Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chciałoby się wyjść na podwórko i posiedzieć beztrosko w promieniach słońca, posłuchać śpiewu wiatru, szumu rzeki bystro płynącej po skalistych brzegach tuż pod domem. Odpocząć w cieniu starej czereśni, zachłysnąć się widokiem gór, znajomych, kochanych, widzianych od pierwszych dni życia. Ciepłe popołudnie na wiosce ma ten specyficzny rodzaj odurzenia, tę błogą senność naniesioną na powieki ciepłym zefirkiem i zabierającą wszelkie złości i problemy. Wszystko co przygnębia staje się nieistotne, odległe jak czyjś zły sen lub błaha opowiastka.
Patrzę, więc przez okno i znów to samo. Sąsiad! Mętny wzrok, kilkudniowy zarost, brudne pazury przebijające skarpetki, ręce pokłócone z mydłem wieki temu i chara w kącikach ust.
Nie odetchnę świeżym powietrzem w jego towarzystwie.
Żałosny widok, czterdziestopięcioletni facet w oszczanych kalesonach, podartej koszuli i wiecznie bełkoczący, że jego szef to skurwysyn, że kobiety są głupie i złe, że on zrobi porządek, że on jeszcze wszystkim, kurwa mać, pokaże! Nie chcę go ani oglądać, ani słuchać.
Strzela śliną w glebę, to stuprocentowy znak, że jest zalany, łypie wkurwionym wzrokiem po podwórku i czeka na swe ofiary. Ofiary,którym musi wpoić poczucie winy za wszystkie swoje nieszczęścia. Nie mam ochoty na tę kolejną dawkę jadu i nieudacznictwa. Jakim jest autorytetem dla swojego dorastającego syna? Jaką definicję męskości, odpowiedzialności i samodyscypliny wpoi w jego młody umysł? W umysł piętnastolatka, który już teraz traci przytomność w alkoholowym upojeniu na wiejskich dyskotekach, który dorasta w przekonaniu, że zalać pałę to nic takiego, a jeszcze lepiej doprawić się dragami, one zawsze postawią na nogi. I który głośno już twierdzi, że tylko dupki chodzą codzień do pracy i liżą dupy szefom, a szefowie są zawsze brudni, tłuści i zyją tylko po to, by każdego gnoić.
- Nikt mi nie będzie mówił co mam robić! - bełkot sąsiada dochodzi z podwórka - Kurwa! Nikt! Rozumiesz? Nikt mi nie podskoczy!
Do kogo on mówi?
Chrzanić to, o szóstej rano muszę otworzyć sklep, więc poprostu położę się spać.
A rano pod sklepem znów to samo. Ekipa pijaczków drepcząca jak kaczki, jeden za drugim i za mną jak za jakimś pieprzonym guru, dźwięk kluczy działa na nich jak dźwięk otwieranej lodówki na kota w prymitywnym odruchu Pawłowa.
-Szefie, sprzedaj piwo, smali jak diabli.
-Chwileczkę - mówię opryskliwie - najpierw sklep otworzę, kasę uruchomię. Poczekajcie.
-Szefie, ale smali! później se szef nabije na kasę - nigdy nie byłem czuły na te żałosne próby wzbudzania litości. Przeciwnie. Im bardziej błagają, tym bardziej się ociągam. A kiedy już otworzę wpadają wszyscy do środka, przestraszeni, rozbici, brudni...
-Piweczko!
-Najtańsze szefie!
-Kierowniku, dziesięć grosiszy brakło. Sprzeda kierownik? Jedno winko?
-Szefie, butelki szef nie liczy! Zaraz odniese.
-Kierownik to jest boski człowiek, że już nam o szóstej otwiera.
ŚWIĄTYNIA OTWARTA. AMEN.
Po szóstej, przyjeżdża piekarz.
-Cześć kierownik. Jak tam? Widzę, że ruch od rana.
-Oj mówię ci Grzesiek, żebym tyle bułek sprzedawał rano, ile sprzedaję browarków, musiałbyś drugą piekarnię zbudować, żeby to wszystko upiec.
Grzesiek kwituje wszystko grzecznym uśmiechem i jedzie dalej.
Przez chwilę mam spokój, mogę rozłożyć gazety, przyjąć nabiał, podokładać towar na półki. Do dziesiątej normalnie, gospodynie wpadają po cukier, emeryci po fajeczki, dzieciaki na przerwach po chipsy, zwykła nuda.
Pijaczki krążą jak hieny po okolicy w poszukiwaniu drobnych i około dziesiątej atakują ponownie.
Najgorszy jest Zdybel. Ten resztki honoru pochował już dawno. Nigdy nie zapomnę jak przyszedł do mnie pierwszy raz.
-Słuchaj.Jest sprawa. - rzucił konspiracyjnie, jakby wokół działo się coś niezwykłego - potrzebuję flaszkę. W poniedziałek oddam. Serio!
-Nie, proszę pana, nie dajemy na kredyt.
-Kurka! W poniedziałek masz kasę na bank, nie żartuj. Znam cię od dziecka, z twoim starym morze wódki wypiłem!
A mnie jakby kto w mordę strzelił! Napełniło mnie takie wkurwienie, taka nienawiśc, że wybuch poprostu musiał nastąpić. "Ty flejo jebana!" - pomyślałem.
-Wyjdź mi człowieku ze sklepu i nie przyłaź tu więcej! Nic ode mnie nie dostaniesz!
"Morze wódki wypiłem z twoim starym". I co,kurwa! Może mam być z tego dumny? Może mam ci przypiąć medal? Albo zamknąć sklep, zaprosić cię na zaplecze i uchlać się z tobą do nieprzytomności, a potem płakać i ściskać się w pijackim amoku i zasranym porozumieniu zapitych nieudaczników? Morze wódki... Dziadu jeden!
Śmierdzisz moczem i raczysz zwracać się do mnie per TY?
Morze wódki...
Posiniaczona matka...
Wstyd w szkole...
I zazdrość. Bo koledzy mają motorynki,klocki Lego z Peweksu, bo jeżdżą z rodzicami na wycieczki, bo tamto, sramto i owamto. A ja co? Morze wódki i wielkie gówno na środku.
A ten mi będzie jeszcze wyjeżdżał z takim tekstem. Jakbym miał się ucieszyć na te słowa, albo jeszcze (o zgrozo!) zaprzyjaźnić z tą kupą łajna. W mordę cię, debilu jeden!
Kasia ciągle mnie pyta, patrząc głeboko w oczy:
-Kochanie, dlaczego się tak denerwujesz?
A ja nic, bełkoczę coś pod nosem.
-Nie denerwuję się skarbie.
Obejmuje mnie wtedy, całuje, Jest kochana. I zna mnie tak dobrze. Właściwie jest jedyną kobietą, której dałem się poznać. Pozwoliłem na ten szalony akt wejścia w moje światy i rozejrzenia się tam mniej, lub więcej dokładnie, na rozbicie jakiegoś bezcielesnego, a jednak twardego muru. Sam nie wiem jak to się stało, poprostu mnie urzekła. Tysiące godzin życia, pęd za czymś lub za kimś, dzień, noc, dzień, noc, jedna praca, druga praca i nagle błysk. Jej oczy, usta, głos, dotyk dłoni. Jest czarodziejką, aksamitnym oderwaniem od rzeczywistości... Tak, poprostu mnie urzekła.
Ileż to lat musiało minąć, by tak się stało.
Kiedy widziałem ojca lejącego matkę, wyzywającego cały świat i tłukącego co się tylko dało potłuc i czułem się zbyt mały, zbyt słaby,by mu przerwać, uciekałem z domu i łaziłem całą noc po wiosce, obiecując sobie i gwiazdom, że u mnie tak nie będzie, że stworzę cudowny dom (matko, zwykły dom wydawał mi się wtedy cudem), wspaniałą rodzinę, w której będzie ciepło i radośnie, w którym będzie miłość, zrozumienie, a przede wszystkim spokój. O tak! Spokój.
Wystarczyła tylko myśl, że muszę spotkać odpowiednią kobietę.
I kiedy tylko jakaś pojawiała się na mojej drodze, mnie, jak jakiegoś dupka, paraliżował nagle strach. Niby wszystko było o.key, niby się układało, ale w głowie tykał zegar wielkiej bomby, wył alarm, ryczały syreny, a na koniec na wielkim monitorze płata czołowego, nabrzmiałego, pulsującego mózgu, pojawiał się napis; "Spadaj koleś, nie dla ciebie takie życie, nie dla ciebie rodzinka". I spadałem...
"Chryste! Co jest grane?" - tylko tyle potrafiłem wykrztusić stojąc przed lustrem i gapiąc się w swoje marne oblicze.
Tak było z Pauliną, pierwszą dziewczyną. Szalała za mną i mi chyba też zależało. Zależało, dopóki pierwszy raz nie odwiedziłem jej w domu. Mama, czekająca z ciepłą kolacyjką i tatuś, (O,Matko święta) miły, sympatyczny, uśmiechnięty, pewny siebie gość, który każdy grosik przynosi do domu i rozmawia ze swoją córką. Żonę cmoka, podszczypuje, ściska...
"Co jest grane?" - darło mi się w głowie chore zwierzę.
Nie dałem rady, lustro krzyczało, aż nazbyt jasno: "NIE DLA CIEBIE, NIE DLA CIEBIE."
I odszedłem.
Płakała.
Po dwóch latach wróciłem, lecz na krótko.
Pojawiła się Grażka, córka alkoholika i przerażonej, bitej matki. Tak bardzo z mojej bajki, jak dziesiątki półlitrówek mieszkających w moim domu. Poszedłem za nią, bo sumieniu dała spokój, bo nie siara było do domu zaprosić.
A u niej? Znajomy widok! Flaszki, bełkot i oszczane kalesony! A w nich upierdliwy, pijany tata, któremu się przypomniało, że na siódme urodziny kupił rowerek córeczce, a ta się teraz puszcza gdzie popadnie, zamiast ojca po stopach z wdzięczności całować.
Jednak Grażka szybko pokazała o co jej chodzi, a ja ,koziołek - matołek jeden, nie od razu się zorientowałem. Zaczęło się od żarcików, głupawych uśmieszków i popisów przed chichoczącymi koleżankami bez charakteru, dla których Grażka była pieprzoną boginią ze skrętem w gębie i debilnym rechotem. Wtórował jej brat, kompletny kaleka umysłowy, z parą rąk nie nadających się do niczego, śpiący do piętnastej popołudniu i wypalający tyle maryśki naraz, ile pięcioosobowa ekipa reggae prosto z Jamajki.
Grażka ubzdurała sobie, że jest feministką.
Tyle jadu, tyle chorej nienawiści, zawiści, zazdrości nie widziałem jeszcze u żadnej z kobiet, nie podejrzewałem nawet, że tyle tego dziadostwa, może zmieścić się w jednym człowieku. W kobiecie! Jej cel był jasny i wyraźnie określony: gnębić, wyzyskiwać, i niszczyć męski gatunek. Nienawidzić, truć, oszukiwać, besztać, tłamsić, dusić, katrupić, topić, palić, a przede wszystkim zdradzać. O! Tak! Zdradzać.
Jakbym to ja był winien, że jej tatuś pije, że mój tatuś pije i, że tatusie ogólnie lubią sobie wypić.
Zwiałem.
Nie miałem innego wyjścia.
Tymbardziej, że jej tatuś próbował się ze mną zbratać. Przy kielichu, oczywiście.
I dźwigałem dalej swoje brzemię. Podarte, oszczane kalesony zarzucone na plecy, niosłem je, potykałem się, podnosiłem, czulem uderzenia bata, szyderstwa, przekleństwa, czyjś płacz, padałem i znów wstawałem... Po twarzy spływała krew, lała się w oczy, w usta, czułem jej słony smak, cierniem ukoronowany, brnąłem przez świat.
I było dla mnie jasne, ze samotnośc jest moim jedym przeznaczeniem. Nie chciałem litości, w dupie miałem litość, ani nią chleba nie posmaruję, ani się ogrzeję. Chciałem tylko spokoju.
Tak jak wtedy, kiedy wyjechałem do Austrii, do pracy. Wszystko szło dobrze, praca ciężka, ale zarobki świetne, dopóki pewnego dnia Fryc nie wydarł na nas gęby:
- Ruszać się! Szybciej! To nie Polska, tu się pracuje, nie pije!
I uciął dniówę, niby, że słabo pracowaliśmy.
Skurwiel jebany!
- Nie będzie mnie poniżał żaden Fryc! - darłem się do kumpla jak opętany.
- Uspokój się. Miał zły dzień i tyle, jutro będzie żartował, zobaczysz.
- Pierdolę to! Jego żarty też pierdolę! Niech se je w dupę wsadzi!
- Matko! Aleś ty nerwowy.
- Kurwa! A wy też co? Chlać musicie co wieczór? Myślicie, że on tego nie widzi? - nakręciłem się na maksa, nic już nie mogło mnie powstrzymać. - Rozpieprzasz całą kasę jaką tu zarabiasz. Z czym do Polski wrócisz? Zalewasz stres? To jakaś pierdolona paranoja! Tworzysz sobie stres przyjeżdżając tutaj i zalewasz pałę, by go zagłuszyć! Za ciężko zarobione pieniądze. Po chuj? Nie kumam tego stary.
Dotrwałem do końca "turnusu", jako wróg numer jeden i już nigdy tam nie wróciłem.
Poza tym, jeśli mam być biedakiem na Zachodzie, to już wole być biedakiem u siebie.
Trzy miesiące później umarł mój stary. Wóda zrobiła swoje.
Płakałem, a jakże. Po cichu, u siebie.
Chrzanić to!
Przecież kiedyś, jako dzieciak podziwiałem go. Podziwiałem, jak wdrapywał się na ogromne drzewo z mechaniczną, ciężką piłą i ciął potężne gałęzie, bo wszyscy inni się bali, podziwiałem jak przerzucał wielkie głazy w rzece po powodzi, jak tresował wielkiego psa, którego panicznie się bałem. Był taki silny, w końcu ja mały zdechlak, który w pierwszym roku życia miał umrzeć ze trzy razy i bez inchalatora ratującego oddech nie ruszał się o metr od domu, nie mogłem nawet pomarzyć o takiej sile. A najbardziej podziwiałem go, kiedy wyciągnął mnie w srodku nocy z płonącego pokoju, gdy zapalił się dom, a później sam biegał z rzeki,z wielkimi wiadrami pełnymi wody i lał w płonący budynek zanim przyjechała straż pożarna. Ten jeden, pierdolony raz był moim bohaterem.
Czekałem później całe swoje zakichane życie, aż przybiegnie znowu i wyciągnie mnie jak wtedy z bagna mojego żalu, złości i beznadziei.
Czekałem, aż przyjdzie trzeźwy i pogada.
Czekałem...
...aż umarł.

Opublikowano

Niezły tekst. Czasami narrator daje się zbytnio ponieść emocjom, ale ma to swój urok.
Twój styl mi kogoś przypomina tylko nie mogę sobie przypomnieć kogo.
Kilka frapujących fraz. Rzeczywiście u Austriaków trzeba ostro popierdalać.
"poprostu" "tymbardziej" piszemy osobno.
Potrafisz pisać.
szacunek!!

Opublikowano

Wiesz, dla mnie pisanie to przede wszystkim emocje, cały ich wachlarz można przerzucić na struny gitary, klawisze fortepianu, albo poprostu zamienić na słowa, nie jestem zwolennikiem rzemiosła w pisarstwie, rzemiosło pozostawiam stolarzom, rzeźbiarzom. Typowym przykładem rzemiosła w muzyce np. jest "Ramstein", dla mnie poprostu nudny, bo ułożony od pierwszej do ostatniej nuty, przewidywalny, ale jest to tylko moje zdanie i nie musisz się z nim zgadzać.

Opublikowano

1) "inchalatora" - poprawnie: inhalatora
2) "... biegał z rzeki,z wielkimi wiadrami pełnymi wody i lał w płonący budynek" - lepiej: z wielkimi wiadrami biegał do rzeki po wodę by gasić - źle brzmi przede wszystkim "biegał z rzeki"
3) "Ten jeden, pierdolony raz był moim bohaterem." - te razy, tak przez nas uświęcone, nie są "pierdolone" - wiem coś o tym. Moim zdaniem nie zrobisz krzywdy tekstowi jeżeli to słowo wywalisz.

Opowiadanie podobało mi się. Najbardziej cieszy mnie twoja dbałość o formę, poprawność składni. Niby na literackim forum powinno to byc normą, ale niestety tak nie jest .

Pozdrawiam

Opublikowano

Kobranocka, Paradise Lost, Moby, Maleńczuk, Stare Dobre Małżeństwo, Obituary, Grechuta, Black Eyed Peace, stara, dobra Metallica, U2, Sinead O`Connor, Vivaldi, sporo tego jest, nie zamykam się w jednym gatunku, bo jakoś nie potrafię. jeszcze Dżem, kiedyś Doorsi.
Za uwagi dzięki, poprawię niezwłocznie, ale ten jeden pierdolony raz tak mi odpowiada... to takie ostre podkreślenie faktu.Hmm. Muszę to przemyśleć. Zdanie z bieganiem z rzeki wyszło mi koszmarnie, przyznaję.

Opublikowano

Może Moby, pewnie Vivaldi, choć znany od wieków,rany zaraz wyjdę na ignoranta muzycznego :) Dawna Metallica, ta przed czarnym albumem była nieprzewidywalna, każdy kolejny krążek był inny, tracili fanów, zyskali nowych, nie jestem geniuszem muzycznym jeśli o to pytasz, ale jedna myśl ciśnie mi się do głowy a propos Ramsteina, kojarzy mi się z linią produkcyjną Mercedesa, powtarzalne riffy, monotonny metaliczny głos i jednostajny stukot.

Opublikowano

Jednostajność to niemiecki patent. A wszystko zaczęło się jeszcze w latach 70tych od zespołu Kraftwerk. Istnieje w niektórych utworach monotonia, która z każdą sekundą wnosi coraz to więcej i więcej. Obrazowo mówiąc wygląda to jak nabrzmiewanie. Jeśli tym środkiem chce się opisać ludzkie emocje, można osiągnąć wspaniałe efekty. Dla mnie genialna monotonia zawarta jest w utworze Pimpf zespołu Depeche Mode.
To żeśmy teraz troche o muzyce...? :))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jeśli chodzi o tę narastającą monotonię, o której mówisz, to chyba Pink Floyd jest w tym dobry. Uwielbiam ich narastający rytm i nagłe zmiany w 3/4 utworu. Poraża mnie jednak "uporządkowany chaos" Queen i jednostajny rytm "Polisy of truth" Depeche Mode.
No, to żeśmy o muzyce...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...