Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sprawy czasem przybierają taki obrót, że nawet Bartek się go nie spodziewa. No, ale zacznijmy od początku.
A zaczęło się od piratów. Bartek, który na studiach specjalizował się w literaturze angielskiego renesansu, umyślił sobie napisać pracę magisterską o piratach. Nawiasem mówiąc, bardzo lubił odpowiadać na pytanie “co mają piraci do renesansu” - jego odpowiedzi, utrzymane raczej w stylu barokowym niż renesansowym, miały niemałą wartość merytoryczną, mimo to jednak mało kto był w stanie wysłuchać ich uważnie do końca, a co dopiero zapamiętać. Nikt zatem dokładnie nie wiedział, jak to było; no, może poza samym promotorem, doktorem Gdańskim, któremu temat niebywale się spodobał.
Ale zaraz - w tym, że to piraci byli siłą sprawczą przyszłych wydarzeń, nie ma przecież cienia przesady! To właśnie dzięki nim zawiązała się między Bartkiem a doktorem Gdańskim nić porozumienia i – nie należy bać się tego określenia – męskiej przyjaźni. Do tego stopnia, że gdy w lipcu, tuż po bartkowej obronie, doktor Gdański miał brać ślub, zaprosił Bartka na wieczór kawalerski.
Bartek, owszem, czuł się wyróżniony, ale bardziej może nawet zakłopotany. Nie zdarzało mu się przecież nigdy wcześniej biesiadować w towarzystwie pracowników naukowych, jeśli nie liczyć instytutowych wigilii. Nie śmiał, naturalnie, zaproszenia odrzucić, choć z początku myślał, żeby wykpić się obowiązkami czy chorobą; w końcu jednak stawił się na balandze w pełnej krasie: w najlepszym garniturze i z naręczem kwiatów.
Kwiaty jednak zdały się na nic, choć doktor Gdański oczywiście je przyjął; najlepszy garnitur zdał się na jeszcze mniej, bo towarzystwo (łącznie z samym doktorem Gdańskim) odziane było w dżins, sztruks i flanelę. Ubrania zresztą – nie wyłączając jedwabnego krawata i znakomicie wykończonej marynarki Bartka (przednią markę dało się poznać po prążkowanej podszewce) szybko zostały przez właścicieli porozrzucane po całym lokalu w akcie ogólnej euforii, jaka ogarnęła biesiadników, gdy na scenie pojawiły się skromnie, lecz schludnie odziane tancerki.
Kilku uczestników libacji Bartek znał ze studiów; był wśród nich chudy, choleryczny doktor filozofii, niejaki Mściński, był odziany jak zwykle na czarno amerykanista doktor habilitowany Kozłowski, nie zabrakło nawet jowialnego profesora Lanckorońskiego, kierownika zakładu literatury angielskiej i zatwardziałego kawalera. “Ilość alkoholu, jaki jednostka może wypić” - zaobserwował Bartek - “jest liczona na jeden tytuł naukowy; magister i doktor mogą wypić właściwie tyle samo, ale doktor habilitowany – już dwa razy więcej, a profesor doktor habilitowany – temu już w piciu nikt nie dorówna”.
- Wojteczku, a czy ty wiesz – zapytał profesor doktor habilitowany Fryderyk Wilhelm Jarzęba-Lanckoroński (z tych Jarzębów-Lanckorońskich), obejmując poufale doktora Gdańskiego – czy ty wiesz, że po ślubie to już koniec z ruchankiem na boku? Schluss, end, fin. Comprenez-vous? No, przynajmniej na parę lat.
Profesor poklepał doktora po plecach, po czym huknął gromko:
-Ale ty się nie bój, Wojteczku, ty nie bój nic! Masz wiernych przyjaciół, którzy ci w męczarni ulżą. O tak, Wojteczku, na nas możesz liczyć. Comprenez-vous?
Bartek, który nie znał francuskiego ani odrobinę, nie zrozumiał, o co pytał profesor, nie mniej jednak przytaknął z entuzjazmem – razem z resztą gości.
-No dalej, bracia rodacy – grzmiał profesor Lanckoroński - zróbmy ściepę na ostatni coitus extramatrimonialis dla kolegi doktora! Tu nieopodal mieści się wcale przytulny przybytek zaspokajania żądz cielesnych o wdzięcznej nazwie “Alexis”! Comprenez-vous?
Biesiadnicy wyciągnęli portfele, drżącymi dłońmi odliczyli walutę – dwudziestki, pięćdziesiątki, setki – i podali je profesorowi Lanckorońskiemu.
Uczony w skupieniu poślinił palec, przeliczył banknoty, wśród których była ostatnia bartkowa pięćdziesiątka i zawołał radośnie:
-Znakomicie, znakomicie; zawsze powtarzam, że naród polski, choć ubogi, na szczytny cel grosza nigdy nie poskąpi! Wojteczku, kochany! - zwrócił się wreszcie do doktora Gdańskiego, o którym przez ten czas prawie już zapomniano – Wojteczku kochany, za te pieniądze, to ty się w Alexisie nadymasz do upadłego, dosłownie i w przenośni! Comprenez-vous? Chodźmy tam, chodźmy czem prędzej, póki noc młoda!
Profesor Lanckoroński ciągnął doktora Gdańskiego do wyjścia, a tamten coraz słabszy stawiał mu opór. Bartek, który nagle zdał sobie sprawę z powagi sytuacji, przebiegł wzrokiem po twarzach zebranych, którzy podzielili się mniej więcej po połowie – część z nich, pobladłszy, z zaciśniętymi wargami kiwała przecząco głową, jakby chcieli samych siebie utwierdzić w przekonaniu, że “to nie uchodzi”; druga część, a wśród nich znani już Bartkowi filozof Mściński i amerykanista Kozłowski, rwała już do wyjścia, gestami zachęcając resztę do pójścia w ich ślady.
-Chwała tym, co z nami! – zakrzyknął profesor Lanckoroński, gdy wreszcie udało mu się porwać z miejsca doktora Gdańskiego – im dziś pisane śniade uda bułgarskich branek! Zdrajcy i tchórze niechaj wracają do pustych domów! A tertium... - dodał po chwili, patrząc na twarz Bartka, na której malowało się wahanie – tertium non datur! Comprenez-vous?
Bartek nigdy jeszcze nie odwiedził agencji towarzyskiej – był bowiem wbrew sprawianym pozorom młodzieńcem wielkiej nieśmiałości – i nie miał wcale ochoty tego zmieniać. Nadal jednak czuł pewną więź podległości łączącą go z profesorem Lanckorońskim i innymi pracownikami instytutu, a nade wszystko – darzył doktora Gdańskiego sympatią tak szczerą, że nie darowałby sobie, gdyby go opuścił w godzinie próby. Bo że to była swego rodzaju próba męskości, Bartek wiedział doskonale.
Uderzył otwartymi dłońmi w stół, chcąc dodać sobie animuszu, odnalazł gdzieś na podłodze lokalu swoją markową marynarkę, narzucił ją nonszalancko na ramiona i dziarskim krokiem ruszył do wyjścia, przy akompaniamencie oklasków dołączając do reszty.
-Naprzód, do Alexisa, póki młodości! - ryknął jeszcze profesor Lanckoroński - Nocy, o nocy – urwał na chwilę, szukając w myślach cytatu z literatury angielskiej, w końcu jednak poddał się: - Vorweile doch, du bist so schoen!
Grupa prowadzona przez profesora Lanckorońskiego, w skład której wchodzili – oprócz Bartka, filozofa Mścińskiego, amerykanisty Kozłowskiego i samego doktora Gdańskiego – także dwaj krępi panowie o wyglądzie niezbyt rozgarniętym, skierowała się Alejami Jerozolimskimi w stronę centrum, czyniąc przy tym niemało hałasu. Było już dobrze po północy, noc była ciepła i duszna, latarnie oświetlały chodnik żółtawym światłem, a gwiazdy zdawały się być zawieszone tuż nad blokami, niemal na wyciągnięcie ręki. Tyle, że to bynajmniej nie gwiazdy były wtedy tym wesołym kompanom w głowie.
Jest to – z punktu widzenia techniki narracji – moment nad wyraz odpowiedni na przybliżenie wyglądu bohaterów, w miejscu bowiem, do którego się udawali, wygląd niemałe miał znaczenie. Oto profesor doktor habilitowany Fryderyk Wilhelm Jarzęba-Lanckoroński był mężczyzną nie pierwszej już młodości, tęgim i rubasznym, acz niepozbawionym przy tym pewnej finezji czy nawet elegancji w ruchach. Szpakowate włosy – wcale jeszcze gęste – zaczesywał gładko do tyłu, a twarz zdobiły mu wypielęgnowane wąsy i spiczasta kozia bródka. Gdyby tak odziać go w odpowiedni dla minionej epoki garnitur, białą koszulę z nakrochmalonym kołnierzykiem, kamizelkę przeciętą złotą dewizką, gdyby na głowę wcisnąć mu aksamitny chapeau claque, gdyby mu dodatkowo kazać się podpierać smukłą czarną laską – wyglądałby jak prawdziwy bourgois z przełomu XIX i XX wieku. Doktor Gdański natomiast był bladym, przygarbionym i niezgrabnym człowieczkiem niskiego wzrostu, zwieńczonym nieproporcjonalnie dużą głową; wiecznie w tych samych czarnych mokasynach na grubej podeszwie ze ściętymi czubkami, porozciąganych i spranych podkoszulkach wpuszczonych w wysoko podciągnięte płowe jeansy. Oczy miał wodniste i wyłupiaste, zawsze podkrążone, twarz zarośniętą, głębokie zakola na rzadkich włosy koloru stalowoszarego. W chwilach wzruszenia – a bardzo łatwo ulegał wzruszeniu – jąkał się i zacinał; zwykł dla pokrycia zażenowania podciągać spodnie, które i bez tego nosił nieprzeciętnie wysoko.
W drodze do agencji Alexis doktor Gdański co i rusz chwytał za pasek i ciągnął do góry tak mocno, że aż płowe jeansy odsłaniały nie tylko wychodzące z czarnych półbutów beżowe skarpety, ale i blade, pajęcze łydki. Gdy drużyna wreszcie stanęła pod jednym z wielkich bloków, gdy profesor Lanckoroński wybrał numer na klawiaturze domofonu, gdy powiedział do mikrofonu wesołe: “oto stoję u waszych rozpustnych bram ja, niejaki Jarzęba-Lanckoroński, sługa uniżony, dziś w roli koryfeusza, a za mną chór jurnych młodzieńców”, gdy wszyscy ścisnęli się w cuchnącej moczem windzie, gdy wjeżdżali nią na trzecie czy trzynaste piętro, doktorowi Gdańskiemu pozostało już tylko kurczowe trzymanie w obu rękach paska od spodni, jakby w obawie przed tym, co nieuchronnie się zbliżało. Na samą myśl o tym, że już za moment będzie zmuszony zdjąć swoje płowe jeansy, Gdański dostawał gęsiej skórki.
“Salon masażu Alexis” - głosił niezbyt zachęcający napis na drzwiach, w które zapukał wreszcie profesor Lanckoroński. Coś błysnęło w judaszu, w następnej sekundzie zgrzytnął otwierany zamek, potem drugi, trzeci – zgrzytnęła nieskończona, jak się wydawało Bartkowi – ilość otwieranych zamków, po czym w drzwiach ukazała się podstarzała upadła anielica rozpusty z niedwuznacznym papierosem w ustach.
-Całuję rączki mojej dobrodziejki! - Lanckoroński ujął spracowaną dłoń burdelmamy w swoje pulchne dłonie i zbliżył ją do własnych ust, zachowując bezpieczną odległość.
-Witam szanownych panów, proszę się rozgościć, niech się panowie czują jak u siebie! - zaszczebiotała ochryple gospodyni przybytku, rumieniąc się i wijąc w zapraszających gestach.
Weszli do środka, wycierając po kolei buty: profesor Lanckoroński, za nim doktor Gdański, filozof Mściński, a na końcu Bartek. No właśnie – na końcu, bo okazało się, że amerykanista Kozłowski i dwaj krępi panowie o wyglądzie niezbyt rozgarniętym gdzieś zniknęli. Nikt nie mógł sobie przypomnieć, kiedy widział ich po raz ostatni i czy jechali razem z resztą w windzie, czy nie.
-Zrejterowali! - zawyrokował Lanckoroński ze zgrozą w głosie. Zapadło milczenie.
Upadła anielica powiodła ich do ciasnego pokoiku, w którym ledwie starczyło miejsca na czerwoną kanapę z mocno poprzecieranej ekologicznej skóry. Ściany i sufit pomieszczenia pomalowane były na ten sam odcień. Siedzący w rogu pokoju potężny mężczyzna w sportowym ubraniu, z wielkim złotym łańcuchem na szyi, w milczeniu zlustrował całą czwórkę ponurym spojrzeniem rzucanym spod nisko sklepionego czoła. Profesor Lanckoroński uśmiechnął się do niego delikatnie, po czym usiadł na kanapie; pozostali usiedli obok niego, kuląc ramiona, by zmieścić się na ciasnym meblu.
Burdelmama, która w międzyczasie zdążyła już gdzieś zniknąć, pojawiła się znowu, prowadząc za sobą pięć potarganych kobiet w czerwonych, satynowych szlafroczkach. Niewiasty ustawiły się przed klientami w równym szeregu i jak na komendę zdjęły satynowe szlafroczki.
-Nasz przyjaciel – zagaił Lanckoroński – obecny tutaj doktor Wojciech Gdański, wybitny znawca literatury angielskiej doby renesansu, żegna się dziś ze swoim dotychczasowym stanem cywilnym. Comprenez-vous? Niech się zatem zabawi po raz ostatni, niech użyje sobie; to dla nas radość, móc za niego dzisiaj zapłacić. No, dalej, Wojteczku, wybieraj! A że jest w czym, to przecież widzisz.
-Ależ nie śmiem... - wyjąkał doktor Gdański – nie śmiem, panie profesorze, pan musi wybrać pierwszy, jako starszy, godniejszy...
-Tu nie o godność się rozchodzi, Wojteczku; tu o coś znacznie ważniejszego się rozchodzi, tu się rozchodzi o pewien tradycją uświęcony porządek rzeczy! Dziś jest twój wieczór, Wojteczku, twoja ostatnia kawalerska noc. My mamy zamiar cieszyć się kawalerską wolnością jeszcze przez długie lata, albo nawet – jak moja skromna osoba – do śmierci samej...
W tym miejscu profesor urwał na chwilę, obrócił się w stronę obnażonych dam przestępujących niecierpliwie z obcasa na obcas i rzucił im krótkie:
-Przepraszam panie, proszę się okryć jeszcze na chwilę, nie chcielibyśmy przecież, aby wystygła w paniach ich gorąca krew! Mam koledze coś do wyjaśnienia, to nie potrwa nawet minuty.
Sprzedajne piękności popatrzyły po sobie, podniosły czerwone satynowe szlafroczki i na powrót się nimi okryły. Profesor Lanckoroński kontynuował:
-Widzisz, Wojteczku, ty już umierasz. W pewnym wąskim sensie, naturalnie – umierasz dla kameralnych burdelików, umierasz dla gorących ud najemniczek Erosa i umierasz dla zimnego szampana pitego w ich towarzystwie. A przed nami jeszcze szmat życia usłanego podobnymi uciechami. Dlatego wiedz, że z radością, acz nie bez odrobiny litości czy przynajmniej współczucia, odstępujemy ci najpiękniejsze skarby tego przybytku do twojej wyłącznej dyspozycji. Bądź dziś, po raz ostatni, naszym gościem; i prosimy, nie rób nam przykrości ograniczaniem się do jednej potrawy, bo oto wyprawiamy dla ciebie ucztę. Nie żałuj sobie niczego, choćby przez szacunek dla swych gospodarzy! A poza tym... - dodał zmienionym głosem, kierując swoje słowa już to do siedzącego w rogu potężnego, sportowo odzianego alfonsa, już to do podstarzałej burdelmamy - poza tym, ja nie widzę wśród pań swojej faworyty; no właśnie! Czy jest dzisiaj w pracy moja Ilonka?
-Jest, jest! - przytaknęła żarliwie podstarzała anielica, aż niedwuznaczny papieros o mało nie wypadł jej z ust. - Ilona jest, ale ma właśnie klienta. Będzie wolna za niecałe pół godziny.
-Poczekam zatem na nią – oznajmił, po czym zwrócił się ponownie do kolegów, jakby tytułem wyjaśnienia: - W moim wieku, panowie, pół godziny w tą czy w tamtą w tych sprawach nie robi szczególnej różnicy. Tymczasem proszę, Wojteczku, wybieraj! Panie niech już zzuwają swe zwiewne przyodziewki!
Doktor Gdański, który słuchał całej tyrady profesora Lanckorońskiego ze spuszczoną głową, nagle wstał z rozmachem, uderzając otwartymi dłońmi w uda (Bartkowi ten gest wydał się dziwnie znajomy) i – chociaż wydawało się to już niemożliwe – podciągnął spodnie. Niewiasty ponownie zrzuciły z siebie szlafroczki.
Nie były zbyt piękne. Właściwie: nie były piękne wcale, chociaż niewiele można im było zarzucić. Wszystkie wyglądały bardzo podobnie, jak odlane z jednej formy, były nawet podobnego wzrostu; wszystkie miały niedbałe fryzury, wszystkie były przygarbione, o biustach obwisłych ze znużenia; różnice sprowadzały się właściwie tylko do kolorów włosów, oczu i skóry.
-Dobry wieczór paniom – powiedział do nich doktor Gdański, kłaniając się lekko.
Kobiety, których miny i biusty stawały z każdą sekundą coraz bardziej znudzone, dalej stały przed nim w milczeniu, chociaż Gdański miał nadzieję, że chociaż zachichoczą. Patrzył im prosto w obute stopy, bo gdy tylko podnosił wzrok, jakaś siła kazała mu go z powrotem opuścić.
-Po... poproszę panią, jeśli... jeśli można – wyjąkał, wskazując pierwszą od lewej, o ciemnym odcieniu skóry, słomkowych włosach, zielonych oczach i brązowych sutkach.
Wybranka wystąpiła z szeregu, westchnęła głęboko i podeszła do doktora Gdańkiego.
-Ależ Wojteczku – wtrącił się nagle profesor Lanckoroński - prosiłem cię przecież, nie rób nam przykrości! Nie możesz dziś poprzestać na jednej gołąbeczce, zabrania ci tego savoir-vivre. Comprenez-vous? Prosimy, weź choć dwie!
Doktor Gdański chwycił za pasek od spodni.
-I... i jeszcze panią. Panią też... poproszę – wskazał na drugą od lewej niebieskooką brunetkę o jasnej karnacji i różowych sutkach.
Obie niewiasty zniknęły z doktorem Gdańskim w głębi korytarza.
-Znakomity wybór, Wojteczku! Wspaniały zestaw kolorystyczny! - wołał jeszcze za nimi profesor Lanckoroński, a w jego gromkim śmiechu słychać było drwinę.
Bartek wtedy dopiero zrozumiał, co się święci; wtedy dopiero dotarło do niego z całą mocą to, z czego wcześniej nie do końca zdawał sobie sprawę; to mianowicie, że niedługo nadejdzie jego kolej i to on będzie musiał wybrać z pozostałych dziewczyn (o ile w ogóle jeszcze będzie jakiś wybór). A przecież nie miał najmniejszej ochoty korzystać z usług sprzedajnych niewiast; wiedział dobrze, że następnego ranka nie mógłby spojrzeć sobie w oczy. Poza tym, myślał sobie, z całej piątki podobała mu się tylko ta druga od lewej, brunetka z różowymi sutkami. A w ogóle to przecież nie było go stać... Ile taka prostytutka może brać? Na pewno więcej, niż byłby skłonny jej zapłacić... Zresztą – to bezprzedmiotowe rozważanie, i tak nie miał przy sobie ani grosza, ostatnią pięćdziesiątkę dał na składkę dla doktora Gdańskiego...
Tymczasem wybierał już doktor Mściński; na Bartka szczęście – wybierał długo; macał dziewczynom piersi, szczypał w uda, rozchylał pośladki, namyślał się bez końca...
Trzeba się jakoś zręcznie wymówić, pomyślał Bartek. Żeby wyjść z twarzą. Tak, właśnie tak: zachować twarz. Najlepiej wymyślić jakąś dumną i ciętą ripostę... Na przykład “jestem za młody, żeby za to płacić!”, albo: “to one powinny mi płacić za te chwile rozkoszy!”... Lepsze to pierwsze. Tak, wstać po prostu, narzucić na plecy marynarkę i wyjść! Doktor Gdański mi to wybaczy!
I już widział siebie w drzwiach wyjściowych, już zrobił w myślach próbę generalną całego przedsięwzięcia, już się podrywał z miejsca, gdy nagle do czerwonego pokoiku wpadła szybkim krokiem Olimpia Nowak; nie patrząc na nikogo podeszła prosto do sportowo odzianego alfonsa, ucałowała go, wręczyła mu paczuszkę i powiedziała:
-Trzymaj, Janek. I nie zapominaj na drugi raz, bo nie zawsze będzie mi się chciało biec do ciebie w środku nocy!
-Dzięki, kurwa – powiedział alfons speszony, po czym dodał jeszcze: - zajebista jesteś.
Wtedy dopiero Olimpia omiotła wzrokiem twarze zgromadzonych mężczyzn; już obracała się w kierunku wyjścia, gdy nagle jej spojrzenie ugrzęzło w znajomych oczach Bartka.
Znali się wcześniej z uczelni, zostali sobie przedstawieni, ale wtedy patrzyli na siebie dobrą chwilę, zanim się rozpoznali, a i potem długo jeszcze mrugali w niedowierzaniu i nadziei, że to się im tylko zdaje. Pod wpływem napięcia, jakie wytworzyło się między nimi, wypełniając momentalnie całe pomieszczenie, doktor Mściński zastygł z dłońmi na pośladkach jednej z dziewczyn.
Bartek przełknął głośno ślinę, serce mu stanęło; czuł się tak, jakby ktoś manipulował potencjometrem “brightness” w jego głowie. Dokładnie tak jak wtedy, gdy w dzieciństwie matka przyłapała go na oglądaniu niemieckiego czasopisma pornograficznego.
-To ja już pójdę – wydusił wreszcie przez ściśnięte gardło. - Czas na mnie. Miłej zabawy, panowie, i dobranoc.
Wstał i po prostu wyszedł. Dopiero na klatce schodowej zauważył, że Olimpia wyszła za nim.
Już czekając na windę zaczęli się sobie tłumaczyć. On – bardzo mgliście - że to był wieczór kawalerski jego promotora, że to właściwie przypadek, że trafili do agencji towarzyskiej i że właśnie wychodził, bo chciał tylko zobaczyć, jak wygląda prawdziwy burdel. Ona – jeszcze bardziej mgliście – że w Alexisie pracuje jej przyrodni brat i że po prostu przyniosła mu kanapki, bo mieszka niedaleko, a on zapomniał je zabrać z domu...
Potem umówili się na kawę, żeby jeszcze raz wszystko sobie wyjaśnić, a potem umówili się po raz kolejny... widywali się prawie codziennie, wyjaśnieniom nie było końca. Wreszcie po kilku tygodniach postanowili zamieszkać razem.
A doktor Gdański... gdy niewiasty zapytały go, co chce robić, poprosił je tylko o jedną rzecz - wskazanie bocznego wyjścia z lokalu. Chwilę później jechał już taksówką do domu. Od przybytku czasem jednak boli głowa.

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Na podjeździe do domu,  zazwyczaj zarezerwowanym dla mojego auta, zastukotał dźwięk podkutych końskich kopyt, dało się słyszeć ostrą pracę,  zmęczonych długim galopem chrap. Zapadła krótka, niespokojna cisza… rżenie osmańskiej,  przysadzistej i gniadej klaczy, poniosło się w wieczorny mrok. Dawniej na wsi takiej jak ta, odezwałoby się ku niemu, panie koguta, ryk bydła czy kwik prosiąt. Teraz jedynie usidlone  w metalowe kraty kojców  lub przycupłe w  zamarzniętych zaspach ogrodzeń psy, szczekały przeraźliwie, ujadały i wyły. Drżały już nie z zimna a trwogi. Podwinęły ogony między tylne łapy i przekrwionym wzrokiem, łypały lękliwie ku postaci ostatniego ducha dawnych dni.     Klacz zatrzymała się,  dumnie prężąc mocarną pierś. Wyciągnęła łeb naprzód,  eksponując pięknie ułożoną  i zaczesaną grzywę. Uprząż na jej głowie,  zdobiła ją jak końską księżniczkę. Wysadzana była  szafirowymi i rubinowymi guzami. Wędzidło i uzdy z najwyższej klasy skóry, przeszywane złotą i srebrną nicią. Turecka, krótka i wysoko osadzona kulbaka niczym tron monomacha. Uginała się wręcz od złota i kamieni. Perski czaprak pod jej ciężarem, szczelnie osadził się na bokach klaczy, zdobiąc grzbiet jak koronacyjny płaszcz. Jeździec musiał być doskonały w swym fachu lub ufać klaczy bardziej  niż komukolwiek innemu. A to dlatego,  że jechał bez wsparcia strzemion  a popręk założony był luźno  tak by nie zadawać  zbędnego bólu zwierzęciu  i pozostawić mu jak największą swobodę.     Jeździec gładko przełożył nogę i opadł na  niedawno odśnieżoną kostkę podjazdu. Poklepał wierną towarzyszkę  i ruszył ku drzwiom domostwa. A był to nie zamek, nie pałac czy dwór szlachecki a zwykły nowoczesny dom. Piętrowy, z żółtą elewacją, dużymi oknami, dachówką na dachu  i założoną nie tak dawno fotowoltaiką. W salonie i kuchni na parterze panował mrok, ale w mniejszym pokoju na piętrze paliło się światło nocnej lampki, ledwie rozjaśniające,  grube, białe, okienne rolety. Jeździec stanął na progu, bacząc jeszcze widać na kolejny ruch. Odetchnął ciężko,  pogardził przyciskiem dzwonka i zapukał donośnie.     Światło momentalnie zgasło. Dało się słyszeć odgłos zamykanych drzwi i lekkie acz prędkie kroki na schodach. Szczęk zamków, naciśnięcie klamki i już mógł ją ujrzeć na powrót. A nie było ku temu sposobności przez lata. Stanęli naprzeciw siebie.     Szczęść Ci Boże Mario Antonino  w ten wieczór wigilijny. Jeślim nie gość w dom Twój, to i z pewnością nie Bóg a prędzej diabeł, lecz może w oczach Twych ciemnych,  jeszcze ojciec marnotrawny a jeśli już nawet i nie on  to może chociaż wędrowiec  co prosi o gościnę i miskę strawy. A pamiętaj  wędrowca przegnać z progu swego, to grzech śmiertelny, szczególnie w ten jeden wieczór.     Widział łzy w jej oczach, nie spodziewała się go  jeszcze kiedykolwiek ujrzeć. Choć prawdę powiedziawszy nie widziała go przez większość swego życia. Jej ojciec nigdy dla niej nie umarł. Nie wyrzekła się go,  choć matka błagała ją o to, tworząc jej w myślach od maleńkości  obraz człowieka porywczego, tyrana i pijaka co bardziej ukochał wojnę  i złotą wolność nad rodzinę.     Był kim był. Mówiono, że Stadnicki Diabeł  to przy nim święty z ikony. Walczył całe życie. W obronie swych praw, dóbr, honoru. W obronie Rzeczypospolitej  i świętego ukraińskiego, rodzinnego stepu. Ostatnie lata walczył i ze swymi demonami. A jak wiadomo Fortuna to stara murwa.  Raz groszem sypnie  a innym razem rzyć gołą ukaże  i kijem jak mołojca, do krwi ostatniej obije.     Więc teraz na starość przybył się żegnać. Ze światem jaki chciał od zatracenia uchować, ale i z jedyną córką. Jedyną osobą, która mu pozostała. Wejdź ojcze.  Zaprosiła go gestem do środka, po czym gorąco uściskała. Nie była już dziewczynką, panną na wydaniu  ani niewiastą w kwiecie wieku. Dobijała już do lat czterdziestu a on nie widział jej od przeszło ośmiu. Cudowne i grube, jasnorude włosy uplotła w warkocz sięgający końca pleców. Oczy jej prawie czarne w świetle, tak bliźniacze jego oczom, rzucały wesołe iskierki  i były niczym przepełnione  optymizmem i miłością lustro w cudownej urody ramie, jej bladej, piegowatej cery.     Była od niego niższa o głowę. Szczupła i wiotka wręcz. Doskonała byłaby z niej  stepowa wilczyca. Pamiętał jak uczył ją jazdy konno, walki karabelą czy ubierał nie w suknie  a zdobne sukmany i żupany. Zawsze prawił jej, że musi mieć umysł lotny i wolny  a prawicę silną i niezależną. Bo jest ostatnia z rodu ludzi wolnych. Ujął jej dłoń i ku swemu zadowoleniu  ujrzał na serdecznym palcu rodowy sygnet  z jasieńczykowym kluczem i parą pawich piór.     Nigdy go nie zdejmuję i noszę jako obrączkę której się nigdy nie doczekałam  i już nie doczekam. Widać taki mój los ojcze  żem zaślubiona samotnej śmierci  ale wiernie trwam jako ostatnia z rodu. Masz jeszcze czas dziecko, by Twe łono wydało  błogosławionego dla mnie wnuka i jemu przekażesz kiedyś ten pierścień, jako wszyscy poprzedni Tobie od czterystu lat.     Ty mieszkasz tu jak w bajkowej bańce. Znoju ani śmierci tu nie ma. Krwi i cierpienia nie zaznałaś nigdy. Do wojny i pokoju starań nie musiałaś toczyć. Toć teraz polska wieś bezpieczna i spokojna. Bogactwo dawnych dworów  zgrabione pod liche strzechy. Myśmy już wszystko zapomnieli, często to słyszę od zdrajców herbowych. A ja pamiętam i trwać będę. Bo nie sądy i trybunały będą o mnie stanowić ani plebejskie konstytucję na pohybel panom braciom spisane. Ja jestem prawem. I prawem i lewem  mogę ciąć prostaczków przygłupich łby tą oto miłą kochanką. Wyjął z czarnej pochwy,  długą, kozacką szablę. Pokrytą ornamentami na głowni i rękojeści. Ja jestem duchem przeszłych lat, co żyją póki i ja dycham jeszcze.     Nie widziała ojca te osiem lat. Zmienił się, zestarzał, opadł z sił. Jego łysa czaszka nosiła ogrom blizn i cięć. Stracił prawe oko  a lewe przecięte było na wskroś  blizną zapadłą lekko i czernawą. Wąs siwy i długi opadał na  gęstą i jeszcze okazalszą brodę. Był w zdobnym żupanie  o czerwonej jak krew barwie, przepasanym jedwabnym pasem z klejnotami  Kontusz ze złotogłowia narzucił niedbale  a na nim jeszcze szal z sobola. Buty o noskach wysokich, widać nosił od dawna  bo poznały na własnej skórze  ciężar jego żywota.     Ugość mnie dziecko przez te noc. Porozmawiamy i powspominamy. Byle nie Twą matkę nieboszczkę, niech ją diabły ochoczo chędorzą w piekle  za to kim była i czym się stała. Rachuję, że wina czy marmazji  u Ciebie niestatek? Lipcowego dwójniaka w beczkach  też raczej nie trzymasz? Więc choć kawy zaparz  może mi od niej trzewia nie pogniją. Nalej też wody czystej do wiadra i napoj  moją kochaną Strzygę, co by mogła skosztować  czego innego niż krwi wrogów.     Ale najpierw słuchaj tego co rzeknę Ci teraz. Następnym razem przybędę tu martwy już. Lub dojdzie Cię wieść o mym zgonie. Tylko jedną mam prośbę najdroższa Mario. Zdobądź me prochy  i jedź czym prędzej wtedy za granicę  która teraz wszystkich dzieli  lecz której ja nie uznaję. I rozpuść mnie na wiatr  nad ukochanym stepem. Przysięgasz mi Mario? Przysięgam ojcze.        
    • @Berenika97 No i po moim makijażu... :) Świetny!!
    • Pierwsza część opisowa maluje wewnętrzny krajobraz. Druga jest refleksją zakończoną uśmiechem. Uśmiech jest dobrą odpowiedzią na wewnętrzne rozterki. 
    • Razi mat: tam Iza R.      
    • @Simon Tracy Dziękuję, cieszę się, że się spodobał

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...