Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I

Przez podniesione ramię zakwitło słońce, nabywając quasi – autentyczną aureolę świętości. Obecność niedostrzegalnego była w ręce nienamacalna, ogólnie jednak miła. Uderzył pierwszy piorun.
- Wygląda na to, że będziemy mieli piękną ziemię – rzekł na całe gardło mól książkowy – Telewizja już tu jest!
- A o czym będzie reportaż? – niespodziewanie odezwał się jego rozmówca, pan Plus – Słyszałem, że coś nie tak z reporterami?
- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi – ze złością przewrócił się Mól Książkowy – Człowieku, idź lepiej zastanów się nad sobą i nad tym, co chcesz o tym świecie wiedzieć. Onti...
- Teraz twoja kolej! – uderzył drugi grom.
- A teraz bez kolejki! – uderzył ósmy, po czym uciekł przed zemstą współtowarzyszy.
- Świat się ma ku końcowi, skoro nawet pioruny walą, jak im się chce. – Plusowi nie chciała z oka wylecieć ani jedna łza. Mól natomiast podniósł się z ziemi i zaczął podróżować.
- Cztery siedem, cztery osiem, mam cię teraz w nosie! – zakrzyknął olśniony odkryciem wolnej woli – Muszę ostrzec telewizję, że ludziom dzieje się źle!
- Wiem! – głuchy, potężny głos echem odbił się od ziemi i trafił w swoje źródło. Okazało się, że źródłem tym był Głos. Wiele się dowiedziałem, kiedy go zobaczyłem.
- Wiem! – zakrzyknąłem, lecz głos mój rozrósł się w powietrzu i rozrzedził na tysiące zbutwiałych liści. Zrozumiałem tylko to, że moją porą była jesień.
- Zbutwiały liść mnie przykrył, ała, ała, zaraz mnie ukąsi bezwolne zwierzę! – darł się Mól, który wybierał się w drogę z zadaniem zbawienia ludzkości przed dziadem, symbolizującym niewielką niemoc.
- On i w kiełbasie by zgubił drogę – odezwał się gwałciciel, gwałcąc gwałconego. Z tej sceny emanowała radość życia, a na twarzy gwałciciela widniał pogodny uśmiech.
- Dobrze więc, pójdę sam do miasta i zaniosę ludziom Prześliczną Nowinę. Mól nie podołał zadaniu, zakryty liśćmi jak Bóg zakrywa dłonią swą ofiarę. Gdzie Mól nie mógł, może Pies podoła.
- Oj, panie – Plus, wyczuwając we mnie minusa, gardził mną i kochał zarazem. Przyglądałem mu się z całą bezwzględnością psiego węchu – Niełatwo być Psem w dzisiejszych czasach. Jeśli zginiesz – nikt nie będzie płakał, jeśli zwyciężysz – nikt tego nie zauważy.
- Cholerny zboczeńcu! – zakrzyknąłem skryty za falbankami słownymi. Gwałciciel zwrócił na mnie swoją pogodna twarz, lecz zauważywszy, że nie o niego mi chodziło, rozmarzył się – Zauważać to ty możesz swoją ciotkę, nic mnie to nie ton! – kontynuowałem, już bardziej spod spodu – Ale żywszy jestem od twojego lisiego gęgania, Jednostronny Wymiarze Rzeczywistości! – za(uwa)żywszy go w ten sposób odseparowałem to, co niepotrzebne od niejednego, czego nie widać.
- Poczekaj, telewizja przyjeżdża, gromy, grom, grom z jasnego P, ja wiem, wiem...! – głos cichł coraz bardziej, ponieważ Plus zmniejszał się w miarę oddalania się od niego. Kiedy spojrzałem się na Plusa po dwóch minutach, zrobił się taki malutki, że mogłem go schować w dłoni. Jego piskliwy głosik przerodził się w skrzek w momencie, kiedy dłoń zacisnąłem w pięść.

II
- Ptasie gniazda! Ptasie gniazda i zeszyty! – przekupnio dobroczynnie zachwalał swoje towary, znalezione prawdopodobnie za stolikiem – Panie, kup pan wiejskiego szczura! – jeden z przekupniow uderzył mnie w twarz pajęczyną – Palancie, to jest tanie jak twoja matka! – próbował mnie przekonać do jakości swoich wyrobów.
- A ile chcesz za tę małpę na twoim pysku? – spytałem, nieobyty z facjatą tak Wysokiej Mości. Na to on uśmiechnął się w sposób nie pozostawiający wiele do życzenia i odciął się: „Spadam”. Rzucił jeszcze wesołe „Jesteś fiutem” na pożegnanie i zwinął swój bezsens z mojej drogi, jakże przecież widocznej.
Miasto było szumne, to pierwsze rzucało się w oczy. Szumne i długie – dało się słyszeć, że stanowczo za długie jak na reguły konwencji „Krótkich miast zazdroszczących długim”. Udało mi się jednak przemierzyć całą tą długość nie czując współczucia dla kroków już postawionych – ba, czułem swoistą radość ze stworzenia sensu i celu dla mej wędrówki. Idąc, nagle poczułem pulsujący w skroni jakiś potworny kolor, coś jakby widok odjazdowych pomarańczy na granicy snu i jawy. Nie chciałem pamiętać tego uczucia, więc zanegowałem swoją tożsamość, usuwając z psychiki owo niechlujne zdarzenie. Zmieniło się moje miejsce urodzenia. Z Psa stałem się Zwierzchnikiem, za młodu kursującym między Bangladeszem a Mołdawią. Heroiczna przeszłość, niepamięć zdarzeń i w efekcie – nijakość teraźniejszości.
- Czy teraz kupisz gniazdo ptaka dodo, obsrany pojebie? – zagadnął mnie ponownie przekupnio, otwarcie siedząc na jeżdżącym taborecie.
- Nie durniu, nawet na chujowy niebieski zeszyt się nie zdecyduję – wysiliłem się na uprzejmość mimo irytacji spowodowanej utratą tożsamości.
- Pierdol się, ten zeszyt to gówno, bierz go sobie – zachęcony moją skłonnością do współpracy przekupnio rozpoczął licytację.
- Twoja mać ma więcej w głowie, niż jest słów w tym zeszycie – nieskładna reakcja na jego zaczepki zaowocowała erekcją.
- Bierz go i nie chcę w zamian nawet pierdnięcia, bo i tyle nie jest wart ten szajs – przekupnio rzucił mi w twarz zeszytem, patrząc w niebo.
- Nie, za darmo to ty możesz swoją matkę rozdawać, ja mam odrobinę godności – używając starego chwytu retorycznego „na matkę” pragnąłem rozstrzygnąć targ – Masz tu stary bukłak z korkiem w kształcie onanizującego się proboszcza parafii św. Wąsa z Bezbożnej Pustoty Duchowej, zabytek wart kreciego skalpu.
- Ale z ciebie kutas, dobra, biorę to. Ale nigdy więcej nie próbuj mnie na to złapać – przekupnio wstał z jeżdżącego taboretu i minął osiem beczek fig grających w rozbieranego pokera. Wygrywała beczka bez liny.
Zeszyt okazał mi więcej dobroci, niż lew źdźble trawy. Powróciła tożsamość, a wraz z nią uczucie pulsującego koloru. Zbadanie tej sprawy to chyba więcej, niż można przeżyć, kulejąc.


III
- Szkoda, że jestem taka niedościgniona – odezwała się na głos Parapetowa Dżeny. Miała więcej stóp wzrostu niż niejeden mógłby jej pozazdrościć. Paliło się światło – A więc, szkoda, powiadam, że jestem taka niedościgniona – Coś zakrakało w odpowiedzi. To dzban pragnął wkurwić filiżankę. Nic więcej.
W salonie wrzało, para gryzła w oczy, pantalony działały hipnotyzująco, a Parapetowa Dżeny mówiła na głos niemodne rzeczy.
- Ty to taka sowizdrzałka jesteś – zagaił jeden pantalon, chcąc zbrukać niedorozwiniętą moc psychicznej bariery Dżeny – Sowizdrzałka, i to w dodatku: zjedzona! – po całej sali przeszmuglował się instynkt śmiechu, nikt jednak nie dał mu wyrazu w czasie. Dopiero poniewczasie, kiedy Dżeny chciała odezwać się po raz trzeci, śmiech, zagubiony w podziemiach, znalazł wyjście w narządzie jamy gębowej. Pantalony owijały się w basałyki ze śmiechu, rozweselony dzban obrażał wszystkie naburmuszone filiżanki, a płomień trajkotał z parą o rzeczach nie z tej ziemi. Parapetowa Dżeny zadrżała, bojąc się ruszyć. „Jak się przestanę ruszać – myślała – może przestanę być sobą. Jak nie będę oddychać, może mnie nikt nie zauważy”. Bo ona nie chciała być sobą, nie teraz, nie w tej chwili. W gruncie rzeczy to nigdy tego nie chciała. Zawsze marzyła o przytulnym etosie wypasacza jednorożców. Spokój i samotność – oto jej ciche marzenia. Świat jednak nie dał się wziąć na litość i zmusił ją do bycia pośmiewiskiem dla ust i przyczepionych do nich pantalonów. O tak, definitywnie nie chciała być sobą.
Kiedy tak siedziała skulona, starając się zmienić i nie zwracać uwagi na wieczne „teraz, kiedy się ze mnie śmieją”, stała się rzecz dziwna. Łuna, pomarańczowe Nic wtargnęło do gospody „Wnieś kukłę” i zakazała ludziom spotkań. Każdy stał się obcy, każdy był podejrzany, każdy dla każdego mógł być każdym. Wszechobecna obcość dała o sobie znać w przejawie bezlitosnej furii odwiecznego archetypu przestępcy. Śmiech, z gromkiego i tubalnego skowytu, przerodził się w ciche i podstępne rechotanie, w okrywającą się płaszczem sarkazmu tajemnicę indywidualnej osobowości.
Parapetowa Dżeny, poruszona (a przez to przywrócona świadomości) nagłą zmianą, uwieczniła się na ścianie. Śmiech z wieczności przeszedł w chwilę, chęć ucieczki stała się chęcią powrotu, a tumany iskier z kopulacji ognia i pary wypaliły pole dla radości i pełni egzystencji. Dżeny nie pragnęła już zaniku swej skóry (kiedyś w tym celu nacierała się piaskiem i kapiszonami), wydobyła się z otchłani i zanurzyła w świetlistym „teraz” – w „teraz” takim, jakiego pragnęła.
Zaczęła wypasać jednorożce.


IV
Ja jestem Tym, Który To Napisał i jednocześnie Tym, Który Wędruje po mieście Tęcza Brahmana. Ja tworzę i cierpię, ja wiem i nabywam wiedzę. Światło pomarańczy jest moim dziełem, a jednocześnie doprowadziło mnie do utraty osobowości. Czterdziesty raz powtórzę: jestem szaleńcem.


V
Zgubiłem moją Prześliczną Nowinę. Czułem ją, czułem, że jest blisko, w paskudnym bólu pulsującej skroni dostrzegłem obietnicę fikuśnej radości. Czemu ją zignorowałem na początku, czemu dopiero przekupnio zdołał mnie przekonać do akceptacji własnej tożsamości? Gównianie to wszystko wyglądało, bo mi Nowina (jaka Prześliczna) uciekła.
Tak rozmyślając przemierzałem ulice Tęczy Brahmana, aż tu nagle oczom mym ukazał się niezwykły przybytek. Była to piętrowa kamienica, z drzwiami wychodzącymi na ulicę i oknami ustawionymi w dwa rzędy. Zaintrygowany specyfiką tego budynku postanowiłem przyjrzeć mu się dokładniej. Niestety – z bliska nie prezentował się już tak interesująco. Dwa morsy strzegące wejścia wyróżniały się tylko odblaskowymi kamizelkami, prawdopodobnie mającymi za zadanie zwrócić uwagę na ich obecność. Potężne drzwi o kształcie smoczej paszczy posiadały bardzo niezwykłą kołatkę, która wydawała dźwięk przypominający szamotanie się ryby w sieci. Na piątej ścianie kamienicy widniał napis: „Strzeż się kurzej stopy”, jednak to polecenie nie wydawało mi się godne zapamiętania i wygląd liter szybko wyleciał mi z głowy (choć sens pozostał). Słowem – był to prawdopodobnie zakon farbiarzy ziela. Prawdopodobnie, bo żaden z zapytanych morsów nie raczył udzielić odpowiedzi.
Wtem zapadł zmierzch. Słońce nie dorosło chyba jeszcze do swojego zadania i szybko poszło w kimę, bo rozległo się potężne chrapanie, zagłuszające miejski zgiełk i rzucające na kolana deklamatora dytyrambów. Według mojej rachuby nie nadeszło jeszcze południe, a w tym mieście zaległa już ciemność. Słońce tu jeszcze młode, a i ludzie niedojrzali.
Jak jeden mąż powrócił do swych licznych żon ból w skroni i zaczął z nimi wszystkimi naraz kopulować. Orgazmy kobiet były tak potężne, że omal nie rozsadziły mi głowy. Dojrzałem światło. Gdzieś na górze, na grani, wysoko. Ze szczytu góry Potwór z Lochness wykwitło pomarańczowe, pachnące widokiem niedźwiedzia światło, zalewające mój umysł i doprowadzając męża i żony do najwyższej ekstazy.
Znalazłem moją Prześliczną Nowinę.


VI
Jeździła na oklep na jednorożcu, śmiejąc się sama z siebie. Wtedy dojrzałem ją w pełni szczęścia, w absolutnym rozchełstaniu emocjonalnym i najczystszym samospełnieniu. Wówczas widziałem ją po raz ostatni i wówczas była najczystsza. Kiedy mnie spostrzegła, pełnym wdzięku ruchem zsiadła ze swego wierzchowca. Nie wstydząc się swej nagości zrobiła krok w moją stronę, spoglądając na mnie pytającym wzrokiem. Nagły błysk zrozumienia – i już wiedziała. Wiedziała, że chcę ją sprowadzić do miasta. Wiedziała, że znów będzie musiała oddawać się ludziom, i że znów zostanie zbrukana.
Prześliczna Nowina nie chciała zejść i zabiła mnie na łące, na szczycie góry.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Dori W Japonii są firmy organizujące klientom zniknięcie. Nazywają to johatsu. Mnóstwo ludzi się na to decyduje.
    • @LessLove Nooooo... Jeśli specjalista od Kieślowskiego mówi takie rzeczy, to przyjmuję z dumą. Dzięki!
    • Wiara   Jest to słowo, pojęcie złożone, ze względu na swoje znaczenie. Nie chcę wnikać w pochodzenie tego wyrazu i ujawniać sporą pracę filologiczną, którą można by tu przedstawić, z całym orszakiem stronnictw i kłótni co do genezy słowa i kraju pochodzenia. Może piktogramy groty w Lascaux to już podwaliny tego wyrazu, myśląc abstrakcyjnie, a może ktoś doszuka się tego słowa konkretniej. Czy wiara to słowo, pojęcie czy wyraz? Można przyjąć, że nie tylko tym wszystkim naraz, a więc słowem wyrażającym pojęcie, ideę ale także sposobem życia. Wiara to rodzaj bycia. To pewny, stały i zmienny zarazem stan emocjonalny każdego elementu człowieczej osoby. Rodzaj napięcia, stresu wyzwolonego, rodzaj trzeciego stopnia abstrakcji. U człowieka, który nie ma idei wiary, który nie posiada wiary, żywotne siły i energie duchowe, które szybko nie znalazłszy gąbki ssącej – idei, obumierają niczym powoje bez muru i zapadają się w ciemny dół pożądań zwierzęcych i odruchów, słabo uświadamianych samemu sobie. Można powiedzieć, że taki człowiek żyje bez głowy, żyje innymi częściami ciała, a jego „idee spauperyzowane” zamieszkują poprzez nerwy przechodzące przez głowę, w nogach, w brzuchu, fallusie, itp. Człowiek poprzez i dzięki idei wiary może pracować nad sobą w opozycji do zła zewnętrznego i wewnętrznego, może nieustannie niwelować błędy w postępowaniu własnym i cudzym, które w czasie i przestrzeni go dotknęły. Można skonstatować, że dobrze funkcjonująca wiara to cud, który czyni cuda. Fundamentem idei wiary jest przyjęcie myśli, że istnieje Istota poza nami samymi, a którą nazywa się Bogiem i że z tej myśli wypływa główne źródło wiary. Bóg wywodzi się spoza rozumu ludzkiego, z Objawienia. Bóg, Absolut, Istota może wszystko w przeciwieństwie do stworzenia, jakim jest człowiek. Więcej nie trzeba już rozumieć. Z takiego bowiem przyjęcia a priori przychodzi do człowieka wiara, a poprzez nią poczucie prawdy tej wiary. Prawdy jaką daje przyjęcie a priori, jaką daje bezwarunkowa kapitulacja wątpliwości rozumu człowieka względem wiary i Boga. Z wiary wynika wiedza o dobru i złu, o wielkości Boga i stworzenia, o predestynacji stworzenia. Idea wiary mówi o tym, co przez wiarę żywą widać, że stworzenie to idee oblepione tą samą materią, inaczej poukładaną i wysublimowaną. Idea drzewa wywiedzionego z ziemi, idea ptaka wziętego z ziemi, idea człowieka wziętego z ziemi, etc. Wiara pozwala dostrzec piękno dzieła stworzenia. Ktoś powie, że do postrzegania są oczy a nie wiara. Ale idei oczy bez wiary nie widzą. Spauperyzowane idee, czy raczej myśli mętne nie są w stanie uaktywnić wzroku (uczulić go) na idee płynące z wiary, a w konsekwencji z cnoty czystości. Mętni myśliciele uciekają od światła, od klarowności, nie lubią otwarcie stawiać kwestii, objaśniać problemów. Gdy ktoś posiadający ideę wiary i posiadający cnoty stąd płynące dostrzeże ich zubożenie, gorszość etyczno-moralną, czuje się jak dziecko przyłapane na złym uczynku. Ktoś odgadł ich idee spauperyzowane, to że nie mają pełnego uzdolnienia do pełnych idei etycznych w swojej moralności i że ich substytut jest kaleki, pełny błędów w myśli i w jej wykonawstwie. Wiara jest Dobrem. Jeśli ktoś boi się wiary, boi się dobra i tego co dobre, co służy Dobru. Boi się jasności, światła, aby jego nędza nie okazała się sromotna. Żywiołem takich „niewyklarowanych” czasowo osób jest półmrok, półprawda, półkłamstwo. Czują się w nim niczym „królowie życia”, niczym „rekiny w głębinach”, „czarni bohaterowie”. Lubują się w cudzych błędach, podsycają je u bliźnich i pielęgnują niczym kompozytor nuty w partyturze. Kiedy wszystkie nutki brzmią fałszywie, piskliwie, żałośnie jest zadowolony. Słucha takiej zanikającej muzyki, żywi się cierpieniem bliźnich. Dalecy od harmonii, dalecy od piękna i dobra, umierają osamotnieni, samotne dźwięki, samotne zagubione nutki… . Wiara dobrego kompozytora przeszywa na wskroś takich ludzi gigantów złej woli, przenika struktury ich przemyślanego zła swym wiecznym światłem. Muśnięci tym rozpoznaniem odskakują od źródła swego „oświecenia” jak diabeł od święconej wody. Niektórzy, gdy widzą moc wiary nawracają się i porzucają kamienie zemsty, a niektórzy nie dają za wygraną… . Niektórzy odnajdują dobre słowa dla bliźniego, pokazują umiejętnie błędy, naprawiają własne. A inni knują zbrodnie i zbrodnicze plany. Wiara w przyjaźń jest ciekawą projekcją ludzkiej egzystencji, szczególnie popularną w „zielonych latach”, w młodości człowieczej. Ludzie młodzi, pełni entuzjazmu wypływającego z ich naturalnej energii, wymieniają myśli o różnych problemach tego świata, stopniowo krystalizują swoje wyobrażenia o kandydacie na przyjaciela, który nierzadko nim się staje, po upływie stosownego czasu, potrzebnego do wyjaśnienia podstawowych i kluczowych problemów. Taka młodzieńcza przyjaźń krzepi się odwagą płynącą z uczciwych zamiarów i pobudek, uczciwych motywacji, przyświecających nawiązywaniu znajomości, a potem przyjaźni. Młody człowiek nosi w sobie taką potrzebę i taką trochę niejasną ideę przyjaźni, którą realizuje w danym mu czasie i miejscu, pośród ludzi o podobnych skłonnościach. Z wiekiem kurczy się ta energia i unicestwia ta idea, a to na rzecz własnej rodziny, którą dany człowiek założył, a to w związku z konkurencją i ekspansją w brutalnym świecie rzeczywistej moralności, w brutalnym świecie zwierzęcej walki o byt. Niektórym ludziom udaje się przemycić odrobinę „młodzieńczej naiwności” i „ludzkich odruchów”, dziecięcego spojrzenia na świat… nawet przez całe życie. Przeważnie są to osoby duchowne lub mocno wierzące, posiadające dobrze skonstruowaną ideę wiary. Niektórzy mówią: „przyjaźnię się na wiarę”, zawierzam drugiemu człowiekowi, że mnie nie zdradzi, nie sprzeniewierzy mego zaufania. Ale czas i ludzkie zło niweczy te piękne idee, wypacza przede wszystkim ludzki umysł i ducha, a poprzez zły byt, niszczy idee pełne i daje spauperyzowane, kultury śmierci. Cud wiary czyni cuda. Ktoś kiedyś powiedział: „…gdybyście mieli wiarę w sobie, powiedzielibyście górze podejdź do mnie, to podeszłaby…”. Mieć wiarę, która góry przenosi, która ożywia kamienie, chromym przywraca zdrowie, a martwym przywraca życie… . To wiara potężna, wiara jakiegoś „herosa”, którym człowiek musiałby się stać aby uskutecznić takie reakcje. We współczesnym świecie można znaleźć ludzi, ludzi – herosów za jakich się ich uważa, którzy czynią różne cuda lecz nie mocą wiary, o której mowa, ale wiary w swoje zdolności i wiedzę. Mam na myśli nie tylko wszelakiej maści jogów czy telepatów ale także magików, czy szamanów tzw. „zombi”. To też jest jakaś postać wiary, jakiś jej przejaw. Nie o taką wiarę tu idzie. Wiara, która „przenosi góry” ma inną genezę, choć przez formę ludzkiego bytowania może mieć podobne pozory. Ta wiara ma siłę nie tylko od – człowieczą ku „bóstwu” ale i od „bóstwa” ku człowiekowi. Ktoś może zarzucić, że podobnie rzecz ma się z szamanem: ma moc „bóstwa”, które ożywia zmarłych, ma siłę płynącą z zewnątrz. To nie jest prawdą, ponieważ wiara szamana opiera się o pilnie strzeżoną wiedzę o rozmaitych substancjach materialnych, które zna, a które pozwalają na manipulację żywymi istotami. Natomiast wiara oparta na Prawdzie pozwala na ingerencję poprzez substancje materialne, pozbawione właściwości tego rodzaju, np. zwykła woda pitna, błoto, ślina ludzka, itp., które nagle, wskutek ingerencji „siły wyższej” nabywają cudownych właściwości. Do dzisiaj nauka, świat nauki nie potrafi wyjaśnić cudownych właściwości leczniczych wielu źródeł, np. Lourdes we Francji. Zwłaszcza dzisiejszemu człowiekowi, człowiekowi dwudziestego pierwszego wieku trudno o taką wiarę o jakiej mówi Bóg – Człowiek, Jezus Chrystus, jakiej wymaga od przeciętnego obywatela. Liczne źródła informacji wynikających z rozmaitych środków przekazu i tzw. kultury masowej, sterują i manipulują podmiotem, popychają go więcej lub mniej świadomie, w najlepszym przypadku, ku jakiejś zubożonej idei, a najczęściej na manowce: cynizmu, wyrachowania, beznadziejności, bezczelności, ignorancji, arogancji, agresji, jednym słowem na manowce niewiary. Relacje ilościowe wątpliwej jakości, zalewające słuch i umysł człowieka XXI wieku, w najlepszym razie stawiają podmiot na rozdrożu, gdzie ciągle na nowo musi dokonywać wyborów już kiedyś dokonanych, niczym zbłąkany ślepiec, błądzący w tym samym labiryncie. To oddalające (od prawdziwej wiary) błądzenie tylko z pozoru niesie pocieszenie, iż nie ma dwóch identycznych dotknięć tego samego drogowskazu, a weryfikacja u człowieka myślącego to konieczność i chleb powszedni. Rzeczywistość takiego oddalenia jest nie mierzalna, jest metafizyczna, a konsekwencje nieprzewidywalne w kategoriach „ludzkiego” punktu widzenia. Wiara Mesjasza, jakiej nauczał dwa tysiące lat temu zwykłych ludzi, wiara dla zwykłych ludzi, niezwykła wiara dla zwyczajnych ludzi, to jakby dwie wielkości, dwa wymiary połączone ze sobą: wielkość i małość, niezwykłość i zwyczajność, boskość i człowieczość. To wiara trudna. Trudna, a trud ten jest inny od znanych trudów i trudzeń się. Trudnienie się wiarą. To coś zupełnie innego od trudu zdobywania pokarmu itp. Można powiedzieć, że czasem człowiek trudniący się w danej chwili wiarą wypoczywa, odnawia się, restauruje, choć na czole jego występują krople potu, jakby ciągnął za sobą pług. Wiara ta trudna ale nie niemożliwa, nie ponad siły. Chrystus ręką Mistrza doskonale szkicuje jej wymiary poprzez rozmaite przypowieści, tak bardzo człowiecze i proste, proste w objaśnieniu. Raz mówi o wierze w sposób bardzo ludzki, jak bajarz opowiada dzieciom bajki. Innym razem stanowczo potępia taki punkt widzenia, wymaga pierwiastka nadczłowieczego, w rozumowaniu i rozumieniu swej nauki. Uczy dróg odejścia od tego co ludzkie w wierze, ku temu co boskie. Jest jednocześnie przepełniony posłanniczą nadzieją, że w ten sposób zdoła czegoś ludzi nauczyć, czegoś tak ważnego jak wiara. Mistrz podaje przykłady i jednocześnie sam staje się przykładem, przeistacza się podczas tej wielowymiarowej nauki wiary. Będąc tak niezwykłym Bytem, Chrystus łączący w sobie człowieczość i boskość poprzez naukę wiary i własny przykład pociąga ludzi w kierunku jej tajemnicy jaką jest metanoja. Metanoja z wiary, która wykracza poza wymiar li tylko psychologiczny. Ci wszyscy szczęśliwcy, którzy czują wewnętrznie ten wymiar wiary, którzy czują iż tajemnica wiary i wiara Chrystusa i w Chrystusa pociąga ich, wiedzą co mam na myśli. Przykład Mesjasza uczy nas wiary trudnej, w której musimy się niejednokrotnie wyrzekać samych siebie i stawać kimś innym, nawet za cenę doczesnego żywota. To właśnie wiara pozwala przezwyciężyć Jezusowi z Nazaretu ludzkie przywiązanie i obciążenia, pozwala Mu pogodzić się z człowieczym losem i straszliwą karą śmierci przez ukrzyżowanie. On wierzy w to, że w ten właśnie sposób, przepowiedziany przez proroków, wymagany przez Jego rzeczywistego Boga – Ojca, wyzwala ludzi z niewoli błędów moralnych, że umożliwia im powrót do bytu dawno temu utraconego. Ktoś może powiedzieć, że bajarz umarł za swoje brednie i tyle. Gdyby był Synem Boga nie doszłoby do takich wypadków. Bóg przecież nie jest zły, jest dobry i na pewno nie pozwoliłby na taki rezultat posłannictwa swego ukochanego Syna. Tajemnica trudnej wiary – oto cała odpowiedź. Absolutu nikt nigdy nie widział, a jest podobny do ludzi we wszystkim oprócz grzechu. A zatem jak dalece musi być inny? Ci szczęśliwcy z ludzi, którzy czują „Bajarza” wiarę, wiedzą jak dalece jest prawdziwa. Ci szczęśliwcy z ludzi, których wiara „Bajarza” oświeca umysłowo, wiedzą jak dalece jest prawdziwa.  
    • @hollow man

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Piękna stop- klatka. Brawo!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...