Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czarne myśli
To już koniec. - powiedziała cicho. - Odchodzę.
Nie spojrzała na niego nawet przez chwilę. Z pochyloną głową i wzrokiem wbitym w ziemię, stała bez ruchu, pozwalając, by zefir bawił się jej złocistymi włosami, które spłynęły do przodu, ukrywając częściowo twarz. Dłonie splecione w uścisku, co chwilę gorączkowo się pocierały. Słońce z wolna chyliło się ku horyzontowi, a ciemnoczerwone promienie padały wprost na twarz szczupłego młodzieńca, stojącego tuż obok niej. Jego twarz zastygła w oszołomieniu. Wpatrywał się w dziewczynę przez pryzmat łez, które błyszczały w kącikach oczu. Lekko rozwarte usta drżały, jakby chciał coś wyrzec. Na przemian rozluźniał i zaciskał pięści. Nie mógł uwierzyć w te słowa, nie potrafił. Dotychczas było tak piękne, a teraz... teraz, w ciągu kilku sekund, stracił wszystko.
-Ja tak nie potrafię. - Głos dziewczyny zaczął drżeć. - Nie mam już sił, nie mogę. Nigdy nie byłeś cały mój. Za każdym razem, gdy cię widziałam, gdy mówiłam do ciebie, słuchałam, czułam, jakbyś coś ukrywał, jakbyś nie chciał wszystkiego powiedzieć, jakbyś bał się mi zaufać. Gdy przymykałeś oczy, mając mnie w ramionach, czułam się nieswojo. Nie oczekuje, że zrozumiesz, ale nawet gdy byliśmy blisko, czułam, jakby cię nie było przy mnie. Nie mogłam tego znieść. Żegnaj.
Złociste kosmyki przesunęły się na bok, ukazując perliste łzy, spływające po gładkiej cerze policzka. Docierały do krańca brody i skapywały na zieloną bluzkę, tworząc drobne, ciemnozielone plamki. Dziewczyna ostatni raz spojrzała na tego, który kiedyś był dla niej wszystkim, odwróciła się i pobiegła po gęstej trawie w stronę pobliskiej ścieżki, grzebiąc dawne dni nowymi krokami.
-Nie odchodź - wyszeptał niewyraźnie chłopak. - Nie idź... nie zostawiaj mnie, proszę. - Wyciągnął rękę w kierunku oddalającej się postaci, wciąż szepcząc.
Sylwetka dziewczyny była już tylko niewyraźną plamą, a on wciąż powtarzał te same słowa. Gdy tylko znikła, osunął się na kolana i zapłakał. Gorące łzy spadały na ziemię, a ciało młodzieńca zaczęły przeszywać spazmy. Ręce bezwiednie zsunęły się wzdłuż ciała, wypuszczając na wiatr całą radość i szczęście. "Nie odchodź" - mantra straconej miłości.
„Ma róża straciła kolor, opadły czerwone płatki na ziemię, zdeptane przez czas zostały, wyblakły”.

„Różo, różo! Gdzie jesteś? Gdzie skrywasz swe piękno i urok, różo! Będę cię szukał, mój kwiecie szczęścia.”

W nabożnym milczeniu przemierzał długie korytarze spowite gęstym mrokiem. Blade światło z trudem wydzierało ciemności kolejne fragmenty zakurzonych czarnych, marmurowych płyt. Oświetlało ściany, które zdobiły barwne kobierce, i nagie ludzkie czaszki. Po chwili wszystko znów tonęło w morzu czerni. Ostrożnie nabierał powietrza do płuc, by po chwili je wypuścić. Robił to powoli i z namysłem, jakby bał się zbudzić czające się wokół tajemnice. Dźwięk stawianych kroków roznosił się echem i znikał w ciemnych czeluściach. W otulonych ciszą katakumbach, nawet tak delikatny dźwięk, wydawał się być przenikliwym jazgotem. Krople potu toczyły zacięte bitwy na zmarszczonym czole, a długie, czarne włosy falowały w powietrzu. Ściągnięta twarz nie wyrażała żadnych emocji. Skupiona, skamieniała. Ledwo widoczne źrenice świdrowały przestrzeń, wyszukując choćby najmniejszych oznak życia. Ściśnięte, bladoczerwone wargi tkwiły bez ruchu, a świst powietrza, wychodzącego z nozdrzy, subtelnie je muskał. Płomień bijący z półtorametrowej, ociosanej laski odgrywał swe przedstawienie w szaleńczym tańcu miłości. Wzmocnił ucisk na trzonku i szedł powoli naprzód. Obojętnie mijał leżące na drodze skruszone czasem kości oraz te, które były jakby starannie obgryzione. Nie zatrzymywał się ani razu, nie mógł, musiał tam dotrzeć.
Przeszedł przez ozdobny portal do przestronnej sali, która mogła kiedyś służyć za jadalnię. Pośrodku ustawiony był długi stół, na którym stały liczne dzbany, ozdobne wazy, złote talerze i sztućce. Wzdłuż obu stron stołu ciągnęły się rzędy krzeseł, na których siedziały jakieś postaci. Widział tylko kontury. Podszedł parę kroków i skierował laskę do przodu tak, aby światło rozproszyło mrok. Na talerzach leżały zgniłe kawałki mięsa, pleśń pokryła owoce, mrowie białych robaków wiło się ruchliwie w jedzeniu, ucztując. Poprzewracane puchary wylały swą zawartość na obrus, tworząc szkarłatne plamy przypominające krew. Upiorna biesiada trwała. Dziesiątki obdartych ze skóry ciał walało się po pomieszczeniu. Twarze wykrzywione w grymasie bólu starały się znaleźć pomoc, wlepiając puste spojrzenia w sklepienie. Ręce bezwładnie zwisały z oparć krzeseł. Z rozprutych brzuchów wypływały wnętrzności, tworząc wymyślne wzory i kształty na marmurowej posadzce. Niektóre zwłoki miały pokaźne dziury w klatkach piersiowych po stronie serca. Skierował się w stronę końca stołu, gdzie na obitym zamszem tronie spoczywały zwłoki arystokraty. Diadem wciąż dumnie tkwił na trupiej głowie zbroczony czarnymi plamami krwi. Usta wykrzywiły się w groteskowym uśmiechu. Wyszeptał parę słów i ciało zajarzyło się błękitnym światłem. Przez chwilę salę wypełniał blask poświaty, ukazując całą krasę pomieszczenia. Milczące cienie kołysały się na pustych ścianach, co jakiś czas splatając się w uścisku, po czym odskakiwały na nowe miejsca w szybkim piruecie. Mężczyzna machnął kosturem. Światło zgasło, a ciało zniknęło. Diadem uderzył głucho o ziemią, powodując ogromny hałas, odbił się kilka razy i zatrzymał u stóp bruneta. Podniósł go i oglądał przez chwilę. Dwie wstęgi srebra zaokrąglały się delikatnie do środka i rozdwajały, by następnie znów się złączyć i wystrzelić mnogością linii, tworząc zawiłe wzory. Zwieńczenie stanowiła figurka kryształowego sokoła z rozpostartymi skrzydłami na kształt litery „V”. Lewe skrzydło było ułamane, a dziób pokryty czarną mazią. Odłożył znalezisko na skraj stołu i ruszył zdecydowanym krokiem ku ścianie. Położył dłoń na zimnych, idealnie równych kamieniach i przymknął oczy. Stykająca się z e ścianą ręka zaczęła pulsować mdłym światłem. Coś skrzypnęło i na płaskiej powierzchni pojawiła się szpara, która zaczęła się z wolna poszerzać. Wciąż nie otwierał oczu. Gdy dźwięk rozsuwających się wrót ucichł, powieki uniosły się z powrotem do góry. Stał przed półtorametrową wyrwą, za którą czekała tylko ciemność. Nagle otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Oczy zrobiły się żywsze i wyraźniejsze, a oddech stał się szybszy. Wbiegł bez wahania, a mrok radośnie przyjął go w swe ramiona. Od strony stołu rozległy się ciche jęki i odgłosy szurania, lecz on ich już nie słyszał.

Przywitał go półmrok, w którym to wąski strumień światła torował sobie drogę. Biegł, nie zwracając uwagi na nic, byle tylko dostać się do źródła blasku. Pomieszczenie było okrągłe, a w miejscu ściennego kamienia znajdowały się czarne lustra, które nieprzyjemnie błyszczały, odbijając światło od swych gładkich powierzchni. Na przeciwległym krańcu sali, widniała szklana tafla, dająca bladą poświatę, jego cel. Dzieliło go już zaledwie parę metrów, gdy nagle się zatrzymał. Przez chwilę walczył ze sobą, po czym wybuchł płaczem. Powoli podszedł do lustra i pogładził je. Wewnątrz szkła znajdowała się młoda kobieta. Wyglądała, jakby spała. Słoneczne strugi włosów leżały starannie ułożone na ramionach, sięgając koniuszkami piersi. Zamknięte oczy wraz z małym nosem i czereśniowymi ustami współgrały z delikatną cerą, emanując nieziemskim pięknem i spokojem.. Odziana w aksamitną, zieloną suknię zdobioną złotymi pasami przypominała śpiącą królewnę. Oczy koloru lazuru, dokładnie je pamiętał, tyle razy się w nie wpatrywał. Była tak piękna. Gładził szkło w miejscu, w którym znajdowała się jej twarz. Pozwolił, by łzy swobodnie spływały po rozedrganej twarzy.
-Różo...
Poczuł, jak czyjeś kościste palce zaciskają się na jego ramieniu z przerażającą siłą. Jęknął.
-Czy kochasz.... ? - Ochrypły głos przeszył jego głowę jak sztylet. - Czy kochasz... mnieee?
Dźwięk przeszedł w przenikliwy pisk, który docierał do najgłębszego zakamarku umysłu i niszczył każdy skrawek myśli, każdy przejaw oporu. Ucisk na ramieniu zelżał na tyle, że udało mu się wyrwać. Błyskawicznie wyciągniętym z pochwy mieczem zaczął ciąć na oślep. Był wciąż zamroczony i nie mógł niczego dostrzec przez gęstą sieć migoczących plamek. Świst wiatru dobiegał go z każdej strony, jakby coś krążyło wokół niego z wielką prędkością. Starał się nadążać za dźwiękiem, lecz wciąż czuł kolejne muśnięcia na plecach, na twarzy, na dłoni. Cień przemykał bezszelestnie po linii zataczanej przez jego miecz, którym wodził w półmroku. Kątem oka dostrzegał ruch, lecz gdy tylko się obracał, natrafiał n pustkę.
-Czy kochasz... ? - Coś wyszeptało mu prosto do ucha.
Odskoczył nerwowo.
-Kim jesteś!? - krzyknął przed siebie.
Odpowiedziała mu cisza.
Już chciał się obrócić, lecz nagle znieruchomiał, czując czyjąś obecność za plecami. Nozdrza przestały wydychać powietrze. Zacisnął kurczowo dłoń na rękojeści. Coś za nim stało. Nie wydawało żadnego odgłosu, ale czuł, jak go obserwuje. Gorączkowo myślał nad następnym krokiem, lecz żadne rozwiązanie nie przychodziło do głowy. „To już koniec” –pomyślał. – „Czymkolwiek to jest, jeśli zechce mnie zabić, zrobi to.”
Nie posiadał żadnego zaklęcia ochronnego, poza tym był wyczerpany przedzieraniem się przez kolejne kondygnacje i torowaniem sobie drogi wśród zwłok i zbutwiałych mebli.
-Patryku... odwróć się. - Miękki głos rozległ się tuż za nim.
Posłusznie okręcił się na pięcie i stanął przed młodą, rudowłosą kobietą, która ponętnym wzorkiem wpatrywała się mu w oczy, dotykając się dłonią po pełnych piersiach. Miękkie usta były lekko rozchylone, a zza warg co chwilę wysuwał się język, muskając skórę. Fale gorąca zalały wnętrze mężczyzny. Nie mógł oderwać wzroku od kobiety. Nęciła go, wabiła do siebie. Nie mógł się poruszyć. Był jak złapana w pajęczynę mucha, która czeka, aż zjawi się pająk i wyssie z niej całe życie. Płonął. Dzieliło go od niej parę kroków. Kobieta podeszła, położyła smukłą dłoń na policzku Patryka i pogłaskała go. Czuł jej ciepło. Wyobrażał sobie, jak tonie w jego ramionach. Pożądał jej.
-Patryku, czy jestem piękna?
-Tak - odpowiedział bez wahania.
-Czy kochasz mnie?
Patrzyła mu prosto w oczy. Patrzyła tak głęboko, jakby chciała sięgnąć samej duszy. Chciał paść na kolana, całować jej dłonie i krzyczeć: „Tak!”. Wtedy spojrzał na kobietę w lustrzanej trumnie. Przypomniał sobie minione chwile. Po niedawnym zauroczeniu nie został ślad. Spojrzał na rudowłosą piękność i zastygł w przerażeniu. Skóra z twarzy zaczęła się łuszczyc i zwijać, odpadając wielkimi płatami na ziemię. Zęby pożółkły i zmieniły się w ostre kły. Kępki siwych, zmatowiałych włosów spadały na ziemię. W zapadniętych policzkach zaczęły się pojawiać poszarpane dziury, a cała twarz była porozdzierana i wysuszona. Dłoń odarta ze skóry stała się przeraźliwie zimna i teraz parzyła policzek. Dodatkowo zaczęło go piec ramię w miejscu, gdzie wcześniej zacisnęły się palce zjawy. Jej oczy stały się całkowicie czarne. Źrenice znikły, a usta wykrzywiły się w upiornym uśmiechu. Ból roznosił się po całej twarzy, paląc jego skórę. Syciła się tym widokiem przez chwilę, po czym odjęła dłoń.
-Ona? – wysyczała. - Odrzucasz mą miłość dla niej, dla zwykłej śmiertelniczki?
Próbował coś powiedzieć, lecz nie mógł poruszyć ustami. Czuł moc istoty. Wisiała w powietrzu jak aureola, spowijając stwora ledwo dostrzegalną ciemną aurą. Zjawa ruszyła w kierunku lustra. Skinęła palcem zakończonym długim, zakrzywionym szponem i zaczął sunąć w powietrzu tuż za nią.
-Tak krucha... – wycharczała. - Mogłabym ją zabić, wiesz? To tak proste.
Uśmiechnęła się do niego, wysuwając żółte kły spoza warg. Wysuszona dłoń powędrowała w kierunku twarzy dziewczyny, a gdy dotknęła powierzchni lustra, ta zrobiła się płynna jak woda, pozwalając, by ręka dostała się do wnętrza. Wyciągnęła pojedynczy szpon i przejechała delikatnie po szyi śpiącej.
-Nieeeee! - Krzyk Patryka rozdarł ciszę i wypełnił całe pomieszczenie. - Nie rób tego, nie, proszę, nie rób, zabij mnie!
Zimny śmiech zjawy zmroził mu krew.
-Myślisz, że nie zrobiłabym tego, gdybym chciała? Naprawdę, głupcze? – zadrwiła.- Jest taka młoda, taka niewinna. Jakbyś się poczuł, gdybyś teraz, stojąc o krok od celu, zobaczył, jak się wykrwawia i krztusi własną krwią, Patryku?
-Nie rób tego - z trudem wymówił przez ściśnięte gardło. - Zrobię wszystko.
-Wiem. Właśnie dlatego wciąż żyjesz. Jesteś mi potrzebny, uwierzysz? Ty! Zwykły śmiertelnik, a mimo to bez ciebie jestem bezsilna.
-Co mam zrobić? - Głos Patryka stawał się coraz silniejszy, wracał do normalności.
Istota odeszła od szklanej tafli i zaczęła spacerować wokół mężczyzny. Zobaczył, jak jej twarz się zmienia. Rany zaczęły się zrastać, skóra stawała się na powrót zarumieniona i gładka, kły zmalały i powróciły do dwóch równych rzędów, a włosy nabrały połysku, oblepiając istotę burzą rudych kosmyków. Po szponach nie było śladu, zostały równe paznokcie. Podniosła głowę i spojrzała na niego brązowymi oczyma. Znów była kobietą, którą wpierw zobaczył.
-Widzisz... są miejsca, do których moja moc nie sięga. I jak na złość, w tych właśnie miejscach znajdują się pewne rzeczy, których potrzebuję. Chcę, żebyś zdobył dla mnie serce Lokarena.
-Kim jest Lokaren?
-Nie mam pojęcia, ale bardzo chciałabym mieć jego serce przy sobie. - Uśmiechnęła się ironicznie. - Rozumiesz, miłość.
-Najpierw ją wypuść! Uwolnij Calę!
Kobieta machnęła ręką w stronę lustra. Dźwięk pękającego szkła był bardzo wyraźny. Narożna cześć spadła na ziemię, rozbijając się na dziesiątki drobnych kawałeczków. Przerażony sprawdził, czy jego ukochanej nic się nie stało.. Na szczęście została nietknięta.
-Mówiłeś coś? - Kobieta wybuchła głośnym śmiechem. - Mogę sprawić, by z tego lustra nie zostało nic oprócz pyłu. Jak wtedy uratujesz swoją wybrankę?
-Co się z nią stanie? - wyszeptał, próbując stłumić łzę, która błyszczała w kąciku oka.
-Będzie tu na ciebie czekać. Nic się jej nie stanie, możesz być pewny. Zaopiekuję się nią. Bardziej martwiłabym się twoją osobą. Jeśli spróbujesz mnie oszukać lub będziesz zwlekać, lustro pęknie a wraz z nim twa luba.
-Gdzie go znajdę, jak rozpoznam?
-Zadajesz dużo pytań, wiesz? Tam. - Wskazała palcem na zachodnią ścianę. - To przejście na niższy poziom. Moja władza obejmuje cały pałac wraz z katakumbami i tunelami prowadzącymi na zewnątrz, lecz to jedno miejsce jest poza moim zasięgiem. Tam właśnie jest Lokaren. Znajdziesz go, zabijesz i wyrwiesz mu serce. Potem przyniesiesz je do mnie. Rozpoznanie go jest twoim zadaniem. Pamiętaj, w twoich rękach leży życie Cali... i twoje własne też. Nie zawiedź mnie.
-Skąd mam wiedzieć, że mogę ci zaufać?
-Nie masz wyboru.
Przyjrzał się w skupieniu kobiecie. Zauważył, że jej pierś pozostaje w bezruchu. Nie oddychała nawet dla pozoru. Nie mrugała. Teraz, kiedy już wiedział częściowo, kim była, uświadomił sobie, jak nieludzko wygląda. Było coś tajemniczego w jej uśmiechu, w sposobie patrzenia. Coś, co wywoływało podświadomy lęk. Spojrzał jeszcze ulotnie na Calę i odszedł w kierunku wnęki. Dłonie kurczowo się zacisnęły.


Leżeli razem na trawie, wpatrując się w błękitne niebo, po którym leniwie płynęły małe chmury. Dookoła wrzało. Wiosna robiła porządki. Ptaki wesoło śpiewały, ganiając się po przestworzach. Brzęczenie pszczół i trzepot motylich skrzydeł słodko rozbrzmiewał w powietrzu. Wiatr smagał ich młode twarze, a słońce przyjemnie grzało. Byli sami. Tylko oni i przyroda, która otaczała ich zewsząd.
-Tak bardzo cię kocham - wyszeptał młodzieniec.
-Czy jesteś szczęśliwy? - zapytała cicho, wpatrując się w jego błękitne oczy.
-Szczęście jest zaledwie muśnięciem w porównaniu z tym, co czuję. Dzięki tobie oddycham. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby cię zabrakło.
-A gdyby coś mi się stało?
-Wydarłbym cię samej śmierci!
Dziewczyna wtuliła się mocno w chłopaka, uśmiechnęła i przymknęła oczy. Młodzieniec patrzył na niebo z wdzięcznością.



„Różo, już biegnę. Odnajdę cię wkrótce i znów będziemy razem.”

Schodził już chyba z godzinę po śliskich stopniach. Powietrze było przesycone stęchlizną. Ostrożnie stawiał każdy krok w ciemności. Na próżno starał się znaleźć jakieś podparcie, ściany były porośnięte mchem i częstokroć pokryte śluzem. Bez swojej laski był jak ślepiec. Służyła mu dobrze i był do niej mocno przywiązany. Niestety, upuścił ją, wbiegając do pomieszczenia z lustrami. Przeklinał się w myślach za pośpiech i bezradność. Nie potrafił uwolnić Cali, jego róży. Zawsze ją budził tym słowem. Szeptał jej czule na ucho i obserwował, jak obraca się z boku na bok, leniwie przeciąga, aż w końcu otwiera oczy i wita go promiennym uśmiechem. Po chwili szamotali się razem po całym łóżku z głośnym śmiechem. Kiedyś… Widok światła wyrwał go z roztargnienia. Podłoże było już płaskie i stabilne, a parę metrów przed nim znajdowały się drzwi. Przez wąskie szpary mógł dostrzec bijącą poświatę. Miał nadzieję, że dotarł do celu. Podkradł się i chwycił, najdelikatniej jak umiał, zardzewiałą zasuwę i powoli zaczął przesuwać ją w lewo, modląc się, by nie zaskrzypiała. Złapał się na tym, że zachowuje się jak złodziej, który właśnie zmierza po kolejny łup wśród śpiących domowników. W końcu miał zabić człowieka, tak przynajmniej myślał. Wolał nie zakładać, że jego celem jest coś znacznie potężniejszego od zwykłego śmiertelnika. Czarne myśli. Drzwi cicho jęknęły i puściły. Dziękował w duchu za to, że metalowa zasuwa była jedyną przeszkodą do pokonania. Zdeterminowanego mężczyzny nie zastanowiło nawet, dlaczego zasuwa znajdowała się po jego stronie, jakby skryte po drugiej stronie sekrety były strzeżone nie przed ciekawskimi, lecz wręcz odwrotnie: mieszkańcy pałacu byli strzeżeni przed nimi. Przekroczył próg i znalazł się w olbrzymiej, przepełnionej dziesiątkami wysokich i szerokich regałów sali. Na suficie wisiała ogromna ilość rozjarzonych żyrandoli, które oświetlały każdy zakątek pomieszczenia. Na regałach stały setki równo poukładanych ksiąg, manuskryptów i zwojów. Wyciągnął jedną z ksiąg. Była oprawiona w brązową skórę i pokryta grubą warstwą kurzu. Otworzył ją i przerzucił kilka stronnic. Były puste. Wpatrywał się przez chwilę w pergaminowe kartki, czekając, aż coś się zmieni. Miał już kiedyś w swoich dłoniach pisma, które ujawniały się dopiero po wypowiedzeniu odpowiedniej formuły. Znał też takie, które ukazywały się tylko wybranej grupie ludzi.
Nie wydarzyło się jednak nic. Odłożył ją na miejsce i wziął następną. Ta także była czysta. Wziął jeszcze parę innych, ale rezultat był wciąż ten sam. Poirytowany cisnął jedną z ksiąg o regał. Upadając, otworzyła się na oścież. Na pustych stronnicach zaczęła pojawiać się złote znaki. Przez chwilę się jarzyły, po czym zmieniały swą barwę na czarną. W końcu ułożyły się w napis: „Szanuj przeszłość”. Patrzył z niedowierzaniem na literki, które znów zajaśniały i zaczęły tańczyć na cielęcej skórze, układając się w kolejny napis. „Zapraszam.” - Przeczytał parę razy na głos. Obszedł ostrożnie książkę i ruszył szybszym krokiem do przodu. Między lasem regałów dostrzegł wąski przesmyk oddalony o kilka minut drogi. Minął ostatnie zbiorowiska ksiąg i znalazł się w ogromnej, kolistej sali. W jego środku znajdowały się półokrągłe ławy, a w epicentrum stało masywne, dębowe biurko. Na lakierowanym blacie leżało pióro i rozwinięty, do połowy zapisany zwój. Po bokach walały się różne drobiazgi, a z jednej strony leżał stos ksiąg. Obrócił się w prawo i o mało nie krzyknął. Wzdłuż wysokiego regału wolnym krokiem maszerował staruszek. Pofałdowana szata ciągnęła się za nim jak ślubny welon. Szybko skoczył za najbliższy róg, kryjąc się przed wzrokiem nieznajomego. Starzec podreptał do biurka, usiadł, poprawił okulary na nosie i zajął się pokrywaniem zwoju kolejnymi zapiskami. Miał teraz czas, by przyjrzeć się niedoszłej ofierze, o ile był to Lokaren. Staruszek sięgał mu do piersi. Długa, poskręcana broda spływała siwymi kaskadami do połowy tułowia. Burza szarych włosów okalała głowę, a twarz, naznaczona niewielką ilością zmarszczek, przybrała zadumany wyraz. Z tej odległości nie był pewien, ale wydawało mu się, że oczy starca są koloru... wiosny. Pierwszym słowem, jakie mu przyszło do głowy, była właśnie wiosna. Nie wiedział, czy to złudzenie albo zmęczenie, ale oczy starca były jak studnia pełna barw, które nieustannie się ze sobą mieszały. Mnogość wirujących kolorów wprawiała w zachwyt. Miał piękne oczy. Wyrwał się szybko z odrętwienia i przypomniał o swojej misji. Obnażył miecz najciszej, jak tylko potrafił i myślał nad następnym krokiem. O krok od celu, o krok od uwolnienia Cali.
-Jeśli myślisz, że zdołasz zbliżyć się do mnie choćby na metr z bronią w ręku, to grubo się mylisz - powiedział głośno staruszek, przeciągając każdy wyraz. - Nie wygłupiaj się i odłóż to żelastwo. Potem możemy porozmawiać.
Zrobił tak, jak mu kazał. Wyszedł zza regału i podszedł do biurka, oglądając się za siebie. Czekał na najmniejszy odgłos ruchu gotowy do walki.
-Jesteś nieufny, Patryku. - staruszek zwrócił się miękko do mężczyzny. - Zapewniam cię jednak, że w moim domostwie nic ci nie grozi... przynajmniej do czasu, gdy będziesz się zachowywał, jak przystoi. Chodź, siądź tutaj.- Wskazał mu krzesło, które nagle pojawiło się znikąd.
-Dziękuję, postoję. - odparł.
-Jak wolisz. - Staruszek wrócił do swojego zajęcia.
-Szukam Lokarena, czy to ty? - Podjął na nowo rozmowę.
-Tak, tak, któż by inny? Widzisz tu jakiegokolwiek innego starca. - Uśmiechnął się ciepło. - A więc moja ukochana siostra wysłała kolejnego nieszczęśnika na zgubę? Co cię tak dziwi, Patryku? - spytał się, patrząc mu w oczy.
-Siostra... ?
-Alkonra. - Staruszek przymknął oczy. - Rudowłosa piękność. Była kiedyś cudowną dziewczyną, cudowną siostrą.
-Ale...
-Nie rozumiesz. Tak, wiem. - Cichy śmiech Lokarena rozproszył ciszę. - Cóż, może masz ochotę posłuchać małej opowieści. Czas tutaj nie gra roli, więc?
Mężczyzna skinął głową.




Jeżeli się spodoba, to wkleję dalszą część. Forum niestety nie ogarnia więcej niż 64kb na post :(

Pozdrawiam.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano
Czarne myśli --> niepotrzebne, skoro tytuł już jest
To już koniec. - powiedziała cicho. - Odchodzę.
Nie spojrzała na niego nawet przez chwilę. Z pochyloną głową i wzrokiem wbitym w ziemię, stała bez ruchu, pozwalając, by zefir bawił się jej złocistymi włosami, które spłynęły do przodu, ukrywając częściowo twarz.
--> to zdanie jest nieco dziwne - zmieniłbym szyk albo je podzielił Dłonie splecione w uścisku, co chwilę gorączkowo się pocierały. --> jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić Słońce z wolna chyliło się ku horyzontowi, a ciemnoczerwone promienie padały --> padające ciemnoczerwone promienie mi nie pasują, choć to zapewne mój wymysł :P wprost na twarz szczupłego młodzieńca, stojącego tuż obok niej. Jego twarz zastygła w oszołomieniu. Wpatrywał się w dziewczynę przez pryzmat łez, które błyszczały w kącikach oczu. Lekko rozwarte usta drżały, jakby chciał coś wyrzec. --> po co te "podniosłe" słowa? może po prostu: jakby chciał coś powiedzieć Na przemian rozluźniał i zaciskał pięści. Nie mógł uwierzyć w te słowa, nie potrafił. Dotychczas było tak piękne, --> literówka a teraz... teraz, w ciągu kilku sekund, stracił wszystko.
-Ja tak nie potrafię. - Głos dziewczyny zaczął drżeć. - Nie mam już sił, nie mogę. Nigdy nie byłeś cały mój. Za każdym razem, gdy cię widziałam, gdy mówiłam do ciebie, słuchałam, czułam, jakbyś coś ukrywał, jakbyś nie chciał wszystkiego powiedzieć, jakbyś bał się mi zaufać. Gdy przymykałeś oczy, mając mnie w ramionach, czułam się nieswojo. Nie oczekuje,
--> błąd! że zrozumiesz, ale nawet gdy byliśmy blisko, czułam, jakby cię nie było przy mnie. Nie mogłam tego znieść. Żegnaj.
Złociste kosmyki przesunęły się na bok, ukazując perliste łzy, spływające po gładkiej cerze policzka.
--> po gładkiej cerze policzka - moim zdaniem brzmi głupio, jak już to po skórze Docierały do krańca brody i skapywały --> kapały, chyba jednak będzie lepiej na zieloną bluzkę, tworząc drobne, ciemnozielone plamki. Dziewczyna ostatni raz spojrzała na tego, który kiedyś był dla niej wszystkim, odwróciła się i pobiegła po gęstej trawie w stronę pobliskiej ścieżki, grzebiąc dawne dni nowymi krokami. --> ciekawe stwierdzenie: "grzebiąc dawne dni nowymi krokami", choć nie wiem, czy nie nazbyt wydumane
-Nie odchodź - wyszeptał niewyraźnie chłopak. - Nie idź... nie zostawiaj mnie, proszę. - Wyciągnął rękę w kierunku oddalającej się postaci, wciąż szepcząc.
Sylwetka dziewczyny była już tylko niewyraźną plamą, a on wciąż powtarzał te same słowa. Gdy tylko znikła, osunął się na kolana i zapłakał. Gorące łzy spadały na ziemię, a ciało młodzieńca zaczęły przeszywać spazmy.
--> spazmy? dla mnie to już lekka przesada Ręce bezwiednie zsunęły się wzdłuż ciała, wypuszczając na wiatr całą radość i szczęście. "Nie odchodź" - mantra straconej miłości.
„Ma róża straciła kolor, opadły czerwone płatki na ziemię, zdeptane przez czas zostały, wyblakły”.

„Różo, różo! Gdzie jesteś? Gdzie skrywasz swe piękno i urok, różo! Będę cię szukał, mój kwiecie szczęścia.”
--> dwa ostatnie wersy do wywalenia, właściwie nie da się tego czytać


----------------
na razie tyle, więcej, póki co, nie jestem w stanie
mogę poradzić tylko, że przed publikacją warto, aby autor przeczytał kilka razy swoje opowiadanie [można na głos] i zastanowił się, czy dany tekst ma szansę jakiegokolwiek czytelnika zaciekawić


pozdrawiam serdecznie
i zapraszam do mnie /IW

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...