Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Minęły już trzy tygodnie, odkąd nas wywalili z roboty. Niby to nic, bo pracy w Londynie jest od groma, ale najpierw trzeba wytrzeźwieć.
Kiedy z samego rana spojrzałem na sinozielonego na gębie, skulonego na materacu pod oknem braciaka, a potem na puszczającego pawia na trawnik przed domem Waldiego, wiedziałem, że dziś to my za robotą nie pójdziemy.
Postanowiłem jakoś chłopakom ulżyć i skoczyć po zgrzewkę browarków. Brakło mi parę funtów, jednak Ciap ze sklepu, znając mnie z dobrej strony, dał piwo na zeszyt. Całkiem, jak pani Bronia z GS-u, świeć Panie nad jej dobrotliwą duszyczką.
Waldi, na widok piwa, załkał cieniutko. Jedno wypił od razu, drugie tylko napoczął, by delektować się jego smakiem dłużej.
- Będę żył – stwierdził z właściwą sobie lekkością – Co z Markiem?
Spojrzałem na skulonego na wyrku braciaka i machnąłem ręką.
- Też będzie żył. Tylko daj mu pić.
Waldi zaśmiał się i pochylił nad moim bratem, by uronić kilka kropel w jego spierzchnięte usta. Marek zerwał się, jakby go pocałowała jakaś szpetna baba i pomknął do kibla w czasie bliskim rekordowi Europy.
Przybiliśmy z Waldim „piątkę” i stuknęliśmy się puszkami.
Życie jest piękne – pomyślałem i zaraz zmarkotniałem.
Z chaty też nas wywalili za chlanie i niepłacenie w terminie. Depozyt odmieszkaliśmy, ale nasze bety zostały w pokoju. Pewnie landlordka wyrzuciła je do najbliższego skipa. A co tam? Śpiwory, jaśki, trochę ciuchów, stary Kasprzak i tego typu szajs. Mogliśmy to wszystko kupić zupełnie nowe za jedną tygodniówkę.
Chwilowo zamieszkaliśmy u Waldiego, lecz i tu nikt nas nie chciał. Zawsze podejrzewałem, że wrednych ludzi jest na świecie więcej, teraz miałem to czarno na białym. Dostaliśmy ultimatum, by wypierdalać, zanim nie wrócą z pracy, bo inaczej będzie źle.
No i fajnie! Mamy cały dzień!
Braciak wynurzył się z kibla trochę mniej zielony na twarzy.
- Jedziemy na Mortlake? – zapytał ochrypniętym głosem.
- Po cholerę?
- Trzeba skończyć robotę.
- Jaką?
- No ten garaż. Przecież ledwo żeśmy plasterbordy przykręcili.
Spojrzeliśmy z Waldim na siebie, niczym dwie przedszkolanki w trakcie edukowania matoła.
- Braciak, to było dawno temu. Wyjebali nas, pamiętasz?
Podrapał się w tył głowy, poprawiając przy okazji czapkę z daszkiem, której nigdy nie ściągał.
- To co my teraz zrobimy? – zapytał.
- Walnij browara. My z Waldim coś wymyślimy.
Braciak wypił całe piwo, zdetonował dwutlenek węgla głośnym beknięciem i runął z powrotem na wyrko.
- Nie jest dobrze, Waldi – zagaiłem.
- A komu jest? – odparł z żarliwością katechety – Świat schodzi na psy. Wyobraź sobie, że stoimy na starym moście. Dechy są połamane, strach iść. I nawet nie wiemy co jest po drugiej stronie...
Urwał nagle, jak gdyby chciał zastanowić się o co właściwie mu chodzi. Spojrzał na mnie bezradnie i wzruszył ramionami.
- I co? – spytałem mimo wszystko.
- I to jest najfajniejsze.
Uśmiechnął się szeroko i klepnął mnie w ramię.
Wybrnął. Skubany, znowu wybrnął. Jeszcze nie było tak, żeby sobie nie poradził w impasie. Trzymałem się blisko niego, bo miał ten rodzaj instynktu przetrwania, który nigdy nie zawodził.
- No dobra, ale kasy już nie mamy. Piwo wziąłem na krechę.
- Niedobrze – zafrasował się – Jak my teraz wyślemy kartki na święta?
Miał też charakterystyczne zapaści świadomości. Jak teraz. Była połowa września, a on o Bożym Narodzeniu.
- Musimy jakoś zarabiać – ciągnąłem – Jestem tu od roku. Wszyscy na osiedlu myślą, że przyjadę Mercedesem.
- Przyjedziesz. Ślubnym albo pogrzebowym.
Pozostało mi się roześmiać razem z nim, lecz w głębi duszy byłem naprawdę przestraszony.
Otworzyliśmy po piwie. Waldi wyjął zmiętą paczkę papierosów.
- Wolno tu palić? – zapytałem głupio.
- Pewnie, że nie. Zwisa mi to.
Braciak przewrócił się na wyrku, mrucząc coś w rodzaju: dajcie zajarać, i prawie natychmiast zaczął chrapać.
- Martwię się o młodego – powiedziałem łamliwym głosem – Mama by mi nie wybaczyła.
- Będzie dobrze. Daj mi chwilę. Wymyślę kilka alternatyw.
Zastanowiło mnie to. Postanowiłem zaryzykować i mruknąłem:
- Słyszałem, że alternatywa może być tylko jedna.
- Może w Polsce. Tu jest Londek.
Pokiwałem głową. Waldi zawsze ma rację.
Spotkaliśmy go rok temu w ręcznej myjni samochodowej. On już tam pracował od kilku miesięcy, my dopiero zaczynaliśmy. Młody Pakistańczyk, niejaki Khan, zapewniał nam trzydzieści funtów za dziesięć godzin plus napiwki. Sprawdziło się tylko to pierwsze, bo żaden z tych mniej lub bardziej ciemnych na skórze typów nie zostawił nam nawet na zapałki.
Biegaliśmy wokół ich wypacykowanych autek, niczym banda lokajów, potrącając się nawzajem w ogromnym pośpiechu, mającym świadczyć o naszym zaangażowaniu. I czas sobie płynął.
Któregoś dnia poszliśmy po robocie na piwo. Rozsiedliśmy się na ławce w jakimś przytulnym parku, a ja zapytałem:
- Jak ty to znosisz przez tak długi czas?
Waldi zesztywniał. Przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz da mi w pysk, lecz tylko uśmiechnął się smutno.
- Uważasz, że nie mam ambicji?
- Nie wiem. Nie...
- Masz rację. Jestem jedynym gościem, który wytrzymał tam tak długo. Witam i żegnam, ale sam nie odchodzę. Prawdą jest, że nie lubię zmian. Do wyjazdu na Wyspy przygotowywałem się rok, a jak już poszedłem na autokar, mój plecak ważył z piętnaście kilo.
Braciak pociągnął charakterystycznie nosem. W powietrzu zawisła aura domorosłej filozofii.
- Myjka zabija w człowieku ducha kariery – stwierdził stoickim głosem, jeżąc mi włos na głowie – Usługujemy gościom, którzy u nas na osiedlu nie przeszliby od Supersamu do klatki schodowej Lewandowskich...
- Ty, młody, pij browara, nie mędrkuj – skarciłem go szybko, żeby przyhamował, zanim naprawdę się rozkręci.
Wtedy Waldi, zwalisty chłop z krzywym nosem i rzadką grzywką, objął braciaka, jak najlepszego kumpla z podstawówki.
- Święta racja. Cieszę się, że was spotkałem. Londek daje tyle możliwości, a my się marnujemy. Ten kop od was był mi potrzebny. Dajcie mi trochę czasu. Coś wymyślę. Teraz chodźmy dokupić piwka...
Od tego czasu trzymaliśmy się Waldiego.
Jeszcze kilka tygodni męczyliśmy się na myjni, a on myślał. Codziennie zasiadaliśmy na naszej ławeczce i przy piwie konsultowaliśmy jego pomysły. Spółka rikszarzy, bramkarze w nocnych klubach, sprzątacze biurowców, pracownicy farmy, wyprowadzacze psów...
On proponował, my szukaliśmy słabych stron i najczęściej pomysł upadał. Ale Waldi nie rezygnował.
- A co wy umiecie? – zapytał w końcu wyraźnie poirytowany.
Podrapaliśmy się po głowach.
- Trochę malowałem – przyznałem nieśmiało.
- Płytki – mruknął braciak
- Jakie płytki?! – wrzasnąłem – Pomocnikiem byłeś!
- Ty też. Malarza.
Waldi wskoczył między nas, niczym zawodowy sędzia bokserski,
- Jest cienka granica między pomocnikiem, a wykonawcą. Tyle, że pomocnik odwala najgorszą robotę. – wtrącił pojednawczo – Ja trochę kładłem tapety. Czyli z grubsza podpadamy pod dekoratorkę. Znakomicie. Słyszy się na lewo i prawo, że Polacy odnawiają Londyn. My też możemy.
Poczułem jak wypełnia mnie światło. Brygada remontowa to było to.
Uściskaliśmy się radośnie i poszliśmy dokupić piwa.
Praca na myjni nie dawała żadnych perspektyw, ale pozwalała nowym przetrwać pierwsze miesiące w Londynie. No bo co można było zrobić za trzydzieści funtów dziennie? Za sześć dni to sto osiemdziesiąt, a przecież samo mieszkanie kosztuje pięćdziesiąt pięć, żarcie powiedzmy dwadzieścia pięć, no i alkohol trzydzieści-pięćdziesiąt – w zależności od humoru, okazji, ochoty. Zostawały człowiekowi żałosne resztki, choć przecież nie po to wyjeżdżał z kraju.
Od tamtego, pełnego euforii wieczoru minęło sporo czasu. Kupiliśmy narzędzia, zbudowaliśmy sieć kontaktów, nabraliśmy szacunku do samych siebie i własnych możliwości. A potem wszystko straciliśmy. Klientom najbardziej nie podobał się nasz wygląd i zapach, jak gdyby to miało jakiś wpływ na jakość roboty.
Spojrzałem na Waldiego. Miotał się po pokoju, niczym nagi niedołęga w pokrzywach.
- Nie mogę jasno myśleć! – wykrzyknął teatralnie i pobiegł do kuchni.
Tam wspiął się na wysokie krzesło i sięgnął ręką pomiędzy butelki stojące na szafce obok okapu nad piecykiem.
- Co ty robisz?
- Kombinuję której jeszcze nie wypełniłem wodą...
- Co???
- Oni i tak tego nie piją. To dekoracja. O, wiem! Gin jest cały.
Zeskoczył z promiennym uśmiechem oraz pękatą butlą w ręce.
- Smakuje jak Brutal z kiosku, ale powinien gdzieś być tonik...
Wypiliśmy po dużej szklance. Waldi zaciągnął się dymem ze skręta i nagle spojrzał na mnie wzrokiem szaleńca, któremu wydało się, że wreszcie zrozumiał Wszechświat.
- Jakie to banalne! Jakie proste!
Spokojnie czekałem na wyjaśnienia.
- Zesquatujemy flat na dole! Mieszkam tu pół roku i nigdy nie widziałem właściciela. Nie słyszałem ani jednego dźwięku. Tam nikt nawet nie zaświecił światła. Rozumiesz co mówię?
- Co to jest squatowanie? – spytałem cienkim głosem.
- Zajmujemy chatę i jest nasza.
- To legalne?
- Nie do końca. Przestępstwem jest tylko włamanie.
- No więc jak wejść do czyjejś chaty bez włamu?
- Einstein też potrzebował czasu. Minutka!
Też popadłem w zadumę. Ten dziwny budynek miał dwoje drzwi. Te po prawej wiodły do mieszkania na górze, w którym akurat byliśmy, a więc te po lewej musiały prowadzić do mieszkania, które zajmowało całą powierzchnię parteru. Były nieźle odrapane. I ta zadymiona zasłonka. Może faktycznie od dawna nikt tam nie mieszkał...
- Ok. Musimy zrobić dziurę w podłodze – zdecydował Waldi - Te klepki i tak nie trzymają się kupy. Później załatamy sufit, a klepki ułożymy na miejsce.
Z dziecinną łatwością oderwał jedną z nich i naszym oczom ukazał się beton.
- Potrzebujemy narzędzi. Jeden z lokatorów jest budowlańcem. Ma w cholerę dupereli w garażu. Chodź!
Znaleźliśmy młotki, dłuta, a nawet wiertarkę z udarem i kompletem profesjonalnych wierteł.
Ogarnął mnie dziwny szał połączony z zawziętością, jakiej nie zaznałem od czasu, gdy pewien gość postanowił odbić mi dziewczynę. Wybiłem mu zęba i wlokłem za pasek po całym parkiecie, dopóki ochroniarze nie wyrzucili nas z dyskoteki na pysk. A Gośka i tak odeszła.
Wierciliśmy jak szaleni. Kuliśmy jak wariaci. Gin szybko się skończył, ale Waldi znalazł na półce jeszcze jakieś winko.
Byłem niesamowicie szczęśliwy. Zwątpiłem tylko raz, gdy wielki kawał betonu i cegieł runął w dół, czyniąc potworny rumor. Zamarliśmy w bezruchu, ale najwyraźniej na dole nie miał kto zareagować.
- Schodzimy – zarządził Waldi.
- Zaraz. A powrót?
- Racja. Skręćmy coś z prześcieradeł.
Nie musieliśmy. W garażu był zwój solidnej liny, na której zacząłem spuszczać Waldiego ku naszej przyszłości. Trzymał się nieźle do czasu, gdy jego głowa nie dotarła do krawędzi dziury. Wtedy dłonie zaczęły mu drżeć, a on oblewać potem. Spojrzał na mnie błagalnie, jak ostatni majtek na Titanicu i puścił linę.
Huk był strasznie donośny.
Przez kilka minut nasłuchiwałem czy nie słychać wycia syreny, ale okazało się, żę nawet braciak się nie obudził. Odetchnąłem.
- Waldi, żyjesz?
- Jeszcze nie wiem...
- Jak tam jest?
- Niezła chatka, choć nieco zakurzona.
Kichnął i roześmiał się wesoło.
- Mamy dom! Czujesz te oszczędności. Żadnego czynszu, depozytu... Coś tu dziwnie śmierdzi...
- Idę do ciebie!
- Dobra.
Byłem w lepszej formie, niż on. Zsunięcie się na dół zajęło mi kilka sekund. Wylądowałem na zakurzonym stole otoczonym przez cztery zdobione krzesła. W całym domu unosił się niepokojący zapach, jak gdyby mięsa zapomnianego w wyłączonej lodówce miesiąc temu.
- Waldi?
- Jestem w kuchni. Mamy co pić!!!
Rozejrzałem się po mrocznym wnętrzu pokoju, w którym wylądowałem. Kominek, sofa, przetarty dywan, niewielki stoliczek pełen fotografii w antyramach, kryształowa karafka z jakimś płynem...
- Hu!
Waldi wpadł na mnie z butelką whisky w ręce.
- Mamy zapasy, że hej!
Pociągnął spory łyk i podał ją mnie. Też sobie nie pożałowałem z tej całej radości, że po dniach chudych nadchodzą naprawdę tłuste.
- Musimy sprawdzić, czy drzwi się otwierają – zakomenderowałem – Zwłaszcza te z tyłu domu.
Poszliśmy najpierw zbadać wejściowe. W holu powitała nas wielka góra papieru, która broniła dostępu do drzwi. Ulotki, foldery, książki telefoniczne, gazety, listy, awiza. Może tona papieru, sięgająca metra wysokości.
- Prawdziwy skład makulatury – zaśmiał się Waldi – Masz pojęcie jak długo trwało jego zbieranie?
- Ile tu płacą za kilogram? – spytałem przytomnie.
- Tu płacą tylko za metale kolorowe. Makulatury chyba nie skupują. Rany, tutaj poległ cały las. Brzózki, świerczki, buczki...
- Waldi, nie rozkręcaj się. To tylko drzewa.
- Ale jak wiele!
Ruszył papierowym szlakiem, raz po raz grzęznąc w jakiejś szczelinie i tracąc równowagę. Mamrotał pod nosem typowo polskie zwroty typu: udręka, gehenna, los wraży, porażka z potężnym frontem itp. Nagle pisnął tak cienko, że pomyślałem, iż nadepnął na dziecięcą zabawkę.
- Co jest?!
- Widzę rękę!
- Czyją?
- A ja wiem!
Zrobiło mi się słabo, lecz nadludzkim wysiłkiem woli ruszyłem przez morze papieru na ratunek Waldiemu. Pochylał się nad sino-brunatną dłonią, która wystawała spomiędzy ulotek pizzerii i biura ubezpieczeniowego.
- Może to proteza. Sprawdzałeś?
- Zgłupiałeś?!
Wyrwałem mu z ręki flaszkę i pociągnąłem łyk stulecia. Potrząsnąłem głową, dodając sobie odwagi, ale ostatecznie nie ośmieliłem się dotknąć tej dłoni.
- Jezus Maria! To trup! – krzyknął Waldi – Już wiem, dlaczego gość się nie pokazywał.
- Chuj z nim! – wrzasnąłem – Co MY teraz zrobimy?!
Waldi nie wyglądał już na dawnego Waldiego, tylko na spietranego nastolatka, któremu ktoś splątał sznurówki. Uznałem, że czas najwyższy przejąć dowodzeniem, bo taka gratka, jak ten dom może nam się już nie przydarzyć.
- Waldi, leć na górę po braciaka. Musicie załatać tę dziurę.
- A trup?
- Jest martwy czy nie? Pytał ktoś o niego? Weź się w garść. To nasz dom.
Wielki, zwalisty Waldi długo patrzył na mnie swoimi przekrwionymi ślepiami, po czym zwyczajnie zasalutował i już go nie było.
Zostałem z butelką, stosem papieru, nieboszczykiem i wieloma sprawami do przemyślenia. Przede wszystkim było mi głupio, ale tłumaczyłem sobie, że to Waldi nawalił pierwszy. Nie mogłem pozwolić, by nasza paczka rozpadła się z powodu kryzysu na górze. Porządzę trochę, wyprowadzę sprawy na prostą i oddam mu władzę – pomyślałem.
Kiedy w polu widzenia pojawił się braciak, zrobiło mi się lżej. Niejedną mordę razem obiliśmy, więc można było na nim polegać.
- Co wyście namącili? – zapytał.
- Murowałeś trochę z braćmi Wymiot. Przypomnij sobie co i jak. Musimy załatać tę dziurę w suficie. Dasz radę?
- A co z górą?
- Klepki położymy i po sprawie.
- Ale ktoś musi tam zostać.
- Waldi zostanie. W końcu tam mieszka. W nocy wpuścimy go przez ogród.
- Zrobimy szalunek od dołu i będziemy murować od góry – stwierdził Waldi, wystawiając głowę przez dziurę.
- Idź, młody...
Spojrzeli na mnie filmowo. Oto wojna. Pośrodku dżungli bohater musi zostać sam. Jest skazany na zagładę, ale ratuje resztę. Nic nie da się zrobić.
- Miło było z tobą współpracować – zagaił dramatycznie Waldi.
- Mama będzie dumna – dodał braciak i obaj znikli mi z oczu.
Zastanowiłem się co zrobić z taką ilością papieru. Spalić? Chyba razem z domem. Przenieść do sąsiedniego pokoju. Oto myśl.
Znalazłem jakąś skrzynkę po owocach i dzięki niej udało mi się przetransportować większość makulatury do sąsiedniego pomieszczenia.
W końcu dotarłem do podeszwy czyjegoś buta. Zawahałem się. Miałem do wyboru – jedzenie z puszki, długie dniówki, konieczność wręczania kasy jakiejś nadętej lafiryndzie, ciszę nocną itd., kontra święty spokój, oszczędność, samodzielność. Nie mogłem się poddać.
Pomyślałem, że jemu i tak wszystko jedno i złapałem tę łydkę.
- Stasiu!!! – usłyszałem i serce wypełniło mi cały przełyk – Musisz przybić ostatnią dechę, bo od góry nie damy rady.
- Idę!
Dali mi młotek i parę gwoździ. Spojrzałem im w twarze po raz ostatni. Byli uśmiechnięci, rozluźnieni, dalecy od przyziemnych spraw, jak pochówek zmarłych, sprzątanie zwłok...
- Przyjdziemy przez ogród. Do miłego!
Potem światło znikło, a ja zostałem w półmroku z młotkiem w ręce.
Wróciłem do korytarza i dalej nosiłem te przeklęte papierzyska.
Nie mam pojęcia ile mi to zajęło, ale w końcu odkryłem obie nogi nieboszczyka.
Byłem przekonany, że gość padł na zawał, wylew czy coś w tym guście i z biegiem czasu został przysypany całym tym chłamem, wpadającym przez pocztową szparę w drzwiach. Przypomniała mi się mama czytająca nam Klechdy Polskie, ksiądz recytujący ostatnie pożegnanie i parę scen z filmów. Wstąpił we mnie natchniony duch.
- Panie, zmiłuj się nad duszą tego biednego człowieka, który upadł przy tych drzwiach. I przebacz mi, że wezmę go teraz spod tych drzwi, pod którymi kalają jego ciało ulotki różnych przyziemnych interesów. Czymże bowiem jest pizza z 3-ma składnikami albo auto na raty przy możliwości przebywania w Królestwie Niebieskim. Wezmę go, ok?
Nic się nie działo, więc złapałem faceta za łydki i pociągnąłem. Tandetne, przykrótkie portki, flanelowa koszula – tyle widziałem, reszty nie chciałem oglądać.
Zaciągnąłem go do ogrodu i zakopałem jak należy. No może ciut płyciej, bo siły za bardzo nie miałem.
Wróciłem do domu i właśnie wtedy przeżyłem najstraszliwszą chwilę grozy w moim życiu. W kilkanaście sekund po pochowaniu umarlaka usłyszałem od drzwi hałas, który zatrzymał we mnie oddech. Byłem przekonany, że mój trud poszedł na darmo, stracimy dom, a ja zostanę aresztowany. Wrócił dawno nie widziany kuzyn albo sąsiadce zabrakło soli...
Cisza jednak przedłużała się. Zerknąłem zza futryny. Drzwi były w nienaruszonym stanie. Za to na podłodze leżała świeża broszura, którą ktoś przed momentem wrzucił, omal nie wyprawiając mnie na tamten świat za gościem z ogrodu.
Coś przyciągnęło mój wzrok. Coś o Polish. Wziąłem folder do ręki i obejrzałem z bliska. Polish Professional Workers....
Ale jaja – pomyślałem nie kryjąc dumy.- Rodacy kontratakują.
W środku było mnóstwo ofert od naszych budowlańców, sprzątaczek, ogrodników, kurierów, nawet dziwek.
Przez drzwi balkonowe weszli Waldi i braciak.
- Witam w domu – powiedziałem z ulgą.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...