Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

gdy tuje wciągną cień zimowy
dasz się popieścić psu rudemu

zagubionym ziarnem facelii spęczniejesz
wzejdziesz i wyrośniesz
rozkwitniesz błękitem pierzastym

a ja cytrynkiem myk myk
niech inni drzemią leżakują
przykucnę
dopadnę
wedrę się w samo dno kielicha
dopiję

czego wcześniej nie

Opublikowano

Mmmm, jakim ciepłym letnim wietrzykiem od razu powiało...Ładne to łkanie, bardzo mi się podoba...
A swoją drogą , to zaskujące i miłe ,że jakiś mężczyzna ma pojęcie o facelii :-) ! A do tego potrafi zauważyć te błękitne pierzastości i tak zmysłowo je wykorzystać :-)
Ja też bardzo lubię facelię.A najbardziej -wiadomo -lubią ją pszczółki :-)
Choć nie bardziej od CYTRYNKA , jak mniemam?

Pozdrowienia
Tala

Opublikowano

no jak tutaj miło!
dołączam się do opinii Talki, aż dziw bierze, że autorem mężczyzna, nic tylko chwalić i niech reszta przykład bierze!
niezwykle leniwie i przyjemnie czyta się ten wierszyk, choć ostatni wers tak urwany...a chciałoby się jeszcze :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Przyznam, że ogarnął mnie impas – po części winien jest temu tytuł, który nie współgra mi z treścią tekstu, a po części sposób w jaki zapisał Pan wiersz.
Łkanie spowodowane tęsknotą za (...czymś, kimś...? ) próbował Pan odzwierciedlić w zapisie -

(...)spęczniejesz
wzejdziesz i wyrośniesz
rozkwitniesz (...)

(...) drzemią leżakują
przykucnę
dopadnę
wedrę (...)
dopiję (...)


- przynajmniej tak ja to odebrałam i przyznam, że nie przypadło mi to do gustu.
Treść, powiedziałabym, że zalotna, z odrobina przebijającego przez szczeliny szarości słońca...no i może dlatego nijak nie widzę tu tego łkania.
Radosne motywy przyrodnicze odbieram na duży plus i tęskni mi się za babim latem :))
Aha i cos z rytmem wiersza chyba jest nie tak – zacięłam się przy „zagubionym...”


Pozdrawiam
Aneta

Opublikowano

Po pierwsze: Podobają mi się utwory zaczynające się od "Gdy (nie wiem czemu??) Po drugie rytmizacja wiersza - fantastyczna! No i zakończenie, coś jakby elipsa...cudo!
pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękiję serdecznie.

Do pani Anety zaś:
Czy po wpisie Leili metafora stała się czytelniejsza? Końcówkę domyka tytuł. A te pierwsze dwa wersy też czemuś służą.
Dzięki za uwagę, pozdrawiam Panią.
Kolcaty
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


I słusznie. A co do gustu - pas, nie mam mocy zmieniania gustów.

Zalotność treści jest pozorna, enigmatyczna. Proszę zważyć na ten ostatni wers. W nim to łkanie. (A pierwsze dwa wersy odkrywają przyczynę: obiekt pożądania jawi się bierny, pod tujami).
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Niestety. W ostatnim wersie żadnego łkania nie zauważam. Może powinienem zdjąć okulary spawalnicze...
Dalej nic. Zauażyłem za to niepotrzebną inwersję w drugim wersie. Po co? I to nieszczęsne "myk myk" całkowicie odgania smutek i łkanie. Po prostu zaczynam się uśmiechać.
Pozdr.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie powiem przykro mi. Bo to podmiot liryczny łka, czytelnika to nie obowiązuje. Na dodatek nieprzekonująco, skoro nie wzruszyło. ;-)
Panie Mirosławie, peel czyni wiele, żeby pocieszyć siebie, rozśmieszyć innych. I nawet mu się to udaje. Do czasu. Kiedy wyznaje -dlaczego tego nie uczyniłem, wcześniej, za jej/jego życia, kiedy to było realne. Nie kończy, zdławiony tą refleksją łka...
  • 19 lat później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...