Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 80
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


To nie historia, do dzisiaj ten przesąd jest aktualny ale komentator to pominął. Po prostu: nie wie.
Ale czemu w takim razie rzuca się na wiersz jak hiena, robi z Autora idiotę który pisze o nocy bzdury? Tymczasem podmiotem tego wiersza jest ktoś, kto stracił kogoś bliskiego, od kogo odwróciło się szczęście i słyszy, jak "obok":

za ścianą
mężczyzna i kobieta

na prześcieradłach krew
wizerunek miłości
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bursa? W życiu nie napisałby tak pięknie jak Messalinowe bajania :)
Pozdrawiam.

Ale kurczę... ciągle idzie o gusta, prawda? Tzn. wiem, kiedy wiersz jest beznadziejny, a kiedy nie, bo parę miesięcy się baruję z poezją, ale nie zamykajcie jej w szufladce. Rozumiem, że jestem tandeciarzem i na tym forum nie do wszystkich trafiam, ale czy to powód, aby mnie wyganiać do biblioteki? Mam wolę doskonalenia się i jestem wdzięczny nawet jeśli ktoś zjedzie mój wiersz. Pan Rybak kiedyś napisał: 'Twój wiersz jest jak wata cukrowa, którą lubią dzieci' i od tamtej pory ciągle próbuję zmieniać swoje pisanie, czytać itd. Mam przestać pisać, bo ktoś uważa, że piszę marną prozę, a nie kwiecistą/mickiewiczowską poezję?
PS: I nie podoba mi się twierdzenie: bajania Nagietkowe są lepsze od Bursy ;)) GUSTA!

Pancolek
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Typowe asekuranctwo :) Skoro ktoś ma, jak pisze, wolę samodoskonalenia, to chyba jasne, że nie trzeba go wyganiać do biblioteki? Czy przyszły fizyk też tak mówi? "Lubię fizykę, ale to nie znaczy, że mam chodzić do biblioteki (i czytać, co mieli do powiedzenia fizycy przed mną)"
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




ciężki orzech jesteś Mess
ja nie wdrażam nic do dyskusji ale wypiszę 3 nazwiska z których czerpię niekiedy swoje płytkie przemyślenia mianowicie E Sonnenberg R Wojaczek T Różewicz

a tak a propos. za co poeci czy nie poeci dostają nagrody zostają wyróżnieni ? chyba nie za płytkie nic nie znaczące słowotoki... troszke horyzontu i tolerancji
masz wypaczony gust.

the end
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




ciężki orzech jesteś Mess
ja nie wdrażam nic do dyskusji ale wypiszę 3 nazwiska z których czerpię niekiedy swoje płytkie przemyślenia mianowicie E Sonnenberg R Wojaczek T Różewicz

a tak a propos. za co poeci czy nie poeci dostają nagrody zostają wyróżnieni ? chyba nie za płytkie nic nie znaczące słowotoki... troszke horyzontu i tolerancji
masz wypaczony gust.

the end

Tomaszu - co powiesz na to, że pewien Pan B. miał w październiku 5-6 konkursów, jurorował w nich, za każdy z nich zgarnął przynajmniej 4,5 a cały czas chodził nawalony, czy tu chodzi o rozum czy wątrobę?
MN
ps. czy być poetą to chodzić nawalonym?
Opublikowano

myślę, że każdy z nas ma swoich poetów, któych czyta
i chce uświęcać, powiedziałem już na wstępie, że poezja
zbyt zbliżyła się do prozy, czy to jest jakieś przestępstwo?

odrazu pisać, że mam cos wypaczonego?
mam, dla zwykłego pana/pani (nie mylić z
obywatelem) - mam, bo piszę, więc jestem
w całości wypaczony z tego dzisiejszestwa

w dalszym toku wprowadzam podział na
poetów z dużych miast co nie wiedzą co pije krowa
i na tych z małych, bez przebicia, wybicia i z lewo co
widocznym szczęściem - co się śmieją - pij mleko!
będziesz ryczał

a Ty Tomaszu do któych należysz?
teraz Cię zaskoczę, że powyższy świat
wymysliłem na poczekaniu, specjalnie
dla Ciebie? czy ten Twój Wojaczek oprócz
przerżnięcia gwintu potrafił co jeszcze?
czy ten Różewicz miał choć w jednym z wierszy
prostą puentę dla człowieka, który zrozumie o co chodzi?
niestety sonnenberg nie jest mi znany

wypaczam sobie i Ci
MN

Opublikowano

Ja jeszcze tylko na chwilę - Wojaczek monotematyczny jest. Ostatnio wypożyczyłem z Biblioteki Śląskiej Wojaczka "Dzieła zebrane", czyli wszystko, co ukazało się gdziekolwiek za jego życia i po jego śmierci, plus rękopisy (niektóre chyba nigdy nie miały wyjść z szuflady; trochę nieładnie, że tak wszystko mu wygrzebali i pokazali innym). Ale o co chodzi - pierwsze wrażenie pozytywne, a potem, szkoda gadać. O śmierci bezpośrednio w 2/3 wierszach (samo słowo "śmierć" pojawiało się tak często, że aż mdło mi się robiło, niejednokrotnie "śmierć" kończyła puentę, zamykała cały tekst). Poza tym krew, sperma etc. Ziomek całkowicie zatopiony w świecie materialnym. Liryczny onanista. I choć jego życiorys fascynuje (a może tylko koniec jego drogi jest fascynujący?), to wiersze - poza kilkoma wybornymi, jak "Mit rodzinny" - dla mnie nie stanowią czegoś niezwykłego. Wiem, że teraz tak cholernie powierzchownie ujmuję temat, a sam Wojaczek nie może się bronić, ale chciałem wrzucić swoje 3 grosze, bo i tak rzadko się tu pojawiam.

Takie moje gadanie.

Pozdrawiam.

PS. Zresztą o gustach się nie dyskutuje ;) Żeby jasność była - to było tylko moje odczucie po lekturze twórczości Pana W.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan jest boski Panie Rewiński ;)


Co do tematu - poezja istnieje i ma się całkiem nieźle - tylko w innej formie niż sto lat temu, ba! nawet 20 lat temu. Jako sztuka marginalna nie cieszy się również zbyt wielkim zaintersowaniem. Z czego to wynika? Uważam, że z pożądanego modelu współczesnej osobowości. Bycie otwartym, asertywnym, ambitnym, wiecznie zadowolonym z życia, nie sprzyja pisaniu liryki. Bo o czym ma np. pisać uśmiechnięty pan akwizytor? O tym, że wcisnął komuś kolejny wspaniały towar? No przecież nie. Jeśli natomiast wypala się społecznie, rodzinnie i zawodowo, jest w stanie opisywać senne bzdety i swoje frustracje. Dobra poezja wymaga jednak przemyśleń, głębokich przemyśleń i przeżyć ... I taka istnieje. Panie Messa, Pan się raczej wypowiada na temat gustów poetyckich, pisząc o tej księgarni co to w niej Panu nic nie odpowiadało, a nie o faktycznej wartości tego co obecnie powstaje.

Inna sprawa to istnienie elitarnej grupy ludzi piszących - mówię tu o profesjonalnym rzemiośle --- no ale czemu nie :) ... egoizm jest twórczy Panie Messa ... np. taki Ciechanów? Czy nie uważa Pan, że jest Pan dokładnie tym kogo sam opisuje?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



hmm :P

być poetą, to być nawalonym :]
[bynajmniej w czasie konkursów poetyckich itp.]
zdążyŁam zauważyć, że często i gęsto są nakrapiane.
niestety. a no i niektórzy mówią, że poeta i alkoholik
to synonimy są ;)

pozdrawiam Espena :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan jest boski Panie Rewiński ;)


Co do tematu - poezja istnieje i ma się całkiem nieźle - tylko w innej formie niż sto lat temu, ba! nawet 20 lat temu. Jako sztuka marginalna nie cieszy się również zbyt wielkim zaintersowaniem. Z czego to wynika? Uważam, że z pożądanego modelu współczesnej osobowości. Bycie otwartym, asertywnym, ambitnym, wiecznie zadowolonym z życia, nie sprzyja pisaniu liryki. Bo o czym ma np. pisać uśmiechnięty pan akwizytor? O tym, że wcisnął komuś kolejny wspaniały towar? No przecież nie. Jeśli natomiast wypala się społecznie, rodzinnie i zawodowo, jest w stanie opisywać senne bzdety i swoje frustracje. Dobra poezja wymaga jednak przemyśleń, głębokich przemyśleń i przeżyć ... I taka istnieje. Panie Messa, Pan się raczej wypowiada na temat gustów poetyckich, pisząc o tej księgarni co to w niej Panu nic nie odpowiadało, a nie o faktycznej wartości tego co obecnie powstaje.

Inna sprawa to istnienie elitarnej grupy ludzi piszących - mówię tu o profesjonalnym rzemiośle --- no ale czemu nie :) ... egoizm jest twórczy Panie Messa ... np. taki Ciechanów? Czy nie uważa Pan, że jest Pan dokładnie tym kogo sam opisuje?

księgarnią był empik w wawie
do ciechanowskich księgarni nawet nie zaglądam
mam chyba alergię na kurz
gdybym trącim część półeczki przeznaczonej na poezję
MN
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



hmm :P

być poetą, to być nawalonym :]
[bynajmniej w czasie konkursów poetyckich itp.]
zdążyŁam zauważyć, że często i gęsto są nakrapiane.
niestety. a no i niektórzy mówią, że poeta i alkoholik
to synonimy są ;)

pozdrawiam Espena :)
nawalony kojarzy mi się z walonym czyli ze zwierzem "waleniem" a ten w niektórych broszurkach jest uważany za wodnego jednorożca, jajć, dokąd ten tok mnie zaprowadzi? do bezguścia? czy może bezościa?
gusty można mieć, ale jeśli chodzi o ocenę czy może tworzenie to zawsze trzeba mieć na uwadze jakieś większe grono, w takim bądź razie idąc dalej -Ci którzy się zamykają wydają się być "samowaleniami", Ci którzy otwierają "wszelkowaleniem" a nawalonym zdaje się być odbiorca, jeju, czy coś pokręciłem?
MN
ps. Espeno absolutnie, żeby to nie było do Ciebie, to takie luźne analizowanie - walonego
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



rozumiem, nie obrażam się. zresztą, sama jestem
raczej bliżej abstynentki niż tej nawalonej.
chodziŁo mi jedynie o podzielenie się kilkoma
spostrzeżeniami odnośnie poetyckich konkursów,
nocy poetów i innych.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



rozumiem, nie obrażam się. zresztą, sama jestem
raczej bliżej abstynentki niż tej nawalonej.
chodziŁo mi jedynie o podzielenie się kilkoma
spostrzeżeniami odnośnie poetyckich konkursów,
nocy poetów i innych.

konkursy? to oddzielny temat
ale przepraszam, bo ja o nich
zacząłem - Rybaczek wysłał mi gdzie
indziej taki dziwny dostęp do dwóch takich, których
co to ukradli księżyc i myśli, że o to mi chodzi, a no nie o to,
zmienił się klimat - wszędzie
zakłąd o żołędzie?
MN
Opublikowano

a po co bursa miałby pisać "tak pięknie" jak MN? jałowa dyskusja, "dzis prawdziwych cyganow juz nie ma". Boskie Kalosze widzi gnojowke poetycką wynikłą z postępu cywilizacyjnego, widac chęć powrotu do poetyckich wieczorków w szlacheckim dworze lub na salonach arystokracji. najlepiej jakby czytać potrafiły tylko elity, prawda? tęsknota za kanonem i piedestałem.
Co jest POEZJĄ? to, co zyskuje uznanie kiedyś autorytetów, teraz mas. czas jest obojętny i nie związany z okresem życia twórcy, często to, co kiedyś odrzucane, dzis nam klasyką.
"poezja dla ludu powinna być prosta jak je...nie" dawno temu powiedzialem na lekcji polskiego. poezja dla ludu? co to ma być? teraz to nie modne, problematyka społeczna. chcial mickiewicz pod strzechy? trafil na blokowiska. chyba wiedzial ze jego plomienne wiersze czytane klakierom podczas herbatki na salonach tracą sens. poezja to nie tylko muskanie absolutu, to także wscieklość i brud.
dzis, na forum, bursa i wojaczek co najwyżej byliby przeciętniakami, majakowski czy szwendel pośmiewiskiem.

Aha, nie jestem nawalony;) może i mam nawalone. poczytam dziś szwendla z okresu katastrofizmu. znow.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



to jest Twoje rozumowanie
widzisz są takie układy, które
ustawiają się w wielkie wieże
na przykład babel albo org
a rzeczywistość jest zupełnie
inna i wcale nie chodzi o dworki i elitę
tylko jej tworzenie - często z niczego
w nic
wszystko to pic (to z jednej z moich piesni)
MN
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Chodzi o obniżenie lotów. Jakość przechodzi w ilość nie tylko w konsumpcji ale i w muzyce sztuce, poezji. To nie tęsknota za kanonem, tylko obserwacja właściwa wybitnym umysłom ;)

Poezja i wszystko, co jest wytworem ludzkiej kultury, podlega takim samym procesom, jak drożdże. Łatwo je obserwować bo kilka miesięcy dla nich to tyle, ile dla ludzkości tysiące lat.
Oczywiście, jak napisałem wyżej, nie każdy zauważy jakiekolwiek podobieństwo :)

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...