Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

MARZEC 1974
Budzi się w miejscu, które na pierwszy rzut oka mogłoby być rajem. Ale to nie raj, bo niebo, ta kopuła rozpięta nad ziemią, jest zbyt daleka, by mogła być prawdziwa. Więc przymyka powieki. Lodowaty chłód wody sączy się przez jego ubranie. Ale nie porywa go z powrotem.

Unosi rękę.
Ja żyję?
Ja żyję, żyję, żyję!
Cholernie boli mnie głowa.

Unosi drugą rękę. Ugina kolana.
Ja żyję.

Ale zanim ogarnie go chęć wykrzyczenia tej wieści całemu światu, unosi go jakaś brutalna siła. Stracił siłę w głosie. On jeszcze tego nie wie, ale tą brutalną siłą, która go porywa, są ramiona małżonków, którzy teraz wożą go do najbliższego szpitala. I znowu spada w dół. Następny obraz to szpital. Mimo ostrego światła z przyjemnością odbiera tę ostrość. Biel i zapach wypłukany od wszystkiego, a przez to silny i drażniący. Potem następuje czarna dziura.

- Operowaliśmy go i nie wiemy, kogo operowaliśmy – mówi młoda, zielonooka pani w białym kitlu, to znaczy pielęgniarka, do dużo starszego od niej kolegi po fachu.
- Czy to ważne? Przynajmniej, czy teraz to jest ważne? – Pyta lekarz.
- Śpi?
Mężczyzna spogląda na łóżko. Teraz twarz pacjenta, który na nim spoczywał, odżyła trochę. Teraz widzi, że jego tęczówki eksplodują zielenią. Ale on sam, pobladły, kontrastował z życiem w swoich oczach. Jak się pan nazywa? Ich weiß nicht, ich verstehe nicht, mamrocze pacjent. To chyba Niemiec! Twarz lekarza rozjaśnia się. Wkrótce sobie uświadamia, że jego niemiecki pacjent skrzywił twarz w grymasie. Ron! Rontje! – woła lekarz. Pojawia się rudy jegomość, zapewne jeszcze młodszy od zielonookiej pielęgniarki, prawdopodobnie dopiero co skończył medycynę.

- Słuchaj, Ron. Wiem, że mówisz po niemiecku. Porozmawiaj z tym panem, bo wygląda na to, że nie rozumie niderlandzkiego, a odpowiedział mi właśnie po niemiecku. Zapytaj go, kim jest, gdzie mieszka, jak się czuje, skąd jest, tak dla pewności... Nie mamy co z nim zrobić.

Starszy lekarz odchodzi. Młody dostrzega badawcze spojrzenie pacjenta. Przełyka ślinę, mówi.

- Czy pamięta pan, jak się pan nazywa? - Gryzie się język. Skąd mu to przyszło do głowy? Zupełnie inaczej miał zadać swoje pytanie.
- Nie – lekarza oblatuje dreszcz.
- Gdzie pan się znajdował, kiedy pan odzyskał przytomność?
- Woda. Morze.
- Przedtem nic?
- Nic.

Pacjent uśmiecha się chytrze, jakby był zadowolony ze swojego stwierdzenia. To rudowłosego lekarza jeszcze bardziej przeraziło. Milczy. Tyle go uczono na studiach medycznych. Neurologię, zdawało mu się, znał jak własną kieszeń. Ale nie nauczono go jednego, rozmawiania z ludźmi. Szczególnie z takimi, którym skasowano pamięć. Olśnienie. Wziął kartkę, flamaster i podał pacjentowi. Niech pan coś narysuje. Coś, co powie jak najwięcej o panu – mówi i odchodzi.

A mężczyzna czuje się osaczony przez własny, dziwaczny umysł. Jakkolwiek dziurawy, wydawało mu się niedorzeczne, że nie mógł sobie przypomnieć żadnego szczegółu. Przecięto taśmę z negatywem jego filmu. Roztrzęsiony, zaczął na niewielkiej kartce kreślić jeden, niewielki strzępek w jego pamięci.
Klawisz po klawiszu. Czerń, biel, drewno. W marzeniach wodzi opuszkami palców po gamie C-dur. Słyszy, czuje to w kościach, dźwięki rozchodzą się po jego umyśle jak dreszcze po ciele. I kreśli struny, które tak kochał oglądać. Czarnym flamastrem wypełnia górne klawisze. Oto wszystko, co mógł powiedzieć rudemu lekarzowi. Wszystko, co mu zostało, ostatni bastion i skrawek ograbionej pamięci. Delikatnymi palcami przyciska jeden ze stworzonych przez siebie białych klawiszy. Bez dźwięku. Wzdycha rozczarowany. Teraz, ślizgając flamastrem po papierze, tworzą się długie, zgrabne nogi. Znów na twarzy mężczyzny zjawia się zamglony uśmiech. Szybko niknie, gdy jego głowę przeszywa ból. Jakby był igłą, na którą nawleka się ostrą, drucianą nić. Kartka i flamaster upadają na podłogę. A on na biały puch. Usypia w bólu i półmroku pomarańczowego nieba, zamkniętego w ramie okna.

Kiedy spał, obserwował statki mijające się nocą. Niebo, pokryte czarnym atramentem, rozjaśniał jasny punkt latarni morskiej. Znów obmywało jego ciało przeszywające zimno. Siedział na szczycie tej latarni i górował nad okrętami. Poczuł, że jest maleńkim, namalowanym białą farbą punktem na czarnym pergaminie.

Dokąd odeszłaś?
Brak odpowiedzi.
Wrócisz do mnie? Po mnie?
Daj mi chociaż znak. Znak istnienia.

I nagle drży, ale już nie z zimna. O jego skórą musnęła miękka dłoń. Pierwszy raz ktoś go dotknął, pomyślał, ale dłoń ta była mu znajoma. Zanim obrócił się, by móc ujrzeć twarz człowieka o tej dłoni, schylił się. Drakońskie prawa fizyki złapały go za ręce. Wciągnęły go w powietrze, spadał z niebiańską lekkością, a zarazem piekielnym ciężarem. Ostatnia myśl, W zimie żar pali mnie, w lecie – wiatr mrozi. I tak jakby krew odpływała z jego ciała. A toń ciemnego, lśniącego tuszu wciąga go z pluskiem. Traci oddech. Po stronie życie, po stronie światła, po stronie śmierci? Cisza.

Wpatruje się w budzącego się pacjenta, ta sama, zielonooka pielęgniarka i jeszcze nieznajoma jemu lekarka. Pański fortepian – mówi nieco „zmieloną” niemczyzną lekarka – piękny. Pacjent posyła obu kobietom najcieplejszy uśmiech, na jaki mógł się zdobyć. Pan jest pianistą? – ciągnie lekarka. Mężczyzna kiwa głową. A czuje się pan na siłach, żeby nam zagrać? Nie czuje, ale mimo wszystko potakuje. Pielęgniarka podaje mu rękę. Jest ciepła, zupełnie jak w tym śnie... Prowadzą przez wieczorne korytarze maleńkiego szpitala. Sunie powoli, jeszcze senny, ale rozbudza go płynąca w jego krwi ekscytacja. Ale nie okazuje podniecenia. Zachowuje chłodną twarz, aż do momentu, kiedy widzi niewielką salkę, zagraconą książkami. A pomiędzy półkami on, jego wysokość fortepian, czarny, szlachetnie lśniący. Z namaszczeniem, miękko stąpa po podłodze i odsuwa krzesło. Kobiety z zachwytem patrzą, jak pacjent dokonuje ceremoniału otwarcia klapy. Unosi ją z przesadną wręcz delikatnością, by potem zetrzeć zieloną ściereczką kurz z klawiatury. Przez głowę pielęgniarki przechodzi myśl, że po fortepianie kobiecego ciała z pewnością ktoś taki wodziłby nie gorzej. Szybko uznaje tę myśl za niedorzeczną. Mężczyzna sprawdzał nastrojenie instrumentu. Prosimy, szepcze lekarka.

Niewiele myśląc, zaczął grać jeden z preludiów Siergieja Rachmaninowa. Najpierw z uświęconą miękkością wydobywał dźwięki, by w środku utworu z lubością sadysty uderzać klawisze i wywoływać burzę. Pokój był zamknięty, ale wściekłe takty apogeum dzieła rosyjskiego mistrza przyciągnęły kilku pacjentów pod drzwi. Gdy kończy, w powietrzu rozpływa się dźwięk ostatniego klawisza. W sali jeszcze minutę nad pacjentem, lekarką i pielęgniarką zawisała gęsta cisza. Nieprzeciętny – unosi brew pierwsza z nich. To geniusz – mówi podekscytowana pielęgniarka. Uspokój się, zgasiła koleżankę lekarka. Mężczyzna oddycha z ulgą. Ku zdziwieniu swojej dwuosobowej publiczności, znów zaczyna grać, tym razem Sonatę Księżycową Beethovena. Uderza klawisze z wystudiowaną delikatnością wydobywając senne dźwięki sonaty, a jego twarz wydaje się być wyprana z emocji. Najprawdopodobniej wszystkie uchodzą do jego dłoni, a w nich jest ocean uczuć. Od chłodu, po namiętność Rachmaninowa, do senności Beethovena. Po chwili twarz pacjenta wyglądała tak, jakby sama zapadła w sen. Tak pięknie się złożyło, że za oknem wisiał księżyc w pełni, a on grał kołysankę.

Nuty rozpływały się w gęstym powietrzu, ulegały dyfuzji, rozpylały się w ścianach pomieszczenia i miękko zanikały, wprawiając resztę kawałek tego świata w głęboki sen.
Od tej pory, do momentu, gdy dowiedziano się, kim jest, nikt w szpitalu nie zwrócił się do tego mężczyzny inaczej, niż Pianista.


(ode mnie - jestem młodą osóbką, która chciałaby wierzyć, że potrafi pisać. wybijcie mi to z głowy, lub zachęćcie mnie do tego. wybór nalezy do Was)

Opublikowano

Hm... masz pianistę. Fajnie, tylko co z tego? Z tym pianistą dzieje się co nieco, więc jest jeszcze lepiej, ale wciąż jest to historyjka dla historyjki. Ja bym chciała ciąg dalszy, jakieś wydarzenie, pointę. Jakiś przekaz jest potrzebny. Masz pomysł, więc pracuj nad nim, aż go dopracujesz. Ja radzę rozwinąć, dodać coś jeszcze. Jak na razie - nie najgorzej ;)
Pozdrawiam
Zuźka ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...