Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Było prawie jak zawsze. Odczytali jej przewinienia, wyrok i dali znak katu. Werble. Prośba oprawcy o wybaczenie.
Cisza. Tłum znieruchomiał w oczekiwaniu. Gdzieś w okolicach katedry gołąb runął w dół z łomotem skrzydeł.
"Nie, tym razem nie będziesz miał łatwo!" - pomyślała i z dziką satysfakcją odmówiła. Kat zawahał się chwilę. Ale tylko chwilę. Zaraz potem z niepewną miną pociągnął za dźwignię. Zapadnia otworzyła się z niemiłosiernym skrzypieniem nieoliwionych, zardzewiałych zawiasów.
Spadła. Usłyszała trzask własnego kręgosłupa. Jednak ze zdziwieniem odkryła, że dalej wszystko widzi. Bujała się w tę i wewtę, obijając nogi o nieheblowane krawędzie zapadni. Czuła ostre włókna liny, wrzynające się w jej szyję. Słyszała radosne wrzaski zebranej pod szubienicą tłuszczy. Tłum falował rozochocony, wykrzykując obelgi pod jej adresem. Ktoś nawet rzucił zgniłe jabłko. A może to była gruszka...?
"Jesień. Jesień w pełni." - przyszło jej do głowy. Zaraz skarciła się w myślach za tak głupie spostrzeżenia w takiej sytuacji.
Naprzeciw niej jakimś cudem pojawił się niewysoki, kościsty chłopak o dzikim wejrzeniu czarnych jak noc oczu.
- A ty to kto? - wykrztusiła.
Przyjrzał jej się krytycznie. Wręcz zlustrował wzrokiem od góry do dołu i z powrotem.
- Biuro podróży. - burknął wreszcie znudzony tuż przed tym, gdy ostrze jego kosy ze świstem przecięło powietrze.

Opublikowano

No, ale to nie jest koniec opowiadania. Bo po przebudzeniu się tej kobiety dowiadujemy się, iż mężczyzną z koszmaru jest jej mąż pracocholik z zabużeniami tożsamosci polegającymi na niezdolności do identyfikowania się z czym innym poza swoją funkcją społeczną właściciela Biura Podróży.
Miłująca i nie zastanawiająca się dotąd nad tym żona zaczyna rozmyślać czy to prawda, że w sytuacji wymagającej udzielenia jej pomocy, jej mąż by zawiódł. W kołowrocie codziennych prac pojawiają się niedoskonałości - stłukła talerz, nie posoliła zupy, a przez nieopróżnienie kieszeni dzinsów małżonka z zasmarkanych chustek, ufarbowała jego ukochaną białą chusteczkę po mamusi.
Mąż jest wściekły, a ona pewna, że on by zawiodł. Wpada na pomysł testu. Symuluje miesiączkowy ból brzucha z drętwieniem nóg i łamiącym bólem kręgosłupa, który normalnie miewa, tyle że wypadłby dopiero za tydzień. Zwraca się do męża o zakup tabletek przeciwbólowych. Przyzwyczajony, że zaopatrzenie domowej apteczki też zawsze robi żona, mąż bez namysłu urządza jej awanturę o bezmyślność. Tym żarliwiej, że przy chusteczce uważał za zbyt upokarzające dla siebie wyrażenie żalu i wówczas się powstrzymał. Z satysfakcją wymierza jej "nauczkę" za niezdolność do uporządkowanego trybu życia i organizowania sobie dnia, bo przecież "musiała" wiedzieć, że będzie miała miesiączkę. Kobieta ma poczekać na tabletki, aż on wróci ze swojego Bióra Podróży. Jej sen się spełnił, chociaż na szczęście jeszcze nie musiała wisieć...
Przez kilka kolejnych dni w domu panuje nienaganna harmonia pod względem wykonywanych czynności, z której mężczyzna jest bardzo zadowolony. W pracy udziela rad koledze skonfliktowanemu z żoną, jak to kobiety należy krótko trzymać, bo bez tego nie nadają się do sprawnego funkcjonowania i same by zginęły w bałaganie który wokół siebie potrafią urządzać. Nawet nie zauważył, że jego żona nie jest już w nim zakochana; ważna jest tylko sprawność mechaniczna żony.
Gdy przychodzi weckend, zaczynający się u nich od wypożyczania dla niego przez żonę filmów sensacyjnych o pięknych i przemądrych agentach, specjalistach i innych policjantach, którzy na pięści i pistolety zmagają się z brutalnością życia, żona, tym razem już bez rozmysłu, robi coś nietypowego. Po rutynowym wybraniu kasety, zatrzymuje się przy regale z filmami pornograficznymi i jeden wypożycza dla siebie. Nie wie, że właściciel wypożyczalni jest romantycznym erotomanem, który standardowo zabawia się z klientkami wypożyczającymi ten rodzaj kaset, nadajac im co wieczór sprośne wierszyki na telefony komórkowe. Jej numer też zna, bo to ona dokonywała rejestracji klienta, jak w większości spraw dotyczących rodziny.
Anonimowy, wirtualny kochanek staje się dla kobiety ideałem mężczyzny i współżycie z własnym mężem, przestaje być możliwe, nawet pomijając uraz.
Zapracowany Biuro Podróży najpierw tego nie zauważa, ponieważ nie miał w zwyczaju przejawiać inicjatywy seksualnej. W końcu jednak zaczyna go to dręczyć i stara się ustalić długimi rozmyśleniami w pracy, które z nich "stało się" oziębłe. Dochodzi do wniosku, że to wobec żony należy podjąć leczenie psychiatryczne, bo przecież on się w ogóle nie zmienił, niezmiennie jest sprawny (gdyby tylko chciała się o tym przekonać), no i radzi sobie z prowadzeniem całej firmy, a ona, jako jednostka nieproduktywna społecznie, musiała dojść do jakiegoś swoistego wyjałowienia emocjonalnego pod wpływem gnuśności i siedzenia w domu. Aby utwierdzić się w swojej racji daje się nawet uwieść koleżance w pracy, która zostaje jego stałą kochanką i powiernicą kłopotów z " chorą" żoną.
Ponieważ w domu mąż w kółko wraca do tematu dupnego, że żona powinna się leczyć psychiatrycznie z powodu nie prowadzenia z nim pożycia seksualnego, na które on czeka jak na jej nawrócenie, pomimo posiadania kochanki, o której ona już wie, kobieta wnosi o rozwód, żeby się od niego uwolnić.
Tylko teoretycznie wszystko przemawia za udzieleniem jej rozwodu, bądź poddaniu terapii zaburzonego męża. Żaden sąd nie bierze w obronę kobiet niepracujących, a jej mąż na dodatek ma duże pieniądze, i chociaż ich nikomu nie rozdziela, to prawnicy i tak wyobrażają sobie profity po roztrzygnięciu sprawy na jego korzyść. Biegli powołani do wydania opinii w rozwodzie, nie jemu, ale jej zalecają zdiagnozowanie się w szpitalu, w oparciu o co, mąż występuje o sądowe zobowiązanie jej do poddania się takiej obserwacji.
Kobieta wisi i nie ma po co pytać męża kim on jest. Ona jest jedyną prawidłowo rozpoznajacą go osobą. To nie jest człowiek, to jest jej Biuro Podróży. Dobrze, że z jechania dalej zawsze można zrezygnować...

Opublikowano

O rany! Nie wiedziałam, że moje "coś", czego nie można nawet opowiadaniem nazwać, ma tak głębokie i szczegółowe podłoże!
Dzięki! Czytałam z rosnącym uśmiechem na twarzy. I tym bardziej (znaczy - dzięki temu "komentu") czekam na kolejne Twoje opowiadanie. :)

Pozdrawiam, R.

Opublikowano

Nie bedę przepraszać, że po przeczytaniu Twojego opowiadania wzięłam Cię za mężczyznę, bo masz niejednoznaczne logo. W każdym razie mnie dalej dziwi, w tym co napisłaś, Twoje nieidentyfikowanie się z kobietami i wielka akceptacja dla męskiej mentalności - tego jacy oni są. Skoro nie jesteś mężczyzną, to musi to wynikać z Twojego wieku...
A właściwie, dlaczego coś czego nie chcesz nazywać nawet opowiadaniem umieścłlaś w kategorii dla zaawansowanych?

Opublikowano

Bo uważam, że nieźle piszę. ;) A zastanawiam się, czy można to nazywać opowiadaniem z uwagi na szaloną i porywającą długość tego utworu.
Nie żądałam przeprosin. Nigdy nie żądam. I zdaję sobie sprawę z tego, że mam niejednoznaczny nick. Przynajmniej jak na nasze, słowiańskie standardy...
Któż powiedział, że nie identyfikuję się z kobietami? Że akceptuję mentalność mężczyzn? Nigdy nie twierdziłam, że akceptuję. I nie widzę, żeby to wynikało z mojej twórczości. Przynajmniej tej zamieszczonej na forum. Zresztą - zapraszam tu: [url=http://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=47684#dol]O dwóch takich... część I[/url], [url=http://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=49534#dol]O dwóch takich... część II[/url] i [url=http://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=50024#dol]O dwóch takich... część III[/url]. Zwłaszcza do tego trzeciego, gdyż tam jest bardzo pomocny jako argument w tej dyskusji komentarz Oxyvii. A odsyłam do wszystkich trzech, bo być może łatwiej Ci będzie zrozumieć, o co chodzi w trzeciej części.
Twój pierwszy komentarz uznałam za żart. Bo jeśli to było serio - to duża nadinterpretacja. Nic takiego, co tu napisałaś nie wynika z mojego - no, nazwijmy to - opowiadania.
Niemniej - nadal uważam Twój pierwszy koment za żart. :)

Pozdrawiam, R.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Nie, Malgorzato. PRzykro mi, ale nie. To nie jest opowiadanie. Zbyt przewidywalne, a w sumie zadnej historii nie opowiada. Bo kostucha przychodzacy po konajacego to motyw wyswiechtany jak spadajace kowadlo w kreskowce. Albo znajduj wazne, oryginalne tematy, albo pisz superdobrze, bo wtedy kazdy motyw przejdzie. Ale nie w takiej miniaturce... Nie wiem, co moglbym dodac, bo nie moge tego wyrazic. Po prostu nie.

Opublikowano

To nie jest opowiadanie, zgadzam się z tym. Pisałam to zresztą wyżej. :)
Motyw wyświechtany - owszem. Bo nie miał być inny. Mi chodziło o zakończenie, nie o żadną akcję czy coś w tym stylu. Nie opowiadam tu niczyjej historii. Tylko jeden, trwający najwyżej dwie minuty urywek. Sam koniec. I właśnie o sam koniec mi chodziło. I "opowiadania", i życia. O nic więcej.
Nadto - nie miało to być głębokie, poważne, traszne czy jakie tam jeszcze. Miało być śmieszne i zaskakujące.
I nie, nie chodziło mi o to, żeby Czytelnika zaskoczyło samo to, że Śmierć przyszedł/przyszła (zależnie od poglądów i kultury), tylko o to, jak został(a) nazwany/a.
Ciebie nie zaskoczyło i nie spodobało się - trudno. Może następne albo któreś z poprzednich bardziej Ci się spodoba. A może nie... Czas pokaże.
W każdym razie bardzo się cieszę, że wstąpiłeś, przeczytałeś i skomentowałeś. Zawszem rada komentarzom, jeśli są konstruktywne i ich autor potrafi wyjaśnić, co mu się nie podoba.
Zapraszam do inszej twórczości mojej. :)

Pozdrawiam, R.

P.S. Ta miniaturka to był eksperyment, sztuk jeden. Dla mnie stanowi całość - nic dodać, nic ująć. To i wkleiłam. Teraz rzecz gustu czy się komuś spodoba, czy nie. Ja ogólnie nie przepadam. ;)

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

O, no proszę. ;) Czyżby próba napisania drabble' a? Próba całkiem dobra nawiasem mówiąc. Gdyby jeszcze tekst miał sto słów to już byłoby całkiem dobrze. ;) Widzę duży potencjał literacki w Autorce. Gdybyż to jeszcze nie było o Śmierci to dałbym 10/10, a tak będzie z maleńkim minusikiem :P

Pzdr. for All :)

Opublikowano

Dzięki!
Miło mi, że widzisz we mnie duży potencjał. Skoro się podoba, to może jeszcze coś sklecę...
Za jakiś czas...
Po sesji... ;)

No, to wracam do nauki... :(

Pozdrawiam, R.

Opublikowano

asher,
mnie udało Ci się sprowokować do zapoznania z jakimś Twoim opowiadaniem, tym swoim komentarzem poszukujacym zbiorowego wroga, a to dobrze świadczy o Twojej inteligencji. Nadajesz się do robienia kampanii wyborczych.
Dobrze piszesz, bo lekko, a nie każdy to potrafi. Jakbyś do tego nawiązał współpracę z jakimś kabaretem, to i bez złotej rybki byś się obył. Ale promowanie Cię jako literata, to przesada, biorącą się zapewne z automatu naliczającego ilość wstawień w tej witrynie.

Opublikowano

Najkrótsze znane opowiadanie sensacyjne z opisem przyrody brzmi:
"Padał deszcz. Johny nie wracał. Jane nie wiedziała, że Johny nie wróci. Henry wiedział, że Johny nie wróci."
Moje ulubione.
W Twoim też moim zdaniem wszystko jest czego trzeba żeby zrozumieć sytuację i się podobało.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


O, bo Ty piszesz świetnie...
Wybacz, z powodu nawału pracy nie doczytałam do końca Twojej tfurczości. Ale też mnie do tego nie zachęciłeś błędami interpunkcyjnymi, kompozycyjnymi i tym, że liczby piszesz cyframi, a nie słowami - wszak to chyba nie jakieś dane statystyczne?
Załamałam się. Wybacz. Idę pracować...
  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

dla mnie, osobiście, bomba. może temat ostukany. może nieoryginalny. może znalazłoby się tysiąc "ale", ale... biura podróży w odezwie śmierci jeszcze nigdzie nie znalazłam, a całość napisana jest ładnie. więc o co chodzi?

ps.: nie każdy jest wizjonerem pokroju vinciego czy innych newtonów, by od razu tworzyć coś, czego świat nie widział ; ))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...