Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

zastanawiam się, co sądzicie o tej kłótni wyznawców Drzymały z wędrującymi hydraulikami.


Pozdrowienia

www.wiadomosci.onet.pl/1512243,2678,1,1,ciszej_prosze_z_tymi_powrotami,kioskart.html

Opublikowano

No cóż świetny artykuł i tyle. Też mam wielu znajomych, którzy wyjechali kilka lat temu i jakoś nie widać powrotów, no.. chyba że na krótki urlop. Ja sama też byłam jakiś czas temu, ale blisko w Niemczech (sezonówka) i może nie zarobiłam kokosów, ale nieporównywalnie więcej, niż tu, w żarcie zaopatrywałam sie w Lidlu, Aldi i Comie. Miałam 50 euro zaliczki na tydzień i jeszcze mi z tego zostawało. Ktoś, kto zna smak wegetacji bez perspektyw, za pieniądze, za które po prostu nie da sie tu normalnie żyć wie o co chodzi. Jedna wielka deprecha. Czekam z utęsknieniem na wiosnę i juz mnie tu nie ma, przynajmniej na kilka miesięcy.
Pozdrawiam/basia

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pani Barbaro, jestem w szoku! Żyła pani za 50 euro na tydzień, w Niemczech i...jeszcze pani zostało (pewnie, na używany samochód?). To może, to było w N.R.D.? Ja miałem wynajęty pokój w willi, dowożono mnie codziennie do pracy 30 km i dostawałem 6o euro dziennie diety ( do łapy 30 ) i...nie wiele mi zostało. Fakt, że przywiozłem, trochę prezentów, ale...bez jaj. Ceny w Niemczech są wysokie i sami Niemcy narzekają. Właściciel domu, w którym mieszkałem, skrzyczał mnie, że wyrzuciłem butelki po piwie do kubła. A to każda sztuka 15 centów kaucji! Tak się tam liczą, z każdym groszem. Więc jak ktos pisze, że żyje tam na luzaku, to dla mnie, albo.....ściemnia, albo zasuwa po 12 godz na dobę. Pozdrawiam. p.s. Sądzę , że prędzej można takie rzeczy pisać o Anglii. Bo, tam, wydawało mi się, że ceny są dużo mniejsze niż w Niemczech (chociaż byłem tam krócej niż w Reichu).
Opublikowano

Powiem szczerze.Patriotką nie jestem i nie wiem nawet co w dzisiejszych czasach znaczy patriotyzm.Angielski znam na tyle żeby się dogadać.Jestem w miarę zaradna więc pewnie poradziłabym sobie w obcym kraju bez jakiś większych problemów, jednak mimo wszystko nie potrafiłabym wyjechać z Polski i uważam, że wyjeżdżają bardzo specyficzne osoby, które mają jedną wspólną cechę.Potrafią żyć setki tysięcy kilometrów bez swojej rodziny, przyjaciół i znajomych,bez miejsc darzonych sentymentem i swoich kątów.Kiedy pomyślę, że miałabym TO zostawić ( a to jest dla mnie wszystkim) to nie dałabym rady wytrzymać dłużej niż pół roku.Mam mnóstwo znajomych którzy jechali "za chlebem" nie raz-99% wróciła z depresją i pieniędzmi.Ale owszem są też tacy którzy wyjechali i nie mają zamiaru wracać bo tam im dobrze głównie przez pieniądze.W zasadzie tylko przez pieniądze.Są to jednak ludzie, mający inne priorytety - tylko materialne.Wkurza mnie też, że Polacy narzekają, że nigdzie nie ma pracy bo praca jest - owszem może nie taka jak byśmy chcieli ale jest.I to wcale nie źle płatna. Kasjerka w Biedronce ma 1900 zł brutto( zaznaczam, że wyjeżdżając za granice nie będziemy robić nic lepszego) więc nie narzekajmy, że jest aż tak fatalnie.Owszem polskie życie dużo zżera ale czy tak do końca opłaca się teraz wyjeżdżać gdy funt, euro wszystko spada, zaciskać pasa TAM przez 2 lata, wrócić uśmiechnąć się do siebie?Może lepiej zacząć budować wszystko tutaj, mozolnie bo mozolnie ale kto powiedział, że życie jest łatwe:-)
Za granicę bardzo chętnie - do Francji, Hiszpanii,Anglii - ale tylko na wycieczki :-)

Opublikowano

Witam, panie Johnie. Proszę jeszcze raz na spokojnie przeczytać moją wypowiedź. Czy tam jest mowa o jakimś luzactwie? Może nie wyraziłam się zbyt jasno, ale wiosną 2008 wystarczało mi 50 euro tygodniowo na jedzenie. Może ceny poszły w górę. Nie wiem, nie ma mnie tam teraz. W Niemczech są takie same sklepy Lidl, jak u nas w Polsce (akurat w Emstecku był taki sklep). Czemu wyrzucać butelki, jeśli można je sprzedać? To nie trzeba być Niemcem, żeby mieć takie podejście do sprawy :). Nie wynajmowałam pokoju w willi, lecz mieszkałam w hotelu robotniczym. Ja prezentów raczej mało kupowałam, jedynie na sam koniec parę drobiazgów. Chciałam przywieźć pieniądze do domu. A co do zasuwania po 12 godzin to w rolnictwie to jest całkiem naturalne. Niektóre prace są bardziej meczące, inne mniej. Sama wyszukałam firmę (uchowaj Boże przed polskimi pośrednikami!) w internecie, bo lubię pracę w polu. Tu w kraju wykonywałam już naprawdę różne prace, dużo cięższe, mało satysfakcjonujące i haniebnie nisko płatne.
Problem polega na tym, że Pan i ja żyjemy w dwóch różnych światach. Zapewne Pana standard życia jest o wiele wyższy od mojego, stąd to niezrozumienie. Weźmy słowo "sukces". Przecież dla każdego znaczy ono co innego.
Pozdrawiam/basia

Panno Cogito - 1900 brutto to jest około 1300 NETTO, czyli na rękę, a pozostałe 600 zł to ubezpieczenie społeczne, zdrowotne, zaliczka na podatek. Fakt, w rozliczeniu rocznym można dostać zwrot. Trzeba niestety wziąć pod uwagę fakt istnienia czegoś takiego jak manko, które przy takim systemie pracy, jaki jest w tego typu marketach (czyli bieganie jak kot z pęcherzem od kasy do palet z towarem, żeby go rozładować) zdarza się dość często. Sama byłam kasjerką przez wiele lat (akurat nie w Biedronce) i mówiąc szczerze, zdrowie straciłam i fizyczne, ale bardziej chyba psychika mi wysiadła. Czy 1300 zł miesięcznie to jest niezła płaca? Moim zdaniem nie jest to dobra płaca. Nie wiem, jakie są płace w Biedronce (bo tam nie pracowałam), ale ja pracowałam jako sprzedawca biletów za 1450 brutto czyli NETTO 1050 zł (niedawno umowa mi sie skończyła). Teraz biegam z ulotkami za 7,60 NETTO za godzinę (niestety nie na cały etat, a szkoda). A co do podejścia materialnego - przecież żyjemy w świecie materialnym i choćby nam się to nie wiem jak nie podobało to to jest fakt. Też mnie to wkurza. Ale niestety, jeść i mieszkać gdzieś trzeba.
Ostatnio na wczasach byłam 20 lat temu. Nie ma szans, żeby wyjechać na weekend przy tych zarobkach a co dopiero na wczasy. Dla mnie takie wyjazdy sezonowe co jakiś czas to dobra rzecz. Podreperuję trochę budżet.
Nie wiem, czy byłabym w stanie zostać za granicą na stałe. Trudno powiedzieć. Z rodziną - myślę, że przywykłabym.
A co jest moim priorytetem? Godnie żyć, nie martwić się co jutro włożę do garnka i mieć szansę na godną emeryturę.
Pozdrawiam/basia

Opublikowano

Droga pani Basiu! Teraz, to pani mnie nie zrozumiała. Mój standard życia jest przeciętny. Pokój wynajęła i opłacała mi firma, ze względu na brak miejsc w hotelach (robotniczych również)...okres targów Hanowerskich. Byłem, między kwietniem a majem, a więc wiosna 2008r. Dowożono mnie do pracy, a więc nie opłacałem komunikacji. Tylko czysta dieta. Kiedy zacząłem robić zakupy w pierwszych dniach, zobaczyłem, że powiedzenie " złoty zachód", można odłożyć do lamusa. Moja "bajońska" dieta, przestała działać. Szybko zrozumiałem, że jestem przeciętnym "dziadem" z Polski. I to mnie właśnie zbulwersowało!!!! Twierdzi pani, że życie za 7 euro dziennie w Niemczech, jest lepsze od "wegetacji" w Polsce???? Czeka pani z utęsknieniem na wiosnę, żeby jechać do Bauerów? Pani Barbaro, zapewniam panią, że jeśli, będzie pani żywiła sie w Polsce, za 20-cia parę złotych dziennie w Lidlu czy w Biedronce, to pani standard życia będzie podobny do tego, jaki miała pani w Niemczech ( o mieszkaniu i opłatach nie wspominam, ponieważ pani również nic nie pisała o tym. )....i jeszcze pani coś zostanie! Pozdrawiam. p.s. Jak mam być dziadem, to lepiej na swoich śmieciach.
Panno Cogito. Dużo jest prawdy w pani tekście. Dodam tylko, że wszystko jest sprawą indywidualną. Moi dwaj znajomi pracowali w piekarni w Irlandii. Jeden przyjechał po 2 miesiącach i powiedział "Daj spokój, stary. Chcą, żebym tyrał w soboty i po godzinach i w ogóle słabo płacą. A co ja koń?" Drugi, siedzi rok czasu i sprowadził żonę i syna. Pracowali w tej samej piekarni. Pozdrawiam

Opublikowano

Panie Johnie - mówi Pan, że Pana standard życia jest przeciętny. To świetnie i.. no właśnie - tym sie różnimy, bo ja jestem na samym dole tej piramidy. Z pracy w Niemczech po odliczeniu potrąceń, opłat za hotel i tych zaliczek po 50 euro tygodniowo zostało mi "coś" czyli 2100 euro (za dwa miesiące pracy, a było trochę pauz). To może nie była jakaś rewelacja, bo kurs euro był wtedy niski ok. 3,33 na granicy. No ale "coś" mi zostało. I cały czas mówię tu o wyjazdach sezonowych, a nie życiu na co dzień, bo z tym może być różnie, tak zresztą jak i w Polsce, są miasta droższe i tańsze. Ja jadąc tam cudów nie oczekiwałam. Chciałam podreperować budżet, bo naprawdę cieniutko było. I jestem usatysfakcjonowana.
A tak ciągłe pożyczki i zwracanie długów, błędne koło.
30 zł * 30 dni = 900 zł (3 osoby * 10 zł)
czynsz 371 zł
prąd 70 zł
gaz 80 zł
internet 61 zł
tel. 80 zł
razem 1562 zł

A gdzie miejsce na niespodziewane wydatki, czy zakup choćby odzieży, czy lekarstw, czy to "coś" które powinno mi zostać?
Można oczywiście zrezygnować z internetu i telefonu, z zakupu odzieży, nie kupować żadnych słodyczy, nie kupić dzieciom butów, płaszcza czy spodni, bo po kiego diaska? Ale na dłuższą metę to wykańcza psychicznie, proszę mi wierzyć.
Ja mam troszkę inne zdanie na temat bycia dziadem.
Bycie dziadem tu w Polsce bardziej mnie boli, niż za granicą. Tam jestem obcokrajowcem, nie jestem u siebie i nie dziwi mnie trochę inne traktowanie ze strony tamtejszych pracodawców. Być może dlatego, że tutaj w kraju spotkałam się z o wiele gorszym podejściem do pracownika. Tak bywa.
Cieszy mnie, że są teraz większe możliwości wyjazdu za granicę i zarobienia jakichś przyzwoitszych pieniążków.
Pozdrawiam/basia

Opublikowano

Heee! Zaraz, pani napiszę czym się różnimy. To pani żyje ponad przecietność...
Moje opłaty miesięczne:
Spłata kredytów w Bankach i zakupy kredytowe: około 1800zł!
czynsz : 620 zł
prąd:140 zł (kuchenka na prąd)
internet....itd itd
Rodzina czteroosobowa, chwilowo trzy (syn w Holandii)....to jest dzisiejsza polska rzeczywistosć. Tzw. irlandzka odmiana bidy, czyli cud gospodarczy nad wisłą. O tym, że pani zarabiała tam w miarę piniążki...nie pisała pani. Myslałem, że "żyła" pani za te 50 euro. Ok. Powiem tak. U Niemców miałem cztery przerwy w pracy i mogłem chodzić, kiedy chciałem na papierosa (nie palę) , nikt mi, na nic nie zwrócił uwagi (no, może jeden ślązak, kawał c...a).W "ich" wrocławskiej filli, jest jedna przerwa 15 min i ludzie są zwalniani za byle głupstwo. Robi się wręcz polowania na pracowników. Jak Niemcy (w większości naturalizowani Turcy) przyjechali doszkalać nas we Wrocławiu, byli w szoku......widząc taką dyscyplinę! Chodzili palić, kiedy chcieli i olewali to. O tym, że Polak najbardziej lubi gnębic Polaka, wie już cała Europa! Ma pani 100% racji. Pozdrawiam. p.s. Te butelki, miały byc przykładem gospodarności. Chciałem przekazać to, że gdyby u nas byli tacy gospodarze, to może bysmy też lepiej żyli? Chodzi mi o nasz RZĄD....i to każdej opcji.

Opublikowano

Staramy sie jak możemy asherku :D.
Panie Johnie - ja głównie pożyczam od znajomych, potem oddaję. Nie mam zdolności kredytowej.
A z butelkami to fajna sprawa jest w Niemczech. Jak już mi się trochę uzbierało szłam do Lidla, tam było takie pomieszczenie i nie wiem jak to fachowo nazwać - wrzucało się butelki do otworu w ścianie, plastikowe i szklane, w środku tylko słychać było jak są tłuczone i gniecione. Potem wyskakiwał paragonik i można sobie było zrobić zakupy. U nas niby też jest skup butelek, ale tylko szklanych. Jak na razie nic mi nie wiadomo na temat skupu butelek plastikowych. Co najwyżej można je wyrzucić do specjalnych pojemników. Ale kasy sie już nie odzyska, a szkoda..
A to że Polak lubi gnębić Polaka to jest bardzo smutne. Ciekawe, czy to się kiedyś zmieni. Chyba nie za mojego żywota :D
Pozdrawiam/basia

Opublikowano

Widziałem ten "otwór" do butelek w Realu, ale nigdy nie udało mi się oddać butelek z powrotem. Widocznie jestem typowym Polakiem:)Większość zostawiałem mojemu gospodarzowi. Najbardziej podobało mi się to, że tam skoszoną trawę zawozi sie do firmy i wrzuca do kontenerów, albo w sobotę za miasto wywozi się różne manele i wywala do różnych kontenerów. Trawę również. A jaki przy tym porządek, kierunki na parkingach. Londyn przy Hanowerze to wyglądał jak duży śmietnik...wszędzie worki ze śmieciami przy domach. Jakiś gruz, kartony (remonty)...fakt, że w większości w dzielnicach hinduskich, ale i tak nie podobało mi się u Angoli.....reasumując. Wszystko jest sprawą indywidualną!!! Jednemu jest dobrze w Puerto Rico, a drugiemu w Jokohamie. Pozdrawiam. p.s. Gorzej jak 90% mieszkańców mówi, że jest im źle w Puerto Rico...wtedy trzeba zmienić ...premiera z prezydentem :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...