Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Skrzypi szafa o drzwiach starych.
Dziadek włożył okulary,
Szafie zajrzał wgłąb szuflady
I do babci biegł po rady:

Żono moja, szafa nasza
Dziś niezmiernie mnie przestrasza.
Jak duch potępiony jęczy
I strachami wciąż mnie dręczy!

Skrzypi, kwęka, pobrzękuje,
Szura, chrupie, postukuje.
Mów mi zaraz, moja miła,
Co w tej chwili byś zrobiła?!

Babcia wnet tam podążyła
I drzwi szafy otworzyła.
Dziadek nie rzekł ni pół słowa,
Tylko się w komórce schował.

Po czym tak się okazało,
Że za sprawą ową stało
Stado moli - to strach, który
W płaszczu dziadka wygryzł dziury.

Opublikowano

Droga Pani - bardzo ten wiersz jest frywolny i zabawny - więc jeśli chodzi o mężczyzn to proszę nie traktować o wszystkich tylko o jednej męskiej odwadze - jedno tylko skrzypi w pierwszej zwrotce - jakby nie po polsku
...
Skrzypi szafa o drzwiach starych.
Dziadek włożył okulary,
Szafie zajrzał wgłąb szuflady
I do babci biegł po rady:
...
ale po za tym - bardzo mi się podoba

pozdrówko W_A_R



Opublikowano

Daję do ulubionych!!!! a wiecie dlaczego? u mnie na wydziale jest jeden historyk, zwią go Szafarz. Zasłynął tym, że kazał jednej dziewczynie zdawac egzamin z szafy, bo stwierdził że jest za brzydka, żeby mógł na nia patrzeć... I jak zobaczyłam tem tytuł to aż sie uśmiechnęłam sama do siebie. wiersz jest extra!! pozdrawiam ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak droga Fantasmagorio - masz rację - po polsku to ta część jest - tylko jak ktoś komuś czyta - to jakby nie rozumiał - ale widocznie mam taki mankament - za co przepraszam - kiedy spojrzy się na wiersz to rzeczywiście wszystko jest wporządku i "skrzypiąco" - czyli pieknie

pozdrówko W_A_R

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...