Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Obraz, jaki ukazał się gosielcowym oczętom przedstawiał się... załamująco. Pominąwszy już fakt, że Truposz kiwała się przy relingu z półopróżnioną butelką w ręku i mętnym wzrokiem na twarzy (sprawiała wrażenie, jakby miała zamiar zaraz opuścić pokład najkrótszą z możliwych dróg – do morza), to w dodatku niejaki gnom zdążył już ocknąć się na tyle, że siedział obok Asi i bawił się radośnie buteleczkami ze swoimi miksturkami leczącymi. Asia też się bawiła buteleczkami. Z truciznami, nitrogliceryną i czort wie, czym jeszcze. Mała z kolei bawiła się kartami. Tarota i zwykłymi, przemieszanymi ze sobą. Grała w makao. Żadne z nich nie wyglądało przytomnie. Prawie każde miało przy sobie butelki...
Gośka skrzywiła się z niesmakiem i ruszyła w ich stronę.
- Schować mi to badziewo! – ryknęła. Głównie w stronę Asi i jej nitrogliceryny. Zaraz... To moja nitrogliceryna! – uświadomiła sobie i pokłusowała w stronę wilczycy. – Żeś mi to podebrała, paskudo! – wrzasnęła Asielcowi do ucha i wyrwała jej buteleczki.
- A co, potrzebne? – zadziwiła się dziewczyna.
- Nieważne czy potrzebne. – powiedziała wampirzyca lodowatym tonem. - Ważne, że moje. A ty mi to zabrałaś. I jeszcze się tym bawisz. Bezczelnie na moich oczach. Na moim statku. Chcesz go, do cholery, wysadzić w powietrze?!
W tym momencie powstałą w wyniku konsternacji ciszę przerwało dochodzące z okolic relingu czknięcie. Kapitan przymknęła oczy, żeby chociaż nie widzieć tej całej zbieraniny i w ten sposób jakoś się uspokoić. Jednak Trup – ze swoim nieskończonym wdziękiem i taktem, oraz zabójczą zdolnością i chęcią wkurzania wszystkiego, co żyje i nie żyje – postanowiła się odezwać.
- A czemu nie?
Niestety, nie wszystkim wiadomo, jak łatwo można Gosię z równowagi wyprowadzić. Dlatego też teraz mieli okazję się o tym przekonać.
- BO TO MÓJ, CHOLERA, OKRĘT!!! JEŚLI CI SIĘ TO NIE PODOBA, TO ZAWSZE MOŻESZ PŁYWAĆ Z KIM INNYM!!! CO MNIE TO OBCHODZI?!!! ALE MÓJ OKRĘT ZOSTAW W SPOKOJU!!! BO JEST MÓJ!!! BO TO MOJE DZIECKO!!! BO GO KOCHAM!!! NIE CHCĘ, ŻEBY KTOŚ MI MOJE DZIECI WYSADZAŁ W POWIETRZE!!!
- O? A ile ty masz tych dzieci? – zapytała Truposz i przechyliła się niebezpiecznie przez barierkę, zapełniając przy okazji swą gardziel kolejnym łyczorem wódy. Na ustach Gosi przez chwilę zamajaczył uśmiech. Ale tylko przez chwilę – Trup nie wyleciała za burtę. Zadziwiający instynkt samozachowawczy oraz zdolność utrzymania równowagi.
- Dużo. – warknęła Gosielec i wróciła szybkim, wściekłym krokiem na mostek kapitański.
To jednak okazało się błędem – stąd mogła doskonale widzieć Zioma. Miał teraz na twarzy wyraz nieskończonej głupoty, połączonej z błogością. Ale przynajmniej przestał się bawić buteleczkami, w przeciwieństwie do reszty załogi.
- TAK!!! – pisnęła radośnie Mała znad kart.
- CO ZNOWU?! – spytała grzecznie Gośka.
- Znajdziesz to, czego szukasz!
- Wspaniale. To dobrze wróży również tobie, bo aktualnie szukasz tego samego, co ja.
- Tak? A czego?
Gosielec pochyliła się nad załogą konspiracyjnie. Zajrzała każdemu w oczy (niewiele tam zresztą zobaczyła) i po chwili napięcia powiedziała szeptem:
- Skarbu.

* * *

„Zostańcie wszyscy na pokładzie. Nie leźć za mną.” – powiedziała Kapitan, schodząc na ląd. Dlatego też miała za plecami całą swoją bandę, która z zasady nie zwykła słuchać rozkazów. Zresztą, spodziewała się tego, więc postanowiła najpierw przegonić ich po maleńkich uliczkach i ciemnych zaułkach, jakich pełno na takich plugawych, małych wysepkach jak ta. Nie wiadomo właściwie, czemu takie uliczki i zaułki mnożą się w tego typu miasteczkach. Może dlatego, że były budowane i zamieszkane w całości przez „wilki morskie”, a porządni ludzie woleli się w takie okolice nie zapuszczać, być może z obawy o swoje życie i kieszenie.
- Jeszcze za mną jesteście? – mruknęła pod nosem Gośka, stojąc przed nieprzezroczystą szybą tawerny i obserwując dyskretnie przestrzeń za sobą. – Świetnie. Widzę, że w zmniejszonym składzie. To jeszcze lepiej.
Faktycznie, w kotłującej się przy śmietniku hałastrze brakowało Asi i Zioma. Cholera wie, czemu. Gosielec jednak uznała, że z powodu niskiego ilorazu inteligencji ogółu otaczającego ją społeczeństwa. Zaśmiała się diabelsko i wkroczyła radośnie do knajpy.
Obraz, jaki roztoczył się przed jej oczami przedstawiał się... normalnie. Jak na takie miejsca.
Powietrze (a przynajmniej jego pochodne) znajdujące się w niewielkiej sali zdążyło wykształcić własną osobowość. Rozprzestrzeniło się po pomieszczeniu i rozparło po chamsku na krzesłach, zaświnionych Bóg wie czym stołach i zasypanej zasikanymi trocinami podłodze. Nawet na karkach stałych bywalców. Ci jednak nie mieli nic przeciwko temu. W tym stanie wątpliwe, by mieli coś przeciwko czemukolwiek. Leżeli bowiem na podłodze, stołach i ławach pod ścianami. I nie było ich aktualnie w tym świecie.
Gośka spojrzała na zegarek. Wcześnie, jak na taki stan – dopiero dziesiąta. W nocy, ale zawsze. O tej porze jeszcze nie powinni tak wyglądać.
- Słabe łby. – uznała i rozejrzała się po sali. Na ścianach wisiały podarte i poplamione kilimy, skąpo oświetlone płomieniami dogorywających świec, osadzonych w żelaznych, kutych ściennych świecznikach. Kapitanowi przyszło do głowy, że być może nierozsądne jest zapalanie ognia w takim powietrzu, ale nic nie powiedziała. – Hm. – mruknęła tylko i ruszyła nieco chwiejnym krokiem w stronę baru. – Krwawa Mary. – zażądała stanowczo. – Mocna.
Karczmarz przyjrzał się jej bladej skórze i zielonym oczom, po czym niechętnie poczłapał na zaplecze. Gosielec odwróciła się i znów rozejrzała w poszukiwaniu swojej załogi. I znalazła. Wedle przewidywań. Siedzieli wszyscy przy najbardziej uświnionym ze wszystkich stołów. A właściwie to siedziały – zostały już tylko Martwa i Mała. Nie wiadomo, skąd wytrzasnęły już sobie kufelki. W dodatku owe kufelki były już prawie puste.
- Bardzo dobrze. – stwierdziła Gośka i podziękowała karczmarzowi, który właśnie postawił przed nią gęstą, czerwoną ciecz w upiornie brudnej szklanicy.
Kiedy godzinę później Gosielec odwróciła się w stronę załogi, nie było już co po nich zbierać. Trup była dosłownie trupem – leżała pod stołem, zwinięta w kłębek, ze słodkim uśmiechem niewiniątka na twarzy. Obok niej Mała lewitowała pięć centymetrów nad ziemią, w otoczeniu masy swoich kart.
- Baaarzzzo dobrzszsz... – powtórzyła Kapitan i potoczyła się w stronę wyjścia.
Na studniowatym podwórku za zapleczem znalazła cztery beczki z lodowatą deszczówką, zbieraną tu zapewne dla takich jak ona. Właściwie to znalazła jedną beczkę. Wiedziała o tym. Trzeba było tylko znaleźć tą prawdziwą.
- Taaaa... – powiedziała filozoficznie, zastanawiając się nad sensem swojej wypowiedzi. Doszła w końcu do wniosku, że nie ma żadnego i ucieszona tym wycelowała między drugą i trzecią beczkę przypuszczając, że musi się tam znajdować piąta, ukryta iluzją złych duchów. Runęła (tak, to dobre słowo) w tamto miejsce i faktycznie trafiła głową idealnie w środek beczki. Zanurzyła się tam do pasa i przesiedziała chwilę. Kiedy już zrozumiała swoje położenie i zrobiło jej się nieco zimno, wyszła stamtąd i absolutnie pewnym i wesołym krokiem poczłapała w sobie tylko znanym kierunku. Bardzo prawdopodobna jest również teoria, iż nawet ona owego kierunku nie znała. Jednak podążała nim bezwzględnie przekonana, że dobrze idzie.
Na końcu jednej z uliczek, na schodkach, siedział Ziom. Na szczęście już nie bawił się swoimi buteleczkami. Objął tylko kolana rękami i wpatrywał się tępo w przestrzeń. Kapitan uznała, że jest w jakimś transie – często mu się to ostatnimi czasy przytrafiało. Wolała jednak nie ryzykować. Podniosła kołnierz jeansowej kurteczki. Rozpuściła długie włosy. Dla pewności założyła na twarz czerwoną chustkę z czaszką. Wbiła ręce w kieszenie i ruszyła w jego stronę (nie było innej drogi, by dojść do celu), trąc ramieniem o ścianę. W normalnych warunkach na pewno bardziej by się rzucała w oczy w takim stanie, niż paradując po prostu przed gnomem i wrzeszcząc swoje imię. Ale to nie były normalne warunki. Dlatego też Ziom nic nie zauważył. A Gosielec puściła się biegiem w dół uliczki.

* * *

- Jest! – ucieszyła się, kiedy po wielu trudach wydobyła wreszcie z grobu małą, metalową skrzynkę.
- Co jest? – usłyszała nagle za plecami. Przerażona odskoczyła, wpadając na pogięty, zardzewiały krzyż. Mało go nie przewróciła. Odwróciła się przyciskając skrzyneczkę do piersi i z duszą na ramieniu spojrzała w górę. Bała się tego, co tam zobaczy. Ten głos był... niesamowity. Na wpół rozbawiony, na wpół obojętny, na wpół zaciekawiony. Tak. Ten głos miał trzy połowy. A jako taki musiał należeć do szaleńca. Maniakalnego mordercy. „Tak, to na pewno dusza tego umarlaka po mnie przylazła!” – przemknęło jeszcze Kapitanowi przez głowę – „Nie trzeba było tu pchać swoich zachłannych łapsków...”
Ze zdziwieniem jednak odkryła nad sobą wcale nie maniakalnego zabójcę... No, fakt, że zależy z jakiego punktu widzenia. Ale ta istota raczej - jak Gosielec zdążyła się zorientować - nie nastawała na jej życie. Otóż była to...
- Co jest? – powtórzyła Asia.
- Skąd się tu wzięłaś? – zapytała Gośka, gdy już ochłonęła z pierwszego strachu.
- A co myślałaś, że mnie zgubiłaś?
Kapitan zastanowiła się nad tym. Jej twarz wyrażała głębokie skupienie. Widać wampirzyca nie wytrzeźwiała jeszcze dostatecznie, by móc szybko oceniać sytuację.
- Zadziwiasz mnie. – wybełkotała w końcu i powoli podniosła swoje ciężkie... Podniosła się z ziemi. Otrzepała swoje szanowne części ciała z błota, liści, kości i takich tam. Pacnęła gnijącą dłoń, która za wszelką cenę usiłowała ją ściągnąć z powrotem. – A fe! – skarciła ją. – Mamusia nie uczyła, że nieładnie się czepiać innych?
Łapa zawstydzona pobiegła w krzaki, by w samotności cierpieć upokorzenie.
- Chodź, pozbieramy resztę i wracamy na okręt. – zarządziła Kapitan i pociągnęła wilczycę za sobą.

* * *

Następnej nocy, gdy wszyscy już zostali doprowadzeni do stanu względnej używalności, Gośka z ciężkim sercem zebrała ich znowu przed sobą. Zanim rozpoczęła swoje jakże wzniosłe przemówienie, pozabierała im najróżniejsze niebezpieczne przedmioty.
- Traktujesz nas, jakbyśmy byli terrorystami, usiłującymi wedrzeć się na pokład samolotu. – powiedziała z wyrzutem Mała, gdy zostały jej skonfiskowane specjalne karty bojowe z metalowymi, ostrymi jak brzytwy brzegami oraz wahadełko z wysuwanymi ostrzami. Kapitan w odpowiedzi zmierzyła ją tylko karcącym spojrzeniem i ruszyła do Zioma, który nie wiadomo skąd wziął sobie shurikeny, którymi aktualnie żonglował z radosnym obłędem na twarzy.
Gdy wszystko już było załodze zabrane i rzucone na spory kopczyk obok Kapitana, ta zaczęła przemówienie.
- Załogo moja! – odezwała się gromkim głosem. – Zebraliśmy się tu...
- Rany! – krzyknęła Truposz. – Gadasz jak nauczyciele!
- Nawet gorzej. – zaśmiała się Mała. – Jak dyrektorzy.
Cała załoga ryknęła śmiechem. Gośka wbiła palce w drewnianą barierkę.
- ZAMKNĄĆ SIĘ! JA TERAZ MÓWIĘ! – ryknęła. O dziwo, wszyscy się uciszyli. Kapitan więc kontynuowała. – Zebraliśmy się więc tu – zignorowała ogólne parskniecie śmiechem. – by Ziomal, zostaw ten nóż omówić sprawę wyprawy po skarb. Nie będzie to łatwe. Zapewne wielu z was zginie. Albo przynajmniej zaginie... Prawda? – zapytała z nadzieją w głosie. Ponieważ jednak nie było odzewu, przeszła do tłumaczenia im szczegółów planu.

* * *

Ich oczom ukazała się malutka wysepka. Właściwie, było to tak małe, że nie można było tego nazwać szumną nazwą wysepki. To raczej była skałka, wystająca z morskich odmętów. Na środku oceanu. Wyprysk na gładkiej powierzchni wody. I... pływało.
- Jesteś pewna, że o to ci chodziło, kiedy mówiłaś „bezludna wyspa”? – zapytała Asielec, zaglądając Gośce przez ramię. Zlustrowała leżącą przed nią mapę krytycznym spojrzeniem. Przeniosła wzrok na kompas, nie wiedząc czemu przeczuwając, że nie będzie działał. Ale, ku jej zdziwieniu – działał.
- Tak. – odparła Kapitan. – A co?
- Nie, nic... – wilkołaczka znów utkwiła wzrok w iglicy sterczącej z wody i przywodzącej na myśl (sam się, drogi czytelniku domyśl, co też owa wysepka na myśl przywodziła). Było tego „lądu” może na dwoje ludzi, stojących obok siebie. Straszna, ogromna wyspa. Cała skalista. – Na pewno są tam ukryte miliony skarbów, co? – powiedziała na głos.
- Nie ufasz mi? – zapytała lodowatym tonem wampirzyca.
- Ależ ufam! Bezwzględnie!
Gośce wydało się, że wyczuwa w głosie siostry pewną nieszczerość. Postanowiła to jednak zignorować. „Przekonasz się” – pomyślała. Zaparkowała okręt jakieś dwa metry od brzegu.
- Na ląd! – zarządziła. Załoga natychmiast przystąpiła do wykonywania rozkazu.
CHLUP!!! – Gośkę ochlapała potężna fala wzniesiona przez Truposza. „Nareszcie za burtą!” – ucieszyła się wampirzyca. Niestety jednak Martwa wypłynęła na wierzch i nieokreślonymi ruchami, których się nie dało w żaden sposób sklasyfikować dobrnęła jakoś do brzegu.
Następny poleciał Ziom. Trzeba mu przyznać, że całkiem zgrabnie mu to poszło. Wykonał salto w powietrzu, odwrócił się głową w dół, złożył ręce razem w klin i...
... runął w morską toń. Oczywiście musiał trafić na jedyną w promieniu kilkuset kilometrów belkę przepływającą sobie tędy spokojnie.
Mała stała na środku pokładu i patrzyła z przerażeniem na reling. Gośka już miała nadzieję, że może jest w jej stałej załodze choć jeden inteligentny osobnik, który wpadł na pomysł spuszczenia szalupy i tym sposobem dostania się na wysepkę. Dla pewności postanowiła jednak zapytać. I to był błąd.
- Boję się wody. – wyznała dzielna żeglarka. W dłoniach przewracała grecką zabaweczkę odstresowującą, podobną nieco do różańca. Z tą tylko różnicą, że to, co miała Mała, mogło swobodnie służyć za broń w chwilach realnego zagrożenia.
- Świetnie. – burknęła Gosielec. – Podniosłaś mnie na duchu. Dobra, nieważne. – Kapitan postanowiła pocieszać się wszelkimi możliwymi sposobami. – Jesteś bardzo mądra, że tam nie skoczyłaś. Jesteś jedyną osobą wśród mojej załogi, która wpadła na pomysł spuszczenia szalupy...
- Hej! – zaprotestowała wilczyca. – A ja?! Też nie skoczyłam!
- A jesteś częścią mojej załogi?
- A nie?
- Stałej?
- A nie?
- No, teraz już może tak. Dobrze, przepraszam. Ty też jesteś inteligentna. Wszyscy zadowoleni? Czy ktoś jeszcze zgłasza jakieś pretensje?
Zza burty dobył się cichy bulgot i zaraz po nim dźwięk pochłaniania czegoś przez wodę.
- Za mną. – zarządziła Gosielec, kiedy wszyscy (oprócz Ziomala, ale to jeszcze nie zostało zauważone) znaleźli się już na skale. Dla pewności jednak rozłożyła jeszcze przed sobą mapę, na którą Asielec wciąż patrzyła nieco krytycznym wzrokiem i – wpatrując się w nią – ruszyła przed siebie. Zrobiła może ze dwa kroki, po czym... znikła. Zdziwiona załoga usłyszała tylko cichnący z wolna wrzask. Zbliżyli się wszyscy ostrożnie do miejsca, w którym Gosielec przestała istnieć i ujrzeli niewielką i dość dobrze ukrytą rozpadlinę.
- To sięga do wnętrza ziemi. – osądziła Mała, przymykając oczy i zawisając wahadełkiem nad dziurą.
- Skąd wiesz? – zapytała Asia.
- Wiem i już. – Mała zmierzyła wilczycę wzrokiem mówiącym „ja mam rację, bo tak”.
- Aha. – Asielec nie zamierzała się kłócić. – To co robimy?
- Jak to co? Złazimy! Przecież ona ma mapę do skarbu! – krzyknęła Truposz i bez wahania skoczyła do dziury.
- Ja jestem żywa i chciałabym, żeby tak zostało... – wyraziła swoje wątpliwości Mała.
- Ja też.
- I co robimy?
Wilczyca szturchnęła nogą jeden z leżących wokół kamyczków. Przeturlał się kawałek, po czym spadł w otchłań za Martwą. Nie było słychać uderzenia w dno.
- Noo... – mruknęła Asia niepewnie. Jednak Mała już podjęła decyzję.
- Raz kozie śmierć. – powiedział radośnie i skoczyła, ciągnąc Asię za sobą.
- Wilkowi! – zdążyła tylko krzyknąć dziewczyna, zanim poleciała w przepaść.
Kilka metrów niżej tunel zakręcał łagodnie i teraz prowadził w dół po skosie. Wyglądało to jak wielka zjeżdżalnia wodna, taka, jak na basenach. Nawet była tam woda. Kiedy na drodze zaczęły się pojawiać ostre zakręty i rozwidlenia, dziewczynom się to spodobało. Mijały po drodze różne korytarze, komnaty, jaskinie, naturalne kamienne rzeźby, aż w końcu natrafiły na drzwi. Mała uderzyła w nie z hukiem i rozpłaszczyła się na deskach. Asia usiłowała wyhamować. Nie udawało jej się to, więc postanowiła się zmienić w wilka – a nuż pazurami się zaczepi... Skutek całej operacji był taki, że w plecy Małej z ogromną siłą uderzyła masa futra, kości, kłów, pazurów i blond włosów, owinięta przeróżnymi częściami garderoby z wizerunkami smoków.
- Uch! – wykrztusiła Mała, gdy asiowe kłębowisko wybiło jej całe powietrze z płuc. – Mogłabyś trochę uważać.
- A ty mogłabyś lądować gdzie indziej, tak, żebym mogła sobie spokojnie hamować tam, gdzie chcę.
- Aha, jasne.

* * *

Gosielec tymczasem starała się skręcać według mapy w odpowiednie korytarze. Trza przyznać, że wychodziło jej to całkiem nieźle. Wpadła właśnie w jeden z węższych. Wciągnęła brzuch bojąc się utknąć, dzięki czemu przyspieszyła nieco i wyleciała z dziury w ścianie, trafiając dokładnie w środek wielkiej kałuży. Podniosła się natychmiast z obrzydzeniem. Było jej dokładnie wszystko jedno, co to jest. Grunt, że w to wpadła. Sam ten fakt starczał za wszystkie obrzydlistwa świata. Otrzepała się najdokładniej jak mogła, rozmazując tym samym dziwną, gęstą substancję po całym ubraniu. Skrzywiła się z niesmakiem. Mruknęła do siebie coś niezrozumiałego i rozejrzała się wokół.
Sytuacja przedstawiała się nawet znośnie. Znalazła się w niedużej komnacie z mnóstwem drzwi. Zmarszczyła brwi i zlustrowała mapę krytycznym wzrokiem – nie było na niej niczego takiego. Obracała ją długo w różne strony, jednak nie dopatrzyła się tam owej sali. I gdy tak wpatrywała się w ów niegodny zaufania kawałek mocno zaplamionego i zużytego papieru, jedne z drzwi otworzyły się i do sali wpadła Mała splątana ze zmienioną w wilka Asią.
Kapitan uniosła brwi.
- A wy tu skąd? – zapytała najuprzejmiej, jak mogła.
- Z tunelu. – odparła rzeczowo Mała. – To tu – wskazała Asię. - na mnie wylądowało, po czym zamieniło się w to bydlę i użyło swoich szponów jako wytrychów.
Wilczyca w ramach potwierdzenia zademonstrowała pełen arsenał na łapach, jakim dysponowała. Gosielec z uznaniem pokiwała głową i zapytała o Trupa. Gdy otrzymała wyjaśnienie, że Truposz skoczyła za nią w poszukiwaniu mapy, przestała się tym interesować. Uznała, że Martwa potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji i ma na to swoje sposoby. W najgorszym razie wydobędzie skądś swój nieskończony, magiczny zapasik Johnny’ego Walkera i napoi nim wrogów do nieprzytomności. Ale to naprawdę ostateczność – Truposz nie lubiła się rozstawać bez potrzeby ze swoją ambrozją.
Po chwili zastanowienia (a przynajmniej sprawiania takiego wrażenia) Gośka wybrała drzwi na chybił – trafił i... nie otworzyła ich. Broniły się przed tym, cholery, zawzięcie. Prawdopodobnie dlatego, że były zamknięte od środka na niezliczoną ilość zamków i rygli.
- Poradzimy sobie z tym... – mruknęła Kapitan i wydobyła ze swej nieśmiertelnej jeansowej kurteczki kilka buteleczek. – Kwas mrówkowy, kwas solny – mamrotała pod nosem, przebierając je i oglądając pod nikłe światło, jakie dawała dopalająca się lampa naftowa, wisząca pod sufitem od niepamiętnych czasów. – cyjanek...
- Hej! – wzburzyła się Asia, powróciwszy do swej normalnej postaci. – To moje! Do mnie miałaś pretensje, jak ci zabrałam twoje zabaweczki!
- ...proch strzelniczy, masz rację, przepraszam, trzymaj – Gośka podała siostrze truciznę, nie przerywając oględzin pozostałych butelek. – proch do fajerwerków, nitrogliceryna... Hm. Zastanówmy się... Tak, lepszy tu będzie proch. Odsuńcie się, proszę.
Mała posłusznie wykonała prośbę znając gosiowe możliwości. Asia poszła za jej przykładem, po prostu instynktownie wyczuwając niebezpieczeństwo.
Kapitan nasypała trochę czarnego proszku do każdego zamka. Wydobyła zza pazuchy zwój lontu i pocięła go swoim sprężynowcem. Wepchnęła po kawałku do każdej dziurki od klucza, po czym na ziemi splotła je razem i pociągnęła najdalej, jak mogła. Czyli do ściany. Spojrzała na obie towarzyszki wzrokiem piromana, który trzyma w ręce koktajl Mołotowa i zapaliła zapałkę. Zaśmiała się obłąkańczo i podpaliła lont.
Wszystkie trzy odruchowo zasłoniły twarze przed odłamkami drewna i skały. Przez huk eksplozji przebijał się wariacki rechot Gosielca.
Kiedy opadły już tumany kurzu, oczom dziewczyn ukazały się prawdziwe cuda... niestety, nie było tam dziw. Kapitan pomyślała, że Truposz pewnie by się zmartwiła. Niemniej odpędziła od siebie tę myśl, wzruszyła ramionami i wkroczyła do jaskini pełnej skarbów. Zmrużyła swoje biedne, wampirze oczęta, chroniąc je przed jasnym blaskiem, wydzielanym przez złoto i klejnoty. Zakładając oczywiście, iż złoto i klejnoty mogą cokolwiek wydzielać...
Na największej górze tego wszystkiego, na samym środku, leżała Truposz, pławiąc się w kosztownościach i...
- Błagam, schowaj butelkę, jesteś mi potrzebna trzeźwa/półtrzeźwa, a nie nietrzeźwa/zalana w Trupa. – poprosiła Kapitan.
Truposz skrzywiła się niezadowolona, ale – o dziwo – posłuchała. Być może dlatego, że myślała aktualnie o szczęściu, jakie ją tu spotkało.
Gośkę coś zastanowiło. Wyciągnęła jeszcze raz mapę i ponownie rozpoczęła jej proces lustracyjny. Nagle w całej sali rozległ się głośny plask. Wszyscy dość wystraszeni odwrócili się w stronę, skąd dochodził. Wbrew pozorom „wszyscy” to lepsze słowo, niż „wszystkie”. Mimo, że niektórzy jeszcze o tym nie wiedzieli.
- Co jest? – zapytała Trup, trzymając już rękę na shurikenach.
- Trzymałam mapę do góry nogami! – odparła Gośka, trzymając się za dopiero co plaśnięte otwartą dłonią czoło. Bolało. - To dlatego nie trafiłam! Debilka!
Wszystkie odetchnęły z ulgą i powróciły do swoich zajęć. To znaczy w większości do podziwiania skarbów. W mniejszości - wiszącej na ścianach broni.
- Widziałyście te miecze? – zapytała zachwycona Asielec, idąc do nich oczarowana. Niestety, została zignorowana. Ale i tak się tym nie przejęła.
Tymczasem Gośka schowała mapę i zaczęła się podejrzliwie rozglądać dookoła.
- Bierzcie, ile udźwigniecie i wynosimy się stąd. – powiedziała, pakując do kieszeni jak najdroższe rzeczy. – I weźcie pod uwagę, że teraz nie będzie podziału łupów, jak zawsze. Każdy ma to, co sam wyniesie.
- Gośka... – zaćwierkała swym wysokim głosem Martwa.
- Mmm...?
- A właściwie, dlaczego nie przywiozłaś nas tu wcześniej?
- Bo ten skarb nie jest mój.
Jakoś uszło powszechnej uwadze to, że broń na ścianach zaczęła się poruszać i zbliżać do dziewczyn.
- Ale przecież żaden nie jest twój.
- Nie. Większość jest moja. Musi tylko trafić w moje ręce. Tym samym zmienia właściciela. Czy może raczej zyskuje tego właściwego, na którego czekała całe ży... istnienie. Ale to wszystko nie jest moje. Być może stanie się takie, jeśli stąd wyjdziemy.
- Nie kapuję.
- To zaraz skapujesz. – stwierdził zimny, mokry i lekko bulgoczący głos tuż za plecami Trupa.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Przeczytałam część I i II. Podoba mi się dziwaczna atmosfera, nie wiadomo, czy autor chce z nas (czytelników) zakpić, czy też roi sam dla własnej przyjemności.Czuje się, że ma się wydarzyć coś naprawdę niezwykłego, jednak autor "gra z nami w kulki". Wodzi nas za nos, nie daje wartkiej akcji ani efektownego zakończenia. Mimo to chętnie się przebywa z tymi wampirami, wilkołakami i innymi cudakami.
Mieszają mi się postacie, chwilami nie wiem: czy Truposz i Martwa to to samo? Czy tak miało być?
Jaki cel chciałaś osiągnąć dając osobnikom żeńskim męskie przydomki?
Dlaczego "Gosielec" raz jest pisany wielką raz małą literą? I co oznaczają gwiazdki* w tekście?
Czy w następnych częściach potraktujesz nas poważniej??
Pozdrowionka, czekam na cdn...

Opublikowano

Autor roi jak najbardziej dla przyjemności. Własnej i czytelników. :)
Tak, Truposz i Martwa to to samo, ale nie miały się mieszać i przepraszam, że tak wyszło.
Celu w zasadzie żadnego nie chciałam osiągnąć. Po prostu... tak jest ciekawiej. I prawdziwiej - tak się czasem zdarza, że na dziewczyny się woła męskimi przezwiskami.
Gwiazdki to efekt przerabiania tego opowiadania kilkanaście razy. Bardzo za nie przepraszam, nie zauważyłam ich, kiedy to tu wstawiałam, już zostały skasowane.
"Gosielec" jest zawsze pisany dużą literą. To "gosielcowe" i inne przymiotniki są pisane małą literą, bo tak jest prawidłowo gramatycznie.
W żadnym wypadku nie potraktuję Was poważniej! Ani w następnej, ani w jeszcze kolejnych częściach, które już w drodze! ;D
A cdn już jest. Zapraszam.
Dziękuję za przeczytanie i komentarz. :)
Pozdrawiam, R.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Proszalny Wydaje mi się, że arbitralne stwierdzenie 'nie ma ja' i wysnuwanie z tego dalszych wniosków upraszcza problematykę, ale niewiele wyjaśnia. Możnaby zapytać: Biochemia mózgu napisała Twojego posta? Jony potasu krążą w neuronach i nucą: nie ma ja nie ma ja nie ma ja? Kto właściwie mówi?
    • Zło   Gdyby tak można zdefiniować zło, zaznaczyć jego granice, ściśle określić linię zła, granicę zbioru, można by wtedy opublikować te kryteria klasyfikacyjne i poczuć się wolnym od uciążliwej, stałej penetracji, analizy. Można by komfortowo spędzać czas nie troszcząc się o wiedzę czy to co było dotychczas, jest już złe, a może nie było nigdy dobre? Można powiedzieć, że z grubsza, dzięki Objawieniu ludzie wiedzą co jest złe. Można pokusić się tu o takie piktograficzne porównanie wiedzy o złu do zbioru liter, które na pierwszym planie są wyraźne ale na dalszym rozmywają się w szarej mgle. Powszechnie wiadomo, że złem jest zabicie drugiego człowieka, swego bliźniego, ale z drugiej strony powszechnie wiadomo, że nie wszyscy mogą przetrwać. Niejeden „nawiedzony” mówił, że „to jest jedyna, słuszna droga, a wszelkie odstępstwa są błędem i będą karane z całą surowością prawa”. Po czym historia, czyli sędzia czasu, a może czas sądzenia pociągały takich osobników do odpowiedzialności za dokonane zło, pojmowane przeważnie jako ruina kultury materialnej. Mówiąc językiem tłumów „nie ma co do gęby włożyć”. Z tych ruin i zgliszczy, niczym przysłowiowy feniks z popiołów, pojawia się „nowy” i „jedynie słuszny”, trwa „odbudowa” i chwile „powszechnej szczęśliwości”, określane jako dobro. Mizantropia na którą można tu zapaść, też zapewne można określić jako przejaw zła. Miotanie się od hossy do bessy, to też jakieś zło. Zło niewiedzy o złu, które wydaje się przerastać człowiecze możliwości i nie wiadomo dlaczego ten świat jeszcze trwa. Wszędzie ktoś narusza czyjeś „dobro”, czyni „zło” i spustoszenie. Dzięki pisanym kodeksom etycznym i tzw. „prawu” wiemy z grubsza jak postępować nie należy aby nie zostać posądzonym o złą wolę. Choć gdyby zapytać nagle kogoś czy to co uważa za „złą wolę” jest nią rzeczywiście, odesłałby nas z pewnością „do diabła” albo do poradni zdrowia psychicznego. Wielu filozofów zauważyło, że zło to pochodna „złej woli”, „złego charakteru”, „złego zaczynu”, „skażenia bytu ludzkiego”. Ich mniemania niejednokrotnie znajdowały swoje potwierdzenie w historii ludzkości. Zwycięstwa wielkich tyranów, despotów oparte o krwawą drogę do władzy na zawsze zapadną w ludzką pamięć jako totalitarne zło. Niektórzy upatrują zła we władzy, w dążeniu człowieka do panowania nad innymi. Ale z pewnością nikt nie powie, że władza rozumu nad namiętnościami to zło. Ktoś powie, że „czysty rozum” to zło, ale z pewnością nie władza rozumu nad namiętnościami. Można dodać z pewnością, że władza „zdrowego rozsądku” nad namiętnościami to jedyne dobro człowieka. To ów „zdrowy rozsądek” pomaga rozpoznać, które z objawień są dobre, a które złe. Z pewnością Łaska Boża oraz tzw. „sumienie” mogą stać się również pomocą dla tego dobra. Lecz znamy z historii przykłady ludzi bez sumienia. Dzięki „zdrowemu rozsądkowi” i Łasce Bożej oraz objawieniu człowiek może określić zło dość precyzyjnie poprzez swoje sumienie. Sumienie i „krnąbrna wola”, sumienie zaniedbane to z pewnością zło. Uniemożliwia ono trafne rozpoznanie i zdefiniowanie na czym polega w danej kwestii zło. Taki człowiek o nieprawym sumieniu lubuje się w sobie, nie potrafi pokonać własnego egoizmu, dla jakiejś tam „metafizycznej moralności”, jakiejś abstrakcji. Utarło się pojęcie „zło konieczne”. To tak jakby leczenie trucizną. Zło niedoskonałości nakazuje nierzadko korzystanie z takich połączeń pojęć: zła i konieczności, mimo, że większość wie o konieczności dobra (dobro konieczne). Czasem w świecie komedii spotykamy postacie o chwiejnym charakterze, skłonnych do egzaltacji, gwałtownych porywów czy omdleń, których w żaden inny sposób uleczyć się nie daje, jak tylko przemocą. Człowiek poszukując ideału natrafia na bariery nie do przebrnięcia, czy to przez formę bytu swego, czy przez powolność skojarzeń i nie może sprostać w rzeczywistości ideałowi moralnemu, etycznemu aby znaleźć owo konieczne dobro w postępowaniu. Mówi się „co nagle to po diable” i z pewnością coś w tym jest. Gdyby tak nagle upowszechnić klonowanie ludzi z dążeniem do eliminacji jednostek słabych i chorowitych. Czy to byłoby złe aby na świecie żyli tylko zdrowi, inteligentni i silni? Świat stałby się zdrowy, inteligentny i silny! To chyba logiczne. Świat nadludzi. Jakie to byłoby wspaniałe! Legendarne zło pierwszych rodziców ludzkości stanowi zagadkową zagadkę i tajemnicę tajemnic. Trudno nam uwierzyć w historię o wypędzeniu z Raju, choć z drugiej strony na każdym kroku widać konsekwencje tego błędu, tego zła, powielanego w każdej parze, mimo nowoczesnego, pozytywistycznego sztafażu. Legendarne zło Pandory, która uwolniła ze swego naczynia wszelkie nieszczęścia tego świata… . Legendarne zło Erosa, który nie posiada ani Dobra, ani Piękna i kombinuje, jak tu się przypodobać aby udało mu się nabrać kogoś, że ma jedno i drugie. Również legendarne zło jednego z dwóch braci: Kaina, jak bardzo dziś, w nowych czasach bije w oczy, w wielu regionach tego świata. Zło braci Józefa (Stary Testament), tak znakomicie przekazane przez dramaturgię współczesną i współczesną literaturę, to wciąż ta sama historia, powielana przez posiew diabła, szatana. A zło Sodomitów i Gomorian, tak pieczołowicie wynoszone na piedestał masowej kultury przez współczesnych ultra libertynów? Czy lepiej można oddać postać zła od takich mistrzów „pióra”, jak Sofokles, Eurypides, Ajschylos, J. Racine, P. Corneille, W. Shakespeare, F. Dostojewski, F. Durrenmatt, G. Greene? Ale i ich pewność o złu wynika z dość niejasnych przesłanek, których sami się obawiali i obawiają. Nie stawiają w swoich dziełach kropki nad i. Nie definiują zła ale znakomicie opisują i prezentują, a robią to z duszą na ramieniu, ponieważ zło jest ogromnie zaraźliwe. Gdy dobro jest tak trudne do osiągnięcia, tzn. wymaga pewnego wysiłku, zło zawsze jest łatwiejsze do osiągnięcia, łatwiej „lgnie do ręki”. Człowiek nieświadomy zbytnio zła, gdy sięgnie do dzieła przedstawiające zło, niejako automatycznie, a podświadomie zaraża się ideą zła, opisywaną przez autora dzieła. Co gorsza, idea ta puszczona w niepamięć odrazy i odrzucenia, znikając z horyzontu czytelnika nie obumiera lecz kiełkuje w ciemnościach na podobieństwo bladego ukwiału, na dnie Rowu Mariańskiego. Tak więc człowiek staje po raz kolejny pod krzyżem paradoksu: nie znać zła to znaczy je popełnić, znać zło to znaczy je popełnić. Jeśli nie wiadomo jak coś trzeba zrobić można to zrobić źle. Jeśli wiadomo jak robić nie należy, bo będzie to oznaczało taki to a taki skutek, ktoś może mieć złą wolę osiągnięcia takiego skutku. Jedną z najgorszych postaci zła jest niemoc jasnego rozumienia rzeczy, pogorszona percepcja, niedostateczna uwaga pod jakimś wpływem, pod wpływem jakiegoś czynnika. Brak ostrożności u alpinisty zabija go lub okalecza w oka mgnieniu. Podobnie u sapera, chwila zapomnienia, nieuwagi i… eksplozja zardzewiałego ładunku gotowa. Gdy zawodzi człowieka tak ulotny atrybut jak intuicja, może nie tylko atrybut, lecz także niejasne zjawisko, momentalnie popada on w jakiś konflikt, w jakieś uwikłanie, jakąś matnię. Może to być uwikłanie z szczęśliwym zakończeniem (happy endem), ale nie koniecznie. Zbytnia ostrożność, lękliwość, zdwojona czujność często prowadzi człowieka do obłędu, do utraty zdrowego rozsądku. Rzekomo wiadomo jak postępować nie należy, jak postępować należy, wiadomo o zachowaniu czujnej intuicji, jasnego umysłu, a zło i tak dopada człowieka w momencie, którego najmniej się spodziewa. W chrześcijaństwie, a zwłaszcza w Kościele Katolickim wyszczególniono zło i nadano mu nazwę „grzechu głównego”. Liczbę, ilość grzechów określono na siedem, ale tzw. „grzechów ciężkich” jest w tymże Kościele więcej. Ogólnie można przyjąć, że grzechów dopatrzono się na znaczną liczbę, wynikających z dziesięciorga przykazań, grzechów głównych, dwóch najważniejszych przykazań ewangelicznych, przykazań kościelnych, grzechów przeciwko Duchowi Świętemu. Z pewnością inaczej przedstawia się sprawa, problem zła w kościele protestanckim, z którym od wielu już lat toczy się bogaty dialog ekumeniczny w duchu jedności chrześcijan. Dialog ten owocuje wspólnym dobrem. Protestanci w swoich doniosłych rozważaniach teologicznych usiłują jakoś uporać się ze złem tego świata, choćby w zakresie definicji grzechu, definicji zła. Sokratyczna definicja grzechu uzmysławia nam kondycję umysłową człowieka względem zła, występku i grzechu. Głupotę określa jako grzech. Grzech powoduje utratę wiedzy o nim samym. Człowiek, który grzeszy, traci wiedzę o tym, że źle postępuje, ponieważ gdyby o tym wiedział nie czyniłby tego co złe ale to co dobre. Człowiek sprawia wrażenie, że pojmuje grzech, wie jak postępować powinien, a jednak postępuje tak, jakby tej wiedzy zupełnie nie posiadał, a to co mówił o swej wiedzy nie miało nic wspólnego z jego postępowaniem. W dawnym Kościele Katolickim, myśliciel religijny i teolog Pseudo Dionizy myślał podobnie, choć dla współczesnego człowieka śmiesznie i naiwnie bo widział ideę aniołów inteligencji. Dopiero w ostatnich latach swego wielkiego pontyfikatu, Papież Jan Paweł II napisał najbardziej znaczące dzieło dla całego Kościoła, mianowicie encyklikę „Fides et ratio”. Można powiedzieć, że świat ma jeszcze jakąś szansę ocalenia cywilizacji przed zagrożeniami i złem, określanym przez naukę jako „zagubiony paradygmat”. Że balansująca na krawędzi ateizmu cywilizacja pełna pychy (C.K. Norwid „Cywilizacja”), społeczności – robotów, zbiorowej patologii miejskich molochów, zdziczałych watach biedoty, otrzyma szansę nie tylko dalszej ale i jakościowo lepszej egzystencji, godnej człowieka. Że przeżyje jeszcze kilka pięknych chwil przed finałem, właśnie dzięki temu „zagubionemu paradygmatowi”, dzięki „Fides et ratio”. Współczesna, totalitarna cywilizacja, uzbrojona po zęby dzięki złu konstruktorów bomb ABC, „złu koniecznemu”, śpi na „beczce prochu” nie wiadomo jak długo jeszcze. Może przecież dojść do serii prowokacji, fali wzajemnych urazów i pretensji, za którymi czai się pieczołowicie kultywowana i realizowana idea walki z wrogiem.  Byle pretekst da możliwość ujścia, zniszczy tamę i doprowadzi do otwartego konfliktu. Żyjemy w świecie, w którym dobrem jest to, że zło uniemożliwia zło innym. Można powiedzieć, że czasy, gdy „zło zwyciężało się dobrem” bezpowrotnie minęły. Dziś ktoś jest „dobry” dlatego, że fizycznie, przez zło większe nie może zrealizować zła mniejszego. Jest więc pozbawiony wolnej woli i wyboru, sprowadzony do roli zwierzęcia, które czeka na okazję, kiedy będzie mogło się odgryźć, odkuć, wyjść na swoje i zniszczyć konkurencję. Myślenie innego typu jest uznawane za infantylizm lub chorobę. Przymus ekonomiczny wielkiego kapitału i jego długich macek wysysa z ludzi energię i nakazuje się cieszyć tym, że za swój ciężki wysiłek może w ogóle przetrwać. Zło wyzysku ponad sprawiedliwość (zob. Jan Paweł II „Centesimus annus”) zabija w człowieku nadzieję na godziwy byt, nie wspominając o luksusie. Ktoś, kiedyś obliczał ile to można by zrobić, gdyby sumę pieniędzy miast na zbrojenia przeznaczyć na „postęp”, ile to istnień ludzkich, które co dnia umiera z głodu mogłoby przetrwać. Tyle zła jest na tym świecie, a mimo tego on trwa… to zdumiewające… nieprawdopodobne.  
    • Jestem huraganem, który wraca do Ciebie.   Jestem ciszą między słowami, w której chowam to, czego nie potrafię powiedzieć...   ...może nie chcę. Niczego nie obiecywałem. Byłem prawdziwy. Przy Tobie.   Lilie też więdną...   Zawsze jest nowy dzień. Uśmiechnij się...
    • Jestem huraganem, który wraca do Ciebie.   Jestem ciszą między słowami, w której chowam to, czego nie potrafię powiedzieć...   ...może nie chcę. Niczego nie obiecywałem. Byłem prawdziwy. Przy Tobie.   Lilie też więdną...   Zawsze jest nowy dzień. Uśmiechnij się...  
    • chcę przenieść góry pagórki i łąki chcę dostać się do mojej ukochanej biedronki chcę bażanta widzieć w pełni krasie i w wiosennym budzić się to czasie chcę kochać ptaki na rzewnym niebie i wszystko dotykać co rośnie wokół w siewie motyle i pszczoły zawsze pielęgnować chcę modry naturę, i drzewa o las próbować chcę rzeką spłynąć niczym morzem tańczyć w kwiatach z młodym zbożem chcę Tulipany wąchać i je głaskać od róży miłości chcę ciągle wzrastać chcę powiedzieć jak cię lubię że w mych myślach się nie chlubię że poemat wietrzy czułą nową dłoń to miłości ze spojrzeniem moja skroń
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...