Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

zwiedzam strzępki własnej fotografii
wśród idących naprzód wyznawców sensu
wspominam wszystkie pakty wzajemnego stworzenia
w zdumionych salach jawy i na wiernych traktach rutyny
w zagłębieniu liścia przez tnącą skórę kamienia

w katedrze zamkniętych powiek i wspólnych obietnic

jeszcze raz powtarzam dłonią ciepło materiału
żeby wśród cisz płynących i symfonii nieba
nie zgubić własnej kwestii powtarzam w milczeniu
odwieczne zaklęcie jestem nie gubię żadnej głoski

jeśli to jest odchodzenie wiedz że pamiętam
wszystkie dane słowa dłonie w których obleczony jawą
składałem powietrze czas i światło wszystkie myśli

powtarzam uparcie ziarno fioletu obłoczek wina
kilka cudzych westchnień w wieczornym pejzażu

to już nieistotne dokąd pójdę co będzie
po drugiej stronie fotografii po drodze
patrzę na ciąg dalszy w którym nie ma śladu

Opublikowano

Z przekory dałabym minusa, ale utraciłam przekorny nastrój, więc jednak odmówię sobie tej przyjemności ;P

Czy jadłeś kiedyś ptasie mleczko z musem czekoladowym albo galaretkę o smaku przebiśniegów

i czy wiesz, co po czesku oznacza "tycinka z kokosovą prychutką"

zabrali mi "Piknik pod wiszącą skałą", to znaczy nie wiem czy zabrali, ale nie ma go w komputerze...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Miła Pani, może jakaś translacja bo bardzo mnie ciekawi co to ta "tycinka". Mam wprawdzie Czeskie Centrum 30 m obok mojego miejsca pracy i mógłbym wyskoczyć i dowiedzieć się od braci Czechów ale chyba wolę ze źródła - nie wiem czy ta Pani przekora nie kryje czegoś podejrzanego (związanego z "tycinką"). Jeszcze bym się wygłupił :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...