Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tomaszek gęstym pawiem obrobił sąsiedzki balkon i padł w przedpokoju w szafie. Szukał w niej podobno zagubionej niegdyś kartki, która stanowiła kluczowy element układanki, bez której on detektyw nie mógł odnaleźć seryjnego mordercy świtów.

Moondek zgłodniał strasznie i mnie także zrobiło się pusto w brzuchu. Wystrzelił jak z procy do lodówki a mi kazał siedzieć i oczekiwać wytwornej kolacji. M był przecież kelnerem. Podobno w kucharzeniu także osiągnął pewnien ponadprzeciętny poziom. Czyli coś pomiędzy umiejętnością gotowania wody na kawę a smażeniem jajek. Poszedł do tej kuchni chyba wczoraj. Nie wiem ile minęło godzin. Karmiłem się w międzyczasie muzyką w paznokciach a szelest niedogaszonego papierosa był dla mnie całym poematem, elegią na odejście ostatniego przyjaciela. Kończyły się fajki. Moondek nie wracał cholernie długo a głód zaglądał coraz mocniej do dupy.

Wreszcie drzwi otworzyły się jak płyta grobowa i cud zmartwychwstania ukazał się moim oczom. M stał w progu uśmiechnięty jak profesjonalny nadworny błazen a w dłoni trzymał talerz z popeerelowskiej porcelany a na nim trzy krzywe kanapki.
- Gdzieś ty był w tej kuchni? Może w jakimś holenderskim hasz barze? Mi tu żołądek pożera wątrobę. Zmiłuj się Moondek.
Uśmiech jak banan na jego twarzy jeszcze bardziej wygiął się w u.
- Nigdy nie zgadniesz co mi kazała zrobić.
Moje oczy patrzyły na M znakami zapytania.
- Mam iść na leczenie. Ona tego dłużej nie zniesie. Ha ha.. jedz Maras, szyneczka prosto z puszki ze Stanów.
Faktycznie kanapki już zjadłem zanim zdążyłęm wyciągnąć po nie ręce. Nawet ugryzłem się w palec.
- Co jest? Opowiadaj.
Moondek usiadł naprzeciw i zapalił wskrzeszonego papierosa.
- Wiesz. Normalnie. Poszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Patrzę a tam pucha. Tylko jedna konserwa się została od ciotki z paczki zza oceanu. To ją trach nożem. Ale jakoś nie poszło, bo zacząłem to patroszenie puszki od spodu. Rozumiesz stary? - rewers. Natrafiłem na folię i pociągnąłem żeby mięsko wydobyć. A ta szynka z puszki jeeeeb na podłogę. I takim ślizgiem bobslejowym zniknęła po stołem. To co miałem robić? Maras siedzi głodny w pokoju. Zacząłem kroić szynkę na plasterki tam gdzie się zatrzymała i wtedy na to wszystko weszła moja mama. Chyba nie złapała moich dobrych intencji. Nie to, że wziąłem ostatnie żarcie bez pytania, dla Ciebie wszystko, wiesz jaka ona jest. Powiedziała mi tylko, że jak skończę, to mam się zgłosić do psychologa, bo dłużej takiego czubka w domu nie zniesie. - Mówiąc to wszystko zażerał się kanapką jakby karmił nieżywych.

Soundgarden leniwie sączył się z głośników . M szukał popielniczki, którą schował sam przed sobą wczoraj deklarując rzucenie nałogu. Żółty dym perwersyjnie wkładał swój lepki język w zakamarki mrocznego pokoju. Przez moją głowe przechodziły procesje dni przeżytych na ciągłym haju i przepojonych mirażem nieśmiertelności. Płonęły wszystkie horyzonty serca. W domu mojej duszy zamieszkał piekielny ogień, który spalał wszystkie myśli i idee na ostatecznym stosie beznadziei. Miałem duszności i chwiały się we mnie wszystkie sciany i podłogi. Moje ciało falowało jak wahacz ściennego zegara. I wtedy, gdy wydawało mi się, że to już koniec. Kiedy świat wokół mnie kurczył się wprost proporcjonalnie do Wielkiego Wybuchu, z prędkością wytrącanych z istnienia atomów. Każde słowo M było jak pocisk rozsadzający mój mózg. Chciałem zwiać, ale nie mogłem ruszyć choćby powieką.
- Zrób coś! Zrób kurwa... Oszaleję! Peknie mi czaszka..Jezu!...

* * *

- Stary nie umieraj!... Nie zostawiaj mnie! Kurwa co teraz? Maras ty weź się uspokój! - Moondek był tak śmiertelnie wystraszony, jak nigdy nikt na swiecie. Trzymał mnie w ramionach i potrząsał jak kukłą wypchaną trocinami. Miałem zejście po lufie. Podobno z tego się wychodzi. Ja też chciałem wyjść, wyjść z siebie i z tego pokoju, który stał się moim grobem. Ale to nie to. Coś się ze mną stało. Coś mi się w głowie dziwnego pojawiło. Miałem tam od kilku chwil jakiś dziwnie prawdziwy i trzeźwy głos, który mówił do mnie: "Wstań..wołam Cię..". Gdzieś tam na dnie mojej duszy, ktoś był. Jeszcze dziwniejsze jest to, że ten głos pojawił się jak światło w ciemnym tunelu, jak błyskawica tnąca czerń nieba. Pokazywał mi kierunek. Z jednej strony żyłem jak chciałem, w świecie stworzonym na obraz i podobieństwo swoje. Ten świat stał się moją twierdza warowną wobec ludzi. W tej twierdzy drzwi i okna pozamykałem na wszystkie możliwe zamki. Chciałem i byłem sam dla siebie i ta moja prawda była moim życiem. To tak, jakby rozpędzony samolot uderzył w wielki budynek i cała ta wielka góra gruzu zasypuje twoje serce. Tymczasem głos pojawił się tak nagle, tak niemożliwie, że zacząłem wątpić w siebie i we wszystko czym dotychczas żyłem. Całe moje życie wydało mi się w jednej chwili fatamorganą.

Wstałem z fotela i nie mówiąc nic do M wyszedłem z domu. Noc była długa i chłodna, ale pięknie pachniały krzewy jaśminu. "Skąd mogłem wiedzieć, że Jesteś? Nikt mi nie mówił o Tobie. A Ty przychodzisz mimo drzwi zamkniętych" - bałem się swoich myśli i tego co teraz zrobię. Postanowiłem nie robić nic, ale modliłem się nie wiem do kogo i to był jedyny sposób, aby nie zwariować. Często mówiłem o sobie, że jestem świrem, ale w tej sytuacji straciło to swoją wymowę. Jutro trzeba żyć normalnie. Moondek, paczka, jakiś wypad i gra w zielone. Gwiazdy wirowały nad moją głową. Właśnie gwiazdy, ile ich było. Wokół mnie szumiały drzewa i wiatr roznosił po mieście moje myśli, jak elementy tajemniczej układanki. "Nic się nie stało. Muszę zaraz wrócić do chłopaków. Wszystko musi toczyć się jak dotąd - normalnie i według napisanego przeze mnie scenariusza". Z tymi myślami chodziłem jak opętany aż do świtu.

Nad ranem zjawił się M. Twarz miał bladą, jak śmierć z "Siódmej pieczęci" Bergmana. Wyglądał jak ofiara paniki i bezgranicznego strachu.
- Maras? Żyjesz?
Usiadł na fotel oddychając z ulgą i zapalił papierosa.
- Myślałem, że płuca wypluję za Tobą. Musiałem wziąść jakieś prochy, zobacz jak mi serce napierdala.
Nie wiedziałem co mam mu powiedzieć. Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Całą noc nie mogłem sobie znależć miejsca a i teraz nie wyglądało to lepiej.
- Moondek. Ja, ja już nie chcę. Nie palę tego gówna. Mam gdzieś to wszystko i Ciebie też. Wynoś się z mojego domu!!! Wypierdalaj szatanie!!! Ty gnido, kurwa! Won! -Wykrzyczałem mu to w twarz sam nie wiem dlaczego.
Moondek patrzył na mnie wzrokiem, który zdarza się tylko na twarzy kogoś, kto właśnie przegrał fortunę stawiając ostatnie pieniądze na najlepszego konia. Myślałem, że strzeli do mnie z tego gnata, który, od czasu gry w rosyjską ruletkę, zawsze ze sobą nosił. Chyba chciał, bo sięgnął do kieszeni marynarki, ale cofając rękę powiedział cedząc każde słowo.
- Ty i tak jesteś martwy Maras. Martwy rozumiesz?. Zajrzał mi gęboko pod powieki, obrócił się sztywno i po chwili zatrzasnął za sobą drzwi. Usiadłem na podłodze i jakby w amoku powiedziałem sam do siebie:
- Bo widzisz Moondek. Ja umarłem wtedy, w Twoich dłoniach.

Opublikowano

Ha! Ja ostatnio rozmawiałam z moim przyjacielem, Przemkiem:
Ja: "Co sądzisz o nicku 'mały dzielny toster'?"
Przemek: "Że to jakiś koleś cipowaty, którego lubią laski"
J: "... . O dziewczynie o takim nicku?"
P: "Że jakaś infantylna, mała lalunia"
J: "Ja mam taki nick. Na forum poetyckim."
P: "Co? Totalnie nie pasuje do Ciebie, wcale. W ogóle."

Tyle w temacie oceniania po nicku ;)

Opublikowano

Gimnastykujesz się na oryginalność - czytałam wszystkie, z mieszanym uczuciem, w pochyle na "Tak", bo i ale masz owo coś... więc pompkuj dalej ten groteskowy jednoślad( pozytywka z minimelodyjką ) - na razie nie mam zdania na 10, poza tym, że rzeźbisz prawie jak Boski, on nieco wytrawniej, mimo wszystko, ale teksty przyciągają, czas na etap "ku zatrzymaniu na dłużej", oko masz i wybiórczą percepcję - jeszcze się odezwę :)
kasia

Opublikowano

To co, że nie do końca gramotnie. Od tego jest warsztat. Ale przyjacielu, ja się wciągam po same podeszwy. Pisz, pisz i tyle Ci powiem
pisz...masz dobre wyjście z progu.//

huaaa

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • 20:48 M. 7 Al-Si [Jeśli mam mieć tylko Twój żar] Jacques Brel Jeśli mam mieć tylko Twój żar, by odziać nas w cud I ubrać w słońca czar przedmieść tych tęczę złud, Jeśli mam mieć tylko Twój żar Tylko dla tańca bzów - Jest mojej piosenki wart I ukojenia tchu... Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby ranek ubrać - w mgłę, Jak biednych i tych co ich czart.. - W płaszcze wyszywane snem Jeśli mam mieć tylko Twój żar I modły, które do nieba ślę Za bolączki, jakie zna świat, Jak trubadura śpiew Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby ofiarować tym, których jedyna gra To wejść w światła rym Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby wytyczyć szlak I znaleźć drogę wśród mar Tam, gdzie dróg wciąż brak Jeśli mam mieć tylko Twój żar By przekrzyczeć huk dział I tylko ten hymn, co ciszę skradł, By werblowi kazał, by zamilknąć chciał Wtedy, mając jedynie za broń Siłę, którą daje Twój żar, Wtedy ujmiemy w dłoń, Przyjaciele – Cały świat! "Zaraz będę ) za chwilę....( I. Od chryzantemy do chryzantemy Rozpadają się przyjaźnie Od chryzantemy do chryzantemy Zanikają w naszej jaźni ci, których kochaliśmy. Od chryzantemy do chryzantemy Inne kwiaty robią, co mogą Od chryzantemy do chryzantemy Mężczyźni płaczą; kobiety płyną obok. Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zawlec znów swoje kości stare Do słońca, aż do lata, Do wiosny, aż do jutra... Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zobaczyć raz, czy rzeka Ciągle jeszcze czeka, czy zatoka Jest dalej przystanią, znów tam stanąć... Zaraz będę, za parę chwil Ale dlaczego ja, czemu teraz Dlaczego już i dokąd, i po co mam iść ? Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, Zawsze byłem tylko przybyszem... Od chryzantemy do chryzantemy Za każdym razem coraz bardziej stary, Od chryzantemy do chryzantemy Coraz bardziej nie do pary... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów wsiąść w miłość, na gapę, Jak wsiada się w autobus, By już nie być sam, By być na czyimś progu, Znowu czuć się dobrze, tam... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów gwiazdami nakarmić Drżące ciało i paść martwy Miiłością spalony jak słońcem, Z sercem spopielonym... Zaraz będę, za chwilę.,. To nawet nie ty jesteś wcześniej - To ja już się spóźniłem Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, że będę Czy kiedykolwiek byłem kimś innym, niż przybyszem"? II. Oczywiście, przechodziły(-ście) burze: Dwadzieścia lat, to miłości )zgrubny( szal - Tysiąc razy, pakowałaś torby, (spałaś w biurze) Raz, tysiąc, wzbijałam/liśmy się w powietrza ]dal[ I każdy tu pamięta kąt, W tej } szpitalni { bez kołyski: Wybuchy, ]dawnych[ burz(y swąd); Nic nie przypomina(ło) niczego innego(whisky?) Tobie odebrało }wody{ smak(to błąd!) A mnie smak podbojów(dla oldbojów). Tak, Ale miłości ma Ma słodka, ] nie-[czuła ma cudowna miłości! Ja/Od (jasnego!)świtu aż do {końca} dniaWciąż cię kocham, wieszKocham cię Ja znam wszystkie )twoje( zaklęcia Ty znasz wszystkie Czary- [Mary me] Wodzi(a)łaś mnie z pułapki (do pułapki) szarmanckiego( -księcia Od czasu (do czasu), traciłe/am }cię{ Oczywiście, miałaMś kilku kochanków Musieliśmy (jakoś) zabić czas: Ciało musi się radować }o poranku] ]w ranku [ Ale w końcu, w końcu nad/nas... Potrzebowaliśmy mnóstwa talentu/jak kwlazł, właz Aby się zestarzeć, nie będąc dorosłymi {zejdź z ganku!} Im więcej czasu nas otacza I tym więcej )czasu( nas dręczy czas Ale czyż to nie najgorsza pułapka[nagra,cza] Dla kochanków, by żyli w pokoju (zgodnie,wraz)? Oczywiście, płaczesz trochę mniej, wkrótce Rozpadam się trochę później] kawałki/na[ Mniej chronimy nasze sekrety (przed/po wódce) Mniej pozostawiamy przypadkowi}-naj( Nie ufamy nurtowi życia. Pokrótce: malutcy!!! Tak.Ale to wciąż delikatna wojna(ciał/maj) [Instrumentalne zakończenie] Moja płaska ziemia Gdy Morze Północne uparcie bije w wysokich wydm asfalt, A białe płatki piany sypią się na ich grzbiety, Gdy gwałtowny przypływ uderza w czarny bazalt A mgła szara opada na wałów szkielety, Gdy podczas odpływu plaża jest dzika jak pustynia A mokry zachodni wiatr syczy jadowicie Wtedy moja ziemia stawia opór… staje się, zaczynia, Moja płaska ziemia… Moje stłamszone życie... Gdy deszcz moczy ulice, place i rabaty, Dachy i iglice strzelistych aktów kościołów, To jedyne góry na tej płaskiej ziemi bez kwiatów... Gdy ludzie to karły pod okiem aniołów... I gdy dni mijają w nudnej zwyczajności, A wzburzony wiatr wschodni sprawia, że ziemia jeszcze bardziej się płaszczy w swej uniżoności, Wtedy moja ziemia czeka… Moja płaska ziemia… Na której nie ma Ni zwierza, Ni człowieka Gdy niebo nad nami leżące delikatnie muska płaską wodę, Gdy ciążące niebo uczy nas pokory, Gdy niebo lekceważące dla pozoru się staje szare jak łupek z piekła rodem, Kiedy niebo na nas leżące jest blade jak glina, jak skóra chorych, Kiedy wiatr północny dzieli polder na cztery, Kiedy północny wiatr kradnie nam oddech, Wtedy moja ziemia pęka jak te poldery… Moja płaska ziemia… Mój wieczny bez, bezoddech... Kiedy Skalda lśni w południowym słońcu, A każda Flamandka zakłada letnią sukienkę, Kiedy pierwszy pająk tka pajęczyny w końcu, A pola tulipanów parują w lipcowym słońcu, przepięknie Kiedy południowy wiatr buszuje w zbożu, Kiedy wiatr południowy raduje się drogą i bezdrożem Wtedy moja ziemia świętuje… Moja płaska ziemia… Moje serce już niczego Nie żałuje... ─── WAŻNE STRONY

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      W porcie Amsterdam W porcie Amsterdam Są żeglarze, co śpiewają I sny, co sen odbierają, U wybrzeży portu Amsterdam. W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy śpią Jak sztandary, co lśnią Wzdłuż ponurych brzegów. Tam. W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy umierają Pełni piwa i dramatów z annałów O świcie, tam w porcie Amsterdam. Lecz w porcie Amsterdam Są żeglarze, co rodzą się W gęstym upale i nie rzadszej mgle Od oceanów ospały port Amsterdam, tam. ─── W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy chcą jeść Na zbyt białych obrusach, jak ich życia treść Ociekająca rybami – port Amsterdam. To nie przystań dla dam! Pokazują ci zęby całkiem połamane, Które sprawiają, że chcesz W jabłko Fortuny wgryźć się, Aby księżyc ubolewał, Że całuny chcą żreć, I pachnie dorszem żołądka treść... W samym jądrze frytki, Którą biorą w swoją wielką dłoń, By wrócić, wstają ze śmiechem do bitki. W burzliwym hałasie Zapinają rozporki i wychodzą, bekając w niedoczasie. W porcie Amsterdam Tańczą marynarze, Pocierając brzuchy, jak zwyczaj każe, O brzuchy kobiet. Kręcą się, tańczą jak w żałobie, Jak wypluwane słońca, W rozdartym dźwięku skwaszonego akordeonu, tak bez końca. Wykręcają szyje, Aby lepiej słyszeć swój śmiech, co buty szyje, Aż nagle akordeon gaśnie. Wtedy z poważnym gestem, a potem z dumnym spojrzeniem, tak właśnie, Wyciągają swoich bękartów z powrotem na światło dzienne I piszą testament w synaptyczny atrament.... ─── W porcie Amsterdam Tańczą marynarze, którzy piją, I piją, i piją znowu, I piją jeszcze trochę, każdy sam. Piją za zdrowie Amsterdamskich kurw Z Hamburga czy gdzie indziej tam: Z wszystkich tych dziur. Wreszcie piją zdrowie dam, Które im udzieliły swoich pięknych ciał, Które dają im swoją cnotę cnót, Za złotą monetę obciągają drut. A kiedy wreszcie nasycą się, Wtykają nosy w niebo, Wydmuchują nosy w całun gwiazd, Sikają się, jakby im zbierało się na płacz Nad niewiernymi kobietami, z którymi trzeba... W porcie Amsterdam, W porcie Amsterdam, W porcie nie dla dam, Porcie, gdzie każdy sam. ─── Marieke Jacques Brel Aj Marieke, Marieke Kochałam cię tak cudnie Między wieżami Gandawy I Brugii Aj Marieke, Marieke Dawno temu, zmienne l złudnie Między wieżami Brugii i Gandawy Bez miłości, cudnej miłości Wiatr wieje, cichy wiatr Bez miłości, pełnej miłość Morze płacze, szara morza dal... Bez miłości, cudnej miłości Światło cierpi, światło w cień A piasek trze moją ziemię przemiłą Moją płaską ziemię, o mojej Flandrii sen Aj Marieke, Marieke Flamandzkich nieb Kolor wież Z Brugii i Gandawy niesie się Aj Marieke, Marieke Flamandzkie niebo daję w zastaw Płacz ze mną Od Brugii do Gandaw Bez miłości, cudnej miłości Gdy wieje wiatr, to już koniec Bez miłości, pięknej miłości Gdy morze płacze, już skończone Bez miłości, gdzie jest cudna miłość? Gdy światło cierpi, wszystko w cień A piasek harata moją ziemię, co skryła... Moja płaska ziemia, mój o Flandrii sen. Aj Marieke, Marieke Me flamandzkie niebo nieb Czy było ciężkie zbyt, Marieke? Z Brugii aż do Gandawy het? Aj Marieke, Marieke Od twoich dwudziestu lat Które tak pokochałem w mig? Z Brugii do Gandawyv aż Bez miłości, cudnej miłości Gdy śmieje się diabeł, czarny czort Bez miłości, pięknej miłości Gdy moje serce płonie, me serce, bo; Bez miłości, cudnej miłości Gdy umiera lato, smuci się czas A piasek szoruje moją ziemię tak miło Moja płaska ziemio, o Flandria na 5 Aj Marieke, Marieke Czas powraca powraca czas Z Brugii do Gandaw żyje w nas Aj Marieke, Marieke Zawraca czas Gdy kochałaś mnie Z Brugią i Gandawą wraz Aj, Marieke, Marieke Wieczorem w sam raz Entre les tours De Brugges à Gand Aj, Marieke, Marieke Każdy staw Otwiera wrota bram van Brugge naar Gent (x4) van Brugge naar Gent (x4) van Brugge naar Gent (x4)  III. Nie zostawiaj mnie Już zapomnieć czas, Co nam wszystko skradł I: zapomnieć czas - Życia wieczny zbieg Zapomnieć nieporozumień czas I straconych lat... Wciąż martwić się, jak Zapomnieć o dniach, które niosły jad Wymierzając cios W sam serca splot [2] Nie zostawiaj mnie Nie zostaw mnie tu Mnie nie zostaw, nie Mnie nie zostaw mu... Nie zostawiaj mnie Już zapomnieć czas, Co nam wszystko skradł I: zapomnieć czas Życia wieczny zbieg Zapomnieć nieporozumień czas I straconych lat... Wiedząc jak Wciąż martwić się, jak Zapomnieć o dniach, które niosły jad Wymierzając cios W sam serca splot  [2] Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj tu Nie zostawiaj, chcę... Nie zostawiaj: Złu Ja dam ci Perły dżdżu Z krain tych, Gdzie nie pada znów I wydrążę z ziem Aż po śmierci tlen by skryć ciało twe W całun światł i złót I stworzę świat, gdzie miłość będzie królem twym miłość - prawem mym A królową - ty Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, bo... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, co... Nazbieram ci słów słów Bez sensu, lecz Ty zrozumiesz je... Opowiem ci baśń O kochankach tych Co widzieli razy dwa Jak płoną serca ich I: opowiem ci Baśń, jak ten król Co go zabił ból, bo Nie mógł spotkać twych dni Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, kto... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, to... widzieliśmy nie raz jak Ogień tryska znów Z góry starej jak świat Wulkanu, co wszak... Nie nów Przecież mówią wszem, że Ze spopielonych ziem lepszy diamentów plon, Niż z kwietniów wszech, bo on.. A gdy nadejdzie sen niebo w ogniu ma stać Wtedy Czerwień i Czerń swój ślub będą brać Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, czy... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, mi... Nie płaczę już Nic nie mówię, bo... Schowam się tuż tuż Patrzę na twą dłoń Patrzę przez twą skroń Patrzę w twoją toń ... Tańczę i śmieję się I słuchając cię Śpiewam, a potem milknę jak i gdzie... Daj mi ostać się Jako cień twego cienia cień twojej ręki cień,a nawet cień twojego psa Nie zostawiaj mnie  Nie zostawiaj, już... Mnie nie, nie Nie zostawiaj, tuż... ... Tuż ...   @Michał Pawica## Wstęp: List otwarty do Mistrza Wojciecha    
    • @Mel666   sierść jeży mi się na karku jak czytam ten wiersz.  Oryginalne pisanie. 
    • @Annna2 Przeczytałem z przyjemnością, pozdrawiam. 
    • @Anna_Sendor Po prostu - Przednio  !
    • @Poet Ka To było zanim powstał Totem Nie było przedtem, teraz i potem Człowiek latał umysłem, nie samolotem ...   Dziękuję za komentarz, pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...