Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I

Przez podniesione ramię zakwitło słońce, nabywając quasi – autentyczną aureolę świętości. Obecność niedostrzegalnego była w ręce nienamacalna, ogólnie jednak miła. Uderzył pierwszy piorun.
- Wygląda na to, że będziemy mieli piękną ziemię – rzekł na całe gardło mól książkowy – Telewizja już tu jest!
- A o czym będzie reportaż? – niespodziewanie odezwał się jego rozmówca, pan Plus – Słyszałem, że coś nie tak z reporterami?
- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi – ze złością przewrócił się Mól Książkowy – Człowieku, idź lepiej zastanów się nad sobą i nad tym, co chcesz o tym świecie wiedzieć. Onti...
- Teraz twoja kolej! – uderzył drugi grom.
- A teraz bez kolejki! – uderzył ósmy, po czym uciekł przed zemstą współtowarzyszy.
- Świat się ma ku końcowi, skoro nawet pioruny walą, jak im się chce. – Plusowi nie chciała z oka wylecieć ani jedna łza. Mól natomiast podniósł się z ziemi i zaczął podróżować.
- Cztery siedem, cztery osiem, mam cię teraz w nosie! – zakrzyknął olśniony odkryciem wolnej woli – Muszę ostrzec telewizję, że ludziom dzieje się źle!
- Wiem! – głuchy, potężny głos echem odbił się od ziemi i trafił w swoje źródło. Okazało się, że źródłem tym był Głos. Wiele się dowiedziałem, kiedy go zobaczyłem.
- Wiem! – zakrzyknąłem, lecz głos mój rozrósł się w powietrzu i rozrzedził na tysiące zbutwiałych liści. Zrozumiałem tylko to, że moją porą była jesień.
- Zbutwiały liść mnie przykrył, ała, ała, zaraz mnie ukąsi bezwolne zwierzę! – darł się Mól, który wybierał się w drogę z zadaniem zbawienia ludzkości przed dziadem, symbolizującym niewielką niemoc.
- On i w kiełbasie by zgubił drogę – odezwał się gwałciciel, gwałcąc gwałconego. Z tej sceny emanowała radość życia, a na twarzy gwałciciela widniał pogodny uśmiech.
- Dobrze więc, pójdę sam do miasta i zaniosę ludziom Prześliczną Nowinę. Mól nie podołał zadaniu, zakryty liśćmi jak Bóg zakrywa dłonią swą ofiarę. Gdzie Mól nie mógł, może Pies podoła.
- Oj, panie – Plus, wyczuwając we mnie minusa, gardził mną i kochał zarazem. Przyglądałem mu się z całą bezwzględnością psiego węchu – Niełatwo być Psem w dzisiejszych czasach. Jeśli zginiesz – nikt nie będzie płakał, jeśli zwyciężysz – nikt tego nie zauważy.
- Cholerny zboczeńcu! – zakrzyknąłem skryty za falbankami słownymi. Gwałciciel zwrócił na mnie swoją pogodna twarz, lecz zauważywszy, że nie o niego mi chodziło, rozmarzył się – Zauważać to ty możesz swoją ciotkę, nic mnie to nie ton! – kontynuowałem, już bardziej spod spodu – Ale żywszy jestem od twojego lisiego gęgania, Jednostronny Wymiarze Rzeczywistości! – za(uwa)żywszy go w ten sposób odseparowałem to, co niepotrzebne od niejednego, czego nie widać.
- Poczekaj, telewizja przyjeżdża, gromy, grom, grom z jasnego P, ja wiem, wiem...! – głos cichł coraz bardziej, ponieważ Plus zmniejszał się w miarę oddalania się od niego. Kiedy spojrzałem się na Plusa po dwóch minutach, zrobił się taki malutki, że mogłem go schować w dłoni. Jego piskliwy głosik przerodził się w skrzek w momencie, kiedy dłoń zacisnąłem w pięść.

II
- Ptasie gniazda! Ptasie gniazda i zeszyty! – przekupnio dobroczynnie zachwalał swoje towary, znalezione prawdopodobnie za stolikiem – Panie, kup pan wiejskiego szczura! – jeden z przekupniow uderzył mnie w twarz pajęczyną – Palancie, to jest tanie jak twoja matka! – próbował mnie przekonać do jakości swoich wyrobów.
- A ile chcesz za tę małpę na twoim pysku? – spytałem, nieobyty z facjatą tak Wysokiej Mości. Na to on uśmiechnął się w sposób nie pozostawiający wiele do życzenia i odciął się: „Spadam”. Rzucił jeszcze wesołe „Jesteś fiutem” na pożegnanie i zwinął swój bezsens z mojej drogi, jakże przecież widocznej.
Miasto było szumne, to pierwsze rzucało się w oczy. Szumne i długie – dało się słyszeć, że stanowczo za długie jak na reguły konwencji „Krótkich miast zazdroszczących długim”. Udało mi się jednak przemierzyć całą tą długość nie czując współczucia dla kroków już postawionych – ba, czułem swoistą radość ze stworzenia sensu i celu dla mej wędrówki. Idąc, nagle poczułem pulsujący w skroni jakiś potworny kolor, coś jakby widok odjazdowych pomarańczy na granicy snu i jawy. Nie chciałem pamiętać tego uczucia, więc zanegowałem swoją tożsamość, usuwając z psychiki owo niechlujne zdarzenie. Zmieniło się moje miejsce urodzenia. Z Psa stałem się Zwierzchnikiem, za młodu kursującym między Bangladeszem a Mołdawią. Heroiczna przeszłość, niepamięć zdarzeń i w efekcie – nijakość teraźniejszości.
- Czy teraz kupisz gniazdo ptaka dodo, obsrany pojebie? – zagadnął mnie ponownie przekupnio, otwarcie siedząc na jeżdżącym taborecie.
- Nie durniu, nawet na chujowy niebieski zeszyt się nie zdecyduję – wysiliłem się na uprzejmość mimo irytacji spowodowanej utratą tożsamości.
- Pierdol się, ten zeszyt to gówno, bierz go sobie – zachęcony moją skłonnością do współpracy przekupnio rozpoczął licytację.
- Twoja mać ma więcej w głowie, niż jest słów w tym zeszycie – nieskładna reakcja na jego zaczepki zaowocowała erekcją.
- Bierz go i nie chcę w zamian nawet pierdnięcia, bo i tyle nie jest wart ten szajs – przekupnio rzucił mi w twarz zeszytem, patrząc w niebo.
- Nie, za darmo to ty możesz swoją matkę rozdawać, ja mam odrobinę godności – używając starego chwytu retorycznego „na matkę” pragnąłem rozstrzygnąć targ – Masz tu stary bukłak z korkiem w kształcie onanizującego się proboszcza parafii św. Wąsa z Bezbożnej Pustoty Duchowej, zabytek wart kreciego skalpu.
- Ale z ciebie kutas, dobra, biorę to. Ale nigdy więcej nie próbuj mnie na to złapać – przekupnio wstał z jeżdżącego taboretu i minął osiem beczek fig grających w rozbieranego pokera. Wygrywała beczka bez liny.
Zeszyt okazał mi więcej dobroci, niż lew źdźble trawy. Powróciła tożsamość, a wraz z nią uczucie pulsującego koloru. Zbadanie tej sprawy to chyba więcej, niż można przeżyć, kulejąc.


III
- Szkoda, że jestem taka niedościgniona – odezwała się na głos Parapetowa Dżeny. Miała więcej stóp wzrostu niż niejeden mógłby jej pozazdrościć. Paliło się światło – A więc, szkoda, powiadam, że jestem taka niedościgniona – Coś zakrakało w odpowiedzi. To dzban pragnął wkurwić filiżankę. Nic więcej.
W salonie wrzało, para gryzła w oczy, pantalony działały hipnotyzująco, a Parapetowa Dżeny mówiła na głos niemodne rzeczy.
- Ty to taka sowizdrzałka jesteś – zagaił jeden pantalon, chcąc zbrukać niedorozwiniętą moc psychicznej bariery Dżeny – Sowizdrzałka, i to w dodatku: zjedzona! – po całej sali przeszmuglował się instynkt śmiechu, nikt jednak nie dał mu wyrazu w czasie. Dopiero poniewczasie, kiedy Dżeny chciała odezwać się po raz trzeci, śmiech, zagubiony w podziemiach, znalazł wyjście w narządzie jamy gębowej. Pantalony owijały się w basałyki ze śmiechu, rozweselony dzban obrażał wszystkie naburmuszone filiżanki, a płomień trajkotał z parą o rzeczach nie z tej ziemi. Parapetowa Dżeny zadrżała, bojąc się ruszyć. „Jak się przestanę ruszać – myślała – może przestanę być sobą. Jak nie będę oddychać, może mnie nikt nie zauważy”. Bo ona nie chciała być sobą, nie teraz, nie w tej chwili. W gruncie rzeczy to nigdy tego nie chciała. Zawsze marzyła o przytulnym etosie wypasacza jednorożców. Spokój i samotność – oto jej ciche marzenia. Świat jednak nie dał się wziąć na litość i zmusił ją do bycia pośmiewiskiem dla ust i przyczepionych do nich pantalonów. O tak, definitywnie nie chciała być sobą.
Kiedy tak siedziała skulona, starając się zmienić i nie zwracać uwagi na wieczne „teraz, kiedy się ze mnie śmieją”, stała się rzecz dziwna. Łuna, pomarańczowe Nic wtargnęło do gospody „Wnieś kukłę” i zakazała ludziom spotkań. Każdy stał się obcy, każdy był podejrzany, każdy dla każdego mógł być każdym. Wszechobecna obcość dała o sobie znać w przejawie bezlitosnej furii odwiecznego archetypu przestępcy. Śmiech, z gromkiego i tubalnego skowytu, przerodził się w ciche i podstępne rechotanie, w okrywającą się płaszczem sarkazmu tajemnicę indywidualnej osobowości.
Parapetowa Dżeny, poruszona (a przez to przywrócona świadomości) nagłą zmianą, uwieczniła się na ścianie. Śmiech z wieczności przeszedł w chwilę, chęć ucieczki stała się chęcią powrotu, a tumany iskier z kopulacji ognia i pary wypaliły pole dla radości i pełni egzystencji. Dżeny nie pragnęła już zaniku swej skóry (kiedyś w tym celu nacierała się piaskiem i kapiszonami), wydobyła się z otchłani i zanurzyła w świetlistym „teraz” – w „teraz” takim, jakiego pragnęła.
Zaczęła wypasać jednorożce.


IV
Ja jestem Tym, Który To Napisał i jednocześnie Tym, Który Wędruje po mieście Tęcza Brahmana. Ja tworzę i cierpię, ja wiem i nabywam wiedzę. Światło pomarańczy jest moim dziełem, a jednocześnie doprowadziło mnie do utraty osobowości. Czterdziesty raz powtórzę: jestem szaleńcem.


V
Zgubiłem moją Prześliczną Nowinę. Czułem ją, czułem, że jest blisko, w paskudnym bólu pulsującej skroni dostrzegłem obietnicę fikuśnej radości. Czemu ją zignorowałem na początku, czemu dopiero przekupnio zdołał mnie przekonać do akceptacji własnej tożsamości? Gównianie to wszystko wyglądało, bo mi Nowina (jaka Prześliczna) uciekła.
Tak rozmyślając przemierzałem ulice Tęczy Brahmana, aż tu nagle oczom mym ukazał się niezwykły przybytek. Była to piętrowa kamienica, z drzwiami wychodzącymi na ulicę i oknami ustawionymi w dwa rzędy. Zaintrygowany specyfiką tego budynku postanowiłem przyjrzeć mu się dokładniej. Niestety – z bliska nie prezentował się już tak interesująco. Dwa morsy strzegące wejścia wyróżniały się tylko odblaskowymi kamizelkami, prawdopodobnie mającymi za zadanie zwrócić uwagę na ich obecność. Potężne drzwi o kształcie smoczej paszczy posiadały bardzo niezwykłą kołatkę, która wydawała dźwięk przypominający szamotanie się ryby w sieci. Na piątej ścianie kamienicy widniał napis: „Strzeż się kurzej stopy”, jednak to polecenie nie wydawało mi się godne zapamiętania i wygląd liter szybko wyleciał mi z głowy (choć sens pozostał). Słowem – był to prawdopodobnie zakon farbiarzy ziela. Prawdopodobnie, bo żaden z zapytanych morsów nie raczył udzielić odpowiedzi.
Wtem zapadł zmierzch. Słońce nie dorosło chyba jeszcze do swojego zadania i szybko poszło w kimę, bo rozległo się potężne chrapanie, zagłuszające miejski zgiełk i rzucające na kolana deklamatora dytyrambów. Według mojej rachuby nie nadeszło jeszcze południe, a w tym mieście zaległa już ciemność. Słońce tu jeszcze młode, a i ludzie niedojrzali.
Jak jeden mąż powrócił do swych licznych żon ból w skroni i zaczął z nimi wszystkimi naraz kopulować. Orgazmy kobiet były tak potężne, że omal nie rozsadziły mi głowy. Dojrzałem światło. Gdzieś na górze, na grani, wysoko. Ze szczytu góry Potwór z Lochness wykwitło pomarańczowe, pachnące widokiem niedźwiedzia światło, zalewające mój umysł i doprowadzając męża i żony do najwyższej ekstazy.
Znalazłem moją Prześliczną Nowinę.


VI
Jeździła na oklep na jednorożcu, śmiejąc się sama z siebie. Wtedy dojrzałem ją w pełni szczęścia, w absolutnym rozchełstaniu emocjonalnym i najczystszym samospełnieniu. Wówczas widziałem ją po raz ostatni i wówczas była najczystsza. Kiedy mnie spostrzegła, pełnym wdzięku ruchem zsiadła ze swego wierzchowca. Nie wstydząc się swej nagości zrobiła krok w moją stronę, spoglądając na mnie pytającym wzrokiem. Nagły błysk zrozumienia – i już wiedziała. Wiedziała, że chcę ją sprowadzić do miasta. Wiedziała, że znów będzie musiała oddawać się ludziom, i że znów zostanie zbrukana.
Prześliczna Nowina nie chciała zejść i zabiła mnie na łące, na szczycie góry.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Trochę inna wersja, dawnego tekstu.     Serce zaciska pulsującą pięść na gładkim sztylecie. Drgania ostrza, przekazane przez rękę mordercy, natychmiast nieruchomieją. Jest teraz płynne i zostaje wchłonięte. Wzmocnia siłę. Król wszystkich mięśni, czuje satysfakcje. W ułamku sekundy, konstruuje, dwa dodatkowe ostrza. Wchodzą prosto w napastnika. Poprzez wilgotne gałki oczne, przebijają mózg, by wyjść po drugiej stronie. Nawet nie zauważa, że zginął.   Ono zasklepia ranę. Przykucnięte pod ścianą, czeka cierpliwie. Nie wie kim jest, oraz w jakim celu. Mrok spowija zaułek. Zaczyna fazę kontrolowanego letargu. Po jakimś czasie, podchodzą podłużne cienie. Oświetlone z tyłu słabym światłem, przyszły szukać jedzenia.    Wokół słychać krótkotrwałe dźwięki. Ustają po kilku sekundach. Nadawcy owych, trafieni błękitnymi promieniami, celnie i skutecznie, zostają rozszarpani na malutkie kawałeczki. Po chwili są nową całością. Ono zyskuje sługę, o nieokreślonym wyglądzie. To jednak nie ma żadnego znaczenia. Tylko przydatność w określonej sytuacji. Dopóki jest potrzebny. Taki, a nie inny.   Mały chłopczyk, chłonie otczenie wszystkimi zmysłami. Pierwszy raz w życiu, odczuwa taką fascynującą, estetyczną radość. Błękit nieba, żółte słońce, kolorowe kwiaty, śpiew ptaków, robi na nim, wielkie wrażenie. Rzeczywiście, banalne to i rzec by można – przejedzone. A jednak cała okolica, ma w sobie to coś tajemniczego, co zaciekawia zmysły. Cieszy harmonią współistnienia. Chłopczyk popada w taki niesamowity zachwyt, że nie wie, co najpierw oglądać i gdzie najpierw iść. W końcu podąża przed siebie.   Koniec letargu. Nie pamięta dokładnie zdarzeń poprzedzających. Zaułek nadal ciemny. Miejsce nie wygląda zachęcająco. Dostrzega sługę. Kuca oparty o ścianę. Z owłosionych ust, zwisa ludzka ręka, w zaawansowanym stadium rozkładu. Widocznie gdzieś wygrzebał lub znalazł. Wszędzie śmierdzą, resztki czegoś, trudnego do określenia, na podobieństwo, mięsa, skóry, kłaków i kości.    Stwory nie poznały w nim swoich braci. Zjadały resztki. Nie odganiał ich. Nie chciał krzywdzić tego, z czego powstał. Widzi, że Ono siedzi spokojnie. Wybudzone z letargu, patrzy wprost na niego. Sługa nie myśli za bardzo, co oznacza ów wzrok. Coś mu w tym zawadza.   Wędrówka pomiędzy kolorowymi kwiatami, które nagle wyrosły, wzdłuż czystego, szumiącego strumienia, jeszcze bardziej zachwyca umysł chłopca. Promienie słoneczne, śmiesznie migoczą na delikatnych falach. Malują pływające świetliki. Miniaturowe gwiazdy, rzucone na taflę wody, kryją obraz ozdobionego nieba. Nawet pajęczyny, utkane to tu, to tam, wyglądają, jak zrobione z delikatnych anielskich włosów.     Gdzieś wysoko, pod baldachimem, nakrapianym białymi chmurkami, skowronek śpiewa swoją pieśń. Jednak coś nie tak z tym śpiewem. Ni stąd ni zowąd, ciemna chmura zasłania słońce. Chłopiec słyszy miękkie, martwe plaśnięcie. Wokół nastaje cisza. Tylko bicie własnego serca, szepcze cichym stukaniem, linię życia.    Nieopodal dostrzega, ładną przytulną piaskownicę. Pełna złotego piasku, roztacza nad sobą, delikatną aurę, o barwie słodkich pomarańczy. Nieruchoma zabawka, drewniany pognieciony karawan, spoczywa w tajemniczej poświacie. Migoczące świetliki, tańczą na maleńkich, figlarnych ziarenkach oraz w martwych źrenicach, widocznych w otwartej trumnie.   Ono ze swoim sługą, nie ustaje w drodze. Sługa coraz intensywniej odczuwa głód, a tym samym, zjedzenia czegokolwiek. Wyrwa sobie jedną z łap. Jeszcze pięć zostaje. Idzie na czterech, a w piątej trzyma szóstą łapę, obgryzając ze wszystkich stron. Słychać głośne trzaski, gdy chrupie kości. Nie dziwi go fakt, że nie odczuwał bólu, przy wyrywaniu. Widocznie już takim jest. Ono, jego Pan, wędruje przed nim. Nie patrzy za siebie. Wie, że wierny sługa, pozostanie wiernym. Dostrzega małą postać, stojącą pośród kwiatów. Złoty odblask piasku, razi go w oczy.    Chłopiec zachwycony widokiem piaskownicy, wchodzi do wewnątrz. Niechcący rozdeptuje zabawkę, barwiąc jej szczątki, na czerwono. Jednocześnie znajduje popsute łopatki, wiaderka i tym podobne rzeczy. Nie martwi go to. Kolor piasku jest taki przepiękny, że mógłby w nim siedzieć do końca życia. Postanawia ulepić coś wspaniałego. Pokonuje wiele razy, tam i z powrotem, drogę do strumyczka. Przynoszona woda, nie przecieka, pomiędzy palcami. Wlewa ją do piasku i miesza. Dość długo konstruuje wspaniałą budowlę. Aż w końcu, złoty zamek, błyszczy w przyćmionym słońcu. Wystarczy dopracować szczegóły.   Sługa ze swoim Panem, stoi kilka kroków za nim. Chłopiec nieświadomy towarzystwa, cieszy oczy, widokiem tego, czego jest autorem. Majstruje przy drzwiach i oknach, by ulepić ozdobne i potrzebne drobiazgi. Małą gałązką miotełkową, wygładza nieduże parapety, trójkątnych okien. Rzeźbi klamki i wierci paluchem, dziurki do kluczy, na wielkich drzwiach wejściowych. Ozdabia je małymi kamyczkami, oraz maleńką, ozdobnie okrwawioną czaszką. Zwyczajową wisienką na torcie. Finalnym wieńcem. Wygrzebał ją, spod resztek karawanu, odrywając od tułowia. Odchodzi kawałek i ponownie, z uśmiechem na ustach, spogląda, na to co stworzył. Wyobraża sobie, że błyszczące brylanty, zdobią jego dzieło.     Atak następuje zupełnie niespodziewanie. Z wielkiej bramy zamku, wylatują pomarańczowe błyskawice. Wirujące ogniste pętle. Niewielkie, ale rosą bardzo szybko. Zewsząd słychać wrzące, wilgotne syczenie. Chłopiec w pierwszej chwili nie świadomy w pełni zagrożenia, odruchowo wyskakuje z piaskownicy, chcąc uciekać. Niestety, napotka śmierdzącą, ruchomą ścianę. Kłębowisko drgających szczątków.    Sługa atakuje wirującego wroga. Świdrujący swąd palonego mięsa, błyskawicznie rozprzestrzenia nieprzyjemny zapach. Wtem wszystkie ogniste pętle, atakują jego Pana. Atakowany prawie tego nie zauważa Pochłania je wszystkie, z głośnym beknięciem.    Nastaje cisza i dziwna zmiana otoczenia. Tylko gdzieniegdzie, słychać przygasające skwierczenie. Chłopiec stoi wtulony w obrzydliwą istotę, która na dodatek, okropnie cuchnie, jakby w pewnym rozproszeniu. Ono zaczyna inaczej myśleć. Wokół biega stado zdezorientowanych.          
    • @Migrena zgranie z rytmem, żeby przetrwać, katastrofie przeciwstawiona rozpaczliwa walka o przetrwanie, która ma w sobie niewiele z estetyki aktu... @Migrena i tak bywa wiosną

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Achilles_Rasti !
    • @Poet Ka     wiersz o ciele i przetrwaniu w brutalnej przestrzeni !!!   to co piszesz nie mieści się w moim rozumieniu poezji.   nie ma tu opisu aktu seksualnego jedynie jego zarys lub domniemanie.   to jest egzystencjalny, brutalnie zmetaforyzowany jego obraz  jako forma ratunku przed rozpadem.   miasto tutaj nie jest tłem bo jest organizmem drgającym w gorączce, który pozera i jednocześnie wymusza bliskość. język idzie w stronę mięsa, rdzenia, bólu ale to nie epatowanie, tylko próba przebicia się przez skorupę obojętności. minimalistyczna erotyka nie jest tu  czułoscią tylko jest mechanizmem przetrwania, krótkim spięciem w układzie umierającej przestrzeni. kontrastem między brutalnością materii a nagłym, niemal świętym momentem "liczenia serca” .   chodzi tutaj.o kilka nakładających się "rozpadów”, które w tekście zasugerowalem, a nie nazwałem  wprost.   i tak.   rozpad relacji.   rozpad sensu.   rozpad świata.   rozpad jednostki.   w moim wierszu nie ma :    klasycznej zmysłowości seks nie jest przyjemnością, tylko napięciem i ratunkiem dominuje przemoc językowa, nie sensualność   a wracajac do rozpadu sensu.   zauważ, że język w wierszu się "psuje” modlitwa zamienia się w odruch, usta w ranę, miłość traci nazwę.   seks nie jest tu znaczeniem, tylko ostatnim doświadczeniem, które jeszcze coś znaczy fizycznie.   i jeszcze jedno.   w zadnym wypadku nie jest to erotyk !!!   to poezja brutalna i egzystencjalna, w której cielesnosć staje się narzędziem przetrwania i świadectwem intensywnosci doświadczenia w brutalnym świecie  czyli coś w rodzaju "poezji ekstremalnej”.       jeżeli zechcesz chętnie rozwinę to co napisalem wcześniej.     a co do filmiku.   tak, to taka moja prowokacja.   chcialem powiedzieć tym filmikiem - zobacz: tak wygląda przeciwienstwo miłości.   jeżeli to do kogoś trafi to cel osiagnąłem. jeżeli nie ? nie rozerwę się przecież granatem !        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...