Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Gdy szlam tak lekko
wieczornym chlodu plaszczem otulona,
w wirazu doznan zamknieta
lekko zawstydzona,
zapach blekitu poranka
z soczystym smakiem czerwieni ust spleciony
w lekkiej zadumie uspil
tesknoty wzrok zamglony.

A wtedy ciezka fala oddechu
zgubiona w slonym i szerokim lez odmecie,
dotarla tam gdzie z biciem serca
splata sie chwili szczescia poczecie.

Czy to byl moment...moze chwila?
...
Swiat gdzies tu przysiadl ,lekko zmeczony
wkladajac na ma glowe dumnie
swietlisty blask nadzieji korony...

Opublikowano

tropem babci z Klanu...wypada dodać:

Bożesz Ty mój...


Bernadetto,ocknij się dziewczyno,wybaczam brak polskich znaków ale nie wybaczę...nie,wiesz co..przeczytałam jeszcze raz i jednak mi się podoba,czytanie "l" zamiast "ł" ratuje ten wiersz:)))poprawiLaś mi humor,dziękuji

Opublikowano

pal sześć brak polskich znaków (nawet fajnie się przez to czyta ;)), pal sześć brak spacji przy przecinku, ale "może moment, a może chwila", toż to jest ple... ple... no masło maślane ;). napiszę tak: jeśli nad wierszem jeszcze troche, Bernasiu, popracujesz (i nie chodzi mi o polskie znaki), to bardzo możliwe że go pochwalę :), bo jest w nim coś co mi się podoba. pozdrawiam.

Opublikowano

hmm..moment i chwila,fakt maslo maslane...ale czyz w poezji nie jest najpiekniejszym to...ze posrod doznan tracimy poczucie tego co realnie myslac samo w sobie nie pozwoliloby nam na...nielogiczne uzycie slow:).......wiecj uczuciowosci...spontanicznosci....i pozdrawiam:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...