Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Do klaczy w zaprzęgu faraona porównam cię, przyjaciółko moja.
(PnP 1, 9)

A do czego ja ciebie mam porównać?
Przypominasz mi trochę piękną wieżę,
Co się wznosi wysoko i tak smukła,
Blaskiem mroki rozprasza nad wód brzegiem.
To u szczytu bliźniacze płoną ognie,
Aureolą fal złotych owiewane,
Co miast żaru czasami rodzą krople,
A czasami – spojrzenia bystre, jasne.
Lecz zamknięta jej brama dla człowieka,
Choćby pukał, za nic się nie uchyli.
Czy pisane mi spotkać latarnika,
Który wewnątrz wciąż się kryje?


(16 czerwca AD 2008)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Drax jakoś spokojnie tym razem - ale - to pewnie dobrze - moje uwielbienie do nadmiaru patosu i wzniosłości jest chyba dosyć rzadkie (;p) choć wiersz ma widoczny podniosły ton (czy ton może być widoczny ;p ? dla mnie tak ;p) ale widać, że równorozłożony. Co do utowru: na pewno pochwała wielka za rymy, bo są nienachalne, niedokładne dzięki czemu nadają subtelności wierszowi. Rytmika dobra, czytało się płynnie. Opisy dobre plastyczne - dla wyboraźni - choć brak troce jakiejś intrygującej metafory, co nie znaczy, że inne są złe, ale taka kombinowanei fajnie mogłaby wziąć naswe barki wiersz(przy czym zastrzegam, bo sam nie zawsze wstawiam taką metaforę, a celem jej by bło takie odświeżenie, zbliżenie bardziej do współczesności?)

Mnie się nawet spodobął, tylko tematyka (dlaczego odszełeś tak bardzo w stosunku do pierwszego ;/ a myślałem, że się choć pojawi na forum drugi niepoprawny patosista ;p

Wiersz to właściwie jedna wielka metafora, próba opisania, jak w tytule osoby. Porównuje ją do latarni wskazując: że tak jak latarnia oświetla morze tak ona swym ogniem uczucia oswietla rozgrzewazycie peela, wskazując mu drogę a także czyniac jąprostszą, jaśniejszą

pozdr.
Opublikowano

Spróbuje coś niecoś dodać od siebie (chociaż osobiście gubię się w takich utworach). Pierwsze, co już uderzyło to zaimki - "ja ciebie", po czym następuje "mam" - a nie lepiej (chociaż wiem,że warsztat wymaga [11 zgł]\, ale czasem on potrafi zgubić, bo coś na siłę dopasować trzeba):

"do czego mam ciebie porównać

w drugim wersie podobnie"
"bardzo piękna" - no oczywiście, można tak stopniować (mniej piękna, bardziej piękna, niknąco piękna), ale to wg mnie sztuczne.

Zdobników jest wiele, nie wszystkie są w moim guście (np/"fal złotych", dwa razy się "jasna/jasne" powtarza, o raz za dużo)

najsmakowitsza tutaj jest puenta, jakby podmiot/autor wpadł wreszcie na własny tok pisania, własny styl i tutaj wyszło.

Reasumując - bogate, kunsztownie napisane, jednak kilka wątpliwości wypisałem, pan pewnie będzie wchodził do Z (bo czemu nie), dlatego życzę wszystkiego naj (w poezji )

I dziękuje raz jeszcze za pańskie wpisy,rzetelne i celne.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Przyznam szczerze, że jestem zaskoczony tak pozytywnym odbiorem. Publikując ten wiersz, miałem duże obiekcje, czy nie zawcześnie; czy nie powinienem na razie go schować i przyjrzeć mu się jeszcze parę razy. Ale z drugiej strony nie miałem pomysłu, co jeszcze poprawić, pomyślałem, że Forum pomoże ;)

Mości Adolfie, na "niepoprawnego patosistę" w mojej osobie masz jednak jakieś szanse, a to - już tłumaczę, dlaczego. Otóż pisząc powyższe dzieło nie dbałem specjalnie o ton wypowiedzi. Ta podniosłość, którą zauważyłeś, powstała zupełnie samorzutnie, ergo wydaje mi się, że jest to naturalny dla mnie styl pisania. By pisać prostszym, bardziej "naturalnym" z Waszego punktu widzenia językiem, muszę się postarać, zwrócić na to szczególną uwagę. Gdy się nie staram zachowywać szczególnego tonu, wychodzi jak wyżej ;) Wynika to zapewne z moich osobistych upodobań językowych, objawiających się zresztą nie tylko w wierszach...

Co do rymów - bardzo dziękuję - starałem się. ;)

Natomiast, jeśli idzie o interpretację, być może zaintryguje Waszmości delikatna odautorska sugestia, żeś odczytał z wiersza ni mniej, ni więcej, a dokładnie połowę treści, jaką chciałem zawrzeć ;)

Panie Krzywak, po Waszmości szczególnie nie spodziewałem się tak dobrych słów. Jestem świadom, kilku "zapychaczy". Być może wymyślę jeszcze, jak je zastąpić czymś bardziej treściwym. Pozytywna opinia motywuje :)

Powtórzone "jasne" zauważyłem sam, ale prawdę mówiąc miałem nadzieję, że w odległości dwóch wersów nie będzie razić. Widzę, żem sie omylił :(

Cieszę się niezmiernie, że pointa przypadła do gustu. Obawiałem się, że będzie zbyt oczywista, ale widzę, że chyba jednak nie. To bardzo dobrze. Czy jest rzeczywiście tak oryginalna? Nie wydawała mi się, prawę powiedziawszy, zbyt odkrywcza w chwili, gdym ją układał...

Dziękuję Waszmościom za słowa uznania, również w kwestii moich na innych miejscach czynionych komentarzy. Mogę odpowiedzieć tylko tyle, że staram się realizować cel, któremu - w moim przekonaniu - to Forum służy. Nie ukrywam, że komentując w ten sposób, liczyłem, że podobnie wartościowe wpisy pojawią się i pod moimi dziełami. Nie zawiodłem się i za to również serdecznie dziękuję. ;)

Pozdrawiam,
Drax

P.S. A co do Z-etki, to i owszem, już wszedłem tam z komentarzami. Ale z wierszami? Chyba nie czas jeszcze... Tym niemniej dzięki za wiarę i za życzenia;)

P.P.S. (i nie chodzi tu o partię :p) Wprowadziłem kilka poprawek. Nie koniec to, ale już jakiś krok. Dziękuję ponownie za sugestie. Żeby nie było, że powyżej krytykowano bezpodstawinie, poniżej zamieszczam tekst oryginalny:
[quote]A ja ciebie do czego mam porównać?
Przypominasz mi bardzo piękną wieżę,
Co się wznosi wysoko i tak smukła,
Jasna, mroki rozprasza nad wód brzegiem.
To u szczytu bliźniacze płoną ognie,
Aureolą fal złotych owiewane,
Co miast żaru czasami rodzą krople,
A czasami – spojrzenia bystre, jasne.
Lecz zamknięta jej brama dla człowieka,
Choćby pukał, za nic się nie uchyli.
Czy pisane mi spotkać latarnika,
Co we wnętrzu wciąż się kryje?

Opublikowano
Do klaczy w zaprzęgu faraona porównam cię, przyjaciółko moja.
(PnP 1, 9)

(...)
Czy pisane mi spotkać latarnika,
Co we wnętrzu wciąż się kryje?


Wg mnie cytat z (PnP 1, 9) i zakończenie jak klamra spinają całość.
Peel, rozważając zacytowany na wstępie tekst, wchodzi w gląb duszy
i tam szuka Tego, który daje światło (latarnik).
Wiersz bardzo mi się podoba.
:)
Serdecznie pozdrawiam
-teresa
Opublikowano

Dziękuję, mościa Tereso, za wizytę i refleksję. Cieszę się, że wiersz poruszył i przypadł do gustu. Ale, czy aby podmiot na pewno wchodzi wgłąb duszy? Przepraszam, że tak bezczelnie ingeruję w interpretację, ale nawet ta Waćpani uwaga, choć najbliższa mojemu zamysłowi, nie wyczerpuje go. A chciałbym wiedzieć na przyszłość, czy taki sposób pisania jest dostatecznie zrozumiały...

Pozdrawiam,
Drax

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zrozumiały? Dla mnie jak najbardziej. Wiem, że czasami więcej się domyślam niż jest
w zamyśle Autora, ale wydaje mi się, że to świadczy o jakości wiersza. Akurat wiersz Waćpana zatrzymał. Sprawił, że wczułam się w rozważania Peela (przynajmniej starałam się).
Jednak każdy czytelnik ma swój sposób odbioru.

Serdecznie pozdrawiam
-teresa
Opublikowano

i tu tersesa ma rację, czasem autro pisząc wirsz, ma co innego na mysli. ale... podświadomośc kieruje jego słowami wrażliwy człowiek potrafi to odczytać, bo podświadomośc jest potęzną siła napędowa każdego człowieka, a cóz dopiero poety.
pozdrawiam oboje
osobiśie uważam ze początek jest świetny a potem się łamie, jakby autorowi coś przeszkodziło w zakonczeniu, może to być niewiara we własne siły twórcze?
:):)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


To ciekawe, co Waćpani piszesz. Imć Krzywak ocenił najlepiej właśnie zakończenie, a ja najbardziej dumny byłem ze środkowego czterowersu. Może zobaczę jakieś uzasadnienie takiej opinii? Byłbym zobowiązany.

Czy to brak wiary we własne siły powoduje słabość zakończenia? Myślę, że gdyby brakło mi wiary we własne siły, w ogóle niewiele bym mógł napisać. Tu raczej jej nadmiar przesądził o szybkim opublikowaniu utworu w takim kształcie, jaki zdołałem mu nadać. Może więcej samokrytycyzmu i dłuższy czas poprawiania go mogły sprawić, że trafiłby tu w lepszym stanie ;)

Tak czy owak, jeśli którą część uważałem za słabą, to właśnie pierwszą; ją też najwięcej poprawiałem - w pozostałych jakoś nie znajdowałem usterek. Krytyka przedmówców też odnosiła się głównie do początku i środka.

Dzięki sredeczne za wizytę. ;)

Pozdrawiam,
Drax

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...