Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Rozedrzyjcie mnie na strzępy
Rozczłonkujcie ciało wątle
Wyjmijcie mózg
Wyrwijcie oczy
Język zabierzcie do kotła wrzućcie
Jelita na kilometry rozciągnijcie
Serce potnijcie
Uszy wytnijcie i psom wyrzućcie
Palce
Do ściany przybijcie mocno
Włosy wydrzyjcie i krwią zbluzgajcie
Kości połamcie i w proch zetrzyjcie
Zabierzcie wszystko
A jeśli zostać cos jeszcze zdoła
....
Jej to oddajcie

Opublikowano

zapachniało marinizmem :/
z całego wiersza ciekawa tylko puenta.
Straszny język i nie chodzi nawet o to,że opisujący makabryczne rzeczy ;): język zabierzcie, serce potnijcie, palce (...) przybijcie... gdzie w tym poezja?gdzie metafory?
Niestety ja ich nie widzę,
ale może zauważy je ktoś inny.
Pozdrawiam
Coolt

Opublikowano

Hej!
To właśnie jest poezja!
Uderza w niej t a k i ładunek emocjonalny i t a k wyrażone myśli.
A już jak my czytelnicy to odbieramy...

Brzmi jak testament.

Życzę szanownemu Autorowi innych natchnień!!!

Pozdrawiam.
I.

Opublikowano

wiersz moze i ciekawy, ale jak dla mnie... makabrczne sceny tu widze... ;P
nie mowie ze wiersz jest zly ale ja nie lubie az tak doslownej poezji jeslio chodiz o taki temat brrr... wyjmijcie mozg - jak dla mnei zbyt doslowne..

Opublikowano

U mnie w nic ten wiersz nie uderza..I niczym..A bnapewno nie ladunkiem emocjonalnym ktory choc jest wydaje sie strasznie sztuczny i wymuszony..

Ktos juz niedawno napisal bardzo podobny wiersz , ale o wiele mniej doslowny..A ten jak dla mnie jest poprostu niesmaczny..

Jest takie slowo jak rozczłonkujecie?


[sub]Tekst był edytowany przez Dorma dnia 04-02-2004 19:48.[/sub]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...