Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

zeszyt dyslektyka
pisze się inaczej niż
zeszyt
zamieniamy na sesyt
taki przesyt
formy nad treścią

bzdety kokretne
i konkretne
i przez ń
ńdokończone wyraz
yyyyyy co dalej

nie wiem

prawdziwy dyslektyk
nie w życiu
a w UKRyciu
Uplata Kody Rozumu

pozdradzał
a może postradał
zmysły

sam nie może tego rozszyfrować
jak jeszcze
dysgrafia doskwiera
doskonałe błędy robiąc

Opublikowano

skoro mowa o dyslektyku

- oczywiście może chodzić o osobę, która :
->nie potrafi panować nad swoimi emocjami;
->nie radzi sobie w życiu;
->zraniła peela, a ten teraz ją prześmiewa;
-być może peel drwi sobie z części naszego społeczeństwa, które w zwyczaju
ma ubieranie się w stroje dresowe;

mógłbyś walnąć celowo parę byków. moim zdaniem byłby lepszy, wzmocniony
efekt. to oczywiście moje, subiektywne zdanie.

pozdrawiam.

Opublikowano

Witaj Bielaczku :)

czytam, czytam i jestem peŁna szacunku do wiersza.
spójny od początku do końca, nieprzekombinowany.
mam tylko jedną sugestię; wyrzucić ostatnią zwrotkę.
moim zdaniem końcowe dopowiedzenie niepotrzebne.
ale to tylko moje gadanie :P

pozdrawiam Łejeczka :*

Opublikowano

Dlaczego wyrzucać ostatnią, w niej pojawia się dysgrafia, a to nie to samo co dysleksja, chociaż jest z nią powiązana.
Podobają mi się te bazgroły - pomysłowe spojrzenie na popularne obecnie zjawisko.
pozdrawiam serdecznie

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



naturalnie dobrze
bazgrole
bazgroliłem w zeszytach
ale do dyslekcji jeszcze mi brakowało.

dzięki.

wieczności.

bazgolenie jest twórcze :)
proszę

nunc et in hora

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...