Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Może wiersze, które piszę
nie każdemu trafią w sedno
ale wierzcie mi kochani,
że to dla mnie wszystko jedno.

Bo ja nic nie uzurpuję
i nie roszczę sobie prawa
by postrzegać mnie poetą
bo to tylko jest zabawa.

To jest to co sprawia radość,
co pozwala snuć marzenia
chociaż często jest lekarstwem
na niemożność i zwątpienia.

Moja twórczość jest efektem
tego co podpowie dusza,
która wolna od zakazów
nic na siłę nie wymusza.

Zatem jestem z własnej woli
niespożytym społecznikiem
bo efektem mojej pracy
wciąż się dzielę z czytelnikiem.

Wiem jak ciężko trafić w gusta
gdy się nie zna adresata
a osoby oraz fakty
marzeniami się przeplata.

Lecz cóż jestem temu winien
kiedy słowo tnie jak rapier
obnażając sytuacje,
które później wchłania papier.

A że prawda i fantazja
tu doszczętnie się zmieszały
wyszedł niezły galimatias
oraz wierszyk okazały.

Opublikowano

z Tobą Heniu to przyjemność
spotkać się przy rymowaniu
lepiej bawić się nie można
niż przy lekkim wierszowaniu

z wersów widać żeś radosny
i przyjaźnie nastawiony
humor swój rozsyłasz szczodrze
treścią wierszy rozbawiony

w każdym słowie cząstka duszy
informacja o działaniach
kto uważnie Ciebie czyta
pozna Twe zamiłowania

rzeczywistość pięknie splatasz
z uroczymi fantazjami
w tym jest sztuka niebywała
by żyć w zgodzie z marzeniami

pisz Henryku swoje wiersze
słuchaj co dusza podpowie
wiedz że masz tu czytelników
i że śmiech to dobre zdrowie

Opublikowano

Wice versa Moja Droga
choć nieznana mi z imienia,
z którą od pewnego czasu
płynę rymem po marzenia.

Tyś współtwórcą jest dialogu
i dla Ciebie huczne brawa,
że nam kpiarzom, romantykom
niezła kroi się zabawa.

Bo choć nieraz blefujemy
to nie po to żeby skłamać
ale po to by bariery
mitu, fałszu – zdjąć, przełamać.

A gdy strofy są frywolne
i po wersach seksem spływa
do jest dowód, że w nas także
zew odwieczny się odzywa.

Mamy zrywy i słabości
moją dzisiaj jest siatkówka,
a więc pozwól, że zakończę
posyłając Ci te słówka.

Bądź mi zawsze adwersarzem
lub jak mówią przeciwnikiem,
ale takim pozytywnym
czyli moim czytelnikiem.

Opublikowano

Ja nie umiem pisać wierszy
Tak rymowo zatwardzialych
Jestem Heniu w mej młodości
Już zupełnie zapyziały.

Wolę pisać wolnym rymem
Za co jestem uwielbiany
Nikt nie powie mi grafoman
W rymach jestem więc nieznany.

Wszyscy mówią mi mistrzuniu
Jeszcze jeden mazur dzisiaj
Napisz proszę ale prozą
Jak się Krzyś pod ławkę zsisiał.

Jak emeryt numer strzelił
Jak się Zośka z Zośką żarła
Jak próbował i nie umiał
Jak rdza moje auto zżarła.

Jak znalazłem w mym nocniku
Zet globulki przestarzałe
I jak Rysio pękł ze śmiechu
Gdy mu jajka posiwiały.

Jak Anulka na Anulkę
Codzień wieczór wyłaziła
Jak Sebastian rozum stracił
Gdy go dupa przeraziła.

Dodać tutaj muszę jeszcze
Żem niesforny w rymowaniu
Gdy mnie swędzi gdzie nie trzeba
Piszę biało wieczorami.

Opublikowano

Witaj Mistrzu nad mistrzami
co nie parasz się rymami
no bo po co skoro w bieli
piszesz żeby oniemieli
adwersarze, czytelnicy
a szczególnie zaś krytycy
którzy kiedy recenzują
niejednemu krwi napsują.

Proszę przyjmij me pokłony
jako mistrz, ten wyróżniony
ponad innych, którzy bledną
gdy finezją trafiasz w sedno
lecz pamiętaj koguciku
nie piej ciągle kukuryku
bo Cię zrobią samochwałą,
tak jak piszesz – zapyziałą.

Opublikowano

czytelnikiem zawsze byłam
wolę nie być przeciwnikiem
nie wiem czy ktoś będzie w stanie
wygrać z Jakowcem Henrykiem

takich jak Ty jest niewielu
którzy rymem myśli tkają
i to w tak zawrotnym tempie
odpowiedzi wymyślają

że współtwórcą mnie nazywasz
w tym dialogu duszę krzepi
ta pochwała mnie raduje
za uznanie jestem happy

Opublikowano

Tak to już jest na tym świecie
czy to w mieście czy w powiecie,
czy we wiosce czy w osadzie
każdy na to nacisk kładzie
by pozyskać przyjaciela
bowiem przyjaźń rozwesela.

Nie znasz lęku samotności
gdy w Twym sercu przyjaźń gości
a przy Tobie obok kroczy
ktoś kto ciepło spojrzy w oczy,
kto obroni, kto doradzi,
kto wspomoże a nie zdradzi.

A nas dzieli przestrzeń czasu,
wstęga szosy, pól i lasu
lecz nad nimi się wzniesiemy
przyjaźń przypieczętujemy
i choć się niewiele znamy
to choć wierszem się zbratamy.

Opublikowano

tu przybiję chętnie piątkę
przyjaźń jest na wagę złota
i choć tylko w rymach wiersza
miła jest jak futro kota

wiele setek kilometrów
od Szczecina do Wrocławia
w wierszach chetnie się bratamy
co Internet zmyślny sprawia

każda droga widać dobra
byle ludzie żyli w zgodzie
a kto ma przyjaciół wielu
tego bieda nie ubodzie

Opublikowano

Więc pogłaskać Ciebie mogę,
ale z włosem czy pod włos?
- no bo nie chciał bym urazić
i narazić się na stos.

Bo to przecież żadna frajda
a więc nie chcę być szczęśliwcem,
który, że nie tak pogłaskał,
ma na stosie spłonąć żywcem.

Jeszcze tyle do zrobienia
więc człek chciałby trochę pożyć
choćby po to żeby Tobie
jakiś nowy wierszyk stworzyć.

I tu chyba zgodnym krokiem
ku przyjaźni podążamy
bo się przecież już jak „starzy”
tu na org-u postrzegamy.

Opublikowano

skoro już o kocie mowa
w moich wersach tych na górze
chyba lepiej głaskaj z włosem
ze mnie takie kocię duże

nie kłopotaj się Henryku
jakimś tam zmyślonym stosem
czas czarownic już za nami
dziś to my rządzimy losem

Opublikowano

A więc losie mój łaskawy
daj powrócić do tej sprawy
i dziewczynie bez imienia
pozwól przesłać te życzenia.

Może masz na imię Marta
Ania, Basia lub Celina
nie wiem lecz pomimo tego
ślę życzenia ze Szczecina.

A że dzisiaj 4 grudzień
imieniny są Barbary
więc to tej solenizantce
będą grały dziś fanfary.

Jesteś Basią to szampana
schłodzonego w szkiełko polej
lecz gdy imię Twoje inne
to poczekaj na swą kolej.

Opublikowano

życzeń szczerych nigdy wiele
więc dziękuję Ci Henryku
ja imienin dziś nie miałam
tylko Basia od górników

w kalendarzu imion krocie
każde brzmieniem coś przemyca
myślę: pora odkryć karty
w końcu to nie tajemnica

przyszedł czas na wyjaśnienie
byś domyślać się nie musiał
intuicja Cię zawiodła
moje imię to Danusia

Opublikowano

Swoją Wandę miał gród Kraków
a Danuśkę znam z „Krzyżaków”
oraz inną, tą z Warszawy
co to kolor jej czarniawy
przez co się w ciemności się skryła
a to szkoda bowiem była
jedną z kilku miłych osób
może ktoś odnajdzie sposób
by przywołać ją na scenę
a wraz z nią jej czarną wenę.
Tyś jest trzecią z tym imieniem,
które ma swój związek z Heniem
czyli ze mną, sowizdrzałem,
tamte też z ekranów znałem.
Teraz gdy Twe imię znane
czy być może wymieniane
nie nagminnie ale rzadko
i pytanie czyś mężatką?
Nie, nie będę Cię podrywał
choć się będę wypytywał
i choć może to nieładnie
lecz chcę poznać Cię dokładnie.

Opublikowano

nie mam nic przeciwko temu
tym stwierdzeniem glejt Ci daję
zaś pytanie czym mężatka
bez wyjaśnień pozostaje

na łatwiznę idziesz Heniu
zatem w tym Ci nie pomogę
tajemnicza pozostanę
mogę tylko wskazać drogę

kto chce poznać mnie dokładniej
niechaj moje wiersze czyta
z nich się dowie kim ja jestem
cała prawda tam ukryta

ja o Tobie też wiem tylko
tyle ile wyczytałam
poznawałam Cię w wierszykach
no i o nic nie pytałam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Owszem czytam Twoje wiersze
lecz się ciągle zastanawiam
czy w nich wszystko jest prawdziwe
i pytanie dziś ponawiam.

Nieraz można źle osądzić
lub co gorsza źle odczytać
bo powiedzmy czy Lilianna
to jest facet czy kobita?

Imię żeńskie sugeruje
- nosi suknie a nie spodnie
a na org-u napisali
że się chłop podszywa pod nie.

A czasami płeć, ta słabsza
tak szczebiocze jak dzierlatka
a po czasie się wyjaśnia
starsza pani i mężatka.

To że proszę o szczegóły
to po części, żeby gafy
nie popełnić aby potem
nie chowano mnie do szafy.

Z panną można poflirtować
a z mężatką nie przystoi
choćby nawet z tej przyczyny,
że mąż za plecami stoi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • Mama mu da, mu da. Zaduma - duma mam
    • @andrew   właśnie tak!   świetnie tę kruchość i zwiewność uchwyciłeś .   pozdrawiam:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...