Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

fachowo śmieszny
rozkleja na twarzach
plakaty z radością

salwy śmiechu
wystrzelone ślepakami
do tarczy
z obniżoną punktacją

jak on : "ha"
wszyscy: "ha"

on : "ała"
oni: "ha"

w końcu ktoś
kto upada częściej
od każdego
bo co krok

rozśmiesza
pociesza
rozgrzesza

nakręcany męczennik
odkupuje swą głupotą
niezdarność świata

w każdą niedzielę
w godzinach popołudniowych

Opublikowano

Początek taki sobie, ale to już dobre:
"w końcu ktoś
kto upada częściej
od każdego
bo co krok

rozśmiesza
pociesza
rozgrzesza

nakręcany męczennik
odkupuje swą głupotą
niezdarność świata

w każdą niedzielę
w godzinach popołudniowych "

Opublikowano

hehe,

Izbabelo Kochana ;-D
nadal lubujesz się w obserwacjach ludzi i ich zachowań,

nie powiem, że super to wiersz
może też i mało odkrywczy (niby)
ale mi posostał w pamięci obraz zarumienionych policzków tej "wschodniej piękności" z Twojego dawnego wiersza, i czy tego chcesz czy nie, ale musisz teraz starać się bardziej,
by wybreda Kai popadł znów w zachwyt

aczkolwiek nadal masz bystre oczko w mądrej główce

Pozdrowionka,
Kai Fist

Opublikowano

Dziękuję Państwu bardzo za lekturę i komentarze. Dwoje z Państwa mówią, że koniec bardziej im "pasuje"- hehe- ciekawe to dla mnie, bo ja właśnie najwięcej powiedzialam na poczatku tego wiersza-i to do niego jestem najbardziej przywiązana i przekonana-prosze tego absolutnie nie traktowac jako jakiejś mojej opozycji- tylko chcę po prostu pokazać to, ze mnie to trochę zdziwiło;-) Pozdrawiam;-)
[sub]Tekst był edytowany przez Izabella_Sendor dnia 09-05-2004 09:25.[/sub]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...