Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

święta przyniosły pustkę ciekawszą
bo nową
nie zasypane słowami radości
nie zaburzone słowami pokory

Chrystus chciał się narodzić
blaskiem swym mrok rozświetlić
tym co go przyjmą szczerze
nie znalazł miejsca dla siebie

Chrystus dzieciątko Boga
strwożone o ludzkie dusze
a w sercu doraźna trwoga
o sprawy błache doczesne

zmartwieni nad własnym użalając się losem
przystańcie na chwilę przed betlejemskim żłobem

Opublikowano

Korzystając z okazji składam wszystkim forumowiczom serdeczne życzenia świąteczne i noworoczne
kiedy gwiazdka pierwsza błyśnie
do wigilii siądą bliscy
przełamując się opłatkiem
swe życzenia złożą wszyscy

i ja składam wam życzenia
aby w sercach pozostała
wiary i nadziei iskra
narodzona tamtej nocy

wy pewnie życzycie mi lepszego pisania,bo jeszcze daleka droga przede mną,no cóż zobaczymy co przyniesie nowy rok,pozdrawiam serdecznie:)

Opublikowano

Dzięki za życzenia i Tobie niech się spełnią. Od jednego znajomego otrzymałem życzenia w takiej formie:
"Ponieważ wszystkie życzenia ubiegłoroczne nie spełniły się całkowicie, wobec tego proszę przysyłać pieniądze, prezenty i alkohol w formie materialnej". Tak to jest z życzeniami, ale największą ich wartością jest pamięć o bliskich. Serdecznie pozdrawiam.

Opublikowano

życie ma to do siebie że nieustannie zmienia nam ścieżki,mam nadzieję że nie jedną wyprostuje,z połowy marzeń już dawno zrezygnowałam ale ciągle jeszcze mam nadzieję...dziękuję i pozdrawiam:)

Opublikowano

Z marzeń nie wolno rezygnować, obrażą się,
odejdą. A jeśli są z nami - to może się i spełnią.
Któż to wie?
"aby w sercach pozostała" ta iskierka na zawsze, nie tylko od Święta!
Wesołych i zdrowia!
Pozdrawiam
- baba

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


dziękuję bardzo za ciepłe słowa,na pewno masz rację i ja sobie coraz głośniej zaczynam to powtarzać żeby wreszcie uwierzyć że jeszcze,że może...to czas kiedy oglądamy się za siebie i znajdujemy rzeczy które nie zawsze nam się podobają,oby było ich jak najmniej,niech przyświeca wam blask betlejemskiej gwiazdy i rozjaśnia życie,pozdrawiam:)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Bezsenna; trzymam kciuki za to, co jest do uratowania / do uradowania - uśmiechmij się, proszę ... gwiazdki dla maluszków :)
kasia.
po takim komentarzu nie mogę się nie uśmiechnąć:D,dziękuję za gwiazdki dla maluszków,ucałuję je od ciebie,dziękuję wszystkim za słowa otuchy,nie sądziłam że ktoś zechce skierować do mnie tyle ciepłych słów tym piękniej dziękuję i już się uśmiecham:):):) dziękuję
  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...