Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 42
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie od dziś jesteś fanatyczką kalamburów :) W dzieciństwie, kiedy było mi czasem nudno,
otwierałem na chybił trafił słownik i wypadało np. słowo "agrafka". Potem starałem się
znaleźć przynajmiej 100 zastosowń dla niej,
od zwykłych po najbardziej absurdalne i nie potrzeba mi było zaraz wierszy,
żeby dobrze się bawić.

Może właśnie dlatego ten wiersz ma dla mnie tylko jedno znaczenie,
bo zaczyna się od razu metaforycznie? Jeśli ktoś napisze: "uderzyłem się w klamkę" -
to albo można się roześmiać, albo przyjąć, że jest to metafora i Peel jest drzwiami,
które gwałtownie otworzył przeciąg wykruszając wystającą klamką kawałek tynku na ścianie.
Podobnie jest tutaj: przyjąłem, że ławka w cieniu korzeni to metafora.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie od dziś jesteś fanatyczką kalamburów :)

o tym nie możesz wiedzieć, Boskie :)
Nie wiem, ale... serce mi podpowiada a ja, wbrew pozorom, często go słucham :)
Zresztą, Ty też nie możesz wiedzieć na pewno, czy ja na pewno tego nie wiem?
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.





brrrrr, wywaliłeś ciężkie stalowe działo na optymizm, mogłeś
chociaż uratować tę biedną kobietę, darując sobie słowo "tylko",
ale nie, ty to twardziel.......wcinkowe pozdro.jacek

Jacku, jam boża krówka a nie twardziel...Kłaniam słowem...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ładne. Pamiętam jeszcze z Warsztatu a to chyba najlepiej świadczy o wierszu.
Pozdrawiam.


kwestia

jabłko A dama
od lat ta sama



Dzięki, Boskie. Kwestię kwestii - pozostawiam damom...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...