Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Trąb Atlantydy wycie jeszcze słyszę
Orędzie króla, że wszystko się zmieni
Nic się nie stało – nic nadto, co widzę
A co zmalało z kamienia do cieni.

Gdy dym, ze stosu, na niebie bezchmurnym
Malował znaki w języku nieznanym
Unosił falę - wieko morskiej trumny
W której głębiny człowieczeństwo pchali

Tylko z marmuru nie drgnęły posągi
I króla złota korona na głowie
Gwiazdy nie spadły, chociaż opaść mogły
I niczym łodzie lud do nieba podnieść

Przeklęte chóry króla ostrzegały
głośnoszumiący drzew senat zielony
Gałązki lauru, jak tłumy cesarzy
błagały skałę aż we krwi spłonęły



„I zginie naród, co jest bogom bliski,
I zginą ludzie, co są ludziom obcy
Nikt nie zobaczy i nikt nie usłyszy
Jak Słońce zgaśnie pod uciskiem nocy

Nie proście wtedy ni łaski ni śmierci
Bo żadna b o g o m z nich się nie należy
Będzie w i e c z n i, lecz wieczni wśród cieni
Jak bóstwa silni – jak bogowie niemi.

Nikt o was więcej i was nie usłyszy –
Bo ludzkość nie zna boskiego języka
Będziecie wieczni, lecz obdarci z chwili
Wpatrzeni w siebie, w ideał bez życia!”

Opublikowano

- dodam tylko, że utknąłeś w tych romantycznych i wzniosłych wierszach. musisz poszukać innych tematów, nawet społecznych ale współczesnych. ja nie jestem poetą, i nie wiem jak znaleść drogę do nich, ale ty powinieneś próbować.
- pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



ehh trudno, ale startam się pod przykrywką staorżytności i romantyzmu mowić o wspłczesxnym świecie, nie zawsze wychodzi, ale czasem coś się przekradnie ;
dzięki za radę,

raz jeszcze pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...