Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kiedy we wsi noc zapada
gwiazdy szepcą cicho, cicho
rozpoczyna arię Ada
jakby w nią wstąpiło licho:

Non so piu... tra la la la la
brzdąk plumk, brzdąk plumk na pianinie...
Światło w domach się zapala
meczą krowy, kwiczą świnie

Non so piu... tra la la la la
Ada głosem strasznym wyje;
księżyc od wsi się oddala
lecą gwiazdy na Antyle

Ada ćwiczy do opery
Ada w siłę głosu wierzy
(toć z plebanii do cholery!
reaguje proboszcz Jerzy)

A więc w kółko te Non so piu...
i w klawisze bach! ad hoc:
brzdąk plumk, brzdąk plumk tiu tiu tiu...
Kiedy nad wsią zwisa noc

  • Odpowiedzi 46
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiersz ma już trochę i celnie opisuje takie przypadki. Ktoś nawet wysłał go swojej narzeczonej :) do Ameryki, bo miał z nią to samo (pianistka). Nie wiem, jak to przyjęła, ale zapewne znał jej dobre poczucie humoru skoro odważył się na to tuż przed ślubem. A może był inteligenty, bo
"Non so piu..." to słynna Aria Cherubina z Wesela Figara W.A. Mozarta?
W każdym razie zawsze warto spojrzeć szerzej na czyjś wiersz, nie tylko przez pryzmat własnego światka.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Może naświetlę jeszcze, czemu noc skojarzyła mi się z arią "Non so piu..." i jak widać nie tylko mnie (vide czarna opaska)
[...]
słynne - moje ulubione - "Non so piu cosa son, cosa faccio" Cherubina (Christine Schäfer, z czarną przepaską na oczach, poddaje się podniecającemu rytmowi pieśni prowadzonej bardzo dynamicznie, niemal w zadyszce)
[...]
ruchmuzyczny.pl/PelnyArtykul.php?Id=471

A tu można odsłuchać kawałek:

www.merlin.com.pl/frontend/browse/product/4,316096.html
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Może naświetlę jeszcze, czemu noc skojarzyła mi się z arią "Non so piu..." i jak widać nie tylko mnie (vide czarna opaska)
[...]
słynne - moje ulubione - "Non so piu cosa son, cosa faccio" Cherubina (Christine Schäfer, z czarną przepaską na oczach, poddaje się podniecającemu rytmowi pieśni prowadzonej bardzo dynamicznie, niemal w zadyszce)
[...]
ruchmuzyczny.pl/PelnyArtykul.php?Id=471

A tu można odsłuchać kawałek:

www.merlin.com.pl/frontend/browse/product/4,316096.html


To raczej elementem niemojego świadka jest przekonanie o niesłychanej trafności własnej paraleli - błąd.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ewenementem inercji światów racjonalnego z irracjonalnym, w środowisku rekwizytów retrospektywnych świadomości względem metafizycznych iluminacji wspomnień
świnie, krowy, plebania a nawet utrwalona w opozycji do nich subiektywna megaskala
odzwierciedlona przez gwiazdy i noc staje się tłem, korą mózgową
dla toczących się wewnątrz a zarazem poza nią myśli nie uwzględniających swojej macierzy.
Czy tak wygląda luźna dyskusja dwóch ludzi? ;)
A poważnie: dopiero co padł zarzut o rytmie, a przecież link uzasadnia i tempo i noc (czarna opaska na oczach). Tam też są przedmioty, schody, liście, szyby, pióra, jeden wielki
bałagan utworzony z rzeczy zwykłych. I wśród tego bajzlu słychać nagle "Non so piou...",
jak latarnia, drogowskaz dla drugiej osoby.
Czy wiersz musi być zawsze ubrany w pompatyczne słowa, deklamowany wzruszonym głosem,
a słuchający go w krawaty i garniturki? Taka jest forma wyrazu mojego, użyłem zwykłych przyziemnych rekwizytów i to wszystko jest kontrastem dla wspaniałych trzech słów
anielskiej pieśni: "Non so piu..."

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



To może jeszcze coś na ten temat, inaczej choć równie oryginalnie:


Boży palec Modesta

Każdy zaraz myśli, że rzeczy wielkie i genialne rodzą się
na przepysznej sofie, albo kiedy człek wymyty i ubrany jak do ślubu
chwyta za markowego "Pelikana", żeby na kredowym papierze przekazać
innym od siebie coś wiekopomnego.
Tymczasem Modest Musorgski odgarniając bujne zarośla brody
dłubał w takiej chwili palcem w nosie, a nogi miał od wielu dni
niemyte i czuć było z daleka, że dawno skończył mu się podrabiany
przez Lachów dezodorant "Adidasa".
Z gęby jechało czekającym w żołądku na swoją kolej bimbrem
i całe szczęście, że po drodze policja carska nie odebrała Modestowi
prawa jazdy, ani nie zarekwirowała konia, bo nigdy nie dojechałby
na wystawę zmarłego niedawno przyjaciela Witka Hartmanna i nie przyszłoby
mu do głowy skomponować "Obrazków z wystawy", wspaniałego cyklu muzycznych
miniaturek którym nadawał takie same tytuły, jakie posiadały ich malarskie
odbicia.
Dlatego obrzydliwy, pokraczny "Gnom" kołysze się z boku na bok, czka i
zmierzając ku naszej wyobraźni, rozpycha łokciami bębenki w uszach i
potykąjąc się o kowadełka przeklina: "O żesz... a Kto to takie tu
stworzył!"
W 1874 roku "Gnom" burzył swoim zachowaniem ówczesne konwenanse
estetyczne, w końcu Modest skomponował go w stanie wskazującym na spożycie
i słuchając "Gnoma" - wypisz wymaluj widać samego Musorgskiego w momencie
twórczym. Czyli łażącego od obrazka do obrazka zmarłego Wiktora
i dłubiącego niedomytym paluchem w przepastnym kinolu.
"Gnom" jest więc jego obrzydliwym odbiciem zewnętrznym - obrzydliwym,
ponieważ nikt przy zdrowych zmysłach nie pocałowałby nawet za życia
Musorgskiego z dubeltówki.
Ale oto tytułowy gnom spotyka nagle na swej chaotycznej drodze "Stary
zamek". Waha się chwilę, wreszcie naciska klamkę drżącą łapą i naraz, w
ostrej woni przeterminowanego skrzypu polnego i piołunów towarzyszących
wszędzie zewnętrznym krokom kompozytora, otwierają się pory jego grubej,
spracowanej i spoconej ze strachu skóry.
Jakież zdumienie towarzyszy słuchającym tego przedziwnego fragmentu, tak
raptem doskonałego, ustokrotnionego kontrastem powierzchniowego wyglądu!
Z wnętrza niechlujnego i odpychającego na co dzień człeka dochodzi do uszu
słuchaczy cudownie smutna pieśń trubadura, pieśń do ukochanej mieszkającej
gdzieś w głębiach "Zamku". Naraz roztacza się przed nimi panorama
olbrzymia,fantastycznie kolorowa kraina z "Rynkiem w Limoges",
"Katakumbami" , "Bydłem" i kurczakami ("Taniec kurcząt w skorupkach") i złą
wiedźmą ("Chatka na kurzej stopce").
Do dziś wspomina się w Petersburgu koncert, podczas którego w tym właśnie
momencie jeden ze słuchaczy na balkonie rozdziawił tak szeroko gębę ze
zdumienia, że dolna szczęka zasłaniała scenę tym z pierwszych rzędów na
parterze. Toteż równie zafascynowany pięknym wnętrzem brzydkiego Modesta
Maurycy Ravel tworzy wkrótce orkiestrową wersję "Obrazków z wystawy",
te z kolei sto lat później Emerson, Lake and Palmer przekładają na język
narodzonego właśnie rocka i szarpią na koncertach struny gitar,
walą w bębny jak opętani, by za chwile czule załkać gdzieś na granicy
estrady i tego co odeszło razem z Musorgskim, gdy zmożony nędzą
i wyglądem zewnętrznym zatrzymał swój biologiczny zegar
na godzinie czterdziestu dwóch lat.
Każdy meloman, który chodzi już jakiś czas po tym świecie, wie z
pewnością jacy są Japończycy: haiku, harakiri, kamikaze, sudoku, sake,
sushi... Japończycy lubią wszelkie nowinki, więc wkrótce jeden z nich -
Isao Tomita przekłada "Obrazki z wystawy" na lampy, tranzystory i
syntetyzatory, a w studiu nagraniowym lampom, tranzystorom i syntezatorom
jedno po drugim pękają elektroniczne serduszka, kiedy w "Starym Zamku"
rozlega się smętna pieśń trubadura.
A jeśli w podobnej chwili pęknie kiedyś nasze - ujrzymy starego capa
Modesta, jak odgarniając gęstwę brody i wąsów zbliża się powoli, by
podłubać nad nami brudnym palcem w nosie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ewenementem inercji światów racjonalnego z irracjonalnym, w środowisku rekwizytów retrospektywnych świadomości względem metafizycznych iluminacji wspomnień
świnie, krowy, plebania a nawet utrwalona w opozycji do nich subiektywna megaskala
odzwierciedlona przez gwiazdy i noc staje się tłem, korą mózgową
dla toczących się wewnątrz a zarazem poza nią myśli nie uwzględniających swojej macierzy.
Czy tak wygląda luźna dyskusja dwóch ludzi? ;)
A poważnie: dopiero co padł zarzut o rytmie, a przecież link uzasadnia i tempo i noc (czarna opaska na oczach). Tam też są przedmioty, schody, liście, szyby, pióra, jeden wielki
bałagan utworzony z rzeczy zwykłych. I wśród tego bajzlu słychać nagle "Non so piou...",
jak latarnia, drogowskaz dla drugiej osoby.
Czy wiersz musi być zawsze ubrany w pompatyczne słowa, deklamowany wzruszonym głosem,
a słuchający go w krawaty i garniturki? Taka jest forma wyrazu mojego, użyłem zwykłych przyziemnych rekwizytów i to wszystko jest kontrastem dla wspaniałych trzech słów
anielskiej pieśni: "Non so piu..."

Pozdrawiam.


Tyle, że ja umiem nadać nawet skomplikowanej doborem językowym opinii wektor skierowany na sens i przekaz. Powyższy popis (vide: akapit pierwszy odpowiedzi) retoryczny przerabialiśmy tu nie raz.



Pokory...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan się pogubił, choć gra bufona:

"To jest podręcznikowy przykład urojenia. Rytm to wyraz treści, a nie determinatywa. Odradzam dalsze próby, jeśli jakość nie zmieni się na lepsze o minimum (tyle:) procent. "

Wykazałem, że rytm jest tu wyrazem treści, podałem link do strony gdzie w scenerii opery
Wesele Figara jest zastosowany podobny zabieg: "poddaje się podniecającemu rytmowi pieśni prowadzonej bardzo dynamicznie, niemal w zadyszce"
Wykazałem, dlaczego noc: "Christine Schäfer, z czarną przepaską na oczach"
w której słychać tylko arię "Non so piu..."

W kontekście tego, pan zmienia swoje wcześniejsze zarzuty i właściwie sam już nie wie,
czego chce a w rezultacie oburza. Determiantywa? Owszem, ale u kogo? Co ma pan
właściwie do zarzucenia temu wierszowi? Tempo w kontekście treści? Urojenia?
Niechże się pan zdecyduje, zajrzał pan w ogóle na stronę z opisem scenerii Wesela Figara?
Cherubin jeździ na rowerze, czarna przepaska na oczach, bałagan to normalne?
Też uroiło się komuś? Wytłumaczyłem się, dlaczego tak widzę arię po swojemu
i podałem przykład, że ktoś widział ją w podobny sposób.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan się pogubił, choć gra bufona:

"To jest podręcznikowy przykład urojenia. Rytm to wyraz treści, a nie determinatywa. Odradzam dalsze próby, jeśli jakość nie zmieni się na lepsze o minimum (tyle:) procent. "

Wykazałem, że rytm jest tu wyrazem treści, podałem link do strony gdzie w scenerii opery
Wesele Figara jest zastosowany podobny zabieg: "poddaje się podniecającemu rytmowi pieśni prowadzonej bardzo dynamicznie, niemal w zadyszce"
Wykazałem, dlaczego noc: "Christine Schäfer, z czarną przepaską na oczach"
w której słychać tylko arię "Non so piu..."

W kontekście tego, pan zmienia swoje wcześniejsze zarzuty i właściwie sam już nie wie,
czego chce a w rezultacie oburza. Determiantywa? Owszem, ale u kogo? Co ma pan
właściwie do zarzucenia temu wierszowi? Tempo w kontekście treści? Urojenia?
Niechże się pan zdecyduje, zajrzał pan w ogóle na stronę z opisem scenerii Wesela Figara?
Cherubin jeździ na rowerze, czarna przepaska na oczach, bałagan to normalne?
Też uroiło się komuś? Wytłumaczyłem się, dlaczego tak widzę arię po swojemu
i podałem przykład, że ktoś widział ją w podobny sposób.


Poezja to nie jest imperatyw kontekstu - tu liczy się nowość, dziewiczość, a nie powielanie. Niestety dla Pana nie jest to scena, ale obraz życia, które się toczy rzeczywiście w kółko, ale nie wymaga nikt owych meandrów specyfikacji. Pan uchodzić może w swych oczach za teoretyka - najwyżej, bo lekkość i coś, co zowią tutaj novum, to chyba nie Pańska bajka czy nawet opera.


Pozdrawiam.
PS Można było na początku zamieścić, że to nowa wizja sztuki scenicznej, miast ze mnie robić nieuka. Tak się składa, że podstawę wiedzy i w tym temacie posiadam, a to, że mechanizm hipnozy jest nadto sztuczny stanowi już tylko problem autora.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jakiej choroby? Chodzi panu o podmiot wiersza, czy jak? Ktoś przygrywa na pianinie i śpiewa, czy to tak trudno pojąć To prosty wiersz.
Cicho - licho się nie podoba? :) Dziś do wieczora proszę ułożyć klasycznie zrymowany sonet,
z dokładnymi (jak u Staffa) rymami (temat: Aria "Non so piu..." Mozarta). Żadnych asonansów i konsonansów. Powiedzmy abba abba.


Jeszcze na temat trywializacji: pan najwyraźniej nie zrozumiał tego wiersza.Wesele Figara i inne opery Mozarta były czymś wyjątkowym w jego czasach. Podobni panu twierdzili,
że trywializuje muzykę i Non so piu... czy Der Holle Rache kocht in meinem Herzen brzmią niepoważnie. Umarł w niełasce, zapomniany, ale kto dziś słucha Salieriego, nadętego bufona który przeciwstawiał się zwiewnej muzyce Mozarta?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A co czytał pan już o tym, że takie to nie dziewicze? Mówi pan o powielaniu, więc proszę podeprzeć to jakimś przykładem. Zna pan "Czarodziejski flet" i jeszcze wspanialszą (jak dla mnie) arię: "Der Holle Rache kocht in meinem Herzen"? W kontekście wiersza powyżej, ująłbym
to tak:


Czarodziejski flet

Wieczorem z okna, na ostatnim piętrze
nagle dała się słyszeć melodia ta:
a a a a a a a a a a a...
Der Holle Rache kocht in meinem Herzen


Starcowi z dołu pękło od niej serce,
lecz uwierzycie – ciągle w płucach mu gra
a a a a a a a a a a a...
Der Holle Rache kocht in meinem Herzen


Przestało w środę, gdy płuca uczeni
wraz z sercem starca wycięli skalpelem.
Ale niestety, bo oto w niedzielę

a a a a a... - wątroba się pieni,
a echo od niej, na sparciałej szelce:
Der Holle Rache kocht in meinem Herzen


Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jakiej choroby? Chodzi panu o podmiot wiersza, czy jak? Ktoś przygrywa na pianinie i śpiewa, czy to tak trudno pojąć To prosty wiersz.
Cicho - licho się nie podoba? :) Dziś do wieczora proszę ułożyć klasycznie zrymowany sonet,
z dokładnymi (jak u Staffa) rymami (temat: Aria "Non so piu..." Mozarta). Żadnych asonansów i konsonansów. Powiedzmy abba abba.


Jeszcze na temat trywializacji: pan najwyraźniej nie zrozumiał tego wiersza.Wesele Figara i inne opery Mozarta były czymś wyjątkowym w jego czasach. Podobni panu twierdzili,
że trywializuje muzykę i Non so piu... czy Der Holle Rache kocht in meinem Herzen brzmią niepoważnie. Umarł w niełasce, zapomniany, ale kto dziś słucha Salieriego, nadętego bufona który przeciwstawiał się zwiewnej muzyce Mozarta?


Oczywisty brak klasy to Pana najkrótsza charakterystyka. Tworzy na orgu się wiersze, a nie teksty piosenek, oper etc. Dlatego też jakość wymagana jest właściwa poezji - odkrywcza i urzekająca. Istnieje różnica między byciem śmiesznym, a żałosnym. Jej zacieranie grozi fanaberią, do której próbuje się mnie uwikłać.

Wyzwanie odrzucam, bo nie czuję konieczności odpowiadania na wyzwanie kogoś, kto nie rozumie tematyki forum. Logicznym jest, że teksty arii, nawet tych najpiękniejszych, stanowią zwykle dodatek do piękna muzyki. Wiersz jest samodzielnym pięknem - stąd jego urok i wymagania.
Rym częstochowski - to tu wystarczająca diagnoza kiczu [vide: cicho-licho]phi
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


To nie jest piosenka, ani opera, panu coś się pomyliło. Nie mają choćby refrenu.
O co panu w ogóle chodzi? Przyszedł pan się powymadrzać co się tu pisze, a czego
i jak nie (pańskim zdaniem)

Proszę, ten sam temat oddany limerykiem (a może też się ich nie pisze?)
i to jakim :) Czytanym, dla podkreślenia treści (podobnie jak w wierszu wyżej) w kółko,
dookoła (nie wiadomo, gdzie pieśń się kończy, a gdzie zaczyna)



kiedy nad wsią Wyżna Raba
noc zapada jak antaba,
Ada rozpoczyna song!
"Non so piu cosa son..." - g
łupia baba! Znów ta baba,


Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Cicho licho to rym gramatyczny, częstochowski to raczej: zrobiła - powiła, puścili, wybili.
Staff pańskim zdaniem pisał same kicze? Leśmian też? Pańska diagnoza kiczu sama jest kiczem.
Uważa pan, że nie potrafię pisać wierszy białych? Fotma to tylko ubranko przekazu,
czego dowodem są powyższe cztery przykładu ujęcia tego samego tematu.
Oryginalny, więc pan nie ma do czego porównać - nic o śmierci, nie o miłości, ani nawet o jesieni (och... jak smutno).
Pan o tekstach arii a ja o tym, jak piękno przeplata się z tym co zwykłe, przyziemne.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...