Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Drobna kobieta przed czterdziestką wchodzi do gabinetu psychiatrycznego. Jasnozielona glazura pokrywająca do połowy ścianę przywołuje na myśl salę porodową. „Właściwie nie... niee... – konstatuje szybko – tam glazura była zdecydowanie ciemniejsza”. Maria rejestruje kątem oka otwarte pudełko czekoladek, leżące na biurku. Przełyka szybko nadmiar śliny wpatrując się natarczywie w słodkie obietnice, ukryte pod błyszczącymi sreberkami. „Może mnie poczęstuje?” – wzdycha cichutko, sadowiąc się na krześle. Zamaszystym ruchem przygarnia płaszcz zsuwający się z kolan, drugą ręką przytrzymując śmieszną czapkę z daszkiem i czarną torebkę. Doktor Marecka energicznym ruchem sięga po dokumentację pacjentki umiejscowioną na samym szczycie kartotekowej piramidy. Włosy upięte w koński ogon i sportowy strój nadają kobiecie młodzieńczego wyglądu.
- Nie za ciepło? – pyta lekarka, uzupełniając resztę brakujących informacji, mających obowiązek znaleźć się w karcie.
- Nie – Maria zaprzecza energicznym ruchem głowy – w sam raz.
- Proszę się poczęstować cukiereczkiem – wskazuje na otwarte opakowanie czekoladek. Jest swobodna, ma pogodną, delikatną twarz i ciepłe oczy.
- Dziękuję – Maria wyciąga łapczywie rękę po czekoladowe serduszko. Upragniona łakoć błyskawicznie znika w ustach, pozostawiając za sobą jedynie delikatną, czekoladową woń.
- Co się dzieje? – pada pytanie. Doktor Marecka przygląda się uważnie pacjentce. W jej spojrzeniu nie ma jednak najmniejszego śladu natarczywości.
- Niena...piej się czuję – przeżuwając resztki cukierka, Maria porusza się nerwowo na krześle – najbardziej dokuczają mi lęki. I takie... takie poczucie bezsensu. Brak woli walki.
- Rozumiem – lekarka zapełnia kolejną linijkę w kartotece - Jest pani mężatką?
- Nie – pada krótka odpowiedź – jestem rozwiedziona.
- Ma pani dzieci?
- Tak, dwie córki.
- W jakim wieku?
- 14 i 17 lat.
- Ile pani ma lat?
- 38.
- O! – twarz lekarki ożywia się na moment – jesteśmy prawie w tym samym wieku. Od czasu rozstania się z mężem była pani sama?
- Można tak powiedzieć...
- Rozumiem – mówi lekarka nie odrywając długopisu od kartki – a co było przyczyną rozwodu?
- Od początku nie mogliśmy się porozumieć. Awantury, bijatyki. Rozwód otrzymałam bardzo szybko, bo w ciągu siedmiu miesięcy – pada seria, jak z karabinka maszynowego.
- Aha – długopis zawisa na chwilę w powietrzu, by po chwili wejść w ponowny bliski kontakt z nie zapełnioną powierzchnią papieru.
- Pracuje pani?
- Tak. Pracuję w zoo we Wrocławiu.
- To ma pani kłopot z dojazdami. To dosyć daleko – doktor Marecka z zatroskaniem przygląda się pacjentce.
- To prawda. Dojazdy są dla mnie bardzo uciążliwe, ale praca daje mi dużo satysfakcji.
- Rozumiem – pani doktor kiwa głową ze zrozumieniem – proszę powiedzieć, czego dotyczą pani lęki?
- Przede wszystkim przyszłości. Budzę się rano zlana zimnym potem i myślę co będzie dalej. Boję się o dzieci. Właściwie boję się wszystkiego. Męczy mnie poczucie bezsensu.
- Aha.
- To jest tak, że jeśli nawet uda mi się pokonać jeden lęk, to zaraz dopada mnie następny i następny.
- Czyli zastępuje pani jeden lęk drugim, tak?
- Dokładnie – ochoczo potwierdza Maria.
- Czy teraz jest pani związana z jakimś mężczyzną?
- Tak. Mam przyjaciela. Jesteśmy sąsiadami.
- Dobrze... – doktor Marecka błyskawicznie przewraca kartkę – czy może pani liczyć na jego wsparcie finansowe? – pada rzeczowe pytanie.
- Jeśli chodzi o jakieś małe kwoty, to tak. Do niedawna sam miał poważne problemy, zadłużone mieszkanie. Teraz jest już lepiej. Właściwie tak... – kiwa głową - w sytuacjach awaryjnych mogę na niego liczyć.
- Dobrze – lekarka zamyka temat - zapiszę pani kilka nazw leków ziołowych – doktor sięga po małą kartkę i wymieniając głośno zapisuje nazwy leków – a więc tak: Sedatif pc, Persen forte i Deprim...
- Oj! – wykrzykuje Maria – Persen odpada. Miałam bardzo nieprzyjemne doświadczenia z tym lekiem. Bóle w okolicy klatki piersiowej, duszności. Okropność – kręci głową z dezaprobatą.
- W takim razie może Deprim?
- Niestety Deprim zupełnie na mnie nie działał. Całkowity brak reakcji – stwierdza ze smutkiem Maria.
- Dobrze... – potakuje lekarka skreślając wymienione specyfiki – W takim razie przepiszę pani jeden listek Pramolanu, to taki lek przeciwdepresyjny i przeciw lękowy . Zawiera 20 drażetek. Proszę zażywać raz na dobę po jednej tabletce. Nie jest zbyt drogi. Kosztuje około 10 zł.
- Oczywiście.
Doktor Marecka wypełnia receptę i porządkując energicznie plik dokumentów pyta:
- Czy chciałaby pani skorzystać z psychoterapii?
- Bardzo chętnie – Maria ożywia się i uśmiecha.
- Świetnie – kwituje Marecka – dam pani namiary do mgr Jolanty Wrzeciono – o, proszę – podaje małą kwadratową karteczkę z numerem telefonu – niestety... – mówi zatroskana – pani Wrzeciono sama ustala terminy. Jest bardzo duże zapotrzebowanie.
- Rozumiem – Maria wstaje z krzesła – to już będzie wszystko, tak?
- Tak - pada krótka, uprzejma odpowiedź.
- Do widzenia pani doktor.
- Do widzenia.

Opublikowano

Ta kobieta w twoim utworze to chyba shizofreniczka. Tak wnioskuję z kontekstu, z tego jak zmienia się jej sposób bycia. Po pierwsze dziwne skojarzenie z tą glazurą, po drugie z tymi czekoladkami i żądża zjedzenia choć jednej a potem zaniknięcie całkowite tej chęci po zjedzeniu czekoladowego serduszka, sposób opowiadania o mężu i o pracy jest tak bezwolny, pusty. To wszystko wygląda tak jakby jej osobowość ulegała ciągłej zmianie. Ta lekarka mnie troche mierzi, pierw jest w dresie, po opisie wnętrza i jej wyglądu pomyślałem że to rehabilitantka, potem wyciąga karte więc myślę że to lekarz rodzinny, ale jak zaczyna pytać o pracę i stosunki rodzinne w połączeniu z tym współczuciem którego tu tak pełno to ona jednak chyba jest psycholog. Szczeze po prostu czasem się gubiłem w tych opisach postaci, za dużo nluźno związanych ze sobą określeń.
Ten cały akapit jest o tej jednej rzeczy która mnie mierziła, brak stałej atmosfery, za dużo skakania z kwiatka na kwiatek. Ogólnie to to jest fajny utworek, czytało się go fajnie. Jako część czegoś większego mógłby zyskać atmosferę.

Pozdrawiam

Opublikowano

Witam Piotrze. To czasami tak wygląda w rzeczywistości. Bywa ona różna jak wiemy. A tekścik... no cóż - odzwierciedla w pełni pewne fakty. Właśnie tak na sucho. Brrr, samej mi się to zbytnio nie podoba, ale może łatwiej będzie to przełknąć jako część całości. Dzięki za odwiedzinki i pozdrawiam serdecznie/B.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...