Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

. Każdego ranka budzimy się z przeświadczeniem, że najlepszy mecz jeszcze nie nadszedł, bo to spowodowałoby drastyczny spadek motywacji, człowiek nie miałby już po co funkcjonować w tej grze. Świadomość bycia uczestnikiem niezwykłego przedsięwzięcia trzyma nas razem. Na te kilkadziesiąt minut odrzucamy marzenia erotyczne. Całą uwagę koncentrujemy na jednym. Futbol.
W niedzielę nie muszę zasuwać w fabryce czekolady, więc włączam telewizor i sprawdzam program. Jest! Derby wiecznego miasta. A może kiedyś pojadę tam i zobaczę takie spotkanie na własne oczy? Kawa i pita z szynką oraz serem napełniają żołądek. A wieczorem wspólne piwo z Tomkiem, Robertem i Adrianem. Gool!!! To słowo niesamowicie podnosi poziom endomorfin w moim mózgu.
Chodzę dziś jak nakręcony. Muszę to zrobić. O rany! Chyba nie wytrzymam. Już trzy dni nie byłem w łazience. Dziewczyna pojechała na weekend do znajomych, a ja nie myłem się od czwartku. Śmierdzę. No dobra, trochę wody prawdziwemu kibicowi nigdy nie zaszkodziło. Czysta koszula i ładne gatki w gwiazdki. Nie no teraz, to jestem gość. Kluczyki. Abonament opłacony, wino jest, pizza w zamrażalniku. Wieczór jakoś przeżyję.
Panny atrakcyjne, napalone małolaty, niewyżyte kobiety sukcesu ślinią się na mój widok. Nadmiar testosteronu. A na klatce ta sama stara baba pucuje schody w ten sam niezdarny sposób i po raz sto pięćdziesiąty pyta mnie czy ma też pozamiatać pod moją wycieraczką. Ale przychodzi ratunek od wiekowych sprzątaczek, rozgrzanych kobiet – futbol. Pozwólcie, że przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny nie odezwę się do was słówkiem, nie dam się wrobić w te durne dyskusje o orgazmie.
Pamiętam ostatni mecz reprezentacji. Jak grali hymn to mi stanął. Zawsze stoi na baczność. To patriotyczny obowiązek każdego kutasa. Ujęcie trybun. Kilka standardowych sekwencji: losowanie stron i piłki, sprawdzanie przez sędziów czy siatki są dobrze zawieszone, ostateczna konsultacja arbitra z asystentami i gwizdek. Zaczęło się! Żyć nie umierać.
Niedzielny wieczór. Kumple siedzą na kanapie. Piwo już rozlane do kufli. Włączamy kanał sportowy. Roma – Lazio. Nie lubię drużyn ze stolicy. Od 10 lat kibicuję Juventusowi. Jeszcze bardziej w tym smutnym dla niego sezonie. Jednak nie tylko stwórca wie, że Stara Dama powróci i znowu Serie A będzie świecić dawnym blaskiem.
Uwielbiam ten dreszczyk emocji. I ten spokój. Siedzimy w czwórkę i czekamy. Najlepszy duet komentatorów w Polsce podaje już składy. Będzie ostro. Przynoszę chłopakom pizzę. Bierzemy po kawałku i w tym momencie gaśnie światło… Dwa miliony przekleństw. Korki!! Nie działa nic. W całej dzielnicy wywaliło prąd. To już chyba koniec pięknego weekendu. Moment. Pub. Nie ma co tracić czasu. Biegniemy do drzwi wyjściowych. Po minucie wpadamy do pobliskiego lokalu, a tam już kotłuje się grupka mężczyzn, która też chce zobaczyć mecz. Ktoś krzyczy, że na starym mieście mają elektryczność. Ruszamy jedną ławą. To tylko kilometr.
Przechodnie ze zdziwieniem obserwują nasz maraton. Nie zdają sobie sprawy, jak ważny jest wynik naszego biegu. Jutro rano obudzimy się obok dziewczyn lub żon i pójdziemy do pracy. Będziemy marzyć o wtorku i lidze mistrzów. A teraz walczymy o tę ostatnią chwilę wolności i ekscytacji, dlatego nic nie może nam pokrzyżować planów. Przecież Bóg przeznaczył niedzielę na odpoczynek i czczenie święta piłkarskiego. Siódmego dnia Pan stworzył futbol.
Starówka. Jasno! Przepychamy się. Pies tak zapchany, że szpilki się nie wetknie. Mam inny plan. Chwytam Adriana za rękaw kurtki i mówię mu, iż musimy zejść do „podziemia”. Chłopaki w mig pojmują co mam na myśli.
Pan Zdzisio to jest gość! Jako jedyny w mieście „ciągnie na lewo” prąd, kablówkę i Internet. A zaczynał od składania rowerów. Napociliśmy się, ale w końcu dotarliśmy do kogoś ze sprawnym telewizorem. Trud się opłacił. Odpaliłem słuszny kanał (naturalnie program sportowy). Jednak zobaczyliśmy siejący ekran.
- Zapomniałem wam powiedzieć. Był u mnie wczoraj Pietia i zabrał antenę. Ja telewizji nie oglądam, więc… - burknął pan Zdzisio. To jeszcze bardziej zwarło nasze szyki.
- Do supermarketu!!! Panowie, w supermarkecie mają dekoder. – krzyknął Robert.
- No to ruszamy.
Po drodze spotkaliśmy wściekłych mężczyzn. Zaczęli demolować miasto. Energetyka się na nas wypięła. Ociągali się z naprawą usterki. Natomiast policja nie wykazała zrozumienia dla biednych zirytowanych kibiców. Postanowili urządzić kąpiel. Polewali wodą. Panowie niebiescy - prysznic owszem, ale dopiero po meczu.
Z trudem przedarliśmy się przez tłumek walczących ze sobą stróży prawa i stróży futbolu. Oglądane dramatyczne sceny zapewne odcisną się na naszej psychice. Chłopaki nie wyglądali na zadowolonych. Ja przynajmniej się umyłem. Drugi raz tego dnia. Ale celem nadrzędnym było dotarcie do sklepu. Czas działał na naszą niekorzyść.
- Mamy promocję super pralek automatycznych. 9 000 obrotów na minutę. – przywitał nas głos wypicowanego chłopczyka, który pewnie nie wiedział co to „rzut karny”, bo mama trzymała go z dala od sportowych gier. I to jego zajście nam drogi, i to wymachiwanie broszurką aż się prosiło o egzekucję. W dzień powszedni tak łatwo by mu nie uszło. Jednak teraz liczył się tylko mecz.
- Synek, zejdź nam z oczu. Trwa wojna futbolowa, a ty wyskakujesz z praleczkami. Jaja sobie wsadź do jednej i ustaw te super 9 000 obrotów. To będzie najlepsze rozwiązanie. – powiedział Tomek i poklepał sprzedawcę po policzku.
- Nie martw się. Jutro będzie lepiej – zadrwił Robert.
- Panowie, idziemy. Trzecie piętro.
Są w życiu faceta takie dni, że nawet praleczki nie mają znaczenia. Nawet „myślenie penisem”, które przypisują nam kobiety, wyłącza się. Działa instynkt piłkarski. Nie umknie naszej uwadze żaden niuans boiskowy. Dwa razy czterdzieści pięć i do przodu.
Jesteśmy już tak podnieceni, że niewiele brakuje do wielkiej eksplozji. Biegniemy równo obok siebie. Tyle wysiłku włożyliśmy w ten bój, ale wyciskamy z siebie jeszcze trochę. Ktoś mądrze pomyślał, aby w sali z telewizorami postawić dużą i szalenie wygodną czerwoną sofę. Tak! Dotarliśmy. Jesteśmy jak czterej pancerni, ale bez psa i czołgu. Mamy za to cztery lufy. Uroczyście wciskam odpowiedni przycisk na pilocie… Syfur syfur, arbaha arbaha, gorące panienki czekają na Ciebie. Kto to włączył? Ja nie wiem, ale coś zaskoczyło. Nie widzieliśmy tylu nagich kobiet w turbanach i spodenkach piłkarskich. To był chyba jakiś elitarny kanał. Mecz przecież nie jest taki ważny i może poczekać…

Opublikowano

O żesz Ty w mordę! Ja czekam na finał i myślę uda im się, czy nie! Zobaczą ten mecz, czy nie! A tu taki zaskok! To się nazywa niespodziewane zakończenie. Męski gatunku, trwaj dziel i rządź. Spoko, super opowiadanko, podobało się.
"Pies tak zapchany, że szpilki się nie wetknie" - tego nie kumam, no ale ja ze wsi jestem ;) może Wy, miastowe tak mówicie. U nas psy to te co przy budzie szczekają.
"Natomiast policja..." Nie podoba mi się zaczęte zdanie od słowa "natomiast"
Styl bardzo mi odpowiada

Opublikowano

Pies - chodziło mi o nazwę lokalu, tylko zapomniałem o bb code i nie wstawiłem kursywy. To zdanie, które mi słusznie wytknąłeś poprawię. Jeszcze będę kilka rzeczy w tym tekście zmieniał. Na razie jednak nie mam na to ochoty. Fajnie żeś wpadł i napisał komentarz. Cenię Twoje zdanie (tak jak i zdanie innych). "męski gatunek"? pewnie tak, ale i tak te kobiety na końcu zwyciężają, hehe.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

sanestis,
lektura miła i przyjemna,
pozwoliła mi wczuć się w życie kibiców,
natchniony patriotycznym heroizmem będę ćwiczył
swojego konia aby stawał w czasie hymnu państwowego
na baczność - już mu to powiedziałem,
pozdrawiam - p.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

...o rzesz ku... dawno tak dobrego czegoś nie zadałem sobie do czytania. Zalogowałem się na tej stronce za namową kolegi. Siedzę i śledzę, od kilku dni nic innego nie robie. Czytam, czytam... Niektórych autorów nie kumam, ale Ciebie chwytam w mig. Dzisiaj wczytywowuje się w Twoje opowiadania i tak sobie pomyślałem - nareszcie! Nareszcie trafiłem na autora, którego czyta się z przyjemnością:) Mam w komputeru taki katalog-klaser : "Twórczość innych", do którego wrzucam sobie co mi się podoba. Nie całe kawałki, ale poszczególne fragmenty. Taki rodzaj kolekcjonerstwa, coś jak zbieranie znaczków. Ciebie czytam od niedawna i w "klaserze" mam na razie jedno zdanie, które jest dla mnie hitem dnia dzisiajszego. Nie wiem z jakiego to opowiadania, ale na pewno Twoje : "...Piłem szybko rozkoszując się lodowatą cieczą, która subtelnie oplatała wnętrzności arktycznym tchnieniem chmielowego geniuszu..." Moim zdaniem powinieneś to zdanie sprzedać jakiemuś browarowi:)) za nie małe pieniądze... pozdrawiam, pisz tak dalej.
P.s.
"Siódmego dnia Bóg stworzył futbol" ...mam wrażenie że gdzieś to już czytałem. Publikowałeś to już gdzieś?

Opublikowano

Witaj bracie, ja nie zauważyłem tego komentarza. Wybacz. Nie zaglądam tu co chwilę, więc przeoczyłem. Opublikowałem ten tekst na dokunamente (forum postgeneracji). I nie przypominam sobie, żebym gdzie indziej je jeszcze wstawił. Co do fragm. który przytoczyłeś - pochodzi on z Dziennika toksycznego.
WIdzisz obecnie mam raczej regres formy, ale będę próbował i zamęczał innych moją tfurczością;p
Dzięki za tak pochlebny komentarz. Polecam do czytania z tego portalu tekstu Jay Jaya Kapuścińskiego, Leszka Dentmana, ashera, k.s. rutkowskiego czy j.renaty. To moi ulubieni autorzy na orgu. trzymka!!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...