Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pamiętaj kolego..
Pamiętaj koleżanko..
Słowa to wielka wartość..

Słowem można dużo zdziałac..
Słowem można zniszczyć człowieka..
Słowem można rozpieścić człowieka..

Słów nie rzuca się
Na wiatru żagle..
Bo stracą znaczenie
Od razu,nagle..

Nie bije się myślą
Czyjegoś sumienia..
Bo będziesz samotnością
Swojego istnienia..

Opublikowano

Po pierwsze - nie ma czegoś takiego jak ".." - tylko wielorkopek zawierający tych kropek trzy.
Początek także nie przypadł mi do gustu - mogłabyś to ująć w innej formie.
Strofa druga... Rozumiem - miałybyć anafory - ok. Ale po nich to już katastrofa - brak tu rytmu, i do tego do okropne powtórzenie na końcu wersu trzeciego. I masz tu literówkę. Tej strofie mówię stanowcze NIE.
Trzecia - po przecinku robi się spacje. Treść nawet nawet. Wykonanie prawie dobrze. Mówiłam już o przecinku. Poza tym, zrymował ci się wers drugi i czwarty. A co z pozostałymi? To psuje rytm - albo cały wiersz z rymami, ale nic. To samo w strofie czwartej. To źle brzmi.
Podsumowując - początek mnie przeraził, wręcz odrzucił. A dwie ostatnie strofy, pod wzgledem treści, znów mnie przyciągnęły, by je skomentować.
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Myślę,że wiersz jest przejrzysty.
Wyraznie określa to co miałam na myśli.
A według Ciebie to jest różnica, czy ja postawię dwie czy trzy kropki..
Wielokropek jest taki też':'.
Można zdanie podzielić też.
Nie wiem,dlaczego Ci się nie podoba zakończenie 3go wersu?
Ja myślę,że niektóre słowa mogą stracić znaczenie 'Od razu,nagle.
I myślę,że najpierw trzeba się w język ugryś,żeby drugiego człowieka nie skrzywdzić..
Dziękuję za komentarz;
Pozdrawiam milutko

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...