Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ha, to ciekawy utwór. Adresatką zdaje się być matka podmiotu lirycznego. Jak głosi tytuł - "ta, którą kochać i szanować należy". Kontrastuje to z treścią wiersza. W pierwszej części adresatka "odtwarza" - a więc powtarza stale, niezmiennie - wezwanie do jedzenia. To codzienne wezwanie posłużyło podmiotowi za tło głębszych przemyśleń.

I tak określa on posiłki przygotowywane przez matkę, jako "popkulturę prosto z tostera". Popkultura to tandeta, kicz powielany przez wszystkich naokoło. Toster to narzędzie służące szybkiemu i łatwemu przygotowywaniu nieskomplikowanych - "popkulturowych" - dań. Łącznie więc mamy w drugiej części tandetne, łatwe w przygotowaniu i w dodatku stale takie same dania.

Podmiot liryczny obrusza się na to i deklaruje, że idzie "poszukać sensu w hamburgerach". Te ostatnie to posiłek przygotowywany przez różnorakie fast-foody; zgodnie z ich nazwą - szybki, a do tego równie powszechny, "popkulturowy", co dania matki.

A więc zgrabny wierszyk o jedzeniu? Nic bardziej błędnego! Jedzenie, jako czynność codzienna i absoltunie niezbędna do życia wydaje się tu symbolizować samo życie. Mamy tu więc zestawienie szarego, tandetnego życia domowego z równie tandetnym życiem na zwenątrz. Nie potrafiąc - na przekór tutułowi - docenić i uszanować tego, co ma w domu, podmiot liryczny wychodzi szukać sensu w tandecie poza nim.

Być może sam zresztą nie zdaje sobie sprawy, to "na zwenątrz" nie jest w niczym lepsze. "Hamburgery" - już samą nazwą zdradzające obce pochodzenie wydają się czymś na tyle różnym od domowej "popkultury tostera", że musi być w nich coś więcej. Niestety, jednak hamburgery zawsze będą tylko plastrem szynki wciśniętym między dwie bułki ;)

Podoba mi się ten wiersz. W zasadzie nic dodać, nic ująć.

Pozdrawiam,
Drax

Opublikowano

możesz otworzyć wyobraźnię
łaskotką z chichotem
w paluszek skryty w skarpecie

zabrakło obrazków tortury
wklejonych w asfalt kamyków
zamkniętych

dychotomicznych udławień
popu
i rzęs łąki w polewie


kłaniam pustkę

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


To ja dziękuję i kłaniam się. A jeśli można nieśmiało zwrócić na coś uwagę, to dodam, że rad bym zobaczyć podobne komentarze pod moimi wierszami ;)

Pozdrawiam,
Drax
Opublikowano

mam podobne do Draxa spostrzeżenia, a właściwie to takie same. wyraźnie widzę całą sytuację, która sprawia, że peel czuje i przygnębienie, i złość na matkę, powtarzającą w kółko to samo jak zacięta płyta.
denerwujące jest dla niego to, że codziennie matka serwuje mu podobne do siebie posiłki, ale to, jak podejrzewam, tylko ostatnia kropla przelewająca goryczy. moje dygresyjki na temat tekstu po ułożeniu pozwalają sądzić, że peel jest totalnie znudzony życiem z matką, a wojtek chodź jeść (w wierszu też mogłoby być kursywą IMO) jest właściwie ostatecznym przejawem upierdliwości matki.
dlatego podmiot idzie poszukać sensu w hamburgerach, co moim zdaniem nie ima się do poprzednich strof. z mojej interpretacji jasno wynika, że peel ma tego właśnie dosyć. metaforyzując, życie i warunki oferowane przez matkę (popkultorowe, pospolite), znajdują się też we wspomnianych hamburgerach, w życiu ulicznym. dlatego końcówka IMO niespójna. radziłabym wymyślić coś innego, pasującego klimatem do reszty wiersza, lecz bardziej logicznego. ale to naprawdę tylko moje odczucia i może po wyjaśnieniu Autora rozjaśni mi się w główce :)

podsumowując ostatecznie, poza puentą nie czepiam się dobrej realizacji i ciekawego tematu, nie ma za co złapać.
pozdrawiam.

Opublikowano

widzę tu inny wątek: peel nie potrafi docenić starań matki i ciepła domu rodzinnego (w tym posiłki i słowa), szuka szczęścia poza domem (hamburgery) i nie może go znaleźć,
bo go tam nie ma; jakże często zdarza się, że po "chmurnej i durnej" młodości,
tęsknimy za domem rodzinnym, za matką, nawet zrzędzącą i za jedzeniem niepowtarzalnym, choć zwykłym, tylko, że czasem za późno, bo nie ma już matki i rozleciał się dom dzieciństwa...
oczywiście wyobraźni u mnie dostatek, więc sory za nadinterpretację;
uważam jednak, że skoro sobie pofantazjowałam, to znaczy, że wiersz zatrzymał,
a jak zatrzymał, to niech się szanowny Autor cieszy...za zatrzymanie i możliwość
"fałdowania" szarych komórek daję plusiora
:)
serdecznie pozdrawiam
-teresa

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Moim zdaniem nie ma tu żadnej niespójności. Albo jest, ale tylko pozorna. Tak, jak wyżej napisałem, być może podmiot liryczny (rany, za długie wyrażenie - może, mimo niechęci do nowomowy i skrótów, też zacznę pisać "peel"? ;p) sam nie uświadamia sobie, że w tych hamburgerach nie ma nic lepszego niż to, co znajduje w domu? Jakże często mami nas rzeczywistość iluzjami szczęścia?

Możliwa jest też inna interpretacja: podmiot nie mówi przecież "znalazłem sens w hamburgerach", a tylko tyle, że idzie go poszukać. Może to wynikać z założenia, że już wszystko musi być lepsze (sensowniejsze), niż "dania matki". Tak ja bym to rozumiał i w związku z tym, uważam, że jest dobrze.

A szanownego Autora nie prosiłbym o wyjaśnienia, bo nie od tego on jest. Jego rola kończy się na pisaniu - reszta, jest już domeną nas, czytelników. Po cóż pisać niejasno i metaforycznie, jeśli zaraz potem burzy się wieloznaczność wygłoszeniem jedynie słusznej interpretacji autorskiej? Przynajmniej takie jest moje skromne zdanie. ;)

Pozdrawiam,
Drax
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Moim zdaniem nie ma tu żadnej niespójności. Albo jest, ale tylko pozorna. Tak, jak wyżej napisałem, być może podmiot liryczny (rany, za długie wyrażenie - może, mimo niechęci do nowomowy i skrótów, też zacznę pisać "peel"? ;p) sam nie uświadamia sobie, że w tych hamburgerach nie ma nic lepszego niż to, co znajduje w domu? Jakże często mami nas rzeczywistość iluzjami szczęścia?

Możliwa jest też inna interpretacja: podmiot nie mówi przecież "znalazłem sens w hamburgerach", a tylko tyle, że idzie go poszukać. Może to wynikać z założenia, że już wszystko musi być lepsze (sensowniejsze), niż "dania matki". Tak ja bym to rozumiał i w związku z tym, uważam, że jest dobrze.

A szanownego Autora nie prosiłbym o wyjaśnienia, bo nie od tego on jest. Jego rola kończy się na pisaniu - reszta, jest już domeną nas, czytelników. Po cóż pisać niejasno i metaforycznie, jeśli zaraz potem burzy się wieloznaczność wygłoszeniem jedynie słusznej interpretacji autorskiej? Przynajmniej takie jest moje skromne zdanie. ;)

Pozdrawiam,
Drax

nie ropatrzyłam takiej możliwości, oddaję tu honor, ale jednak mnie, czytelnikowi, nie pasuje ta końcówka. wpasowuje się w klimat, lecz nie udało jej się moim zdaniem oddać powyższej interpretacji. po prostu taki gust- sensu szukałabym gdzie indziej, na pewno nie w hamburgerach :)
Opublikowano

Oczywiście, na koniec pozostaje kwestia gustu. O tym nie ma co dyskutować. Rozejdźmy się w pokoju ;D

Pozdrawiam,
Drax

P.S. A co do szukania sensu w hamburgerach - kto wie? Moze i w nich coś jest. Może tylko patrzymy z niewłaściwej perspektywy ;)

Opublikowano
Rachel i Drax
Jeśli chodzi o tę pointę, to odsyłam do Warsztatu, tam poruszano ten temat: www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=75754

A tu się z Panem Draxem zgadzam:
A szanownego Autora nie prosiłbym o wyjaśnienia, bo nie od tego on jest. Jego rola kończy się na pisaniu - reszta, jest już domeną nas, czytelników. Po cóż pisać niejasno i metaforycznie, jeśli zaraz potem burzy się wieloznaczność wygłoszeniem jedynie słusznej interpretacji autorskiej? Przynajmniej takie jest moje skromne zdanie. ;)

Wojtek Bezdomny
Jedyne, co mogę zrobić, to odkłonić

teresa943
Za plusiora dziękuję. Nie ma to jak dobrze pofantazjować, w końcu wyobraźnia jest w cenie (wg mnie przynajmniej)

Jego Alter Ego
Niemniej dzięki za przeczytanie i zostawienie opinii.

Pozdrawiam i dzięki wszystkim
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




lubię pieczywo z tostera:)
dobrze obłożone
hamburger z butki nie smakuje:)
MOŻESZ SIE STRUĆ...
(zależy jakie mięso wołowe):)

jak twierdzę z wiersza pel nie zadowolony:)
z przystawek tostowych:)
Pozdrawiam milutko
Opublikowano

jałowe dni, "tępe wieczory"i "Wojtek chodź jeść",
może dotyczyć matki, ale także żony, siostry, ciotki.
Szara codzienność. Taka sama jak szaro -szarawe życie.
Rzygać się chce, ale mówi to PL - inteligent, nie użyje tego określenia.
Hamburger, moim zdaniem - symbolizuje " też gie, tylko nieco inne,
w innej scenerii, bo jak - to samo; to dlaczego by nie? A może właśnie
dlatego, że NIE W DOMU? Peel wie, że nie znajdzie tego sensu w hamburgerze,
bo mówi: "wychodzę, poszukam sensu..", a nie : "wychodzę, znajdę sens".
Moim zdaniem, ta mała subtelność wskazuje o co tu chodzi.
O POSZUKIWANIE - czegokolwiek - w czymkolwiek, byle nie to - co dotychczas
dzień po dniu, do u.... śmierci.
Biorąc pod uwagę powyższe, uważam, że wiersz ten niesie wiele treści,
nie wyłączając - filozofii bytu.
Duży PLUS ode mnie
z pozdrowieniem
- baba

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




lubię pieczywo z tostera:)
dobrze obłożone
hamburger z butki nie smakuje:)
MOŻESZ SIE STRUĆ...
(zależy jakie mięso wołowe):)

jak twierdzę z wiersza pel nie zadowolony:)
z przystawek tostowych:)
Pozdrawiam milutko
Więc smacznego życzę. Ja tymczasem piję miętę i łykam węgiel.
Pozdrawiam i dzięki za komentarz.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...