Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Będzie to robił delikatnie tak aby oddzielić mięso od kości. - Takie jest moje przeznaczenie. Ty będziesz królem ja zaś ofiarą - rzekła siostra do swego brata. Dziewczynka oddaliła się płacząc a jej łzy utworzyły ścieżkę dzięki, której możnabyło ją odnaleźć. Wsiadła więc okrakiem na sępa. On zaś cwałował w przestworzach. Płakała dziewczynka na wieść o swoim cierpieniu tak jak płakała po śmierci swej babki. Staruszeczka miała już swe lata i przeczuwała własną śmierć. Odeszła więc pochowana w ruchomych piaskach. Zamknęły ją w sobie. Nie chciały puścić. Zasnęły oczy zmęczone podróżą.
Obudził ją rano krzyk młodych sępów. Chciwe i głodne spijały dźwięk powietrza. Nawet tego nie chciały zostawić. Przybył ich ojciec na skrzydłach wiatru. - Będę delikatny - oznajmił skromnie. Zaczął od twarzy. Powoli pozbawiał ją policzków jak jabłka, ściągniętego podbródka - mlecznego kożuszka. Po posiłku bawiły się katy ze swoją ofiarą. Wyrabiając sobie mięśnie krtani malutkimi dziobkami plotły dziewczynce warkoczyki. Plotły i plotły jednocześnie łagodząc ranki na skórze puchem swych skrzydeł. Twarz dziewczynki wyglądała jak poparzona. Rodzice jak i lud cały obserwowali ten pokaz przemocy. Skóra dziewczynki nigdy nie miała odrosnąć.
Sępy w myśl znanego przysłowia pragnęły więcej. Tym razem mięso. Rodzice błagali Boga na klęczkach. Błagał też lud.
Kolejna ofiara - prosta i pewna jak w dobrych thrillerach.
Syn wodza - dzieciak nieznośny, pyskaty i gadatliwy miał przestać mówić. - To jeszcze nie koniec - rzekł wódz do swej żony. Chłopiec odciął więc własny język . Pochował go razem z sercem swej babki. Wyrzucił część mowy tak niepotrzebną. Zamilkł na wieki. Stał się dojrzalszy, spokojny, mądry jak drzewo.
Lud czekał . Dziewczynka wyglądała jak oskalpowana przez indianina. Już chciał ją sęp- ojciec zabrać do domu los chciał jednak inaczej. Jego maleństwa nie bacząc z kim walczą zaczęły wyrywać swoją ofiarę. Bez żadnej narkozy zleciała dziewczynka ze skały. Jej kruche ciałko osiadło cierpliwie na ziemi. Wyrwał się krzyk bezimienny z ust jej brata. Nie tłumił gniewu. Krew splamiła piasku ziarnka. Dało się słyszeć jedno, jednyne słowo, które kiedyś tak często powtarzał : dlaczego ?!
Z ciała dziewczynki równie kruchego co przeznaczenie został proch. Proch ten zmieszano razem z piaskiem. Osiadł tuż obok języka jej brata oraz serca czcigodnej babki.
Matce w niedalekim czasie po śmierci jedynej córki pękło - ....serce. Ojciec zmęczony i schorowany. Syn niemy dojrzały jak drzewo dobiegał już trzydziestu wiosen. Już wkrótce zapanuje nad ludem. Lud ten nazwie go faraonem. Państwo- potęga będzie zwać się Egipt.
Tylko za jaką cenę ?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar Całkowicie się zgadzam, ale teraz ludzie jakby mniej odporni i niejednemu w / po jednej złej chwili wali się świat. Pozdrawiam
    • @Waldemar_Talar_Talar Nasze życie jest wszystkim, co mamy, a nie jest tylko nasze. Nikt z nas nie zdoła się go dokładnie nauczyć - skoro żyjemy pierwszy raz. Wszystko co nas w nim spotyka jest "przyprawą istnienia", darem - tak cierpienie, jak szczęście. Cieszmy się, że zostaliśmy zaproszeni na tę ucztę... przez Kogoś. Pozdrawiam Serdecznie :-)
    • Molo było niewielkie. Pełne gnilnych glonów,  rozprutych desek  i wymytych przez fale kłód, mających utrzymywać konstrukcję w całości. Czuć było pod gołą stopą  każdą zmianę natężenia wody, każdy silniejszy podmuch wiatru, każdy ruch piasku na dnie. Było mi tu swojsko. Niestabilnie i wrogo. Nawet balustrada była cała we rdzy. Siedziała na niej grupka rybitw. Rozmawiały w ptasim języku, przekrzykując się nawzajem, niczym emerytki osiadłe przez cały dzień na parkowej ławce. Gdy tylko się zbliżyłem ucichły, obrzucając mnie nienawistnym spojrzeniem. Zerwały się do lotu skrzecząc dziko. Rozpostarły swe skrzydła  nad samym lustrem tafli. Dopiero w połowie toni, wzbiły się w nisko osadzone chmury. Zniknęły mi z oczu. Moim żywiołem nie jest woda ani powietrze. Jest nim ogień rozpalający pokłady nieskończonej samotności i odseparowania. Jest nim ziemia. Doskonale zimna i wilgotna. Pokryta mchem, koniczyną i robactwem. Mam nadzieję, że kiedyś mnie przyjmie. Moje zastygłe w śmierci ciało  i bladą, sosnową trumnę. Żaby wesoło rechotały  w przybrzeżnych szuwarach. Czasami ryba wzburzyła wodę, łaknąc w swe skrzela,  dawki ożywczego tlenu. To znów liść zniesiony tu  przez północne podmuchy  osunął się z gracją na falę. Był suchy i martwy a jednak mimo wszystko drwił sobie z tego. Nie zamierzał tonąć. Przeciwnie. Tańczył w tę i z powrotem, próbując się przystosować  do energii i klimatu nowego miejsca. Ważki obsiadły wodne pałki i lilie. Drzemały w cieple sierpniowego upału. Nawet drapieżnikom należał się wolny dzień. Urlop od instynktu zabójcy. Rodzina kaczek podpłynęła bezgłośnie. Zadzierały łepki ku mnie, czekając na porcję suchego chleba. Dla nich to trucizna. A ja nie jestem mordercą. Wyobraziłem sobie siebie w wodzie, patrzącego na Ciebie jak te kaczki. Prosiłbym o koło ratunkowe. Ale dla mnie ratunek to trucizna. Nie potrafię pływać w tej mętnej zupie, którą nazywa się życiem. Utonąłbym na Twoich oczach. Z korzyścią dla obojga. Na plaży opodal zebrał się już mały tłum. Byłaś tam i Ty. Leżałaś na niebieskim kocu, ubrana w piękny dwuczęściowy, biały kostium. Uwielbiasz lato, wodę i słońce. Kochasz życie. Opalanie swych doskonałych krągłości. Błogość zatrzymania chwili relaksu. Kochasz być dopieszczona naturą. Całowana promykami. Muskana letnią bryzą. A mnie dzień boli, nęka, zabija. Wygania mnie w cień, noc  w niespokojny, koszmarny sen. Słońce mnie rani.  Oślepia. Wiatr przynosi podszepty o rychłym końcu. Jak można nie lubić lata? Jak widać. Trupy wolą mgły listopadowe. Przenikliwe, wilgotne zimno. Zamiecie, zawieje i dobrotliwe,  szczere łzy deszczu. Dłonie i stopy kostnieją wtedy na dobre a serce zamiera w piersi. Obiecałem Ci  wieczorny spacer po promenadzie. Kolację, lody i kwiaty. Dla Ciebie te najpiękniejsze. Dla mnie te złe. Są moją obsesją i inspiracją. Piękno które gnije na moich oczach. Wszystko wokół wspaniale gnije, bo życie jest jedynie  skuteczną do bólu trucizną.  
    • Zabrali Ci parasol chociaż pada deszcz potykasz się o krople  które są jak kamienie.    Nie masz siły iść dalej wszystko jest przeciwko  nawet niebo nie pomaga.   Na prawo i lewo rozrzucasz myśli wszędzie ich pełno zaznaczasz nimi swój teren.   Nie będą Cię widzieć i nie usłyszą krzyczysz głośno Twój głos  znika gdzieś w zaroślach.   Tam gdzie kwitną kwiaty podsycasz rośliny swoimi łzami  jesteś jak lód który topnieje.   Czas zatacza koło idziesz razem z nim dlaczego tak daleko i dlaczego nie wracasz.   Krople rosy zamienione w deszcz ogromne jak głazy i twarde jak lód kiedyś stopnieją Ty razem z nimi.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...