Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Od rana nic mi się nie układało.
Nie wiem, którą wstałem nogą, lecz zdecydowanie nie była to prawa.
Dramat rozpoczął się wraz z otwarciem puszki z kawą; jej dno błysnęło złośliwie, a mnie prawie łzy stanęły w oczach.
Należę do bezsprzecznej większości ludzi, którzy dzień zaczynają od kawy, najlepiej dwóch. Brak życiodajnej substancji oznaczał poważne ograniczenie funkcjonalności.
Niewiele myśląc, przekopałem szafki współlokatorów, daremnie poszukując choć kilku ziarenek.
Wszystkie szafki emigrantów zarobkowych wyglądają tak samo. Worek nadgniłego chleba, parę jajek w opakowaniu, resztka oleju, cebula i czosnek. I mnóstwo konserw. Tuszonka, pasztet, śledź, gulasz angielski (sic!), pasztet, przecier pomidorowy...
Ani grama kawy.
Trzaskając drzwiczkami, kląłem na zmianę po polsku i angielsku. Na koniec trzasnąłem także drzwiami wyjściowymi, aż futryny jęknęły.
Londyn o 8 rano można określić tylko jednym słowem – Korkowisko! Miasto dusiło się i dławiło, pęczniejąc od śpieszących się do pracy setek tysięcy ludzi.
Władze przekonywały, że aby zapewnić przepustowość ulic, wielu kierowców powinno przesiąść się do środków transportu publicznego. Gówno prawda! Nie ma nic gorszego, niż nie zmieścić się do trzech kolejnych składów metra lub machać białą chusteczką do ignorującego cię kierowcy pełnego do granic możliwości autobusu. Już lepiej postać w korku w przestrzeni własnego auta, przy muzyce czy papierosie.
Po trzydziestu minutach przeciskania się przez ciasne ulice wydostałem się wreszcie na obwodnicę. Zjechałem na stację benzynową, by zamówić kawę i pognałem dalej.
Po chwili wyrzuciłem kubek przez okno. Ciepła woda o zapachu i wyglądzie kawy to nie było to, czego potrzebowałem.
Z goryczą porównałem ją do życia w stolicy Anglii. Byle co do picia, jedzenia, spania. Tymczasowość, jednostajność, bezrefleksyjność. Emigrancka niedola. Współczułem ludziom, którzy postanowili tu zostać. Ja chciałem tylko nachapać się funtów i wrócić do mojego podkarpackiego miasteczka, gdzie nawet woda i powietrze mają smak, zapach, charakter.
Dom, który remontowałem od miesiąca, był prawie gotowy do wystawienia na sprzedaż. Pozostało tylko pomalować zewnętrzne ściany na biało.
Zaparkowałem przy żywopłocie, póki jeszcze było wolne miejsce i od razu wspiąłem się na drabinę. Planowałem zrobić dwie ściany, skoczyć na lunch i odbębnić pozostałe dwie. A potem: witaj kaso!
Miałem do skasowania taką sumę, że mój hinduski szef o angielskim imieniu Bobby, zapewne odchodził od zmysłów. Powszechnie wiadomo, że ludzie wywodzący się z biedy, nigdy nie zapomną traumy jedzenia ryżu, chleba z masłem czy czosnkowej polewki.
Dotyczyło to w tej samej mierze obywateli z krajów bengalskich, co Polaków. Byli do przesady oszczędni, a nawet skąpi. W tym przypadku cena była wypadkową kompromisu, który osiągnęliśmy z Bobbym na drodze długich i ciężkich negocjacji.
Gdy wziąłem się za wcieranie farby szczotką w chropowatą ścianę, zapomniałem o całym świecie. Także o braku kofeiny we krwi.
Malowanie to bardzo hipnotyzujące zajęcie. Wykonujesz je mechanicznie, niemal bezmyślnie, choć tak naprawdę możesz wtedy rozmyślać, marzyć, wspominać.
Ja akurat, nie wiadomo czemu, sięgnąłem myślą czasów szkolnych. Do pewnej Marianny, z którą prowadziłem społecznie składzik makulatury. Była wyrośnięta nad wiek i bardzo miła. Czasem, z nudów, całowaliśmy się i dotykając delikatnie, odkrywaliśmy odwieczne tajemnice żywota. Na kartonach, Trybunie Ludu i Perspektywach.
Dziwne, nie pamiętałem wcale jej twarzy. Zapamiętałem właściwie tylko jej maleńki, prawy sutek. Dlaczego prawy? Bo twardniał, gdy go dotykałem, a lewy nie chciał ani drgnąć.
Jedna ze ścian zmieniła się z buro-szarej w bieluchną, potem druga i trzecia. Zapomniałem o lunchu i wziąłem się za czwartą, tę od ulicy.
Było już dobrze po czwartej po południu, a my z Marianną wciąż leżeliśmy na makulaturze, w szkolnej piwnicy, jakieś dwadzieścia lat temu. Wspomnienia były tak miłe, że nie pozwalałem im odejść.
Gdzieś za moimi plecami chichotały dzieci. Kopana przez nie piłka raz po raz trafiała w żywopłot malowanej przeze mnie posesji.
Marianna uśmiechała się lekko, a włoski na jej ręce uniosły się raptem pod wpływem chłodu piwnicy. Wówczas piłka pacnęła o ścianę na prawo ode mnie, zostawiając brudny ślad.
- Hej! – wrzasnąłem, brutalnie wyrwany ze świata, którego już nie było – Jeszcze raz i tam zejdę!
Dzieciaki roześmiały się, zapewne za sprawą mojego „funny English”, ale to co robiły wcale nie było funny.
Piłka znów trafiła w ścianę.
Wydarłem się, niczym wódz Hunów na minutę przed bitwą i pobiegłem za żywopłot. Dzieciaki znikły. Uciekły do jednego z domów, lecz nie wiedziałem do którego.
Wróciłem na drabinę i zamalowałem ślady po piłce.
Wyjąłem telefon, by dać znać Bobby’emu, że może przyjechać odebrać robotę, gdy piłka trafiła w ścianę ponownie. Tym razem jednak upadła na trawnik obok mnie. Sięgnąłem po nią i schowałem się w domu.
- No, i kto tu teraz rządzi? – mruknąłem mściwie.
Przez chwilę nic się nie działo. Później trzy małe głowy wychyliły się zza żywopłotu. Zaczekałem aż podejdą bliżej i wyszedłem bez piłki.
- Co jest?
- Dawaj piłkę!
- Nie dam. Niszczycie moją pracę.
- To wolny kraj! – krzyknęli chórem.
- Wiem.
- To dawaj!
- Nie.
- To wolny kraj!!!
- Wolno niszczyć?
- Wolno.
- To ja zniszczę piłkę.
- Co?
- To wolny kraj.
- Ale nie dla ciebie, ciołku.
Krew uderzyła mi do głowy, jednak uzmysłowiłem sobie, że to tylko dzieci. Angielskie bachory są od małego uczone, że są najważniejszym dobrem pod słońcem i żadna dyscyplina ich nie dotyczy. Miałem teraz tego naoczny przykład.
- Jak przyjdzie mój szef i mi zapłaci, to wam oddam piłkę.
- Teraz!
- Nie!
Zamknąłem drzwi.
No ładnie – pomyślałem – Na koniec tego popieprzonego dnia czeka mnie awantura z ojcami tych gówniarzy.
Malcy odeszli.
Nagle poczułem się zmęczony i głodny.
Wsiadłem do auta i pojechałem do najbliższego sklepu.
Od progu zauważyłem, że jest bardzo słabo zaopatrzony. Ze zdziwieniem powiodłem wzrokiem po pustych półkach i zapytałem znudzonego sprzedawcę:
- Masz kanapki?
- Nie.
- A samosy?
- Nie.
- To może polskie piwo?
- Też nie.
- Ty, to co z ciebie za Hindus?
- Jestem z Bangladeszu.
Machnąłem ręką i wziąłem z lodówki trzy ostatnie puszki Fostersa oraz paczkę chipsów.
Po powrocie pod dom Bobby’ego okazało się, że dzieciaki stoją pod drzwiami w towarzystwie jakiegoś dorosłego. Był już nieźle podpity, a jego czerwona gęba miała wrogi wyraz.
Spojrzał z pogardą na moje słowiańskie rysy i warknął:
- Zabrałeś mojemu synowi piłkę.
- Przecież to wolny kraj. Mogę robić co zechcę.
- Daję ci minutę.
Ostentacyjnie spojrzałem na zegarek. Koleś nie wytrzymał. Zamachnął się, ale byłem szybszy. Odepchnąłem go lekko. Wystarczyło, by nakrył się nogami na trawniku. Miałem nadzieję, że wylądował w jakiejś psiej kupie.
- Dzwonię po policję! – ryknął.
- Czekam...
Też rozważałem taką ewentualność, lecz w końcu zamknąłem się w domu i zadzwoniłem do Bobby’ego. Gdy wyjaśniłem o co chodzi, obiecał przyjechać w dziesięć minut.
Tymczasem tłumek pod domem zdawał się gęstnieć. Pijany angielski dżentelmen gestykulował, tłumacząc coś sąsiadom i kumplom z pubu.
Pożałowałem, że zamalowałem ślady po piłce. I wtedy mnie olśniło. Uchyliłem drzwi i kopnąłem ją w ich kierunku.
Nie pomyliłem się.
Tłum się rozszedł, zaś dzieciaki natychmiast zaczęły okładać piłką ścianę.
Kiedy ujrzałem Audi TT Bobby’ego, natychmiast wybiegłem z domu.
On też usłyszał, że to wolny kraj. Uśmiechnął się krzywo i zadzwonił po Policję. Miny kolegów z pubu zrzedły, po czym mniej zaangażowani ulotnili się szybko.
- Won do siebie! – wrzeszczał mimo wszystko ten pijany – Obaj. To nasz kraj.
Staliśmy z Bobby’m ramię w ramię, gotowi lać w pysk. Pewnie ostatni raz Polak z Hindusem współpracowali tak dzielnie gdzieś na wzgórzach Monte Cassino.
Poprawna politycznie, słuszna rasowo policja w osobie pana i pani zajechała bardzo cicho. W tym czasie pijani Angole byli już naprawdę niemili.
- Sir, czy mam pana aresztować za rasizm? – zapytała czarnoskóra policjantka.
I mój pijaczek przygasł.
- Przecież to wolny kraj – szydziłem – Możesz niszczyć moją pracę i mnie obrażać. Nie tak mówiłeś?
Facet milczał.
Policjanci wysłuchali racji wszystkich stron, spisali notatkę, a nam kazali się rozejść.
Szybko przemalowałem plamy i skasowałem Bobby’ego.
Parę dni później, kiedy przejeżdżałem obok jego domu na sprzedaż, zauważyłem, że w Audi nie ma szyb, lusterka są pozrywane, a z opon znikło powietrze.
Wolny kraj – pomyślałem – Przerażająco wolny.

Opublikowano

Jak zwykle trzymasz wysoki poziom. Jedynie małe usterki (według mnie) to:

- brakuje znaku zapytania na końcu zdania: "No, i kto tu teraz rządzi",
- jest: "Wsiadłem do auto" a powinno być "auta",
- zdanie "obiecał przyjechać za dziesięć minut" moim zdaniem lepiej brzmiałoby: "obiecał przyjechać w dziesięć minut",
- zdanie "Pijany ojciec dzieciom gestykulował" dla mnie jest trochę dziwaczne, napisałabym: "Pijany Angol gestykulował",
- coś jest nie tak z podmiotami domyślnymi w następującym fragmencie: "On też usłyszał, że to wolny kraj. (Bobby) Uśmiechnął się krzywo i zadzwonił po Policję. (Bobby) Miny kolegów za pubu zrzedły. Mniej zaangażowani ulotnili się szybko.
- Won do siebie! – wrzeszczał pijany ( przecież nie Bobby) – Obaj. To nasz kraj."
- w zdaniu jak wyżej jest "kolegów za pubu" a powinno być "kolegów z pubu",
- w zdaniu "w jego Audi nie ma szyb" pominęłabym "jego" - lepiej brzmi a wcześniej w tekście jest już informacja, jakim samochodem jeździ Bobby.

To tyle czepialstwa - pozdrawiam - Ania

Opublikowano

żeby nie było że się podlizuję, ale tekst świetny, w końcu coś co można poczytać i cieszyć się wszystkim, i językiem i treścią,ja w ogóle bardzo radosny człowiek jestem ale ostatnio trafiały mi się same czytadła, w których albo język kulał, albo na siłe był uwznioślony i treść nijak się zrozumieć niedało, a to jest swietne, i prawdziwe

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...