Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

tak myślimy - każde słowo jest ważne
ten wiersz zasługuje na uwagę
słowo dla słowa - już było ("sztuka dla sztuki")
odrzucenie, rzucanie "-"
to ucieczka przed przedstawieniem jakiejś oceny
nie wiersza!
nie autora!
(to łatwe bo można stosować kryteria językoznawstwa)
ale faktu
ocenić fakt jest bardzo trudno
ocena może się zmieniać
i tak odbieramy to co podpisujemy
jest fakt - my mali ludzie oceniamy go
nie wiersz
fakt!

wiersz można poprawić! za dzień, za dwa lata - faktu nie

  • Odpowiedzi 67
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Panie Mirosławie , wcale nie twierdzę, że ten wiersz jest świetny i nie można napisać lepszego z podobnym tematem, ale proszę nie mówić, że dorabiam do niego ideologię.
To raczej Pan próbuje przykładać rzeczywistą miarę do czegoś, co z założenia jest nierzeczywiste, chociaż odnosi się do rzeczywistości.
Gdybym chciała napisać samą prawdę i tylko prawdę, to napisałabym sprawozdanie z pogrzebu, albo z transportu zwłok.
...Martwe ciało to mięso.... gratuluję humanizmu i refleksji.
Poza tym byli tacy, których lekko ten wiersz rozśmieszył, a nie zszokował. To porównanie do prosektorium Zębatego, chyba wcale nie takie bezzasadne. I właściwie takie było założenie. Gdy przekroczy się pewną granicę to poza nią już tylko śmiesznie może być, bo strasznie nie działa. Ktoś jeszcze reaguje na jakieś strzelaniny, widoki trupów ułożonych w rządku, albo krew na chodniku? W każdym dzienniku pod dostatkiem takich widoków.
Dziękuję, że mimo wszystko poświęcił Pan tyle czasu na dyskusję ze mną.
Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


no i co mam zrobić? zaczęło się od uwag technicznych, a pani niepotrzebnie zaczęła tłumaczyć oczymwierszten, więc samo poszło, a nie to tutaj najważniejsze.

co mogłoby być ciekawe. proszę nie przekreślać żadnego tematu.

co to ma wspólnego z humanizmem? po śmierci tylko krew w piach, a mięso w robaki. tak się dzieje. tak się dzieje i już.
Może niektórych rozśmieszył, może taki ma być. Może mnie też rozśmieszył, ale mamy rozmawiać o reakcjach na tekst, czy o jakości tekstu?
Ja reaguję na strzelaniny, ciała ułożone w rządku i krew na chodniku. Reaguję złością na ludzką głupotę, ślepotę, puste ideologie, które do tego doprowadzają. Tu jest humanizm, a nie w wielbieniu ciał nieżywych.
Dosyć o tym. Czas wracać do pracy.
Pozdr.
Opublikowano

Myślę że to raczej Pan zaczął tę bezsensowną dyskusję. Teraz też pisze Pan o wielbieniu ciał nieżywych. Chyba o szacunku należy mówić, gdzie ja tu jakieś ciała wielbię? Proszę się zatem nie dziwić, że próbuję coś wytłumaczyć. Na Pana uwagi techniczne odpowiedziałam i na tym dyskusja mogła się zakończyć. Nie muszę przytakiwać każdemu kto ma jakieś uwagi, a chyba wyłącznie tego Pan oczekiwał.
Owocnej pracy życzę.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie wielbi pani, oczywiście, ale też nic takiego nie powiedziałem, więc w czym problem? Na uwagi techniczne odpowiada pani mętnie, próbując tłumaczyć "co poeta miał na myśli", a miał to, co mu pasuje, żeby w danym momencie miał. Z dobrą poezją jest taki problem, że wszystko powinno być dopracowane. Nawet w wierszu z założenia "rozrywkowym" dobrze jest uwzględnić realia, bo później wychodzą takie kwiatki jak dusze przejmujące się stanem ciał, do których już raczej dostępu nie mają. Do tego w jakimś prosektorium, które przypomina średniowieczną rzeźnię. W imię czego te udziwnienia? Nastrój? Pani wybaczy, ale nastroju nie buduje się opowiadając duby smalone i dorzucając do tego tonę wnętrzności, szczura i jeźdźca bez głowy.
To dobre dla nastoletnich satanistów, albo dla wielbicieli filmu "Uwierz w ducha", który wierutną bzdurą jest.
Po prostu przy kolejnym tekście proszę się bardziej postarać i próbować zapiąć wszystko na ostani guzik.
Opublikowano

przeczytałem kilka razy. warsztatowo nie spodobał się, ale na warsztacie to ja się aż tak nie znam.
pomyślałem, że to jakaś groteska, ale potem doszedłem do komentarza odautorskiego i już mi się zupełnie nie podoba. może to kwestia osobistego spojrzenia na poruszony temat - zupełnie odmiennego spojrzenia.

Opublikowano

Spiro,
no cóż zrobić.
Pozostaje mi pogodzić się z tym, że wiersz niewielu osobom się spodobał. Może nie o podobanie mi chodziło, ale widocznie takie ujęcie tematu nie trafia.
Piszesz:
pomyślałem, że to jakaś groteska...

To właśnie jest groteska. Nie wiem co Ci się nie podobało w komentarzu odautorskim, ale
taki sposób ukazania tematu nieco absurdalny, lekko komiczny, karykaturalny, wydawał mi się odpowiedni. Widocznie się myliłam skoro tyle osób jest przeciw.
Dzięki za wpis i pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



W takim razie może jeszcze raz spróbuję wytłumaczyć, na przykładzie, dlaczego
nie podoba mi się wiersz w tej postaci. Jest taka stara piosenka,
z którą chyba każdy już kiedyś się zetknął? Fragment:


na talerzu leży glizda
na talerzu leży glizda
bo ją bardzo boli...
głowa
bo to strefa atomowa

w prosektorium trup na trupie
w prosektorium trup na trupie
lekarz palcem grzebie...
w kości
bo to już nie boli gości

na cmentarzu widać trupa
na cmentarzu widać trupa
bo mu strasznie świeci...
głowa
a dokładniej jej połowa


Otóż nawet tu, choć trudno uznać to za poezję, zostaje pewne niedopowiedzenie dla odbiorcy. Tymczasem w Twoim wierszu są takie perełki, jak:

Macham ze złości kikutami,
pierś jędrną prężę. Jedną tylko,
bo drugiej nie mam. Wiecie sami,
wybuch ją wybił, jakby piłką.

albo

Mój ukochany wzdycha ciężko,
połamanymi ramionami
objąć próbuje mnie. Udręką
staje się akt ten między nami.

Właśnie takie zbyt długie, właściwie niczemu nie służące fragmenty psują przekaz.
Tak mozna pisać bez końca, strofkę po strofce, ale po co, co to wnosi?

Dlatego choćby wspomniany Zembaty nie skupia się na tak prostym zabiegu, zakładając, że każdy może sobie sam coś mniej, lub bardziej podobnego wyobrazić. I właśnie dlatego wyszło kapitalnie, powiedzmy: "Świeży uśmiech (w kontekście świtu) opromienia tak poważne kiedyś twarze (kontekst wyszczerzonego jakby w uśmiechu
śmiertelnego grymasu twarzy)"


W prosektorium

W prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem
Gdy szarzeje za oknami pierwszy świt
W oświetleniu tym korzystnie
Wyglądają starsze panie
A i panom nie brakuje wtedy nic
Oczywiście kiedy całkiem się rozjaśni
Pewne braki wyjdą na jaw tu i tam
Lecz na razie póki wszystko
Widać jeszcze niewyraźnie
Triumfuje dumne piękno ludzkich ciał

W prosektorium najweselej jest nad ranem
Później także tam wesoło , ale mniej
Świeży uśmiech opromienia
Tak poważne kiedyś twarze
A niektórzy szczerze szczerzą ząbki swe
Tylko jeden - ten co leży pierwszy z brzegu
Nie uśmiecha się bo głowy nie ma już
Lecz udziela mu się nastrój
Wytwarzany przez kolegów
W martwym ciele nadal mieszka zdrowy duch

W prosektorium najzabawniej jest nad ranem
Czasem spadnie coś ze stołu - czasem ktoś
Po czymś takim następuje
Ożywienie zrozumiałe
Krótkotrwałe bo dzień wstaje jak na złość
Jasny dzień ma swoje różne jasne strony
Lecz ja jednak mimo wszystko twierdzę, że
W prosektorium najprzyjemniej
Moim zdaniem jest nad ranem
Zresztą sami przekonacie o tym się

Maciej Zembaty

A tutaj wersja do odsłuchania:

www.wrzuta.pl/audio/9EPRwRx7CZ/w_prosektorium
Opublikowano

Za link do piosenki Zębatego dziękuję. Zawsze sobie miło coś przypomnieć, chociaż i tak to nie zastąpi odsłuchania na żywo owej piosenki, śpiewanej przez samego autora. Miałam kiedyś tę zabawną przyjemność :)
No właśnie, tamto prosektorium było zabawą, miało śmieszyć, odrobinkę szokować. To nie bardzo bawi, a detale są zupełnie inne i w innym celu umieszczone.
Uważasz, że niepotrzebna jest urwana pierś młodej dziewczyny, która zginęła w Iraku, a bawi Cię uśmiech trupa starszej pani, albo wyszczerzone zęby innego trupa? Jakiś kompleks inżyniera Mamonia węszę niestety.
Wiem, że lubisz porównywać i przywoływać innych autorów przy okazji ocen wierszy, ale mówiąc szczerze, nie chce mi się już o tym gadać. Dopisek pod wierszem też coś wyjaśnia, a i nawypisywałam się już pod wierszem wystarczająco. Okazuje się, że niepotrzebnie.
Boskim Kaloszom za wpis dziękuję i przepraszam za zmęczenie (swoje i Boskich Kaloszy)
Pozdrawiam jeszcze z tego świata :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiersz Zembatego wcale nie jest taki śmieszny. Może pozornie, bo najważniejszego trzeba się samemu domyśleć. Ja rozumiem, że teraz nawet w filmach wstawia się śmiech,
żeby widzowie wiedzieli kiedy jest śmiesznie i trzeba się śmiać. Ale w poezji?
Jeszcze raz spróbuję pokazać, co uwiera. Otóż np. takie coś:

Macham ze złości kikutami,
pierś jędrną prężę. Jedną tylko,
bo drugiej nie mam. Wiecie sami,
wybuch ją wybił, jakby piłką.

Po co jest mowa o tej drugiej piersi, skoro wcześniej jest podkreślone "jedną tylko?
Lepsze już by było: "bo trzeciej nie mam" :)

Dla mnie wiersz miesci się tylko w tych trzech strofach które podałem wczesniej.
I może rzeczywiście warto jeszcze bardziej uwydatnić koniec, powiedzmy tak:


Kot skrada się, cień przemknął w ciszy
tuż obok słoja z formaliną,
gdzie moje serce. - Idź stąd słyszysz!
To nie dla ciebie! Już je minął

i się zakrada obok ciała,
które tuż obok mego leży.
Na stole - nie jak tego chciałam,
w blasku księżyca, bez odzieży.

Więc lepiej może pogadajmy,
jak spotkał mnie w Afganistanie,
ciebie w Iraku koniec marny.
A co nieludzkie, kotu zosta...


Ot, ostateczne pożegnanie się z tym światem w piękny sposób.
Piękny, bo Peelka zauważa, że oczy, piersi, nogi, ręce i cała reszta mięsa
były przez nią i przez jej ukochanego tylko na jakiś, ściśle określony
czas wynajmowane. Nie - ludzkie więc trzeba je zwrócić
a zając się tym co odróżnia nas od zwierząt, jest charakterystyczne tylko dla człowieka:
rozmowa. O czym? Tego nawet ja już nie wiem (może prorok Adolf? :))
- pewnie o wiecznej już teraz miłości?

Pozdrawiam
Opublikowano

Mówisz o czymś czego w wierszu nie ma, nie chcesz widzieć tego co w wierszu jest. To co zostało po wycięciu, nie dość, że wygląda jak ta jedna pierś - bez sensu, to jeszcze jest źle napisane technicznie i nie wiadomo po co. O czym miałyby rozmawiać ze sobą te dwa ciała? I co niby temu kotu miałoby zostać? Rozwodzisz się nad wierszem i udzielasz rad , a mnie się zdaje jakbyś nie wiedział o czym jest ten wiersz. O różnicach miedzy zwierzętami a ludźmi może sam napisz swój wiersz. Obawiam się, że się nie zrozumiemy. Tak czasem bywa. Trudno.
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Kiedy o to chodzi, że tak w nim wszystko oczywiste, jakby łopatą przez łeb zdzielić :)
(krew, mózg wypływa, oko bielmem zachodzi - piszę, bo może to też niejasne?)
A w sumie temat, o którym mówisz, akurat na limeryk i nie rozumiem po co aż tyle zwrotek?
Pozdrawiam
Opublikowano

Skoro dla Ciebie ...krew, mózg wypływa, oko bielmem zachodzi ... i te wnętrzności tylko widać, to znaczy, że zupełnie nie wiesz o co chodzi.
Ale może to i lepiej :)
Miłego dnia. U mnie burza z piorunami, zaraz mi prąd wyłączą, albo w antenę walnie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


W taki razie wyjdę naprzeciw Twoich (kwiożerczych?) oczekiwań i zgodzę się: tak,
trzy strofki to za mało na taaaaki temat. A nawet tego co jest - za mało:


Kot skrada się, cień przemknął w ciszy
tuż obok słoja z formaliną
gdzie moje serce. - Idź stąd słyszysz!
To nie dla ciebie! Już je minął.

Teraz się skrada obok ciała,
które tu obok mego leży
na stole, tak jak tego chciałam,
w blasku księżyca, bez odzieży.

Macham ze złości kikutami,
pierś jędrną prężę. Jedną tylko,
bo drugiej nie mam. Wiecie sami,
wybuch ją wybił, jakby piłką.

Jeśli ktoś nie wie (nie gra w piłkę)
to tak ją zmiotło, jak śnieg zmiata
dozorca Edek* - szybko, chyłkiem
(*tak przy okazji: ja - Agata).

Szkoda, że lewą. Bardzo szkoda,
bo jakoś częściej - ją panowie
pieścili kiedy byłam młoda.
Lecz trudno, niech gdzieś zgnije sobie -

bardziej mnie martwi brak otworu.
Nie, nie niestety: gębowego :-(
- otwór by przydał się potworu
... po co? Do aktu po-śmiertnego.

A niech tam! Trudno! Obejdzie się!
Swoją drogą, co za chłam teraz
mają na wojnie! Same buble
- ni dziury przez to baba nie ma

chociaż nie żyje. Dobre choć to,
bo żyć bez dziury - jeszcze gorzej.
Ale, co widzę... Matko Boska:
pod brakiem dziury - jeszcze gorzej!

Gdzie moja noga? Moje udo?
Te, na które cmokał pan Edek
i głaszcząc szeptał: "co za cudo..."
Nie ma! Przpadło. Jest pewnie w Niebie.



Tu chciałem wpaść na chwilę z krematorium do Nieba, ale...
cóż widzę? Jakiś Anioł dorwał cudną nóżką ofiary wojny
i... świnia nie anioł!
Pozdrawiam ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Hm... tak poza tym, u nas dzieją się dużo gorsze rzeczy :)


Kochanek z Sopotu z kochanką w Chorzowie
nie mieli na bilet, by wyznać coś sobie.
Ona zmarła od lat.
On umarł, bo był dziad.
Wtedy przyszły listy: "Spotkamy się w grobie."




(chodzi oczywiście o te strajki na Poczcie)
Opublikowano

Pierwsza przeróbka nie bardzo, za bardzo dosadna i cos z rytmem miejscami kiepsko, chociaż trzeba przyznać, że masz wyobraźnię nielichą :))))
W drugim wierszyku pomysł z pocztą mi się podoba, ale ja bym to tak napisała:

Uboczne skutki działania poczty (balladka)

Spotkali się kiedyś młodzieniec z dziewczyną
ich miłość rozkwitła, lecz czas szybko minął
i wrócić musieli do domu, bo przecież
wakacje się kończą, jak zawsze po lecie.
Kochanek w Sopotu, kochanka w Chorzowa,
nie mieli na bilet by spotkać się znowu.
A ona czekała i listy pisała,
daremnie wzdychała, we łzach była cała.
Aż w końcu umarła czekając, aż luby
list do niej napisze i spełni swe śluby.
I on także umarł, jak stary kawaler,
też tęsknił i szlochał, na list czekał stale.
A teraz tę sprawę rozwiązać już pora.
Listonosz zapukał do drzwi. Tak z wieczora,
dwa listy dotarły. Z Chorzowa ten jeden,
a drugi z Sopotu - wędrował przez Wiedeń.
Z Chorzowa zaś w Pradze lądował dwa razy.
Bo poczta też działa tam jak...bez urazy...
(Tu brzydkich słów parę by trzeba napisać,
lecz po co, jak one nie zmienią nic dzisiaj.)
Co z parą ? - zapytasz cierpliwy słuchaczu.
Spotkali się w niebie i tam już nie płaczą.

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Mmm... mm... mmmm....

w mrozowym mruczando skrzypiących schodów zasypiała dacza.
Pod kołdrą liści, płatków śniegu już spały ścieżki a jeszcze nie było nowych
więc nic nie było, tylko miętowe westchnienia grudnia
zaganiały czasem wiewiórki do skrzynki na listy
jakby wpadły w nią rudowłose, pełne ciepła i ruchu spóźnione wieści.
Srebrne grzechotniki mrozu coraz odważniej rozpełzały się po szybach, kąsając
soplowymi zębami zakusy słoneczne
w cieplejsze dni ściekając bezsilnym jadem na przemarznięte głogi
a wtedy zlatywały się gile i skubały uschłe łodygi letnich kwiatów
jak poste restante lata.


Opublikowano

To taki dalszy ciąg miał być? Nawet ładnie, ale bez rymów.
Dalszy ciąg rymowanego wiersza musi mieć rymy, chociaż może niekoniecznie to samo tempo.
Niech będzie więc tak

W mroźnym mruczando skrzypiących schodów,
w daczy uśpionej pod kołdrą z liści,
i płatków śniegu, przed słońca wschodem,
sen się o listach zgubionych przyśnił
tej naszej parze kochanków, bowiem
w skrzynce na listy wiewiórki spały.
Oni herbatki pili miętowe
kiedy na dworze wiatry szalały.

Czasem wiewiórki jak rudowłose
zjawy do okien pukały cicho.
Przemarzłe głogi słały odgłosy,
udając srebrne zimowe licho.
Gile skubały łodygi suche
pozostawionych kwiatów w ogrodzie.
Poste restante lata - szepnął do ucha
chłopak dziewczynie - znów byli młodzi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...