Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chciałbym się poskarżyć.
A właściwie zapytać, czy dobrze postąpiłem. Sprawa dotyczy ostatnich Świąt Bożego Narodzenia. Nie było śniegu i to mnie wystarczająco wkurzyło. Nie było nawet ani odrobiny mrozu! Siedziałem w domu, tuż przed świętami i pogrążałem się w przesłodkiej, wszechogarniającej błotnisto - deszczowej depresji, no wiecie szare krople płynące po szybie, para chowająca się wspólnie pod parasolem i takie tam pierdoły. Choinka mnie mierźiła, bo czułem nastrój bardziej pierwszolistopadowy, niż grudniowo - zimowy, więc nawet na nią nie spoglądałem. Po co? Pies spał pod nią głodny, bo w taką pogodę nawet do sklepu po puszkę nie chciało mi się pójść.
I nagle, z odrętwienia wyrwał mnie telefon. Masz ci los! Bo mi źle w tym moim nieszczęściu było. Podniosłem słuchawkę i klasycznym "Halo!" nawiązałem rozmowę.
- Może by my do Tesco pojechali?
Kuzynka! Dżises! Taż jej nie odmówię.
- Do Tesco? - pytam.- To czterdzieści kilometrów!
Jakby we wiosce u nas sklepów już nie było i po durnego karpia trzeba by walić do Marketu w województwie.
No, ale uległem.
Godzinę później już łaziłem z debilnym koszykiem w łapie, wśród półek i uśmiechniętych dziewic - Mikołajów, co na konsumpcję ciasteczek zapraszały, albo perfumką się chlapnąć, namawiały. Musiałem znosić te wszystkie okrzyki kuzynki z cyklu: "O popatrz - promocja!", "O popatrz, to by mi się przydało!", "O popatrz, jakie tanie!", "O popatrz! Okazja!". Mdliło mnie jak diabli, ale dzielny byłem. Miarka się przebrała ( a właściwie przebierać się zaczęła ), dopiero przed kasą. Kurwa! Jaka tam kolejka była! Wierzycie? Na wiosce tylu ludzi nie ma, co tutaj w jednej kolejce! No ale nic, stoję. Trzymam ten koszyk pełen pierdół i łacha ciągnę z chichoczącej kuzynki. Ona nic nie czai! W ogóle używa takich słow, że ciężko ją zrozumieć. Jakieś tam: "O co ci kaman!", albo " ale zajefane tipsy!" Nic to. W pewnym momencie moją uwagę przykuwa jakiś dzieciar. Wisi ojcu na rękawie, obok spanikowana świątecznym szałem matka, a ten drze mordę!
- Tatoooo! Tatoooo!
I ryczy w niebogłosy. - Tato kup mi Snickersa, i tato sru batonik do wózka, Tato, kup mi gumę i tato sru do wózka, tato kup mi... i tato sru, jak się domyślacie, do wózka.
"Nie dam rady" - myślę sobie. Z jednej strony napiera kuzynka, że to zajefajnie, że się ten obciachowy post kończy i będzie można na balety pójść jakieś ciacho wyhaczyć, z drugiej ten bachor i nieprzytomni rodzice. Cały wózek prezentów, żadna tam niespodzianka, bo gówniarz już sam sobie wybrał co chce i już wie co dostanie! I jeszcze naciąga starych, a starzy jadą z tym koksem i... do wózka.
Patrzę dalej, w wózku tak: Coca - cola, pizza jakieś tam Tomato - Italiano, Panga, hamburgery, sosy Tesco, stosy Lay`s - ów, Crunchips - ów i czegośtamjeszcze w złotych paczuszkach, samochodziki dla gówniarza, Kapitan Planeta dla gówniarza, kij bejsbolowy dla gówniarza, cyfrówka dla gówniarza i myślę sobie:
"A gdzie karpik? Gdzie sianko pod obrus? Gdzie niespodzianki ślicznie i skrupulatnie zapakowane drobiazgi, najlepiej własnoręcznie wykonane? Gdzie kolęda? Gdzie uśmiech i życzliwość dla bliźniego? Gdzie atmosfera świąteczna? Gdzie opłatek? Stopiło się ze śniegiem, czy jak?"
Jakoś dźwignąłem, przepuściłem się przez kasę, kuzynia zapłaciła i taszczymy te klamoty na parking do samochodu. No i pech! Tuż obok stoi gablota, klapa otwarta, a przy niej znajoma rodzinka pakuje to wszystko do środka. Dzieciar dalej drze mordę! Że on chciał jeszcze grę, że on chce Mac Drive`a, MacZestaw, że nie chce tej durnej choinki, że nie pojedzie do babci, bo tam wiocha i pizzy nie ma. Słucham tego i żal mnie ściska, kuzynka nic nie kuma, tylko sadzi dalej durne teksty: "Ty, popatrz jakie ta wieśniara ma laczki! Ale siara!"
Do rodzinki podchodzi jakiś facet, chyba znajomy, bo zaczynają rozmawiać. Nie! O zgrozo! To nie znajomy, to właściciel restauracji, tak wynika z rozmowy, dopinają ostatnie szczegóły kolacji wigilijnej. W restauracji!!! Czujecie? Wigilia? Kelnerki, srejnerki, muzyka z kompa i zero klimatu.
"Boże!" - sobie myślę i blada rozpacz mnie ogarnia. Smutek i żal. Od razu przypominam sobie babcine ciasta, szyneczkę na kartki wystaną przez matkę w kolejce ( jedyną szyneczkę w ciągu roku! ), głodówkę od samego rana i ekstra barszczyk dopiero wieczorem, kolędy śpiewane przez kobiety i rozmowy mężczyzn o życiu. Ale przede wszystkim klimat! Świeżutka choinka, skromne prezenty, których zdobycie sprawiało jednak, że ich ranga rosła niepomiernie. Skarpety! Jezu skąd skarpety? i jakie te skarpety! Ciepłe! Wełniane! Zegarek!. Matko Boska, gdzie ty dostałeś ten zegarek? Jaki piękny ten zegarek. Ale gdzie teraz baterie kupić? I banany! Jezu! Banany! Prawdziwe!
I patrzę na tego bachora co się tak drze, i ma gnój wszystko i jeszcze dwa razy więcej, i nie wie co to święta i jego rodzice zapomnieli co to święta, i nie uczą go co to święta, a rozpuszczają gnoja, i na kuzynkę patrzę i na kierownika restauracji patrzę i znowu na dzieciaka, i huk mam w głowie, i chaos, i nerwy mi puszczają, i nie wytrzymuję!
Wyrywam bejsbola z wózka, szybkim ciosem roztrzaskuję łeb dzieciaka. Pada. Dobiegam do rodziców, kuzynka drze się w niebogłosy. Rozpieprzam łeb matce i ojcu gówniarza, padają na ziemię, jeszcze żyją, ale krew zalewa im twarze, kierownik restauracji rzuca się na mnie, ale dostaje kopa w brzuch, pada na ziemię i tam butuję go do utraty przytomności. Podbiega do mnie kuzynka i jej: " Co ty zrobiłeś?" jest równocześnie jej ostatnim zdaniem w życiu.
Napierdalam teraz wszystkich na glebie jak leci, napierdalam w zmasakrowane ciała: dzieciaka ( niech się gnój nauczy szacunku do świąt! ), jego starych, szefa restauracji, kuzynki, napierdalam każdego, kto do mnie podleci: "za Mikołaja!", " za choinkę", "za rodzinne kolędowanie", "za to, że wszystko, kurwa jego pierdolona mać zepsuliście!", "że tylko żrecie i kupujecie, kupujecie i żrecie!"
A szlag z wami! A zdychajcie dranie!
Napierdalam do utraty tchu, krew obryzguje mi twarz, kurtkę, wypluwam ją, cudzą, złą krew innowierców, zdrajców, nieświętych. Masakra wprawia mnie w ekstazę, jestem wielki, mam swój prywatny Dżihad! Swoją ekstazę! Napierdalam do utraty świadomości, do pierwszego i do drugiego orgazmu. Ślizgam się po nerach, żołądkach wypchanych Coca colą i hamburgerami, po wątrobach zniszczonych przez Martini, po kichach, sercach. Ślizgam się i napieprzam bejsbolem, aż urywa mi się film!
- Słuchaj, a może byśmy wrócili na odzieżowy? Nie mam butków na dyskotekę... - dźwięczny głos kuzynki wyrywa mnie z odrętwienia, wzdrygam się, spoglądam na rodzinkę. Odjężdżają z parkingu w sobie tylko znanym kierunku...

Opublikowano

tam butuję go do utraty przytomności"

tam butuję go aż traci przytomność, bo inaczej brzmi jakbyś tracił przytomność butując kolesia. Tekst zaskakujący, w twojej tzn tej która Ci najlepiej leży, tematyce społeczno/obyczajowo/filozoficznej

ale rozczarowałem się końcem i celą, ta masakra powinna być raczej potraktowana jak wizja narratorska, którą zaraz koryguje rzeczywistość(np. pytanie kuzynki: odwieziesz wózek?), a w puencie byłoby wtedy ciekawiej
zdrówko
Jimmy
ale wymiata i tak

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Kurwa, mam teraz w dupie doszukiwanie się jakiś tam niedociągnięć warsztatowych! Świetny tekst! Rytm! Jest rytm, który uprawdopodobnił masakrę! To "Dzień świra"! Zdaje mi się, że podczas pisania miałeś w głowie ten film. Ale Jimmiego podpowiedz co do zakończenia opowiadania, moim zdaniem, warta jest przynajmniej zastanowienia.
Pozdrawiam mojego ulubionego autora na "poezja org " :-)
Ps
Szkoda, że od morza do gór jest tak daleko.
Ciekawe, czy kiedyś wypijemy jakieś piwko razem :-))

Opublikowano

Donie, gdzieś Ty się podziewał? Dzięki za przychylne słowa :) Jak znam życie, na pewno znalazłeś u mnie mnóstwo literówek!
Kiedyś uwielbiałem jeździć nad morze! Ostatnimi czasy byłem w Dziwnowie i Pogorzelicy, ale taką mam teraz pracę, że nigdzie nie jeżdżę. Tyle czasu pochłania. A może Ty byś w góry się wybrał?

Opublikowano

A ja zmieniłem pracodawcę i teraz jeżdżę sobie po Europie :-)) Tydzień temu, podczas tego długiego weekendu byłem w górach, dokładnie w Karpaczu. Zajechałbym do Ciebie, gdybym był w twoich okolicach, ale Ty wciąż nie dajesz na siebie żadnego namiaru. Jakbyś zmienił zdanie, to napisz mi wiadomość prywatną.
Może niedługo coś napiszę o tych moich ostatnich wyjazdach, ale raczej zamieszczę to pod innym pseudonimem.
Pozdrawiam serdecznie

  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Dusza

       

      Wieki temu ludzie używali żelazka do prasowania ubrań i innych tego typu rzeczy w taki sposób aby nadać im jakiś schludny wygląd. Były to urządzenia z tak zwaną „duszą”, to jest z pustym wnętrzem do którego wsypywało się rozżarzone węgle lub kawałki żarzącego się drewna. Żelazne okowy żelazka rozgrzewały się, a następnie można było prasować nim odpowiednie materiały, gdyż włożone polana czy węgle ogrzały dostatecznie „machinę”. Ta materialistyczna metafora duszy nasunęła mi się względem osób wierzących inaczej, które lubią mawiać, że mają „wewnętrzny ogień” rozgrzewający ich ciała.

       

      W pięknym zakątku Polski centralnej, znajduje się wspaniały pałac (w Nieborowie), a w nim mnóstwo zabytkowych wnętrz, obrazów, mebli, dzieł sztuki, itp. Znajduje się tam również biblioteka. W niej zaś można zauważyć wielotomowe dzieło pod wspólnym tytułem: „Historia duszy ludzkiej”. Aby ją przeczytać w całości i podzielić się wiedzą, potrzeba by było mnóstwo czasu, zatem trzeba dokonać pewnego skrótu, syntezy, trawestacji, własnej adaptacji na temat pojęcia duszy.

       

      Wedle tego co powyżej, dusza ludzka zaistniała od tego momentu, w którym człowiek stanął na dwóch nogach, przyjął postawę wyprostowaną. Właśnie wtedy zaczął posługiwać się rozumem. Jego świat był pełen lęków i obaw, pełen złych duchów, którym musiał oddawać cześć, których musiał obłaskawić, aby zyskać przychylność w łowach. Składał rozmaite ofiary całopalne, mnożył zaklęcia. Zaczął grzebać zmarłych oddając im w ten sposób należny szacunek. Pojawiła się sztuka w postaci rysunków naskalnych, przedstawiających świat zwierząt (animizm), w jaskiniach, które zamieszkiwał.

       

      Dla starożytnych Egipcjan dusza składała się z kilku kluczowych aspektów, które powstawały w momencie narodzin: Ka (siła życiowa) – to sobowtór człowieka, który potrzebował jedzenia i picia. Dary składano w grobowcach. Taka siła odróżniała żywego człowieka od zmarłego. Ba (osobowość) – część, która mogła opuszczać ciało i podróżować między światem żywych, a światem umarłych (przedstawiana jako ptak z ludzką głową). Ach (duch świetlisty) – to wyższa forma duszy, powstająca dopiero po śmierci, jeśli zmarły pomyślnie przeszedł sąd Ozyrysa. Ten duch zamieszkiwał wśród gwiazd. Ren (imię) – starożytni Egipcjanie wierzyli, że człowiek żyje tak długo, jak długo jest wymawiane jego imię. Ono stanowiło integralną część tożsamości duchowej. Szut (cień) – był uważany za nierozerwalny element istoty ludzkiej, który zawiera cząstkę istoty ludzkiej, zawiera cząstkę jego mocy. Według mitologii egipskiej, życie i iskra duchowa pochodziły bezpośrednio od bogów – stwórców takich, jak Atum, Ra, czy Chnum. Źródłem mądrości dla Egipcjan było serce, nie zaś rozum. Śmierć nie była końcem, lecz przejściem do innego świata. Podróż była długa, niebezpieczna i składała się z kilku etapów. 

       

      Starożytni Grecy zauważyli, że ciałami porusza coś niematerialnego, coś co nazwali „nous”. Zauważyli też, że to nie dusza podąża za ciałem, ale ciało za duszą. Podzielili więc duszę na rozumną, popędliwą i pożądliwą. Dusza rozumna „zawiaduje” wszystkimi popędami i pożądliwościami. To ona decyduje o wyborze etyki, a co za tym idzie moralności. Ona przeprowadza działanie na tych trzech zbiorach. W duszy pożądliwej ma miejsce chęć posiadania cudzego majątku, cudzego talentu, cudzego ciała, cudzej żony, cudzego męża, cudzego mienia, władzy nad innymi, itp. Dusza popędliwa jest niemal bliźniaczo podobna do duszy pożądliwej. Ktoś ma popęd w kierunku uprawiania lekkiej atletyki, ktoś inny turystyki pieszej, jeszcze inny ma popęd do kolekcjonowania złotych monet, a jeszcze inny do „sukcesów” erotycznych czy alkoholu. Charakterystyczny był dualizm duszy i ciała, przeciwstawienie duszy ciału i ciała duszy. Dla niektórych Greków dusza stanowiła formę ciała i była z nią nierozerwalnie związana.

       

      Dla starożytnych Rzymian dusza ludzka składała się z kilku niematerialnych elementów: 1) anima: duszy biologicznej, „tchnienia życia”, które ożywia ciało i jest wspólne dla wszystkich istot żywych; 2) animus: dusza racjonalna, siedlisko intelektu, woli, emocji; utożsamiana z męskim pierwiastkiem psychiki; spiritus: duch, „tchnienie”, kojarzony z siłą witalną i łącznością z boskim pierwiastkiem wszechświata; 3) mens: umysł, intelekt to taka część duszy, która dąży do gwiazd (per aspera ad astra).

       

      Zupełnie inaczej ma się rzecz z duszą ochrzczoną. To tak jakby w duszy rozumnej Greka, gdzieś tam wysoko, na dachu znajdowało się okienko skierowane ku błękitnemu niebu, na którym widać złożoną z obłoków, twarz jedynego Pana Boga. Dusza ludzka nie ma nic wspólnego z tak zwaną „teorią ewolucji”, którą nieliczni łączą z chrześcijaństwem, dopuszczając się kolejnej herezji, gdzie wraz z ewolucją ciała ewoluowała i dusza ludzka. Każda dusza jest stwarzana bezpośrednio przez Boga w momencie poczęcia. Dusza nie jest uwięziona w ciele, ale stanowi jego formę. Człowiek jest jednością cielesno – duchową. Dusza nie ginie wraz z śmiercią ciała. Po rozłączeniu z materialną postacią egzystencji zachowuje świadomość i zdolności poznawcze. Bezpośrednio po śmierci, dusza podlega sądowi szczegółowemu, który określa jej stan: niebo, czyściec lub piekło.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...