Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

CZAS-już-PRZESZŁY

Agnieszka spojrzała z niechęcią na zegarek. Za dziesięć minut odjeżdża autobus. Ostatni, żeby nie spóźnić się do szkoły. A dzisiaj pierwsza jest Matma, z tą rudą jędzą – Deską-Tereską. Jak się spóźni, to będzie pisać kartkówkę. O nie!
Zerwała się od stołu, zostawiając niedopitą kawę, chwyciła plecak i wybiegła z domu.
Na stole została ta książka, którą pożyczył jej młodszy brat. Próbowała przeczytać ją „do poduszki”, ale i tym razem wygrał Sen. Zapamiętała tylko autora – Lema, ale on to chyba tylko przetłumaczył z niemieckiego, i szokujące dane – co się dzieje na świecie w ciągu jednej minuty. A zwłaszcza ta jedna wiadomość ... koniecznie musiała to pokazać Asi. Niestety książka została na stole – zorientowała się kiedy już wsiadała do autobusu. Jej miejsce, przy oknie, było jeszcze wolne. Siadła z westchnieniem i wyciągnęła komórkę, była godzina 7.30 – może napisać to Asi? Nieeee – lepiej jej to sama opowie. Sprawdziła, czy nie ma wiadomości od Piotra – nie było – schowała komórkę do kieszeni.
Tym samym autobusem jeździł od niedawna Sebastian. I tym razem tak się ustawił, żeby dyskretnie obserwować Agnieszkę. Nazwał ją w swoich myślach Tati – bo była łudząco podobna do pewnej piosenkarki Tatiany, Nawet ostatnio kupił jej płytę – może uda mu się na nią poderwać tę dziewczynę?
Autobus ruszył. Agnieszka patrzyła przez okno zastanawiając się – co też właśnie, kiedy ona sobie spokojnie jedzie, W TEJ MINUCIE dzieje się, na przykład ..... w Hong-Kongu? Może tam jakaś inna 17-latka właśnie walczy o życie? Albo co się dzieje w Moskwie czy ...
Sebastianowi wydała się jeszcze ładniejsza – z tym swoim zamyślonym spojrzeniem.
* * *

Wrocław – godz. 7.30 rano Autobus 146

1 – MINUTA JAZDY.

HONG-KONG

Ki-Jang spojrzała na zegarek – była 16.30 Zaraz zacznie pracę. Stała, kuląc się w deszczu, przed tylnym wejściem do lokalu Go-Go. Tu pracowała od kiedy pod wpływem Zanga rzuciła szkołę. Brrr! Jej drobnym ciałem wstrząsały dreszcze ale teraz z zadowoleniem usłyszała człapanie starego Changa. Drzwi zaskrzypiały i gorące powietrze, pełne ostrych, kuchennych zapachów owiało ja od stóp po czubek jej - na rudo pofarbowanych włosów. Weszła do środka.
- Masz iść do Zanga – Chang patrzył na nią z wyraźnym współczuciem.
.....................................................................


MOSKWA – okolice ( 9.30 )

Gotowe! – krzyknął Sasza. Już od godziny wisiał na słupie wysokiego napięcia i reperował linię po ostatniej burzy. To już piąty dzień napraw. Słońce znowu raziło, przymknął oczy - mam już dosyć – pięć dni na tym zadupiu. Bez kolegów, gorzałeczki-matki i bez Iriny. Teraz jej brakowało mu najbardziej. Popatrzył na zegarek – była 9.30 – pewno moja mała teraz przebiera się na zapleczu sklepu. Szkoda, że tego nie widzę. A wieczorem pójdziemy na tańce, i ten nasz walc ...
AAAAAAAAAAAAAAAAAA !!!
Koledzy z dołu zauważyli tylko jak Saszka lekko machnął ręką w bok i dotknął przewodu. Teraz wisiał ze słupa, głową w dół, a powietrzu dał się wyczuć zapach spalonego mięsa.

.......................................................................



LONDYN ( 6.30 )

Szymon popatrzył na zegarek – była 6.30. Zebrał do kupy swoje szczotki i zamknął je w schowku. Miał jeszcze czas coś zjeść i za godzinę ma zameldować się w barze na lotnisku – to już jutro minie rok tej mojej harówki – pomyślał. Ale zrobi wszystko – żeby tylko nie mieszkać dłużej z teściami. Jola jest w 5- miesiącu – na początek coś wynajmą w Warszawie – a potem się zobaczy, teraz z pracą tam – nie ma problemu. Żeby tylko wytrzymać.
Zamknął szafkę, ale kluczyk wypadł mu ze zmęczonych palców. Schylił się i zamarł. Pod szafka leżał jakiś portfel.

.....................................................................


CZAD – 7.30

14-letniego N’gewe zbudziło słońce, które przebiło się przez liście najwyższego drzewa rosnącego na skraju dżungli. Rozejrzał się dookoła. Był „ukryty” w niewielkim krzaku rosnącym na polance okalającej jeziorko – odnogę Rzeki. A już myślał, że nigdy tej rzeki nie znajdzie. Nocą przecież w lesie niczego nie widać i dopiero ta polana wydała mu się bezpieczna. Teraz już łatwo trafi do domu.
Zapuścił się w dżunglę za stadem Guźców. Musiał zdobyć kły i jądra dużego samca – żeby móc zostać kandydatem na myśliwego.
To już wprawdzie trochę przestarzały zwyczaj – N’gewe wolał by zostać kierowcą ciężarówki – ale jego ojciec był od niedawna Wodzem Wioski – i chciał na jego przykładzie odnowić stare tradycje.
Inaczej nie pozwoli mu poślubić M’seti. Najpiękniejszą pannę w całej Krainie.
Sięgnął do pasa i z ulgą namacał woreczek ze swoim trofeum. Dopisało mu szczęście, bo Guziec uwiązł pomiędzy dwoma drzewami. I wystarczyło tylko wbić mu dzidę w serce.
Wstał, żeby się wysikać – ale lepiej nie zostawiać wyraźnych swoich zapachów, Hieny mają niesamowity węch – wysika się do rzeki.
Tymczasem Gruby – krokodyl i król tego rozlewiska postanowił podpłynąć do brzegu. Był głodny.

.....................................................................



RIO DE JANEIRO ( 4.30 )

- Chico zapal światła, bo wpakujemy się w jakąś budę.
Stary, rozklekotany VW-Bus ostro wziął kolejny zakręt.
- Musimy zdążyć przed piątą schować Hansa i tę dziwkę w piwnicy – bo potem stróż robi poranny obchód – tłusty Chico sapał jak miech.
- A która jest godzina? - zapytał z twardym, niemieckim akcentem Hans.
- 4.30 – odpowiedział Ricardo – Podoba Ci się ta mała?
- Na pewno lepsza niż ostatnia – Hans chwycił za włosy leżąca na podłodze Busa, związaną dziewczynę. Wykręcił jej głowę w swoją stronę i napotkał przerażone spojrzenie pięknych czarnych oczu.
- Ile ona ma lat? – zapytał.
- Najwyżej 16 – Ricardo szukał po kieszeniach zapalniczki.
Na tłustych wargach Chico – pojawił się obleśny uśmiech.


...................................................................




HAWAJE – plaża ( 21.30 )

„Tu Radio Honolulu-Jazz jest godzina 21.30 Zapraszamy na wiadomości. Trzęsienie zie ...”
Jeremy wyłączył radio i siadł da piasku. Obok, na ręczniku leżała naga Tina. Jego najnowsza „zdobycz”. Była inna niż reszta Hawajek, które tu zaliczał już od 2 lat. Księżyc oświetlał jej brązowe ciało. A on siedział i patrzył na nią oczami „artysty”. Po raz pierwszy zaczynał żałować, że Bóg pozbawił go talentu do malowania. Za to dał mi filmową urodę i niespożyte siły – pomyślał z uśmiechem.
Wziął w dłoń garść ciepłego piasku i zaczął powoli sypać go na jej gładkie plecy.
Tina słodko zamruczała i przewróciła się na wznak. W ciemności błysnęły jej białe zęby.
- Chodź – wyszeptała.

..................................................................






Wrocław – 7.31 – Autobus 146

2 – MINUTA JAZDY

Agnieszka po minucie przestała gapić się w okno i rozejrzała się po autobusie. Napotkała wzrok jakiegoś chłopaka – fajny, blondyn – obojętnie patrzyła dalej. Te same twarze co zawsze. Sięgnęła po komórkę – może zadzwonić do Piotra? Nieee. Niech sam zadzwoni.
Ponownie spojrzała przez okno. W samochodzie obok, jakaś blondynka malowała usta patrząc we wsteczne lusterko. Ładna szminka – pomyślała Aga ... a w Afryce pewno teraz jest ta sama godzina, ciekawe czy jakaś murzynka maluje się też teraz jakimś świństwem?

...................................................................

Zaczęła się kolejna, 2-ga minuta na Świecie


HONG-KONG ( 16.31 )

Do Zanga?!– Ki-Jang zrobiło się jeszcze bardziej zimno.
Weszła do przebieralni, zostawiła tu krótki płaszczyk i torebkę. Przygładziła przed lustrem włosy i obciągnęła krótką skórzaną spódniczkę. Wyszła z przebieralni i po schodach wdrapała się do Gabinetu, Zapukała.
- Właź! – usłyszała głos Zanga.
Weszła. W pokoju obok Właściciela siedział jakiś Europejczyk.
- Siadaj! – Zang pokazał jej, stojące na środku pokoju krzesło.

.............................................................

MOSKWA – Okolice ( 9.31 )


Wszyscy rzucili śniadanie i poderwali się na równe nogi.
- Dawaj drabinę – Majster pokazał na Kolę.
Kola chwycił drabinę razem ze Stiepanem i pobiegli do słupa. Majster odsunął wszystkich i sam zaczął włazić na drabinę.
- Zadzwońcie po Pogotowie – krzyknął już z góry.
Uniósł głowę Saszy i przyłożył ucho do jego warg. Niczego nie wyczuł, zaczął wiec rozpinać paski Raków, na których zawisł chłopak.
..........................................................

LONDYN ( 6.31 )

Szymon odruchowo rozejrzał się dookoła. Peron był pusty. Powoli wyciągnął portfel spod szafki. Od razu zdziwiła go miękkość jego skóry i niewielki, złoty monogram – W.S. Musiał być robiony na zamówienie - pomyślał.
Wstał z kolan i schował się za słupem. Jeszcze raz czujnie rozejrzał się dookoła i otworzył swoje znalezisko ...

.................................................................

CZAD (7.31 )

N’gewe wstał i przeciągną się leniwie – teraz jak najszybciej wracać do Wioski – pomyślał, ziewając. Chwycił w rękę wbitą w ziemię dzidę i potruchtał w stronę rzeki. Zaraz jednak się zawahał – cały brzeg porastały gęste trzciny. E tam! – pomyślał – nic się nie stanie,
Stanął na jakimś płaskim kamieniu i zaczął sikać.
Gruby zobaczył cień zbliżający się do trzcin.
Wystarczyły dwa ruchy potężnego ogona, żeby jego pysk cicho zanurzył się w zaroślach.

.................................................................

RIO DE JANEIRO ( 4.31 )

Vw-Bus wyjeżdżał już z „zadżumionej” dzielnicy brazylijskich slumsów. Chico włączył światła i ostro skręcił w ulicę wiodącą do portu. Hans nie złapał równowagi i przewrócił się na dziewczynę, która jęknęła z bólu.
- Popatrz – zagadał Ricardo, zaciągając się papierosem – jeszcze nie zaczęliśmy , a ona już jęczy! Ha!Ha!Ha!
- Jeszcze się najęczy – Chico musiał wtrącić swoje trzy grosze. Był bardzo podniecony. Krew nabiegła mu do twarzy i znowu poczuł, swoją bliznę.
- Mam nadzieję, ze ta mała dłużej wytrzyma nasze tortury – Hans sprawdził więzy i knebel Izabelli – za ostatni film Karl strasznie mnie obrugał. Przecież to było niecałe 20 minut! Kto to kupi?!
Oparł się o drzwi i zaklął cicho po niemiecku.

.................................................................


HAWAJE – plaża ( 21.31 )

Najpierw może się wykapiemy – Jeremy wstał i wyciągnął ręce do Tiny – jestem cały w piasku.
Dziewczyna chwyciła jego ręce i szybko podniosła się z ziemi.
- OK., ale ... tak daleko do wody – zalotnie spojrzała mu w oczy.
- Ech ty małpeczko – Jeremy wciąż był pod jej urokiem – Twój Tarzan poniesie swoją Jane – dokąd ona zechce!
Tina, nie namyślając się, zgrabnie wskoczyła mu na ręce. Ciasno objęła go za szyję i delikatnie pocałowała. Lubiła robić to w wodzie.
Jeremy ruszył w stronę czarnej tafli morza.

...............................................................




Wrocław – godz. 7.32 – Autobus 146

3 - minuta jazdy

A właściwie to po co murzynka miała by się malować? – Agnieszka bezmyślnie mazała po szybie palcem – przecież na czarnym nie widać makijażu. Może jakiś czerwony, albo żółty barwnik ... żółty? – ciekawe, czy na tej mojej Chince z Hong-Kongu było by cos widać. Eee – dobrze, że mieszkam tutaj. Chociaż nie mam skośnych oczu .
Autobus zaczął powoli wymijać wielką cysternę.
Ciekawe ile litrów mieści taka cysterna – pewno z 5 tysięcy. To znaczy około 5 ton, to by było ... 9 takich cystern !
Hi! Hi! Hi! Co powie Aśka na te dane z mojej książki – że na całym świecie, w każdej minucie w narządy rodne kobiet wlewa się 45 ton spermy? I to bez przerwy – bo jak u nas ludzie pracują, to gdzie indziej jest noc i na odwrót. A co na przykład z takimi chłopakami jak mój brat? Przecież on chyba to robi 3 razy dziennie! Co chwilę zamyka się w łazience – to pewno drugie tyle, pełniusieńkich cystern.

Sebastian zauważył, że dziewczyna uśmiecha się do siebie. Postanowił wykorzystać jej dobry nastrój i jakoś zacząć rozmowę.
Sięgnął do torby w poszukiwaniu płyty Tatiany.
Agnieszka odruchowo spojrzała na niego.
Naprawdę nie jest zły – pomyślała i ma odlotowe ciuchy.
Za chwile znowu mazała palcem po szybie – co też teraz Piotr może robić ...albo ta Chinka ?

................................................................

Zaczęła się kolejna 3- minuta.

HONG-KONG ( 16.32 )

Li-Jang posłusznie siadła na wskazanym krześle. Czuła się nieswojo pod badawczym spojrzeniem tego obcego gościa. Starała się uśmiechnąć, ale jej oczy niespokojnie biegały po pokoju. Już kilka jej koleżanek znikało z dnia na dzień i nikt nie wiedział o co tu chodzi.
- Posłuchaj Kwiatuszku – głos Zanga był wyjątkowo miły – obecny tu pan ... powiedzmy Joe ... chciałby poznać Cię bliżej. A ponieważ może on zasponsorować dużą sumą nasz lokal – liczę na ciebie.
- Ale czy koniecznie ... – nie chciała stąd odchodzić.
- TAK!!! – Szef nie był już miły – Bez dyskusji! Dzisiaj nie występujesz, tylko jedziesz z Panem Joe. Zrozumiałaś ?!
- Tak - dziewczyna wyszeptała cicho – wiesz, że zrobię co zechcesz – starała się go udobruchać.
Obaj mężczyźni wstali i uścisnęli sobie ręce.
- Chang! – Zeng krzyknął w stronę drzwi – zaprowadź naszego gościa i pannę Li-Jang do tylnego wyjścia.
Dziewczyna też teraz wstała z krzesła.

................................................................

MOSKWA – okolice (9.32)

Ciężko było zdjąć te raki, ale wprawne palce majstra poradziły sobie w 10 sekund. Powoli spuszczali Saszę na ziemię. Położyli go na kocu. Chłopak nie dawał oznak życia.
- Dzwonił ktoś po pogotowie? – spytał Majster
- Tak – Wowka trzymał jeszcze w dłoni swoja komórke – ale powiedzieli, że trzeba czekać.
- Czekać! Czekać! Ile?!
..................................................................



LONDYN ( 6.32 )

Po otwarciu , Szymon od razu zobaczył fotografię jakiejś eleganckiej blondynki, trzymającej na rękach małego chłopca.
Uśmiechnął się do siebie – on miał na razie tylko zdjęcie Joli. Ale może już niedługo? – sięgnął głębiej do porfela i wysunął spory zwitek Funtów. Same dwudziestki.
- Fiu! Fiu! – zagwizdał. Prawie tyle zarabiam tu na miesiąc – pomyślał.
W drugiej przegródce zobaczył Prawo Jazdy na nazwisko William Simmons. Obok była kieszonka na wizytówki. Wyciągnął jedną z nich.
Uważnie zaczął ją czytać.

...............................................................



CZAD ( 7.32 )


N’gewe skończył i znowu ziewnął jak pawian. Postanowił wracać.
Popatrzył w lewo i się skrzywił. Tędy nie było można iść wzdłuż rzeki, bo dżungla wchodziła aż do wody. Za to drugi brzeg wyglądał bardziej obiecująco. Chłopiec postanowił przepłynąć na druga stronę.
Kilka razy zamaszyście przejechał dzidą po trzcinach, żeby wypłoszyć węże. Odkąd jego matka zginęła od ukąszenia Mamby, bał się ich.
Poprawił woreczek ze swoim trofeum i zaczął mierzyć drzewcem głębokość wody. Nie było za głęboko, więc wszedł powoli. Pod stopami czuł muliste dno.
Gruby zamarł w bezruchu.

..............................................................




RIO DE JANEIRO (4.32 )

Dzisiaj już dobrze wyliczyli – akurat dojeżdżali do bramy Portu – kiedy jej oba skrzydła się otwierały. Chico zamrugał porozumiewawczo, strażnikowi, światłami – i jeszcze przyspieszył. Już nie mógł się doczekać, kiedy nagi, tylko w czarnej, skórzanej masce stanie przed tą przerażoną dziewczyną. A wcześniej oczywiście szepnie jej – co ją dzisiaj czeka – jej strach musi wynagrodzić mu te wszystkie lata upokorzeń, kiedy widział jak wszyscy, ze wstrętem, odwracają się od jego poparzonej w dzieciństwie twarzy. Nawet nie wszystkie dziwki chciały z nim być.
- Chico! – to Hanz przerwał jego myśli – zwolnij trochę, bo już dokerzy się tu kręcą. Nie bój się, dotrzymam obietnicy – i to Ty ją dzisiaj rozdziewiczysz He! He! He!
- Ale ja nie sądzę, żeby taka ślicznotka jeszcze była dziewicą – wtrącił Ricardo – Jak jej rozwiążemy nogi, to zaraz sam sprawdzę.
-
Izabella już domyślała się, co ja czeka. Co chwilę słyszało się o znikających nagle dziewczynach – Została jej tylko żarliwa modlitwa do Maryi Dziewicy. Modląc się przymknęła oczy, spod których wciąż płynęły wielkie łzy.


.................................................................



HAWAJE – plaża (21.32)

Jeremy, po przejściu około 20 metrów postawił Tinę na ziemi.
- Au! – dziewczyna gwałtownie podniosła nogę wbitym w nią sporym kawałkiem szkła – popatrz Jerry!
- O Boże! – Jeremy był naprawdę zdziwiony – skąd tu szkło? Przecież to moja prywatna plaża.
Odruchowo rozejrzał się dookoła. Przez chwilę milczał.
- Popatrz – wyszeptał – jak tu się zmieniło ... morze się cofnęło, czy co?
Tina siedziała zdziwiona na gołych kamieniach i trzymała się za nogę.
- Rzeczywiście – odpowiedziała także szeptem – tu już powinna być woda ... pomóż mi wyciągnąć to szkło.
Jeremy kucnął przy niej i delikatnie uniósł jej stopę do góry.


................................................................




Wrocław – godz. 7.33 rano Autobus 146

4 – MINUTA JAZDY.


Sebastian miał już płytę w ręku – jeszcze tylko 3 przystanki, pomyślał – teraz albo nigdy!
Agnieszka aż wzdrygnęła się kiedy ktoś dotknął jej ramienia. Spojrzała w górę.
Nad nią stał ten chłopak i coś jej podawał.
- Co to? – zapytała odruchowo.
- To ... Twoja ... Pani ... płyta, pani Tatiano – trochę zacinał mu się głos – proszę o autograf.
- Ale to nie ja – jej oczy jednak już się śmiały.
- Nie?! – jego zdziwienie było teraz wyraźnie udawane – No dobrze! – pochylił się do jej ucha – po prostu nie wiedziałem jak zacząć
- Ok.! Siadaj tu ! - rozbawiona dziewczyna pokazała mu miejsce naprzeciw.
Szybko wsunął się na fotel.
Popatrzyli sobie w oczy.

.................................................................

zaczęła się kolejna – 4 – minuta.


HONG-KONG ( 16.33 )

LI-Jang spojrzała w oczy starego Changa. Był w nich ból i współczucie.
On coś wie – pomyślała schodząc po schodach – może już tu nie wrócę?
Weszła do przebieralni i ubrała swój płaszczyk. Wzięła torebkę i zamknęła za sobą drzwi. Pan Joe stał już przy nich ubrany w długi jasny płaszcz i czarny kapelusz z dużym rondem.
Chang ze zgrzytaniem otwierał zamek. Teraz uchylił drzwi, jednak nieznajomy chwycił za klamkę i gwałtownie je otworzył.
Powiało chłodem.
Spojrzeli obaj na dziewczynę.

.................................................................


MOSKWA – okolice ( 9.33 )

Majster już nie raz widział takie wypadki, i wiedział, że trzeba jak najszybciej przywrócić akcję serca.
Rozchylił nieprzytomnemu kufajkę i koszulę. Zebrał się w sobie i mocno walnął pięścią w jego klatkę piersiową.
- Podstawcie mu pod szyję zwiniętą kurtkę – powiedział i pochylił się nad chłopcem.
Kola podłożył Saszy swoją kufajke i - jak go uczyli w wojsku – odchylił mu głowę do tyłu.
Majster ułożył swoje wielkie dłonie na jego piersiach i zaczął rytmiczny masaż serca.

.................................................................


LONDYN ( 6.33 )

Szymon powoli literował nazwę banku którą już gdzieś słyszał. To chyba jakiś większy bank – pomyślał – a portfel należy do kogoś ważnego ... ja wiem – może oddać go właścicielowi – tylko, że nie mam na to czasu, zaraz muszę jechać na lotnisko.
Usłyszał szum odkurzacza – i zza rogu wyjechał Marek na czyszczącej maszynie. Podjechał do Szymona.
- Co tam masz? – zapytał

.............................................................


CZAD (7.33)

Krokodyl obserwował poprzez trzciny, jak cos poruszało się w wodzie. Nie widział jeszcze takiego stworzenia – na trzech nogach, które robiło by tyle hałasu.
Wchodząc do rzeki, N’gewe przypomniał sobie przysłowie – „Jak masz przejść przez rzekę, to nie mów źle o matce krokodyla” – zaczął więc nucić , na prędce skomponowaną piosenkę:
- „Krokodylu silny i zębaty – jestem twoim przyjacielem, nie zabiorę Ci ...”
Woda sięgała mu już powyżej kolan i stukając rytmicznie swoją dzidą w dno rzeki wyczuwał, że jest ona coraz głębsza. Postanowił popłynąć. Stanął więc w miejscu, poprawiając lewą ręka zawiniątko trzymane na głowie.
Gruby na to czekał. Kilka silnych pchnięć ogonem i ...

.................................................................

RIO DE JANEIRO ( 4.33 )

Dojeżdżali do stojącego na uboczu, starego, murowanego jeszcze magazynu, przed którym stały wraki kilku ciężarówek.
Chico sprawnie wykonał slalom pomiędzy autami i podjechał do małego, bocznego wejścia. Z samochodu wyskoczył Rico i szybko zdjął kłódkę. Rozejrzał się czujnie dookoła i otworzył boczne drzwi busa. Wyskoczył z nich Hans z przewieszoną na ramieniu dziewczyna i cicho zniknął w ciemnym wnętrzu. Rico ponownie założył kłódkę i wskoczył do samochodu, który podjechał teraz pod główne wejście budynku.

................................................................

HAWAJE – plaża (21.33)

Jeremy przyglądał się stopie dziewczyny w świetle księżyca. Trójkątny kawałek zielonego szkła, rzeczywiście tkwił w niej dosyć głęboko. Postanowił wyciągnąć go jednym szarpnięciem.
- Uważaj – zwrócił się do niej – może zaboleć.
- Dobrze – dziewczyna zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i zacisnęła zęby.
Jeremy ujął mocno w dwa palce sterczące z ciała szkło, także zacisnął zęby i jednym ruchem je wyszarpnął.
Dziewczyna krzyknęła a z rany polała się krew.
- No i już po wszystkim – pokazał jej z dumą zakrwawione szkło.
- Chodźmy stąd – Tina wiedziała, że krew przywabia rekiny. Objęła go za szyję.

.................................................................


Wrocław – godz. 7.34 rano Autobus 146

5 – MINUTA JAZDY.

Patrzyli na siebie przez chwilę
- A wiesz, że tę płytę kupiłem specjalnie, żeby cię poznać – jego jasne oczy śmiały się do niej.
- Dobra, dobra – Agnieszka przechyliła głowę – ale ja cię chyba nie znam?
- No tak – chłopak usiłował wstać, ale autobus zahamował, więc znowu klapnął na siedzenie. Wyciągnął jednak do niej rękę – jestem Sebastian.
- Agnieszka – podała mu swoją dłoń – co cię tak dziwi?
- No bo – chłopak nadal miał zdziwioną minę – ja nazwałem cię Tati!
- Tati?! – teraz ona się zdziwiła – Eeee ... też ładnie.
- No to dla mnie będziesz Tati, OK.?
- OK.! – poczuła dziwne mrowienie na plecach – a co teraz z Piotrkiem? – pomyślała.
Chłopak nie wypuszczał jednak jej dłoni z ręki.
- Chciałbym ............

WIELKA, PEŁNA BENZYNY CYSTERNA NAGLE WYBUCHŁA !
PODMUCH WYBIŁ WSZYSTKIE SZYBY W AUTOBUSIE I MORZE PŁOMIENI WDARŁO SIĘ DO ŚRODKA.
AGNIESZKA I SEBASTIAN ŻYLI JESZCZE 8 SEKUND.
ZGINĘLI, TRZYMAJĄC SIĘ ZA RĘCE.

..................................................................

Zaczęła się kolejna – 5 – minuta i 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8 sekund ...



HONG-KONG ( 16.34 )

Li-Jang podchodziła już do otwartych drzwi kiedy stary Chang skoczył nagle na Pana Joe i przewrócił go na podłogę.
- Uciekaj! – krzyknął do dziewczyny, a ona, nie namyślając się długo wyskoczyła na zatłoczoną teraz ulicę i zniknęła w tłumie.
Chang o Joe walczyli zaciekle ... .

...............................................................

MOSKWA – okolice ( 9.34 )


Przy kolejnym naciśnięciu klatki piersiowej – Sasza głośno zacharczał i otworzył oczy – majster przerwał masaż i delikatnie obrócił chłopca na bok. Popatrzył z dumą na otaczające go, uśmiechnięte twarze ...

.................................................................


LONDYN ( 6.34 )


Szymon spojrzał na Marka.
- Znalazłem portfel ..
- Dawaj! – Marek wyrwał mu z ręki zwitek funtów.
- Ale to .. – Szymon próbował mu odebrać pieniądze.
- Spoko! Tyle, mniej więcej, jesteś mi winien za chatę – i schował pieniądze do kieszeni.
- Czekaj ! To nie twoje .........


.....................................................................


CZAD – ( 7.34 )

Krokodyl gwałtownie zaatakował chłopca.
Na szczęście, w mulistej wodzie wziął jego dzidę za nogę i złapał ją swoimi zębami. Trzasnęła jak zapałka.
N’gewe w sekundzie zorientował się w sytuacji i wyskoczył z wody prosto na chropowaty grzbiet gada – teraz mocne odbicie, jeszcze dwa kroki – i był na brzegu.

...............................................................

RIO DE JANEIRO ( 4.34 )

Kiedy Ricardo zatrzasnął drzwi magazynu, Hans włączył światło. Brudna żarówka na drucie ledwo oświetlała małe drzwiczki prowadzące do piwnicy.
Mężczyzna, ze zgrzytem, odsunął ciężką zasuwę i je otworzył.
Izabella kątem oka zobaczyła wąskie schody prowadzące w dół.

.............................................................
HAWAJE – plaża (21.34)

Jeremy uniósł lekko dziewczynę z ziemi i powoli zaczął wracać na brzeg. Dziwny , narastający huk, kazał mu jednak odwrócić się w stronę morza.
Wielka, spieniona ściana wody była tuż-tuż za nimi ...





* * *






Minęły 24 godziny – miejscowe gazety doniosły, że:


WROCŁAW – „... we wczorajszej katastrofie na placu Społecznym - według obecnej wiedzy – zginęły 23 osoby a około 40 zostało rannych. Nie zdołano jeszcze zidentyfikować wszystkich ofiar w autobusie linii 146. Specjalna Komisja ...”

HONC-KONG – „... Wczoraj, około godziny 17-tej, w pewnym podrzędnym barze GO-GO, wybuchła strzelanina, w której zginął starszy mężczyzna, portier tego budynku. Zabójcę aresztowała Policja. Nie jest znana przyczyna zajścia.”

MOSKWA – „... Kolejny przypadek niefrasobliwości naszych robotników. Jeden z nich został porażony prądem podczas pracy na słupie. Kolegom jednak udało się go uratować. Niestety nie można tego powiedzieć o lekarzach, którzy przybyli na miejsce zdarzenia dopiero po 40 minutach – i nie zdołali już uratować ręki chłopaka. Naczelny lekarz Moskwy, Jurij ...”

LONDYN – „... Wczoraj, w godzinach porannych, doszło w londyńskim metrze do bójki dwóch pracowników pochodzenia polskiego. Jeden z nich – Marek.K. zginął pod kołami nadjeżdżającego pociągu. Policja prowadzi w tej sprawie intensywne śledztwo.”

CZAD – „... Wojska rebeliantów, pułkownika M’boto zbliżają się do stolicy kraju. Miasto szykuje się do odparcia ataku. Będziemy na bieżąco ...”

RIO DE JANEIRO – „... pies policyjny, poszukujący na terenach Portu ładunku narkotyków, znalazł przypadkiem w pobliżu jednego z magazynów – świeży grób, zamaskowany wrakiem ciężarówki. W grobie były straszliwe zmasakrowane zwłoki młodej dziewczyny. Obok doszukano się jeszcze kilku zakopanych zwłok młodych kobiet. Policja podjęła energiczne działania i aresztowała mężczyznę - Ricarda.G. – wynajmującego od kilku miesięcy ten budynek magazynu. Śledztwo trwa.”

HAWAJE – „... Wczorajsza, niewielka na szczęście, fala tsunami spowodowała dużo mniejsze straty, niż się spodziewano. Uderzyła ona w mało uczęszczaną część wyspy. Nic jeszcze nie wiadomo o ewentualnych ofiarach.”



K O N I E C ( ???)

Opublikowano

Ostatnio stale marudzę w komentarzach (nawiasem mówiąc, zaczynam się już głupio czuć, widząc w takiej ilości swoje nazwisko po prawej stronie. Ludzie! czemu Wy czytacie a nic nie piszecie ???!!) , więc z tym większą przyjemnością przyznaję, że tym razem jestem pod wrażeniem! Wprawdzie moją pierwszą myślą było; o rany jakie długie ! ale za to potem wessało mnie na dobre. Opowiadanie proste, bez wielkiego zadęcia ale żywe i sprawnie napisane. Widać zarówno solidne obczytanie autora w literaturze sensacyjnej jak i dużą łatwość posługiwania się słowami przy tworzeniu wyrazistych obrazów. To duża sztuka. Jest parę drobiazgów do korekty, ale wobec oceny całości, nawet nie będę o nich wspominać. Z przyjemnością przeczytam następne takie opowiadania - Ania

Opublikowano

zmieniłabym tytuł, bo coś mi sie w nim nie widzi. Ale poza tym tekst ok, dawno takiego nie czytałam, potrafisz napisać to, o co Ci chodzi, sprecyzować główny zamysł. Czytało się całkiem w porządku więc +

Opublikowano

Dzięki, Marku za tak niezwykle miły odbiór mojego pisania (dla mnie to raczej twory niż utwory), i za wysiłek, i za poświęcony czas żeby przeczytać wszystkie. I, że chciało Ci się jeszcze napisać! Szczególny zbieg okoliczności - dziś mija dokładnie miesiąc od dnia, kiedy pierwszy raz zalogowałam się na forum. Czuję się tak jakbym dostała od Ciebie prezent urodzinowy. Wielka frajda !
A złota myśl o grafomanii jest super! - pozwól -włączam ją do swojej kolekcji.
Ania

  • 5 miesięcy temu...
Opublikowano

Był taki wiersz... Szymborskiej? Nie stało się nic...- nie pamietam dokladnie.
Z jednej strony to dobrze a z drugiej tragiczne- ktoś przeżywa koniec swiojego świata, a gdzieś indziej ktoś śmieje się ze szczęścia i krzyczy "Trwaj, chwilo! Trwaj!"Ale powtarzam się.
Hm... Ale czy jest fajnie?
Słuchasz czasem Dżemu?- "W życiu piękne są tylko chwile".

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...