Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przyjechał w południe. Najpierw pod jego nowy dom podjechała nieduża, ale wyładowana po brzegi ciężarówka, przykryta atramentowoniebieską plandeką. Dwóch spoconych mężczyzn przez godzinę, w największym upale, wyciągało spod tej plandeki owinięte przedwojennymi gazetami i strzępkami bezbarwnej tkaniny przedmioty najróżniejszych kształtów i rozmiarów, ustawiało je na trawniku przed domem, a potem wnosiło do środka. Było tych przedmiotów stanowczo zbyt wiele, jak na kogoś, kto podobno przyjechał tylko na kilka miesięcy, a jednocześnie stanowczo zbyt mało jak na kogoś, kto (tak o nim mówili) po dziesięciu latach zamorskich podróży powracał w rodzinne strony.
Później okazało się, że jeden z mężczyzn był jego kolegą ze szkolnej ławy, a drugi – no właśnie – drugi nie był nikim innym, jak tylko nim we własnej osobie, Janem Grzegorzem Twardowskim, synowcem starego Barana.
A zaczęło się od tego, że – tak tak – stary Baran postanowił wyjechać do Ameryki, żeby odwiedzić swojego przyrodniego brata; razem z nim wyjechała jego małżonka, wójtowa-matka; ich dom miał zatem przynajmniej na kilka miesięcy zostać pusty. Sytuację tę postanowił wykorzystać Jan Grzegorz Twardowski, syn przyrodniego brata starego Barana, za młodu marynarz, podówczas podróżnik i wynalazca, a przez całe życie: ladaco, lekkoduch i zatwardziały kawaler.
Jak to zwykle w takich wypadkach bywa, okoliczne panny na wydaniu (nie wyłączając mojej siostry) wiązały z pojawieniem się tajemniczego przybysza pewne nadzieje; ich zderzenie z rzeczywistością okazało się jednak nad wyraz bolesne. Jan Grzegorz nie okazał się bynajmniej ogorzałym marynarzem o umięśnionych ramionach pokrytych sinymi tatuażami, lecz przeciwnie: małym, pękatym i łysawym człowieczkiem dobiegającym pięćdziesiątki, o rozbieganych oczkach, kartoflanym nosie i potrójnym podbródku.
Twardowski mieszkał w Dobrej Polskiej Okolicy dokładnie cztery lata – ani dnia krócej i ani dnia dłużej. A co się przez ten czas działo – o tym opowiadałoby się do dzisiaj, gdyby tylko dało się opowiedzieć. Mnie samemu całą historię udało się zrekonstruować na podstawie szczątkowych przekazów ustnych, własnych niewyraźnych wspomnień – no i znanych mi z osobistego doświadczenia faktów. Opowiem zatem, jak było, a postaram się przy tym zachować kronikarski obiektywizm.
Przez pierwsze miesiące było dość spokojnie. Twardowski nie integrował się z Dobrą Polską Społecznością Lokalną, nie chadzał do kościoła, w ogóle rzadko wychodził z domu; wszelkie próby budowania sąsiedzkich więzi spełzały na niczym, bo choć odpowiadał na “dzień dobry”, ba, nierzadko sam kłaniał się pierwszy, nie sposób było nawiązać z nim dłuższą rozmowę, wypytać o zdrowie, o pogodę, stan cywilny i poglądy polityczne.
Mówili, że cudzoziemiec, że obco się czuje, że pewnie zaraz wyjedzie, żeby machnąć ręką, nie przejmować się. Ale Twardowski coraz rzadziej wychodził i coraz dłużej nie wyjeżdżał.
Prawdziwe dziwactwa objawiły się dopiero potem, na jesieni. Twardowski zaczął jeździć po Dobrej Polskiej Okolicy welocypedem. Wyjeżdżał zawsze w południe, w kierunku miasta, a wracał późnym wieczorem. Później z welocypedu przesiadł się na osobliwy jednośladowy pojazd silnikowy, przypominający już to psa, już to wydrę, który w czasie jazdy burczał tak, jak nie burczało nic innego na całym świecie. Jeszcze później zamienił ów przedziwny pojazd na sui generis bolid, którego wygląd przywodził na myśl ogromne, płonące cygaro, a pachniał – jak powiadali starsi, zbukiem, lub, co bardziej chyba przemówi do współczesnego czytelnika – siarkowodorem.
Po roku zaczął przywozić z miasta Jasną, tą piękną Jasną, o której nie sposób mówić i myśleć inaczej niż z rozmarzeniem. Jasna była bowiem po prostu ożywionym męskim marzeniem, arcylaską, ucieleśnieniem samczych żądz i pragnień, była zjawiskiem, jakiego Dobra Polska Okolica nie widziała nigdy przedtem ani potem; była boskim awatarem, była aniołem i diabłem w jednej osobie, była pieśnią nad pieśniami, była esencją wyuzdania i rozpusty, była tryumfującą Nike, warszawską syrenką też była i wszystkimi siedmioma cudami świata była, i Kopciuszkiem, i Królewną Śnieżką, i Marylin Monroe, i Violettą Villas, i wyłaniającą się z fal Wenus, i Kleopatrą, i powiedzieć to wszystko o niej, to wciąż jakby nic nie powiedzieć. Była Jasną.
Nikt nie wiedział, jak ma na imię, ale wszyscy nazywali ją po prostu Jasna – taka od niej biła wewnętrzna światłość, przedziwna mleczna łuna. Włosy miała złote, oczy niebieskie, a ciało najdoskonalsze z tych, jakie można sobie wyobrazić. Nosiła zawsze żółte sukienki, niezależnie od pory roku – i idę o zakład, że wszędzie tam, gdzie Jasna się pojawiła, żółta sukienka stawała się dla mężczyzn symbolem seksu, a dla kobiet obiektem dzikiej nienawiści.
Przez długie tygodnie rozmawiano tylko o niej. Chłopcy zakładali się o to, czy i jaką nosi bieliznę. Młodzi kawalerowie chełpili się przed kolegami, ileż to razy Jasna na nich nie spojrzała; niektórzy utrzymywali nawet, że mrugnęła do nich, lub – czemu już zupełnie nikt nie dawał wiary – na ich widok prowokująco przesunęła różowym językiem po górnej wardze. Starsi czasem tylko, utkwiwszy wzrok w jakimś odległym punkcie, gdzieś za kuflem piwa, wzdychali: “Ech, gdyby tak z Jasną...”.
Kobiety natomiast – niezależnie od wieku i stanu cywilnego – prześcigały się w wynajdywaniu mankamentów jej urody (wszystkie, naturalnie, były tylko tworami ich imaginacji). Wszystkie zgadzały się, że Jasna ma krzywe nogi, tłustą plamę na sukience, cuchnący oddech, rozbieżnego zeza, że jej piersi są w rzeczywistości znacznie mniejsze, niż się wydaje; wiele twierdziło, że widziało, jak wiatr zwiał jej z głowy perukę, a te najbardziej zawistne, gdy ktoś wspomniał jej imię, dawały popis nieudanego aktorstwa: marszczyły brwi, jakby szukały czegoś w pamięci, a po chwili pytały: “Jasna? Ta z grubą dupą?”.
Jednocześnie wśród kobiet znacznie wzrosły notowania Jana Grzegorza Twardowskiego. Co bardziej zuchwałe spacerowały wokół jego domu w niedzielnych ubraniach, czekając, aż wyprowadzi z garażu jeden z cudownych pojazdów, by móc uśmiechnąć się do niego. On jednak w ogóle nie zważał na nie, dla niego na całym świecie istniała już tylko Jasna.
Dla niej skonstruował nowe, dwuosobowe wersje swoich osobliwych wehikułów. I tak: welocyped przerobił na dwuosobowy tandem, do feerycznego jednośladu doczepił kosz dla pasażerki, a do rozsiewającego woń siarkowodoru cygara dodał drugie miejsce, tuż za kierowcą. Oboje jeździli po Dobrej Polskiej Okolicy w długich, rozwianych wiatrem szalikach i czapkach-pilotkach, a ich zjawienie poprzedzał zawsze perlisty śmiech Jasnej.
Trwało to wszystko jakieś pół roku. Potem Jasna sprowadziła się do Twardowskiego i oboje na jakiś czas zniknęli. Wieczorami zajeżdżały pod ich dom długie samochody, światło świeciło się w oknach do białego rana. Raz młody Reszka, najodważniejszy z nas wszystkich, w czasie jednej z tych nocy podkradł się pod dom Twardowskiego; nigdy nie chciał powiedzieć, co tam zobaczył, i pewnie nikt by mu nie wierzył, gdyby nie przyniósł ze swojej wyprawy niezwykłego artefaktu: bucika Jasnej. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości: ten żółty sandałek z delikatnej skóry, na smukłym obcasie, pozbawiony jakichkolwiek oznaczeń rozmiaru, producenta i kraju pochodzenia, należał kiedyś do Jasnej.
Młody Reszka przechowywał swoje znalezisko jak relikwię; gdyśmy go odwiedzali, wyciągał bucik ze zdobionego pudełka i pozwalał przez chwilę na niego popatrzeć – że dotykanie w ogóle nie wchodziło w grę, rozumiało się samo przez się – a my skwapliwie tę szansę wykorzystywaliśmy.
Po tygodniu bucik Jasnej zniknął. Młody Reszka utrzymywał, że został skradziony, nie krył sie nawet ze swoimi podejrzeniami, ale niczego nie udało mu się udowodnić. Nikt się tym zresztą szczególnie nie przejmował, bo wszyscy nagle zrozumieli, że Jasna była tylko snem, zwidą, marą, fatamorganą, zbiorową halucynacją, czy może nawet: diabelską iluzją, mającą odwrócić naszą uwagę od prawdziwego zagrożenia.
Kiedy Jasna zniknęła już na dobre, pod koniec trzeciego roku, Twardowski zaczął się fortyfikować. W kilka dni robotnicy wybudowali wokół jego posesji wysoki mur z klinkieru; przez kutą żeliwną bramę, otwieraną pilotem, wjeżdżały czasem lśniące, czarne Mercedesy z przyciemnianymi szybami. Do domu kazał dobudować cztery strzeliste wieżyce, na których czubkach ustawił cztery blaszane koguty - i tyle tylko było widać.
Przez ostatni rok w ogóle nie wychodził z domu, i tylko światło w oknach na górnych piętrach wieżyc, zapalane zawsze o dwudziestej pierwszej, czasem nie gaszone przez całą noc, pozwalało domniemywać, że Jan Grzegorz Twardowski wciąż żyje.
Pewnej burzowej nocy wezwał do siebie Księdza Dobrodzieja. A kiedy ktoś, kto nigdy nie chodzi do Kościoła, a w dodatku od kilku miesięcy nie opuszcza domu, w środku nocy wzywa samego Księdza Dobrodzieja – znać, że w jego okno zastukała Kostucha.
Czarna honda Dobrodzieja zatrzymała się przed kutą, żeliwną bramą – widzę to wyraźnie oczyma wyobraźni – duchowny wysiadł i w strugach deszczu stanął pod warownym murem twierdzy Twardowskiego. Być może długo czekał i marzł, jak kiedyś jeden z cesarzy czekał pod murami Canossy – ale na pewno nie utracił ani odrobiny swej godności, zarówno tej przyrodzonej, jak i nadprzyrodzonej.
W końcu wszedł do środka, krętymi schodami udał się na sam szczyt północnej wieży; dookoła biły pioruny, blaszane koguty wirowały w obłąkańczym tańcu. I gdyby nie spać wtedy, gdyby jeszcze nie lękać się spojrzeć w górę – wówczas można by dojrzeć, jak światło w oknie nabiera trupiego odcieniu, jak na przeciwległej ścianie przesuwa się szeroki cień Księdza Dobrodzieja.
Nad ranem burza ucichła. Jan Grzegorz Twardowski zniknął na zawsze; razem z nim zniknęły cudowne wehikuły, klinkierowe mury, żeliwne bramy, czarne mercedesy, blaszane koguty i strzeliste wieżyce. Deszcz zmył je z krajobrazu, wsiąkły w ziemię – ale wszyscy jeszcze spali i nikt tego nie zobaczył.
Wszyscy zapomnieli o całej historii znacznie szybciej, niż można by się spodziewać; zbiorowa pamięć wykazuje bowiem niezwykłą zdolność do wymazywania rzeczy, których nie chce przechować.
Jednakże cała sprawa powróciła po latach, zupełnie niespodziewanie. A wszystko za sprawą złotego serca Księdza Dobrodzieja. Czcigodnemu duszpasterzowi w oczekiwaniu na boską sprawiedliwość najzwyczajniej w świecie zabrakło cierpliwości; postanowił sam wynagrodzić co bardziej zasłużone spośród swych owieczek i wyjawił im mroczną tajemnicę niesławnego Jana Grzegorza Twardowskiego. Gdyby nie to, że na liście szczególnie zasłużonych parafian znalazł się także mój ojciec, zapewne do końca swych dni myślałbym, że historia Twardowskiego była tylko wytworem mojej wyobraźni.
-Eugeniuszu Walentyowiczu – powiedział Ksiądz Dobrodziej uroczyście, przekraczając próg ojcowskiego lombardu – mam dla ciebie ważną wiadomość.
Chociaż byłem już wtedy prawie dorosły, traf chciał, że – tak samo jak wtedy, gdy Dobrodziej nawiedził lombard po raz pierwszy – byłem akurat na zapleczu, porządkując fanty, których nikt nigdy nie wykupił.
Słyszałem, jak ojciec zasunął rolety (te same od piętnastu lat) i zamknął drzwi na zamek.
-Eugeniuszu Walentynowiczu, pamiętasz zapewne osobliwego jegomościa, który niegdyś zamieszkiwał dom Starego Barana, a który zwał się Jan Grzegorz Twardowski.
-Pamiętam – odpowiedział ojciec takim głosem, jakim się wypowiada sakramentalne formuły.
-Być może będzie dla ciebie wstrząsem to, czego się teraz dowiesz. Ale nie obawiaj się, niebezpieczeństwo już zażegnane. Otóż: Jan Grzegorz Twardowski zaprzedał duszę diabłu. Tak jest, taka była przyczyna jego niezwykłej życiowej pomyślności, która zresztą objawiła się nam tylko w bardzo niewielkim stopniu. Jan Grzegorz Twardowski był nie tylko konstruktorem, ale przede wszystkim naukowcem. Dzięki układowi z diabłem dokonał wielu ważnych odkryć: opracował między innymi lekarstwo na starość; nauczył się zmieniać wszelkie metale w złoto; zaprojektował prototyp silnika antygrawitacyjnego. A przede wszystkim: opracował system totolotka o stuprocentowej skuteczności. Nie przesłyszałeś się, Eugeniuszu Walentynowiczu. I choć jego prace przepadły razem z nim – bowiem, jak wiemy, na porozumieniu z diabłem nie sposób zbudować niczego trwałego, budować trzeba na skale, a skałą jest Pan – to jednak ów system totolotka udało mi się przechować. Chciałbym ten diabelski wynalazek obrócić w dobro i nagrodzić nim kilku dobrych parafian, a wśród nich ciebie, Eugeniuszu Walentynowiczu, pamiętam bowiem, ile serca mi okazałeś, gdy sam byłem w kłopotach. Chciałem oto przekazać ci jeden zestaw zwycięskich numerów. Niech to będzie jednocześnie próba zaufania i cierpliwości: nie znasz bowiem dnia, ani godziny, kiedy te numery padną w losowaniu; ale że się to stanie – i to w czasie tak krótkim, że w kontekście wieczności, a to przecież o wieczności powinniśmy stale myśleć, w ogóle nie wypada o nim wspominać – otóż że to się stanie, na to masz moje słowo, Eugeniuszu Walentynowiczu.
-Ale proszę Księdza... - wyjąkał ojciec – ja nie jestem godzien!
-Nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu, Eugeniuszu Walentyowiczu! Dokonałem wyboru w pełni świadomie i wiem, że zasługujesz na to wyróżnienie, jesteś bowiem człowiekiem wielkiej pracowitości i dobroci serca! Zresztą podam ci tylko numery, zrobisz z nimi, co zechcesz, jestem jednak przekonany, że do końca życia plułbyś sobie w brodę, gdyby to właśnie one padły w najbliższym losowaniu totalizatora sportowego! No, dalej, Eugeniuszu Walentynowiczu, nie krępuj się. Przygotuj coś do pisania! Jeden. Dziesięć. Piętnaście. Dwadzieścia pięć. Trzydzieści dwa. Czterdzieści osiem. Powtarzam. Jeden. Dziesięć. Piętnaście. Dwadzieścia pięć. Trzydzieści dwa. Czterdzieści osiem.
Od tego dnia ojciec regularnie skreślał te numery na kuponach Dużego Lotka. Wiedziałem dobrze, że był człowiekiem raczej małej wiary i gdyby nie to, że już wcześniej grywał w gry losowe, zapewne nie fatygowałby się do kolektury. Co więcej, zawsze skreślał więcej niż jeden zakład i zestaw liczb otrzymany od Księdza Dobrodzieja nie miał u niego pierwszeństwa przed tymi, które sam wymyślił. Podejrzewam nawet, że coś w środku mówiło mu, że prawdopodobieństwo wylosowania tak oczywistych liczb jest bliskie zeru.
Wreszcie – kiedy Księdza Dobrodzieja od dawna nie było już na naszym świecie – piątego sierpnia roku pańskiego 2006, padła szóstka. Nie była to zresztą żadna rewelacyjna szóstka – kilka miesięcy wcześniej padła bowiem jedna z największych kumulacji w historii i nagroda za szóstkę nie osiągnęła jeszcze odpowiednio wysokiego poziomu – ale lepsze trzy miliony niż nic.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • Mama mu da, mu da. Zaduma - duma mam
    • @andrew   właśnie tak!   świetnie tę kruchość i zwiewność uchwyciłeś .   pozdrawiam:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...