Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Gotowa kochanie? Zaczynamy.... Dawno dawno temu, kiedy ludzie nie tylko nie mieli komórek
i komputerów, ale nawet ogień rozpalali trąc patyk o patyk, w jednej z osad mieszkał sobie człowiek o imieniu Kap Uan. W odróżnieniu od innych mężczyzn z osady był drobnej postury. Przeszkadzało mu to w polowaniu na zwierzynę czy uprawianiu roli, ale tak naprawdę Słoneczko moje, tłumaczył tym swoje lenistwo. Aby zdobyć jedzenie albo skóry zwierząt, gdy inni mężczyźni wracali ze zdobyczą, rozkładał na ich drodze łupy z orzechów
w których chował ziarno i od niechcenia kręcił nimi. Gdy zainteresowani łowcy zaczynali zgadywać, gdzie jest ziarenko, zachęcał ich by robili zakłady. Ponieważ Kap Uan oszukiwał ukrywając kulkę, wracał do domu z upolowaną zwierzyną, a łowcy z pustymi rękami, co bardzo denerwowało ich żony, które nie miały co dać dzieciom do jedzenia. A musisz wiedzieć Kochanie, że łowcy mieli dużo dzieci, trudno powiedzieć ile, bo w tamtych czasach ludzie umieli liczyć tylko do dziesięciu, czyli tyle ile palców u rąk, a prawie każdy łowca dzieci miał więcej.

Kap Uan żył dostatnio nie robiąc nic całymi dniami. Jednakże któregoś dnia, gdy jak zwykle oszukiwał naiwnych łowców stała się straszna rzecz. Straszna dla Kap Uana oczywiście, Kochanie moje. Ukryte ziarenko wyturlało się spod jego pupy i łowcy odkryli, że są oszukiwani. Rozgniewało to łowców tak bardzo, że chcieli spuścić lanie Kap Uanowi, ale ten wyrwał się i dał dyla w knieje, a zmęczeni po całym dniu łowów mężczyźni zgubili jego ślad.

Źle było Kap Uanowi samotnie w lesie. Ale nie pomyślał Kochanie Ty Moje żeby przeprosić mieszkańców osady, wręcz przeciwnie, czuł się nawet urażony i za niesprawiedliwe uważał, że siedzi sam w kniei na drzewie. (oczywiście rozumiesz słoneczko że skrył się tam przed dzikimi zwierzętami których pełno było w kniejach).

Mijały dni, a Kap Uan myślał, jak bezpiecznie wrócić do wioski. „Gdybym miał jakiegoś przyjaciela albo opiekuna, który by poszedł ze mną do wioski i zbił albo nastraszył łowców, byłbym bezpieczny. A nawet sami oddawaliby mi część swoich łowów!” tak marzył sobie Kp Uan. Aż nagle usłyszał krzyk dobiegający z dżungli. Gdy udał się w tamtym kierunku zobaczył łowcę, który w pogoni za zwierzyną zapuścił się w nieznane rejony dżungli i skręcił kostkę i teraz leżał na ziemi i klęczał z bólu. I wtedy Kap Uan wpadł na przewrotny pomysł. „a co ty tu robisz z dala od osady, w krainie wielkiego potężnego...yyy...Panbooga (chciał powiedzieć Kap Uana, no ale wiedział że takiej opinii w osadzie to on nie ma). Rozzłościłeś go swoimi krzykami i zapewne zginiesz z jego ręki!” Łowca przeraził się i zapytał Kap Uana, czy mógłby w jego imieniu zapytać wielkiego potężnego Panbooga o łaskę. Kp Uan zniknął na chwilę w kniei, a po powrocie zażądał upolowanej zwierzyny, aby ją ofiarować jego potężnemu zwierzchnikowi i złagodzić jego gniew. Widząc przerażenie w oczach łowcy Kap Uan zaczął opisywać wielkość i potęgę Panbooga, przypisując mu coraz to nowe zdolności
i siłę. Opowiedział też, że to właśnie on, Kap Uan jest jego ulubionym sługą i że każdy. kto skrzywdzi Kap Uana wywoła okropny gniew Panbooga. I że wróci on do wioski sam (jeżeli go poproszą) albo z Panboogiem, i wtedy zobaczą!

Łowca po powrocie opowiedział mieszkańcom osady, co usłyszał od Kap Uana. wieść rozniosła się szybko, a w opowiadaniach mieszkańców (zwłaszcza kobiet i dzieci, których każdy łowca miał ponad dziesięć) Panboog urastał do olbrzymich kształtów i rozmiarów,
a jego moc stawała się nieograniczona.

I przyszła nad osadę straszna burza. Wiatr wiał tak silny, że drzewa i dachy chat (a wiesz kochanie że dachy robili ze słomy) fruwały i rozbijały się o skały. I wtedy na wzgórzu pojawił się Kap Uan. Jako że ukrywając się w dżungli nie mył się, spał w błocie które zaschło na jego ciele i teraz spływało tworząc wzory, w świetle błyskawic wyglądał straszliwie. „{Nadchodzi mój władca Panbooog” zakrzyknął potężnym głosem „Panboog nadchodzi ukarać was za to, jak potraktowaliście jego sługę!” Mieszkańcy osady zaczęli więc lamentować i błagać Kap Uana, by wstawił się za nimi u Panbooga i że też chcą być jego sługami. Kap Uan z początku nie chciał, ale po namowach zgodził się, jednakże żądając co tydzień ofiary z e zwierząt, skór i koralików (bo bardzo lubił koraliki).

Od tego czasu Kap Uan żył w dostatku i lenistwie, czyli tak jak lubił. U skraju osady kazał łowcom wybudować wielki stół, kobietom go przyozdobić i tam składać ofiary. W nocy, gdy wszyscy spali umęczeni pracą, zabierał je do swojego szałasu i chował w dziurze w klepisku przykrytym gałęziami i skórami. Gdy mieszkańcy zajmowali się pracą, Kp Uan opowiadał coraz to nowe historie o Panboogu dzieciom (a jak wiesz Kochanie było tych dzieci w osadzie bardzo dużo) a że nie brak mu było pomysłów to właśnie Panboogu przypisał stworzenie, dżungli, powodzenie w zbiorach, natomiast jego to gniew wywoływał burze i nieszczęścia. Kazał mieszkańcom wybudować dla Panbooga wielki szałas (składane przez łowców ofiary nie mieściły się w jego szałasie) w którym sam zamieszkał, a mieszkańcom wytłumaczył, że Panboog potrafi być wszędzie, a jest niewidzialny.

Aż pewnego dnia we wsi zjawili się Obcy. Obcy przybyli pewnie z dalekich miejsc, mieli narzędzia do uprawy ziemii, których nie znali mieszkańcy osady oraz mnóstwo koralików, które chcieli wymienić z łowcami na skóry upolowanych zwierząt. Przywieźli również dziwny płyn z nieznanych owoców, który gryzł w gardło ale stawało się po nim ciepło
i wesoło. Obcymi dowodził Paas Toor, mały okrągły człowiek z przebiegłymi oczkami. Zaskoczyło go, że w największym szałasie w osadzie mieszka jakiś Panboog którego nikt – nigdy – nie – widział, nikt – nigdy – nie – słyszał, a wszyscy się go boją i słuchają jego sługi Kap Uana.

Paas Toor został ugoszczony przez Kap Uana, który miał mnóstwo jedzenia ze składanych ofiar ( po prawdzie dużo mu się psuło) ni i był najważniejszy w osadzie, ważniejszy nawet od najsilniejszych łowców. Uczta trwała długo, a Kp Uan, im więcej wypił dziwnego płynu, stawał się coraz weselszy i przyjazny. W końcu opowiedział Paas Toorowi jak to postąpił
z mieszkańcami osady, nazywając ich przy okazji głupkami i naiwniakami.

I jak myślisz Kochanie Ty Moje, czy Paas Toor powiedział mieszkańcom, że Kap Uan ich oszukuje? Nic nie powiedział, albowiem był człowiekiem chytrym i przebiegłym. Wrócił do swojej osady i opowiedział, jak to w podróży spotkał takiego Ach! Ach! władcę, Którego – Nie - Widać – Którego – Nie Słychać – A – Który – Jest, i wykorzystując sposoby Kap Uana zaopatrzył się we wszystkie dobra i bogactwo, zbierając ofiary dla Al Ah! Aha!

Ale Paas Toor miał jedną wadę – pił dużo dziwnego płynu (tego, którym poczęstował Kap Uana) i wtedy opowiadał podróżnym kupcom o swoim sposobie i Kap Uana. I tak Kochanie, kilku spryciarzy i chciwców korzystając z pomysłu Kap Uana i dostosowując do warunków
w swoich miastach i wsiach, na strachu i obietnicach a także naiwności ludzkiej, zdobyło bogactwo i władzę.

I tak to Kochanie, to oszustwo trwa do dziś...

  • 7 miesięcy temu...
Opublikowano

Historyjka fajna, ale jeśli naprawdę opowiedziałeś to dziecku i chcesz jej wpoić takie pomysły, to współczuje jej serdecznie takiego ojca ignoranta i do tego chama.
Możesz sobie wierzyć w co chcesz. Możesz sobie w tej swojej główce wymyślać historie, że klękajcie narody, możesz nawet utrzymywać, że piramidy zbudowali kosmici, żeby wiedzieć jak wrócić do domu. Ale nie możesz własnemu dziecku, tym bardziej, że mała chce chodzić na religię, wmawiać, że wiara to tak naprawdę oszustwo i sposób na ustawienie się duchownych. Będzie miała katechezę z księdzem, usłyszy słowo "kapłan" i jeszcze rączką nawet zamacha byleby pochwalić się, że "a mój tata to mówi że kapłan jest leniwy oszukuje ludzi żeby im kraść jedzenie i uczy tego innych". Good luck and have fun, można by rzec. Ciekawa jestem na co wyrośnie taka córa uczona od dziecka, że wszelkie wartości na świecie to wymysł zachłannych obiboków. Przychodzi mi do głowy anarchia i nihilizm. Hip hip hurra.

Btw. Kap Uan i Panboog - ok. Paas Toor i Al Ah! Ah! ? Chyba nie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



tosterku, wiesz na jakiej płaszczyźnie opowieść powstała. nie zabronię coorze chodzenia na religie bo nie zabraniam nic, co nie grozi jej zdrowiu i życiu, jednakże w obawie o zdrowie psychiczne i przed indoktrynacją kat. staram się pokazać jej różne punkty widzenia, że jest to jedynie system religijny oparty na wierze, jeden z wielu, że inne mówią co innego....Wolałbym żeby uczęszczała na religioznawstwo. Religia zinstytucjonalizowana JEST według mnie oszustwem ukierunkowanym na zdobycie bogactw, wpływów, władzy. Jezus to wywracał to go przybili, prawda? i ilu?
Dziecku ma być wygodnie czy ma być Osobą? NAUCZYć POSłUSZEńSTWA I IDIOTYCZNEGO KLEPANIA formułek czy myślenia? "oto wielka tajemnica wiary" - jaka k....tajemnica? 2000 lat i nierozwiązana?

"Ciekawa jestem na co wyrośnie taka córa uczona od dziecka, że wszelkie wartości na świecie to wymysł zachłannych obiboków." no nie żartuj. są wartości i wartości, a już na pewno nie są nierozerwalnie związane z religią, niektóre wprost jej zaprzeczają - wolność, odpowiedzialność za swoje czyny przed samym sobą. nie rozsmieszaj mnie, to co kościół określa jako rzeczywistą wartość to PIENIĄDZ. wczoraj bylem, pogrzeb, opowieść jak maryja wykupiła na sądzie grzesznika - za kase!

a co do anarchii i nihilizmu - nie utożsamiam anarchii z chaosem, dzięki anarchistom z XIX wieku mamy dziś samorządność lokalną, socjalizm państwa. to ci pokojowi jak proudhon czy kropotkin, bakunin czy malatesta twierdzili że trzeba zburzyć by budować...a wiec nihil novi....wole być jednostką w anarchizmie niż częścią bezmyślnego stada bez prawa głosu co do wspólnoty (kościół).

Pastor i Allah tez:) - to samo
pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Coś widzę, że moglibyśmy sobie na ten temat dłużej podyskutować, nie wiem czy masz chęć.
Zdajesz sobie sprawę, że Twoje dziecko na tym etapie nie jest w stanie brać pod uwagę różnych punktów widzenia na temat genezy religijności i wiarygodności bardziej lub mniej świeckich jednostek. Podejrzewam, a nawet jestem święcie przekonana, że ona chce iść na tą religię bo jej koleżanki będą chodzić. A sposób myślenia takich małych dziewczynek jest dość oczywisty, wiem, bo samej mi to do dziś pozostało - TATA MA ZAWSZE RACJE. Poza może okresem buntu, kilkulatek wierzy ojcu jak nikomu innemu, ale niestety choćbyś chciał i robił co się da, to ta mała nie jest w stanie samodzielnie decydować o takich sprawach jak wiara. A Ty, wpajając jej w tym wieku taką historyjkę obawiam się budzisz w niej postawę silnie anty, prowadzącą nawet do przejawów agresji wobec dzieci rodziców wierzących, bo "mój tata mówi inaczej, a twój jest głupi". Takie jest moje zdanie, ale co ja tam wiem... Jestem tylko głęboko wierzącą matką, która uważa, że wychowując swoje dziecko w pełnej szacunku i mądrej wierze katolickiej wychowa swoje dziecko na dobrego człowieka. Nie mam zamiaru jej niczego nigdy narzucać, ale chcę ją tak wychowywać.
Opublikowano

można by dyskutować, przechodzimy na temat wychowania. Staram się być rodzicem-przyjacielem , a nie sprawować Władzę rodzicielską. interesuje ją religia? opowiadam, czytam opowieści biblijne św. jehowy, fajne bajeczki. z założenia po jakiejkolwiek bajce czy filmie zwłaszcza gdy dotyczy to właśnie wartości, uczuć, rozmawiamy, jak nie teraz to za kilka dni. udzielam prawdziwych odpowiedzi, widzę że czasami nie rozumie, ale to pracuje gdyż do tematu wraca za kilka dni/tygodni. ustawienia się na pozycji ZAWSZE RACJI unikam. proste metody: ja myślę, moim zdaniem, według mnie, ktoś może inaczej, ważne ze myśli;). Nie chrzciłem dziecka by być ok wobec niej, siebie...i chyba katolików, prawda? a że temat powraca, więc po trosze wyjaśniam że religii jest wiele, że teorii również. nie uznaję stwierdzenia "dziecko nie zrozumie".

trochę pomysł chodzenia na religie mniej się spodobał, gdy spytałem czy będzie wtedy chodzić również do kościoła co niedzielę i stać godzinę, jak na weselu cioci;)

Opublikowano

Nowoczesny rodzic ;D No proszę. Ja jestem z tych konserwatywnych raczej... :) Nie wiem co więcej mogę Ci powiedzieć, bo wyznaję zasadę, że zdrowy psychicznie i fizycznie rodzic sam potrafi zdecydować co dla jego dziecka jest najlepsze i nie wtrącam się, tak jak i nie chcę, żeby mnie się wtrącano, choć i tak rodzinka mojego męża nie rozumie aluzji :)
Mieszkam z babcią męża, w domu na okrągło leci Radio Maryja i tv Trwam, co doprowadza mnie do szału, bo nie taki obraz katolicyzmu uznaję za słuszny. Jak słyszę babkę mówiącą do Hani (mojej córki), że idzie do "bozi" to mnie krew zalewa, tak samo w niedzielę nie wolno włączyć pralki, tylko prać ręcznie jak już - nie chodzi bynajmniej o zakaz wykonywania prac, ale o "co sąsiedzi powiedzą" i tak jest ze wszystkim... I weź tu wychowaj dziecko w zdrowej wierze. A do negowania religii, Boga i wartości wszechświata dorośnie samo :) Ważne, żeby nie bała się mi powiedzieć o wątpliwościach i porozmawiać ze mną o tym. Bo ja się bałam strasznie dyskutować z moimi rodzicami, każda opinia odmienna do ich zdania kończyła się obitą twarzą i stosem wyzwisk. Pewnie stąd moje przekonanie, że mają zawsze rację ;)

Opublikowano

Kiedy byłam mała, byłam bardzo religijna - z własnej woli. Moja najbliższa rodzina raczej nie chodzi do kościoła - ja chodziłam co niedzielę. Modliłam się, przez jakiś czas nawet śpiewałam w scholi, chociaż talentów wokalnych nie posiadam (dzieci się chwytają różnych dziedzin ;)). Z czasem zaczęłam częściej na ten temat myśleć. Negowałam to, co mówił Kościół na tematy współczesne, takie jak homoseksualizm itp. Z czasem odeszłam od Kościoła jako takiego, ale nigdy od Boga. Myślę, że jeśli chcesz postawić dziecku wolny wybór, nie powinieneś mu czytać takich bajek. Nie jestem konserwatywna, ale do takich decyzji jak świadoma wiara trzeba dorosnąć. Ale to tylko moje zdanie, Ty wychowujesz swoje dziecko, prawda? ;))
Pozdrawiam
Zuzka

Opublikowano

trudno jest się zgodzić na wwtłaczanie nauk Kościoła (religia) swojemu dziecku, gdy jest się racjonalistą, agnostykiem i antyklerykałem. jak napisałem, bez omówienia i pokazania mojego podejścia i zdania (które uważam za słuszne) religia szkolna jest czystą indoktrynacją, rodzajem lobotomii na młodym mózgu. takie mam zdanie. ze swojego przykładu wiem, że zakaz przymus daje odwrotny efekt. wybór służy rozwojowi, a delikatne sugestie i udzielanie wiedzy posiadanej mogą wybory ukierunkować, wpoić wartości humanistyczne. biblie przeczytałem całą w dzieciństwie, grzebałem w faktach historycznych, porównaniach ewangelii i sprzeczności (np. wniebowstąpienie) a także chrześcijaństwa jako narzędzia do zjednoczenia żydów w okupacji rzymskiej, jako środka do walki politycznej (wpływ Pawła). kasowałem księży i św. jehowy, mam ich w rodzinie wiec to tez byl motor do zdobycia wiedzy.

wolałbym religioznastwo, bo roli wiary i religii nie można przecież nie docenić.
wychowanie to trudne zadanie, moim celem jest zapewnienie rozwoju i dostarczenie wiedzy, aby dziecko miało intuicję i dokonywało świadomych wyborów.

ale warsztat mój prozatorski pominęły panie komentujące;) pozdrawiam i dzięki za uwagi.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Tak, tak. Gadasz do rzeczy. Ale.
Chyba jest różnica między przedstawianiem sprawy ze wszystkich stron, a ogólnym zniechęcaniem dziecka do wiary. Bo ten tekst niezaprzeczalnie wywołuje taki efekt.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...