Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

po co mieć do bólu swoje zdanie
wykute na blachę
niepewnym ruchem kija myśli
na piasku pamięci.
zdanie nadrzędnie złożone

z wątpliwości i
pytań, z którym nie liczy się nawet
zepsuty kalkulator –
otrzymany na komunię w roku,
psio bezpańskim,

tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym
pierwszym,
a już na pewno nie weźmie go
pod uwagę –
ale pod lupę – nieuważny matematyk

poprawności politycznej.
po co zdanie, któremu się zdaje, że
zdaje się na logiczny
rachunek nieprawdopodobieństwa
rzeczywistości. po co

zdanie o horyzontach za wąskich,
aby uczcić nim
rocznice ku pamięci. zdanie, które zetrę
zdecydowanie sam
ręką z poobgryzanymi wokół paznokci

skórkami. po co
mieć zdanie, po którym zostaną mi tylko
atramentowe esy-floresy
wpisane na białe karty zeszytu w linie
papilarne.

Opublikowano

Ja podszedłem sceptycznie do tematu, ale zwróciłem uwagę na pewne treści:
w strofie 1 pisanie kijem po piasku odnosi się do tradycji biblijnej,kiedy to Jezus pisał właśnie patykiem po piasku i fragment ten łącznie z tym odnośnikiem posiada ogromne znaczenie (i to nieważne, czy Autor ma tego świadomość czy nie).
W strofie 2 genialny fragment z kalkulatorem
Strofa 3 trochę mnie gubi - oczywiście matematyk to wiedza ścisła, ale czy to łączy sie jako z przerzutnią do strofy 4? Poprawność polityczna to nie ewenement naszych czasów (doskonałe studium "cnoty" przedstawiła Danuta Danek w zbiorze "Sztuka rozumienia. Literatura i psychoanaliza") i tutaj jakby się podmiot zapędził. Za to dalej bardzo intrygująco nadrobione 3 ostatnie wersy 4 strofy. 5 strofa to upadek podmiotu, zdenerwowanego - wszystkie jego rachunki spełzły na niczym i zostaje odwieczne pytanie: "po co"?. I właśnie w tym momencie mój wspomniany sceptycyzm się włączył - bo kończąc takim pytaniem tekst ten sam tekst skazuje się na to samo - "po co go czytałem"? Aczkolwiek te "linie papilarne" wychodzą poza sam papier i rozszerzają temat wiersza - zatem przy dobrej interpretacji to pytanie "po co" można wybronić.
Ja stawiam belferskie - "dobry", ale mocne "dobry"
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Bo taki układ pozbawiłby ten tekst pewnych znaczeń.


no, Sokratexie, Autor ma rację
inny zapis to zupełnie inna formuła czytania
nadawanie innych znaczeń

gdyby Różycki nie zmienił swojej prozy w poemat
Kościelskich by nie dostał :) ----------> taka smutna prawda

pzd.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




no, Sokratexie, Autor ma rację
inny zapis to zupełnie inna formuła czytania
nadawanie innych znaczeń

gdyby Różycki nie zmienił swojej prozy w poemat
Kościelskich by nie dostał :) ----------> taka smutna prawda


Za to zyskałby nowe znaczenia. W tej formie jest po prostu długaśny a przez to nieciekawy -
pewnie dlatego Bruno Schultz intuicyjnie nie rozbił "Sklepów Cynamonowych" na wersy ;)
Co do formy, powiedzmy sobie szczerze:

Forma obowiązuje nie poetów, tylko sportowców.

Pozdrawiam.

Poetów może nie, ale wiersze, tudzież poematy? bez formy?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




no, Sokratexie, Autor ma rację
inny zapis to zupełnie inna formuła czytania
nadawanie innych znaczeń

gdyby Różycki nie zmienił swojej prozy w poemat
Kościelskich by nie dostał :) ----------> taka smutna prawda


Za to zyskałby nowe znaczenia. W tej formie jest po prostu długaśny a przez to nieciekawy -
pewnie dlatego Bruno Schultz intuicyjnie nie rozbił "Sklepów Cynamonowych" na wersy ;)
Co do formy, powiedzmy sobie szczerze:

Forma obowiązuje nie poetów, tylko sportowców.

Pozdrawiam.



powiedzmy sobie szczerze - brzmi chwytliwie, ale bzdury pleciesz :)
pzd.
Opublikowano

jasna sprawa
pisząc bzdury miałem na myśli:

"Forma obowiązuje nie poetów, tylko sportowców" - i w ogóle rozważania na temat formy
kwestia jest dosyć jasna zdaje się

i niestety forma nie może być zabiegiem stylistycznym
jest także środkiem wyrazu - to oczywiste - i może mówić wiele już sama w sobie

ale to wszystko przecież oczywistości


(co do obowiązywania formy to czy chcesz, czy nie... to poza Tobą ;))


pzd.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wbrew pozorom bardzo łatwo to wyjaśnić: to nie formy się zmieniają, tylko
ludzie wraz z postępem cywilizacyjnym, zmianą spojrzenia na to co ich otacza,
dojrzewają do kolejnej formy. Nie dzieje się to hop siup, potrzeba przynajmniej
jednego pokolenia, więc ciężko na to wpaść. Poza tym po drodze wiele innowacyjnych
dróg wiedzie w ślepą uliczkę - być może tak jest z tak zwaną współczesną poezją? -
dlatego ciężko stwierdzić, który kierunek okaże się właściwy. W każdym razie -
to co obecnie nazywane jest białym wierszem, to już przesiąknięta myszką forma ;)
Coraz więcej piszących ludzi spostrzega, że to co piszą już było, ale powiela scheamty,
bo co ma robić - przestać pisać? Wystarczy prześledzić wiersze tłumaczy a zarazem
naszych wybitnych poetów - zazwyczaj po prostu przelewali zaczerpnięte z innej kultury
schematy przez chwilę stając się na własnym podwórku czymś nowym, rewelacyjnym.

Pozdrawiam.


Sokratexie - będę szczery - czy naprawde czujesz się na tyle kompetentny (sam na sam ze sobą - wobec siebie), by w tak arbitralny sposób, czy po prostu z tak zaskakującą pewnością formułować sądy na temat materii, której stopnień skomplikowania jest zatrważający. To co piszę odnosi się tylko do części Twojej wypowiedzi.
Co do fragmentu:

to nie formy się zmieniają, tylko
ludzie wraz z postępem cywilizacyjnym, zmianą spojrzenia na to co ich otacza,
dojrzewają do kolejnej formy

-jesteś blisko, ale dwa słowa komentarza:
postęp technologii, ciągłe zmieny etc - mówiąc krótko: ewloucja na wszystkich płaszczyznach życia powoduje, że ludzie szukają nowej formy, w której będą wyrażać siebie i kontekst rzeczywistości, w który zostali wrzuceni. Formy nie są gotowe i nie jest to kwestia - jak piszesz - "dojrzewania" do kolejnych form. Forma tworzy sie w momencie zderzenia jednostki z rzeczywistością. Wtedy, kiedy człowiek szuka możliwie jak najbardziej precyzyjnego, przystającego do współczesności, środka wyrazu. Nie istnieje coś, o czym piszesz, czyli - o właściwym kierunku, w którym powinna podążać poezja, czy sztuka w ogóle. I jest to zasadniczy brak w Twoim rozumieniu problemu. Upraszczając to kwestia kierunku wektora: poezja stara sie odnaleźć przez konkretną formę w konkretnej rzeczywistości, nie zaś - jak twierdzisz - dojrzewać do konkretmej formy. Bo mowiąc o formie trudno mówić o realnej ewolucji - podobnie jak o stroju na przestrzeni wieków. Nie były przecież lepsze - po prostu były. (ewolucja jako przeobrażanie, ale nie mające charakteru doskonalenia.)

Do kwestii współczesnych poetów wybitnych trudno mi cokolwiek powiedzieć. Mam wrażenie, że niesłychanie upraszczasz te kwestie, a najgorsza jest Twoja pewność siebie w ich wypowiadaniu. To naprawde dużo bardziej skomplikowane.
Dużo czasu poświęciłem wspołczesnej wybitnej poezji i dzieki temu wiem, że na sądy równie ogólne co pewne- jak wypowiadane przez Ciebie, nigdy nie mógłbym sobie pozwolić.
Przemyśl sprawę Sokratexie, bo masz duży potencjał, ale wiem i ty wiesz, że nie masz takiego zaplecza, by w krótkim komentarzu zamykać taką sprawę. absurd i dyletanctwo, sorry ;/
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Rzeczywiście się nie znasz ;) Przecież nie napisałem bez powodu, że nie w Wiśle
tylko w Tamizie. Jak sądzisz, dlaczego?

Pozdrawiam.
dalczego? chce się dowiedzieć.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


dalczego? chce się dowiedzieć.

Poczytaj po prostu, kogo uważa się za prekursora wiersza białego.
W epoce Internetu nie tak trudno bedzie zapewne znaleźć materiały na ten temat.
Pokaż przynajmniej, że próbowałeś i nie udało Ci się - wtedy dopiero podzielę się tym
co samemu mi o tym wiadomo.

Pozdrawiam.
nie. Ty mi napisz. czy to za duzo, o co prosze? Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie. Ty mi napisz. czy to za duzo, o co prosze? Pozdrawiam

Przecież w tym samym czasie można napisać przynajmniej jeden biały wiersz,
albo klasyczny sonet - nie sądzisz, że to marnotrawstwo zamiast nich
pisać o tym, co jest już napisane od lat i ogólnie dostępne?

Pozdrawiam.
zupelnie nie rozumiem twojej postawy.
bay the way

ps. przeprasam Autora za dygresje;
Opublikowano
Nie słyszałes nigdy o Googlach a bierzesz się
za poezję?


jeszcze raz przepraszam Autora za dygresje, ale
ktos tu się rozkręcił - uprzejmie proszę o stosowanie rodzaju
żeńskiego odnośnie do mojej skromnej osoby, która tylko pragnie zwrócić na siebie uwagę.

baj de wej
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dobra płęta. To jest odpowiedź na pytanie retoryczne powtarzające się w całym wierszu: moje zdanie jest moją tożsamością, bez względu na to, czy ktoś je zrozumie, czy się z nim liczy, czy jest ono oprawne politycznie, czy podoba się komukolwiek, czy jest "mądre", czy "głupie". Nieważne, byle by było [u]własne[/u].
Niezły wiersz.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Zgadzam się z tym. W każdej dziedzinie życia, która się rozwija i ulega naturalnej ewolucji, jest właśnie tak: dojrzewamy do nowych form, do nowych wynalazków, odkrywamy to, co już istniało wcześniej (i było zawsze), tylko poza naszą świadomością, poza możliwością dotychczasowego poznania.
To dlatego właśnie wszystkie kultury i cywilizacje rozwijają się w ten sam sposób: wszędzie sztuka, nauka, ekonomia, polityka, organizacja społeczeństwa itd. - ewoluują według tych samych praw i zasad, przechodzą te same stadia i epoki. I to wcale nie dlatego, żeby różne kręgi kulturowe wzorowały się na jakimś jednym, nadrzędnym kręgu, który wszystkim innym wyznacza kierunek - wcale nie, bo tak samo rozwijały się wszystkie kultury w czasach, gdy nie było między nimi łączności lub była ona bardzo słaba (np. Indianie przed zetknięciem z białymi rozwijali swoją cywilizację - w tym także sztukę - według tych samych prawideł, co inne narody i kręgi etniczne). Wszędzie i zawsze rozwojem wszystkiego rządzą i rządziły te same, istniejące już prawa, dlatego wszystko dąży ku coraz wyższym, już istniejącym i z góry wytyczonym formom (choć oczywiście nie jest to dokładne jak podobieństwo kropel wody - istnieją różne warianty tych samych form i stadiów rozwoju, nie mniej są to ciągle te same formy i stadia, i te same kierunki ewolucji).

To prawda, że musimy szukać nowych form i kierunków w poezji (jak też w innych dziedzinach świadomej twórczości ludzkiej). A szukając tych właściwych - popełniamy nieuchronnie błędy, zapędzamy się na dróżki donikąd. Jest to konieczne, żeby niektórym udało się znaleźć akurat tę formę właściwą - ten kierunek, który zaprowadzi nas na następny, wyższy szczebelek rozwoju i świadomości. To szukanie i błądzenie - to właśnie jest sztuka (i każda inna twórczość).
Grabarzu, napisałeś, że ewolucja powoduje poszukiwania - a co to jest ewolucja? Czy to nie są nasze poszukiwania właśnie - i nasze odnajdywania tego, czego szukaliśmy? (Również w poezji przecież - ona nie jest poza cywilizacją, ale jest jej nierozerwalną częścią). Napisałeś też, że poeci szukają formy, jaką będą wyrażać "kontekst rzeczywistości, w który zostali wrzuceni" - wrzuceni? Czyli rzeczywistość nie jest wytworem ludzi, ale czeka na nas w każdej epoce i chwili, aż zostaniemy w nią wrzuceni? Toż w takim pojmowaniu ewoluującej rzeczywistości skrajnie uprościłeś i radykalnie poparłeś słowa Sokratexa! Podobnie jak w słowach: "forma tworzy się" (poniekąd jakby sama, prawda?) "w zderzeniu jednostki z rzeczywistością" (tak, jakby ta rzeczywistość przychodziła skądś do nas już gotowa i zderzała się z nami, czyż nie tak?). Widzę, że i Ty czujesz, iż jesteśmy czymś determinowani w ewolucji, że nie jesteśmy tu całkowicie wolni ani też skazani na zupełną przypadkowość. Formy i kierunki (czyli wszelkie możliwości) rozwoju wszystkiego już istnieją w skończonej liczbie, a my pracą umysłową szukamy nieznanych jeszcze, coraz wyższych form rzeczywistości (w tym także poezji). Jest to jak najbardziej praca twórcza, ale niestety nie boska (jak nam się często zdaje), a tylko ludzka - nie dowolna, ale zależna od praw, form i kierunków rozwoju Natury.
I jeszcze jedno: ci, którzy próbują zburzyć wszystko, co było i zbudować coś całkowicie nowego od podstaw, są z gruntu skazani na niepowodzenie. Bo ich budowla jest pozbawiona fundamentów i surowca, jest bańką mydlaną, nie ma podłoża kulturowego, nie łączy się z dorobkiem ludzkości, a więc nie może być jego postępem i wyższą formą. To niby oczywiste, a jednak ciągle wielu z nas o tym zapomina.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dobra płęta. To jest odpowiedź na pytanie retoryczne powtarzające się w całym wierszu: moje zdanie jest moją tożsamością, bez względu na to, czy ktoś je zrozumie, czy się z nim liczy, czy jest ono oprawne politycznie, czy podoba się komukolwiek, czy jest "mądre", czy "głupie". Nieważne, byle by było [u]własne[/u].
Niezły wiersz.

Dziękuję za pozytywną ocenę...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A z tym bym się trochę pospierał ;) To znaczy, warto zweryfikować ten pogląd
(tak zwyczajowo uważano dotychczas) i spojrzeć na niego szerzej. Jeśli założymy, że
wymiernikiem oryginalności człowieka są jego "niepowtarzalne" linie papilarne - warto wiedzieć, że powtarzają się one raz na około 200 milionów osób. I tu zerkamy do danych statystycznych, które mówią, że

"W lipcu 2006 na świecie żyło ok. 6 525 000 000 ludzi"

Okazuje się, że tak samo myślących jak my (przyjmując za kryterium oryginalności linie papilarne) jest jeszcze co najmniej 31 ludzi:

6 525 000 000
200 000 000 ÷
--------------------------
32,625



Sprawdzanie autentyczności na podstawie porównania linii papilarnych przestało być
w dzisiejszych czasach wiarygodne:

"Amerykanie pracują nad nowym systemem płatności dokonywanych przy pomocy kciuka. Dalej radio podaje, że w Niemczech podobny eksperyment został już przeprowadzony. Czekałem więc, kiedy wreszcie powiedzą o Polsce. Niestety... Co więcej, w informacji pojawiło się stwierdzenie, że przy tej transakcji wystarczy odcisk palca. To nieprawda. Przecież identyczne linie papilarne powtarzają się z częstotliwością 1 na 200 mln osób. Tymczasem posiadaczy kart, które miałyby być zastąpione przez odcisk palca, jest dużo więcej niż 200 mln. Prawdopodobieństwo, że w końcu trafi się ten sam odcisk przy autoryzacji transakcji, jest zbyt duże."
http://biznes.onet.pl/7,1237257,prasa.html


Warto zastanowić się, jak w świetle tego co powyżej, wygląda nasze samodzielne i niepowtarzalne myślenie? Skoro już od dawna choćby dobry detektyw
potrafił "wczuć się" w rolę mordercy i przewidzieć jego kolejny ruch... ;)

Pozdrawiam.


"Własne" jednak nie zawsze oznacza niepowtarzalne. To, że to moje linie papilarne (albo zdanie w nie wpisane) wcale nie oznacza, że są one niepowtarzalne (zdanie też), ale ilu z tych ludzi posiadających takie same linie papilarne posiada takie same w nie wpisane zdanie?

Pozdrawiam!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Otóż to - właśnie to samo miałam zamiar napisać.
To prawda, że i żadne zdanie, jakie wypowiadamy, nie jest całkowicie samodzielne - jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu ukierunkowani przez wiele czynników, np. wychowanie, środowisko, autorytety przeszłe i obecne, media, obyczaje, modę, sztukę, własne gusta artystyczne i czytelnicze, zainteresowania itd., itp. Tak. Jednak im mniej jesteśmy zależni od obiegowych opinii i stereotypów lub od jakichkolwiek autorytetów- im lepiej potrafimy stwarzać coś własnego [u]na ich podbudowie[/u] - tym bardziej jesteśmy autentyczni i tym silniejszą zachowujemy tożsamość. Czyż nie jest tak? Tylko tyle chciałam powiedzieć w komentarzu do wiersza.
Niezależnie od tego wszystkiego, bardzo ciekawy jest wywiad, którego fragment zacytowałeś, Sokratexie, i do którego odsyłasz za pomocą linku.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...