentu, gdy dowiedziano się, kim jest, nikt w szpitalu nie zwrócił się do tego mężczyzny inaczej, niż Pianista.


(ode mnie - jestem młodą osóbką, która chciałaby wierzyć, że potrafi pisać. wybijcie mi to z głowy, lub zachęćcie mnie do tego. wybór nalezy do Was)

Opublikowano

Hm... masz pianistę. Fajnie, tylko co z tego? Z tym pianistą dzieje się co nieco, więc jest jeszcze lepiej, ale wciąż jest to historyjka dla historyjki. Ja bym chciała ciąg dalszy, jakieś wydarzenie, pointę. Jakiś przekaz jest potrzebny. Masz pomysł, więc pracuj nad nim, aż go dopracujesz. Ja radzę rozwinąć, dodać coś jeszcze. Jak na razie - nie najgorzej ;)
Pozdrawiam
Zuźka ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   24 czerwca 2023

       

        Przeżyłam. Myślałam, że umrę, ale przeżyłam. Gdyby mama nie trzymała mnie za rękę, byłabym pewna, że już jestem martwa.

        Kiedy ratownicy weszli do domu, wszystko wydawało się snem. Głosy się rozlewały. Z ledwością podnosiłam powieki. Czułam spalony szpinak, który gotowałam chwilę wcześniej. Pytali mnie, co brałam. Nie byłam w stanie im powiedzieć. Język mi spuchł, a ciało zesztywniało. Na noszach znosili mnie do karetki. To był trzeci raz, jak jechałam karetką, ale pierwszy na sygnałach.

        Na SORze odzyskałam mowę. 

        - Fenibut - powiedziałam lekarzom.

        Do tej pory mnie trochę bawi, że musiałam im tłumaczyć, co to jest. Znalazłam to gdzieś w internecie. Pisali, że to sowiecki lek uspokajający, neuroprzekaźnik receptorów GABA. Miał działać jak pregabalina. UWIELBIAM pregabalinę. To prawie jak alkohol, ale jest lepsza. Nie chodzi się po niej na skos i nie sepleni jak kaleka.  

        Chyba powinnam się przedstawić. Cześć, jestem Laura, a to jest mój dziennik. Mam dwadzieścia lat i jedyne osiągnięcie na moim koncie to wygranie konkursu recytatorskiego w pierwszej klasie liceum. Jestem ćpunką. Ale nie taką zwykłą, co bierze wszystko jak leci. Nie, ja lubię wiedzieć. O wszystkim, co biorę, czytam. Wiem, jak co działa, z czego jest zbudowane i jakie są konsekwencje ćpania tego. To ważna wiedza, gdyby coś poszło nie tak (wczoraj poszło k o s m i c z n i e źle). Szkoda, że nigdy nie byłam dobra z chemii. Tak to bym poszła na studia. Może w przyszłości stałabym się drugą Lori Arnold albo Walterem White’em. W sumie mogłabym iść na ASP, tyle że ciotki mi powtarzały, że po tym to tylko malowanie portretów na Krupówkach.

        Nie wiem, czy ktokolwiek poza mną przeczyta ten dziennik, ale jeśli tak - niech uczy się na moich błędach. Narkotyki to ścierwo, a ja zrozumiałam to za późno. Teraz leżę w psychiatryku i wątpię, że szybko mnie wypuszczą. 

        Zadomowiłam się na oddziale. Nie jest najgorzej. Pielęgniarki są miłe, uśmiechają się do mnie, kiedy przychodzę po papierosa. Nie możemy ich trzymać przy sobie, wydzielają nam po jednym co godzinę i to jest najbardziej przejebane. Jedzenie też mają dobre, nie to, co na innych oddziałach. Kiedy leżałam na nefrologii, dawali same pomyje.

        Miałam w planach przespać cały pobyt tutaj i obudzić się, gdy odejdą głody. Staram się nie myśleć o kreskach i blantach, ale one same do mnie przychodzą. I Dawid nie pomaga. Jeszcze trzy dni temu piliśmy razem wódkę, a teraz jest tu razem ze mną, bo pomieszał perazynę z alkoholem i fetą. Twierdzi, że ledwo go odratowali, ale ja wiem, że buja. Mógł co najwyżej dostać niewydolności wątroby. A zamknęli go, bo jest po prostu pieprznięty.

        Przed chwilą wołali na leki. Teraz papieros. Dają mi te same tabletki, co przepisał mi psychiatra, tylko dawkę zwiększyli. Przyjmuję to z ulgą, bo będzie się lepiej spało. 

        Kończy się pierwszy dzień mojej trzeźwości. To przerażające. Odkąd pamiętam, jestem na haju. Zawsze załatwię sobie pieniądze. Jeśli nie biorę od mamy, to daje mi babcia. Do tej pory nie wiedziały, na co wydaję. Żle, że się dowiedziały. Nie, nie mogę tak myśleć. Przecież chcę z tego wyjść. Kurwa, Laura, tak będzie dla ciebie lepiej, zrozum to wreszcie!

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • RZEŹBIARZ SŁÓW   Słowa grube i nieociosane bez obrazu i jakieś bez fantazji, niebyłe, te, które się rodzą samotnie gdzieś nad ranem w głowie bezdomnego poety, są tylko gwiezdnym pyłem.   Dłutem pióra zryte bezlitośnie, z krwawych wiór się otrząsają powoli, czasem się wynurzają z zachwytem, innym razem ze wstydem gasną gdzieś w kącie powoli.   A rzeźbiarz rozhulany w swej samolubnej pasji, tnie tępo i układa niezrozumiałe wyrazy, nieważne czy ktoś je obudzi z ciepłem do życia, on rzeźbi piórem zbolałym, i serca delikatne parzy.   Wiór ściele się gęsto pod krytyki butem, czasem słowo sękiem grubym się ze strachem broni, on już nie dba o zbędne detale, o już wie, jaka myśl się na bieli kartki strachliwej wyłoni.   Nagle wrażliwość chwyta aroganta za serce, być może zmarnował z słów myśli surowe, już za późno gdy rylec pióra złamany bólem, już na karcie obraz oprawcy gotowy.   Bogdan Tęcza.
    • @Tectosmith szokować?  Chyba mnie przeceniasz  @Waldemar_Talar_Talar dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Amber bardzo dziękuję Bursztynku za czytanie @tie-break myślę że w czasach które opisuję postrzeganie miłości bliskości było nieco inne  Ludzie znacznie bardziej skupiała się na cielesności niż na emocjach  Dziękuję za tak fantastyczny komentarz  Bardzo mnie cieszy Twoja obecność pod moimi tekstami  Pozdrawiam serdecznie
    • @Tectosmith

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Moja opinia o wrzuconym wierszu nie jest pewnikiem, tylko wyłącznie moją subiektywną opinią. Jeśli masz inną, po prostu to napisz. 
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      To jest naprawdę dobre - wskazujesz mnie jako osobę nie rozumiejącą tego, co napisałeś:      To napisałeś Ty i wiem (serio), że chodzi o to, że jesteś autorem książki i prawie tysiąca tekstów.      Autorce podoba się bardzo wiele i nie wnikam w jej gusta.      A niby dlaczego? Dlaczego mam nie kwestionować Twojego osądu? Dlaczego miałbym przyjmować Twoje słowa za pewnik?  Jak już napisałem - bycie autorem zobowiązuje do utrzymania spójności w przekazie. 
    • senne imaginacje jak szum zielonego morza i kłosy na dłoni...   ze wszystkich stron czuję puls i oddech   drżenie po zmroku duchy zjawy upiory uklękły oszronione pajęczyną próbują  zwrócić na siebie uwagę   za kilka sreber  rozłożona  na świeżym śniegu  przy ulicy świętej zziębniętej kurwy nędzy   radość  podzielona na wiele osób jak papierowe lampiony  przebija błękit nieba i szybko gaśnie   życie czasami lubi żarty  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...