Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

układam imię z dmuchawców
koralików i jasnego głosu
marzenia podobne do słowa
syneczku

uśmiecham się

*

napisałam wieżę
bardzo wysoką

zmyślam w niej
że rodzą się nam dzieci
o boskich sercach
i jesteśmy potrzebni
jeden drugiemu

gdy jest się bardzo zmęczonym

Opublikowano

Wiesz, ja bym spróbowała połączyć drugie zwrotki z trzecimi - i tak są związane, a ten zabieg by nadał przekazowi rozpędu i mocy.

znów się zaczyna

w wyobraźni
układam imię z dmuchawców
koralików i jasnego głosu
marzenia podobne do słowa
syneczku

uśmiecham się
cisza nie przenika


*

pod wielkim niebem
napisałam wysoką wieżę

w niej zmyślam
że rodzą się nam dzieci
o boskich sercach
i jesteśmy potrzebni
sobie nawzajem

gdy się jest bardzo zmęczonym
lubi się noc i cuda


Pozdrawiam.

Opublikowano

dobra rada Fanaberki (!);

wyobrażnia zawłaszcza, ale peel zdaje się mieć tego świadomość ("wieża", "cuda");
ale potęga fikcji może niańczyć nasze pragnienia (macierzyństwo?);
"dzieci o boskich sercach" - jeśli to bóg Apollo, będą takie jak my, pełne namiętności;
jeśli będzie to Bóg Jahwe, Adonaj, Elohim (Stary testament) - pewnie tak samo, ale z potrzebą dominacji; jeśli to nowotestamentowy Bóg Ojciec, w swojej dobroci będą miały cierniową drogę..."boskie serca" - to przemawia mocno, jak każda niosąca nas wiara; piękny wiersz, choć niełatwy... J.S

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



tyle mi zostało, reszty nie rozumialem albo była powtórzeniami, sorry za chamstwo w traktowaniu Poezji (teraz to musze na starcie rączki całować, żeby nie zostać skalanym ;)
pzdr. b
ps. ładne emocje i gra wyobraźni, i skupienie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...